Actions

Work Header

Część mojego szczęścia

Summary:

W obliczu wszystkich wydarzeń podczas obrony Zbaraża Michał Wołodyjowski uświadamia sobie swoje uczucia do swojego najlepszego przyjaciela, ale religijna trauma i realia świata sprawiają, że wcale nie jest szczęśliwy z tego powodu.

Work Text:

- Moja dziś kolej.

Słowa Skrzetuskiego odbijały się echem w głowie małego rycerza napełniając go strachem. Był pewien że tej nocy nie będzie w stanie zmrużyć oka nie tylko z powodu nieustającego oblężenia. Nie rozumiał jak Jan może się tak narażać, widział przecież jak skończył świętej pamięci pan Podbipięta. To była samobójcza misja, czy on do reszty już postradał rozum? 

Pan Wołodyjowski tak naprawdę doskonale rozumiał motywacje drugiego mężczyzny, ba, sam był gotów pójść! To chodziło stricte o fakt, że to Jan miał się podjąć tego zadania, a on nie wiedział jak poradzić sobie ze strachem, że to może być ostatni wieczór kiedy widzi przyjaciela. 

To było głupie, w końcu byli żołnierzami. Każdy dzień mógł być tym ostatnim. Ryzyko zawodowe, można by powiedzieć. Jednak to było co innego. Bitwy, mimo całego swojego chaosu dawały więcej osobistej kontroli. Zawsze jakiś przyjaciel był obok, mógł pomóc w razie potrzeby. Zawsze dało się wycofać, przynajmniej w teorii. 

Przekraść się z oblężonego Zbaraża przez pilnie strzeżone tabory tatarskie, to zupełnie co innego. Misja samobójcza, szanse na powodzenie praktycznie zerowe. 

Michał nie mógł tak po prostu pozwolić najbliższej osobie iść na pewną śmierć.  Gdyby to od niego zależało, nie dopuściłby żeby cokolwiek złego miało chociażby szansę przydarzyć się Skrzetuskiemu. Niestety, miał również świadomość, że to nie od niego zależy, a nawet nie ma prawa do krytyki zachowania przyjaciela, kiedy sam bez wahania zrobiłby to samo.

Ostatnia nadzieja w tym, że książę uzna że ryzyko jest zbyt duże. To było jak chwytanie się brzytwy przez tonącego. Sprawa została ustalona już wcześniej, jeszcze zanim wyszedł pan Podbipięta. Jeśli nikt nie podejmie się ryzyka, to wkrótce wszyscy tu po prostu pomrą z głodu. I tak źle i tak nie dobrze.  

W obliczu tak zarysowanego obrazu sytuacji pan Wołodyjowski mógł jedynie upewnić się, że odpowiednio pożegna swojego drogiego Jana.  Dlatego też kiedy wracali z kaplicy, możliwie dyskretnie pociągnął go w jeden z zaułków, dla choć odrobiny prywatności.

-Na pewno nie zmienisz zdania? Nikt ci nie śmie nic zarzucić jeśli się wycofasz - spróbował jeszcze raz mimo, że doskonale znał odpowiedź. 

- Na pewno. Wiesz dlaczego to robię. I oboje wiemy, że zrobiłbyś to samo. 

- Wiem, nie chcę tylko żebyś ty, ze wszystkich ludzi to robił - nie planował mówić tego na głos, jakoś tak mu się wymknęło. i teraz patrzył na przyjaciela, bojąc się do czego zaprowadzi ta rozmowa. Nadal jednak nie puszczał rękawa Skrzetuskiego za który złapał, żeby go tu przyprowadzić. 

- Po prostu.... Nie mogę cię stracić - dodał ciszej, wbijając wzrok w ziemię, żeby kupić sobie chociaż kilka sekund zanim będzie musiał skonfrontować się z reakcją na te słowa.

- Nie mogę niczego obiecać. 

Głos Jana zabrzmiał jakoś tak sucho i chłodno, zupełnie nie podobnie do tego jak zwykle zwracał się do Michała. Pan Wołodyjowski zebrał się w końcu na odwagę, żeby spojrzeć w jego oczy. Na widok ich pustego wyrazu czuł jak pęka mu serce. Ostatnie wydarzenia nie były łaskawe dla Jana, wiedział to doskonałe. Widział go przecież w ruinach Rozłogów, i potem po wydarzeniach w Barze. W obu tych przypadkach Michał czuł jakby ktoś rozdzierał jego własną duszę. Najgorsza była świadomość całkowitej bezradności. Nie było niczego, co mógłby zrobić żeby pomóc ukochanej osobie przyjść do siebie. I to nie tak że nie próbował, robił wszystko co tylko był w stanie wymyślić. Po prostu nic nie działało.

