Chapter Text
Midgaard. Dzień trzydziesty trzeci od lądowania, bliżej nieznane położenie geograficzne, połączenie satelitarne NeuraStream™’u siadło jakiś tydzień temu. Teren wokół równy i porośnięty spaloną trawą. Względnie stepy. Akermańskie.
Jest gorąco i tak sucho, że rzucony na ziemię świeży kawał mięsa zmieniłby się w jerky po trzech godzinach. Ja jednak idę dziarsko przed siebie, termoizolując się surogatem. Trik polega na moim mózgu wysyłającym sygnały do drugiego przekaźnika o upale i orzymującym sygnały od drugiego ciała w zamian. Ono nie ma układu nerwowego a z wody składa się może w 30%, nawet w tej temperaturze wszystko jest u niego cacy, więc jest też i u mnie.
Nie czuję pragnienia.
Zostało mi około cztery i pół godziny względnie komfortowej wędrówki, potem kompozyt drugiego ciała zacznie degradować, jeśli nie dojdę do stolicy w tym czasie będę musiała jakoś przeczekać okres reaktywacji. Chyba, że zacznie padać. Chmur jednak nie widać, marne szanse. Out.
Nagrywanie w pamięci skończone.
Poprawiłam toboł i spojrzałam się za siebie spod podróżnego kapelusza. Dawał cień, ale nie pogardziłabym do tego jeszcze okularami przeciwsłonecznymi. Ot, taka ziemska fanaberia. Straker też szedł, niewzruszenie jak zawsze, nawet nie łypiąc oczekująco na horyzont. Nie to co ja.
Był, co prawda, tylko sztucznym tworem, ale dzięki moim cudotwórczym wpływom nabrał charakteru.
Projekt Operator . Komandosi Navy SEALs i dron sterowany zdalnie w jednym. Największe osiągnięcie techniki militarnej Zjednoczonej Azjii, wysłane w kosmos jako test bojowy.
Misja? Znaleźć grupę naukowców wrogiego kraju, przechwycić, wrócić.
Bo po co wydawać dziesiątki trylionów na stacje badawcze, ludzi i ekspedycje skoro można wykradać konkurencji wiedzę i personel za parę bilionów z budżetu wojskowego? Ot kosmiczna zimna wojna, część dwudziesta piąta. Star Wars the Economy Wars.
No chyba, że źródło wiedzy nagle zaginie, i nie ma czego przechwytywać.
No i tu wchodzę ja.
Midgaard to pieszczotliwa nazwa ziemskopodobnej planety zamieszkałej przez humanoidalne, inteligentne istoty midgaard sapiens sapiens o rozwoju cywilizacyjnym równym gdzieś z naszym trzynastym wiekiem. Może trochę później tu w Amitraju, ci z wiadomych mi danych bawią się już w Napoleona. Co śmieszne, no, może nie dla naukowców próbujących przeprowadzać badania, technologia gnije tu i psuje jak pozbawiona ziemi roślinka. Elektronika pada, sygnały słabną, proch nie zapala się.
Dlatego jestem tu ja zamiast stada obwłóczonych w kewlar koleżków z maszynówkami.
Projekt Operator jest bowiem nowinką nauki biotechnologicznej; impulsy nerwowe przekute w krótkofalowe sygnały, poprzestawiane kabelki w mózgu, wszczep pienny.
Wszystko organiczne, choć przypomina wyglądem metal, kwarc i diody LED, wyhodowane na szkiełku laboratoryjnym część po części. Science fiction jakie się nie śni przeciętnemu zjadaczowi ryżu. Włóczęga za moimi plecami, z kolei, jest ludzkopodobną formą, która kształtuje się z neuroaktywnego filamentu syntetyzowanego z samego powietrza. ‘Ciało’ to dość szczodre określenie, biorąc pod uwagę, że pod warstwą zewnętrzną nie ma ani kości, ani mięśni, ani organów. Tylko responsywna masa przypominająca piankę z włókna szklanego z przekaźnikami oraz czip na karku, analogiczny do mojego. Po upływie sześciu godzin gdy ciało przekracza krytyczny poziom, wyjmuje się go i aktywuje znowu, tworząc nową formę. Sam czip mogę wpiąć pod mój, żeby zgrać wszystkie dane zarejestrowane w sesji.