-Przepraszam - wyszeptał, cofając się dwa kroki do tyłu. 

Bo co innego by mógł powiedzieć? Doskonale to wiem, a i tak wymagam od ciebie zapewnienia że będzie dobrze? Nawet jeśli oboje mieli świadomość że to nie prawda. Ta misja po prostu była samobójstwem. Jan też to wiedział i nie znajdował słów. 

-Do zobaczenia, Michale - ścisnął dłoń małego rycerza, nawet na niego nie patrząc. Nie miał tego "do zobaczenia" nawet na myśli, ot zwyczajowa fraza. Bo jakie były szanse, że się jeszcze zobaczą? 

Zaraz potem odwrócił się, żeby pójść poczynić ostatnie przygotowania. 

Wołodyjowski patrzył jak jego sylwetka powoli się oddala, a płaszcz lekko kołysze, poruszany wiatrem. Przemknęło mu przez myśl, że może i to nie pierwszy raz, kiedy patrzył jak odchodzi, ale może być ostatni i nigdy jeszcze nie czuł się bardziej zdesperowany żeby zatrzymać go obok. 

-Boże, przebacz mi - powiedział tak cicho, że faktycznie chyba jedynie Bóg byłby to w stanie usłyszeć. 

Zaraz doskoczył do Skrzetuskiego. Z niezwykłą, jak na swoją posturę, siłą wciągnął go z powrotem za róg. Czuł że emocje go puszczają, a po jego policzkach spływają łzy, odbijające jasny blask księżyca. Zacisnął dłonie na płaszczu Jana, przyciągając go bliżej, żeby złączyć ich usta w pocałunku. 

To trwało zaledwie chwilę, kilka sekund, kiedy ta desperacja opadła i zrozumiał co zrobił wycofał się spanikowany. Patrzyli na siebie, przerażeni obrotem spraw, nie wiedząc jak się zachować,  co powiedzieć, bojąc się choćby poruszyć. Później, no cóż, Michał zdecydowanie nie był dumny z tego jak się zachował. 

-Boże, przebacz - powtórzył i po prostu stamtąd uciekł, zostawiając zszokowanego Skrzetuskiego, nie dając mu więcej czasu na reakcję.

 

Kiedy Jan Kazimierz przybył z odsieczą, a razem z tym z informacją że Jan żyje i nie ma poważniejszych obrażeń, Michał nie sądził że kiedykolwiek usłyszał lepsze wiadomości, ba, chyba nigdy nie był tak szczęśliwy.  Jan, jego ukochany Jan przeżył! Dokonał niemożliwego i teraz był bezpieczny w Toporowie! Chciał płakać, śmiać się i dziękować Bogu, że to wszystko się dobrze skończyło. 

Kiedy jednak opuścili Zbaraż z armią księcia Jeremiego, kiedy znowu zobaczył Skrzetuskiego na własne oczy, przypomniał sobie co zrobił przed ich ostatnim rozstaniem. 

Ktokolwiek śmiałby spróbował nazwać Pana Wołodyjowskiego tchórzem, zaraz pożałowałby swoich słów, najpewniej nadziewając się na szablę małego rycerza. Tym razem jednak stchórzył. Pierwsze raz w życiu najzwyczajniej stchórzył. Bał się spojrzeć w oczy przyjaciela.

Przyjaciela? Zakładając że Jan w ogóle chciał by go jeszcze widzieć. Na jego miejscu byłby bardzo zniesmaczony i nie chciał mieć nic wspólnego z kimś takim. Sam się sobą brzydził, a przecież musiał żyć z samym sobą cały czas i już przywykł, więc co musi sobie myśleć inny człowiek.

 Tamtego wieczoru dał się ponieść emocjom, chwila słabości, którą wyrzucał sobie już od kolejnego poranka. Dobrze, że go jeszcze za to nie powiesili. Chociaż, czy znowu aż tak dobrze? Tak przynajmniej nie byłby ciężarem dla świata.

Rozpatrując to wszystko doszedł do wniosku że najlepiej będzie po prostu zniknąć. Schować się gdzieś i nie kazać Skrzetuskiemu na siebie patrzeć.

W tej chwili bardzo cieszył się ze swojego niskiego wzrostu. W zamieszaniu wywołanym wjazdem i koniecznością rozlokowania wojsk bardzo łatwo było zgubić się gdzieś w tłumie, niezauważony przez nikogo. Zgubienie się szybko okazało się dosłowne, kiedy tak po prostu szedł przed siebie, bez żadnego celu, nie zapamiętując przebytej nawet drogi. Ostatecznie, czy to miało jakieś znaczenie? Noc była ciepła, księżyc jasno świecił. Od karczm niosła się muzyka i wesołe śmiechy. Radość ze Zbaraskiej victorii osiągnęła właśnie swoje apogeum, teraz gdy już wszyscy byli (stosunkowo) bezpieczni i spotkali się ponownie z przyjaciółmi. 

Michał uśmiechnął się blado do siebie, nieco wymuszenie. Czarne myśli nie pozwalały mu cieszyć się z prostego faktu że wciąż żyje. Może i lepiej by było gdyby poległ w oblężeniu? Przynajmniej całej sprawy by nie było. Nie robiłby kłopotu innym samym swoim istnieniem, nawet więcej, pozbył by się wszystkich swoich kłopotów. 

- Boże, czym ci zawiniłem że stworzyłeś mnie takim? - rzucił w niebo, tak jakby księżyc miał odpowiedzieć.

Oczywiście, reakcji nie było, chyba żeby liczyć tą pijaną grupkę żołnierzy, która hałaśliwie przeszła przez sąsiednią uliczkę.

- Co takiego zrobiłem? Dlaczego to mnie spotyka? - mamrotał do siebie.

 

[•••]

 

Chyba na chwilę przysnął, już sam nie wiedział. Tak tylko jakoś nie potrafił sobie przypomnieć kiedy oparł się o kolumnę i jakim sposobem nagle słońce zaczęło wpadać przez witraże, tworząc kolorowe plamy na ścianach, a świece zrobiły się jakieś takie o połowę mniejsze. Usłyszał kroki, odbijające się echem od kamiennej posadzki. Zaraz się wyprostował i skupił wzrok na ołtarzu. Doskonale rozpoznawał ten równy krok, jak mógłby nie? Wszędzie by go rozpoznał. 

To nie tak, że Jan chodził w jakiś szczególny sposób, bo nie, osoba trzecia nie znalazła by niczego charakterystycznego w jego chodzie. Ale Michał Wołodyjowski nie był byle kim i po prostu wiedział, może to intuicja, może to te dziesiątki razy kiedy tylko czekał aż Skrzetuski wróci z misji, wiele nocy spędzonych na nasłuchiwaniu. 

Teraz zacisnął powieki, starając się skupić na powtarzaniu modlitwy. To pewnie zbieg okoliczności, nic takiego. Nawet go nie zauważy za tą kolumną i zaraz sobie pójdzie. 

Zbiegiem okoliczności nie mógł już nazwać tego, że Jan usiadł obok w ławce, a już tym bardziej delikatnego, może trochę niepewnego dotyku jego dłoni.

- Michał? Wszędzie cię szukałem.

Przesłyszał się, czy usłyszał cień ulgi i nawet radości w jego głosie? Odwrócił głowę, tak żeby móc spojrzeć na mężczyznę, ale zaraz został przez niego zamknięty w mocnym uścisku, który zaraz, instynktownie, odwzajemnił.

- Gdzie ty byłeś cały ten czas? Nie mogłem cię znaleźć, nikt nie wiedział gdzie jesteś. Pan Zagłoba powiedział że po prostu zniknąłeś. Tak bardzo się martwiłem. W końcu jacyś żołnierze powiedzieli że widzieli gdzieś tu w okolicy kogoś podobnego. Coś się stało? Dlaczego nie przyszedłeś się nawet przywitać? Jesteś ranny? 

- Nie sądziłem że chcesz mnie jeszcze widzieć. 

Skrzetuski odsunął się nagle, patrząc w szoku na małego rycerza. Nie potrafił sobie wyobrazić jakim cudem mogła go najść taka myśl, a tym bardziej jak mógł w to uwierzyć, bo patrząc na zakłopotaną minę Michała wyraźnie widział że mówi szczerze. 

-Dlaczego nie miałbym chcieć cię widzieć? Czemu miałbym nie chcieć widzieć mojego najlepszego przyjaciela?

Oprócz zdziwienia w jego głosie była nuta bólu. Co takiego zrobił, żeby Michał tak o nim pomyślał?