Stąd ‘surogat’.
Oba czipy są sprzężone z sobą i w ciągłej komunikacji. Impulsy, które sobie przekazują są o dwadzieścia procent szybsze od tych przekazywanych biologicznymi nerwami. Tym sposobem mam parę rąk i nóg, które są szybsze od moich. A kontroluję je jak własne, własnym mózgiem.
Stąd ‘operator’.
Trening, który przeszłam, zaczął się już za dzieciństwa. Rozwijający się mózg łatwiej kształtować, łatwiej przyzwyczajać go do obłożenia, które u innych spowodowałby udar. W idealnej wersji świata, takiej gdzie szkolenie idzie tylko i wyłącznie tak, jak powinno, i gdy jego przedmioty nie ukrywają pewnych…ciekawych postępów, drugie ciało jest bezwolną kupą materiału odpowiadającą na każdy impuls ze sterownika operatora. Jego inteligencja i zakres samodzielnego działania opiera się na bardzo prostym skrypcie - po pierwsze, chroń operatora, po drugie, nie pozwól do zniszczenia czipu. Reszta pozostaje już ekspresjonizmem samego sterującego, ale tak nie było w przypadku Strakera.
Bo tak, wbrew wytycznym szkolenia dałam swojemu surogatowi imię.
Jak wczoraj pamiętam jego pierwsze samodzielne myśli, które kołowały mnie, odbijając mi się echem pod czaszką. Pamiętam ten moment kiedy odpaliła mu się samoświadomość i przestraszył się białego pokoju testowego i mojej twarzy. Według protokołu był to wadliwy model, ale mało mnie to interesowało. Miałam w końcu przyjaciela, bratnią duszę.
Choć być może ci na górze skapnęli się, że coś było na rzeczy i dlatego wybrali nas na tą, jakby nie patrzeć, prawie samobójczą misję. To przecież nie tak, jakbym miała najlepsze wyniki z całego rewiru.
Straker żachnął się.
-A co, źle mówię? -zagaiłam go- Poza tym, co podsłuchujesz?
Nie musiałam do niego mówić, żeby się komunikować ale w tym tempie milczenia chyba zanikłyby mi struny głosowe.
-A masz coś lepszego do robienia podczas podróży?- zauważył dość trafnie.
-Wyliczać kroki do Maranharu może. Ciekawa jestem jak duży jest Amitraj a nie sprawdzę sobie teraz pomiarów z bazy danych.
-I ja mam ci robić za Google? Co jeszcze? Może zaśpiewać?
Prychnęłam i zakręciłam się w marszu, żeby pacnąć go pod ‘żebro’. Wyszczerzył się w zamian tym cienkim rzędem zębów jak u miejscowych.
Na parę miesięcy przed podróżą przeprogramowali mu układ materializacji, charakteryzując go na Midgaardianina.
Dzięki temu mi się upiekło. Nie musiałam przechodzić operacji rozszerzenia źrenicy oczu ani wszczepu komórek włosowych od karku aż pod łopatki. Wystarczyła paciorkowa zasłonka wokół ronda kapelusza, i opaska na oczy pod którą chowały się też uszy, uszyta z inteligentnego materiału; od środka prześwitywał jak firanka a zewnętrzna strona była gruba, jak len. Zresztą uszy i tak trafiły mi się naturalnie szpiczaste w loterii genetycznej. Jako zwieńczenie cosplayu niewidomej podróżniczki miałam jeszcze kij z ukrytym mieczem i paroma innymi drobiazgami do walki.