Wołodyjowski odsunął się jeszcze trochę, czy raczej próbował to zrobić, bo będąc w ławce między ścianą a Janem nie bardzo miał pole do manewru. Spuścił wzrok, intensywnie przypatrując się jakiejś rysie na drewnie. Byle nie patrzeć na niego. 

- Przez to co zrobiłem, zanim wyjechałeś. Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam. Ja... Nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło. Nie powinienem był.

Poczuł ciepłą dłoń Jana na swoim policzku, kiedy delikatnie odwrócił jego twarz w swoją stronę. 

- Nie chciałeś tego? 

Policzki Michała zaczerwieniły się z zakłopotania. Nigdy nie chciał się nikomu do tego przyznawać, ale Jan, że wszystkich ludzi zasłużył na szczerość w tej sprawie. Powinien wiedzieć, potem zrobi co uzna za stosowne. 

- Chciałem - wyszeptał to praktycznie bezgłośnie. - Chciałem tego, sam Bóg wie jak bardzo i to od dawna. Tak bardzo mi przykro, przepraszam. Wiem że to obrzydliwe i nigdy nie powinienem tego robić....

Ale Jan wcale nie wydawał się obrzydzony, wręcz przeciwnie. Uśmiechał się ciepło. W pewnym momencie po prostu przerwał Michałowi, przyciągając go do czułego pocałunku.

- Więc mam nadzieję że nie masz mi za złe, że ja też tego chciałem? 

Skrzetuski delikatnie gładził kciukiem policzek Michała, który jeszcze kilka chwil był w zbyt dużym szoku żeby zareagować.

- Boga się nie boisz, Janie - wydusił z siebie w końcu. 

- Gdyby Bóg uważał że to złe, to czy spotkalibyśmy się tutaj? To że jesteśmy tu razem, po tym wszystkim to cud. Naprawdę nie wierzę żeby było więc coś w tym złego. Wydaje mi się raczej, że to dla nas nowa szansa

Mały rycerz nie bardzo wiedział co by mógł na to odpowiedzieć. Zewsząd słyszał jedynie że miłość do drugiego mężczyzny jest grzeszna, nienaturalna i takich ludzi należy karać. Ale kochał Jana. Nie mówił tego głośno, ale taka była prawda i kiedy sam zainteresowany zdawał się odwzajemniać te uczucia, w takim razie nie śmiał nawet marzyć o większym szczęściu. Jednak, wszystko było jakoś nie tak. Czuł się szczęśliwy, czuł że to właśnie to, czego chce, ale jednak dalej miał gdzieś z tyłu głowy świadomość, że to zabronione, że nie może kochać Jana, chyba że jak brata, ale to zdecydowanie nie było to. 

- Może i masz rację. Wybacz, wiem że cię wciągnąłem w to wszystko, a teraz nawet sam nie wiem co robić. 

Oparł głowę na ramieniu Jana, wtulając się w niego. To była bezpieczna opcja, a wciąż mógł czuć to bijące od niego ciepło, dające poczucie bezpieczeństwa.

- W porządku. Musisz odpocząć, wyglądasz okropnie.

-Na pewno nie aż tak jak ty.

Jan zaśmiał się serdecznie.

- Co nie znaczy że nie potrzebujesz snu i posiłku. Kiedy ostatnio coś jadłeś?

- Jeszcze w Zbarażu. 

- No właśnie, chodź. Idziemy. Gdzie masz kwaterę?

- Właściwie to nie wiem - Michał trochę się zmieszał. - Jakoś tak nie poczekałem na przydział żadnego miejsca ani nic.

-Nie ważne, to już masz u mnie. Miejsca jest dość.

 

Łatwo by było udawać że nic się nie stało. Po prostu idą odpocząć po kolejnych bitwach,jak to już nie raz bywało. Zwyczajna dwójka przyjaciół. Tyle że wcale tak nie było. I Michał miał świadomość że tak naprawdę nie czuł do Jana przyjaźni, nie tylko w każdym razie. To zawsze było coś więcej. Ich relacja zawsze była czymś więcej. Wcześniej po prostu z całych sił nie chciał tego widzieć. Na wszystko potrafił znaleźć wymówkę, czułe słowa, drobne gesty, częstsze poszukiwanie dotyku drugiego niż było to konieczne, czy chociażby w normie. Ten obezwładniający strach, kiedy nie był pewny czy Jan wróci z kolejnej misji, czy przeżyje kolejną bitwę. Bo przecież tak robią przyjaciele. Jan jest mu bliski jak brat, bracia tak robią, prawda? Wszystko, byle nie musieć przyznawać choćby przed samym sobą, że może kochać drugiego mężczyznę. Ale to było dokładnie to. Kochał Skrzetuskiego całym sercem. Latami wmawiał wszystkim, z sobą samym na czele, że co chwila nieszczęśliwie zakochuje się w innej, coraz to bardziej niedostępnej pannie. Żeby przypadkiem jego afekt nie mógł zostać odwzajemniony. To było dobre kłamstwo, sam w nie wierzył. Uczuć jednak nie dało się oszukać, nigdy nie ciągnęło go do żadnej z tych niewiast, ani żadnej innej. Po prostu nic nie czuł. Przekonywał siebie że to nic, że to normalne, a prawdziwe uczucia przychodzą po czasie. 

I przyszły, tyle że z zupełnie innej strony i teraz nie widział jak sobie z tym poradzić. Jak pogodzić serce ze zwyczajna ludzką przyzwoitością.

 

- Michał!?

Dopiero podniesiony głos Skrzetuskiego zdołał przywołać go z powrotem do rzeczywistości. 

-Tak? - zapytał, spoglądając w konsternacji na przyjaciela. - Coś się dzieje?

- O to właśnie pytałem. Wszystko w porządku? Siedzisz już tak kilkanaście minut i nie ma z tobą kontaktu. 

Wołodyjowski widział troskę w jego oczach. Spojrzał przed siebie, na nawet nie tknięty talerz jedzenia. Nie sądził że mógł zawiesić się na tak długo. 

- Ja... Tak, w porządku. Wybacz - uśmiechnął się przepraszająco. Nie chciał martwić Jana. W końcu to nic z czym nie może sobie sam poradzić. Nie ma potrzeby wciągania kogoś innego.  

Jan obszedł stół, żeby usiąść obok na ławie. 

- Przecież widzę że wcale nie w porządku. Znam cię wystarczająco dobrze. Co się dzieje?

-To nic. Tylko to wszystko trochę mnie przerasta. To głupie. Sam wszystko zacząłem a teraz nawet nie potrafię wziąć odpowiedzialności za własne czyny.

- To wcale nie głupie. I rozumiem że ta cała sytuacja jest dla ciebie trudna, w końcu jesteśmy w tym razem. Jestem tu dla ciebie. Czegokolwiek byś potrzebował.

Złapał dłoń małego rycerza. Michał spojrzał w górę, w te piękne, błękitne oczy. Widział w nich tylko szczerość i miłość. Czuł ciepło skóry Jana. To sprawiło że czuł się bezpiecznie, szczęśliwy. Na właściwym miejscu z właściwym człowiekiem, a jednak nie potrafił pozbyć się wątpliwości. Nie potrafił pozbyć się tego uczucia, że to coś niewłaściwego. 

Wziął kilka głębszych oddechów, zanim zaczął mówić, co chwila przerywając, szukając właściwych słów. 

- Po pierwsze proszę, nie zrozum mnie źle. Kocham cię. Naprawdę cię kocham, z całego serca. Kiedy jesteś obok w końcu czuję, jakbym znalazł swoje miejsce na świecie. Jakbym znalazł swoje największe szczęście. Kocham cię i chcę być przy tobie. Nie chcę musieć nigdy się z tobą rozstawać, bo kiedy to się dzieje, mam wrażenie jakby ktoś zabrał część mojego serca. I przy tym boję się, że cię stracę. Przed każdą misja, przed każdą bitwą tak bardzo się boje, że to ostatnie pożegnanie. Że już nigdy się do mnie nie uśmiechniesz, już nigdy cię nie zobaczę.  Wtedy pod Zbarażem, chyba jeszcze nigdy nie byłem bardziej przerażony. I wczoraj, kiedy cię zobaczyłem, że dalej tu jesteś, żywy i zdrowy, zrozumiałem że nie mogę sobie nawet wyobrazić świata w którym by cię zabrakło. Zawsze jakoś podświadomie wiedziałem że cię kocham, ale wtedy chyba po raz pierwszy pozwoliłem sobie choćby o tym pomyśleć. I jak mam mówić szczerze,cholernie mnie to przeraża. Bo jak jeden mężczyzna może kochać w ten sposób drugiego? To przecież nienaturalne. Obrzydliwe. Bóg to potępia i nic dziwnego. Jak mógłby nie? 