A mu ładnie było w tych krowich oczach i grzywie, nawet jeśli kłóciła się trochę z preferowaną przeze mnie fryzurą - w połowie ogoloną czupryną długich włosów. Jedyne co gryzło się z dzikim wyglądem była warstwa ochronna syntezowana wraz z całą resztą, spandeksowy kombinezonik, do wyłączenia komendą kiedy przyjdzie potrzeba. Ubrania dla niego niosłam ja, wraz z zapasami dla jednej osoby.
Oto cały pitch dla inwestorów - dwoje super-żołnierzy, połowa kosztów.
Nawet jeśli mózg operatora zużywa pięciokrotnie więcej kalorii niż u geniusza szachowego. Broni, zbroi i opierunku potrzeba mniej. Pozbawione wnętrzności surogaty same zasklepiają sobie uszkodzenia i formują broń z własnych kończyn.
To nie ludzie, a brak jakiejkolwiek troski jest ekonomiczny.
-Hej, Google - mruknęłam - Podaj mi ostatnie pobrane dane z satelity pogodowej. Ile trwa tu już ten ukrop?
-Będzie ze dwa miesiące z hakiem -wyrecytował.
-Freihoff się nie pierdoli w tańcu - westchnęłam ciężko.
-Kto by pomyślał, że zamiast potrzebować pomocy na środku tej cholernej pustyni ta bawiła się w najlepsze w Jezusa.
-Wogóle chciałabym, żeby satelita szpiegowski jej nie zauważył. Wylądowalibyśmy sobie w jakichś miłych tropikach, albo na Wybrzeżu koło stacji, a nie. Pierdolony Nahel Zym i świrnięta baba.
-Klniesz jak szewc, gryzie cię, że nam uciekła?
-Klnę, bo jestem pół-Polką. Taka krew. A to, że ta jebana-
Ah tak, Polska - połać ziemi w Europie, która na mapach nosi obecnie numerek 6 jako część Federacji Pansłowiańskiej z której pochodzi moja matka. Z ojcem, singapurczykiem, poznali się przez internet. Grając w gry ARMMORPG. W tym matka nielegalnie. Zawsze mnie to śmieszy.
-No już, starczy - Straker przerwał nadchodzącą litanię bluzg.
-A to, że Freihoff odblokowała sobie konsolę do kodów zwaną także magią na tym świecie nie ma nic…No, może ma. Sporo zresztą. Cudem przeżyliśmy.
Ciężko się kłamie przed kimś kto bazuje swoje całe istnienie na twojej własnej osobowości. Nie wiem, czemu w ogóle próbuje. Wrodzone zacięcie.
-Przeżyć to jednak połowa sukcesu, przy okazji dowiedzieliśmy się sporo. I o niej, i o innych, i o tych Pieśniach Bogów.
-Wielkie dzięki dla pani profesor, że wykłady z antropologii kultury Midgaardu nie poszły na marne -dodałam pod nosem z przekąsem.
-Plus, patrząc na jej czułe pożegnanie, dla niej jesteśmy już martwi. Weteran nie przeżyłby marszu przez pustynię, a co dopiero ,,zatruty patriarchatem bachor’’ jak ty.
Zawsze mi mówili, że wyglądam młodo. Ale to akurat zabolało.
-Weź mi tu jej nie cytuj, ale racja. Jej ogień nie dał rady, co innego pięćdziesiąt stopni celsjusza i żadnej osady w promieniu pięciuset kilometrów. Taaa -zaśpiewałam złowrogo - Niech sobie gra w boga w błogiej nieświadomości, póki nasze drogi znowu się nie zetkną. Z ognia pustyni zostanie sam popiół.
-Wzięłaś to strasznie do siebie, co? A misja?
-Potrzebujemy tylko jej łepetyny, a zeskanować mózg mogę na krótko przed śmiercią.
Straker uśmiechnął się groźnie. Ja pod zasłoną paciorków również. Ja to szło? Nie gryź ręki która…
…cię karmi?
Bo wybije ci zęby.