Przerwał, kiedy otoczyły go ramiona Jana i został przyciągnięty do mocnego uścisku. 

- Czujesz się tym zniesmaczony? 

Pokręcił głową i zaraz oparł ją na jego ramieniu. 

-Czuje się dobrze. Bezpiecznie. 

Skrzetuski dał mu buziaka w policzek. Niby jak wiele razy na powitanie, a jednak to było coś innego.

-A teraz?

Michał lekko się zarumienił. 

-Dalej dobrze.

Jan lekko uniósł jego podbródek, żeby móc go pocałować.

-A teraz?

Wołodyjowski odsunął się nieznacznie, jedynie kilka centymetrów, ale wyraźnie się spiął. 

- To przyjemne. Ale mam wrażenie jakbyśmy robili coś złego. Nie mogę. Przepraszam. 

- Nie przepraszaj. Nie masz za co. Nie jestem przecież żadnym Tatarem, szanuję twoje granicę. Nie mam zamiaru robić niczego, przez co mógłbyś się czuć niekomfortowo.

Mały rycerz nieśmiało spojrzał w górę. Jan był zdecydowanie zbyt dobry na ten świat. 

- Na pewno w porządku? Nie chcę cię tak trzymać i być tylko problemem. 

- Nawet nie próbuj tak myśleć. Nie jesteś, nigdy nie byłeś i nigdy nie będziesz problemem. Kocham cię dla ciebie, a nie dla żadnej fizyczności . I jeśli mogę być obok  i ty też mnie kochasz, to jestem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie i nie chce niczego więcej.

Michał sięgnął po dłoń Jana. Jego skóra była ciepła. To zapewniało uspokajające poczucie uziemienia. Teraz wiedział że tak było zawsze. Jan zawsze był taki dobry, zawsze taktowny, zawsze po prostu dbał o jego komfort, a Michał był za to niewypowiedziane wdzięczny.

- Kocham cię. Jak nikogo nigdy nie kochałem. I nawet jeśli to grzech, to nie mogę przestać cię kochać.

- Nie wierzę żeby Bóg mógł potępiać miłość. To bez sensu. Dlaczego kazałby nam się kochać nawzajem, jeśli mężczyzna nie może kochać drugiego tylko dlatego że jest mężczyzną. To bez sensu. Człowiek nie ma kontroli nad swoimi uczuciami, więc z jakiej racji miały by być grzechem?

- Nie wiem. Po prostu tak jest, i tyle.

- Nie chcę brać świata takim jaki jest, bo tak! - w oczach Skrzetuskiego pojawiła się ożywiona iskra. - W Zbarażu uświadomiłem sobie jak kruche tak naprawdę jest życie. Prawie zginęliśmy. To cud że jeszcze żyjemy.  Pomyśl, jak wielu się nie udało? Jak wiele razy nam samym mogło się nie udać? Cholera, Michał, mamy tylko po dwadzieścia lat! I każdy dzień może być ostatnim. Nie chcę już tak po prostu się na to godzić, chce zacząć żyć, korzystać z każdej chwili jaka mi została i naprawdę przestały mnie obchodzić zasady które nie mają żadnego uzasadnienia. Bo co jest złego w tym że cię kocham? Czym to się różni od tego jak kochałem Helenę? Bo masz wąsa i nosisz spodnie? To ma być ten wielki problem? Tyle lat wmawiałem sobie, że moje własne instynkty tylko mi się wydają, że coś sobie wmawiam. Nie chcę już tak dłużej żyć. Chciałbym robić rzeczy które sprawią że będę szczęśliwy, bo inaczej po co mi życie, jeśli miałbym je spędzić cierpiąc z wyboru? Chcę w końcu poszukać szczęścia. I jeśli się na to zgodzisz, to żebyś był jego częścią. 

Na ustach Michała pojawił się cień uśmiechu. Wciąż nie był wcale pewny tej retoryki, nie potrafił wyrzucić z głowy siedzących tam od dzieciństwa podszeptów, mówiących że wkracza na niebezpieczną ścieżkę i będzie za to potępiony.

Później spojrzał w oczy Jana i już wiedział, że za nim poszedłby do samego piekła. Nie był gotowy na porzucenie wszystkich swoich przekonań, chyba na to było jeszcze za wcześnie.  Jednak serce mówiło, że to dobra droga, małymi kroczkami szukać szczęścia, a gdzie lepiej niż przy osobie, która je zdobyła. 

-Bardzo bym tego chciał.