Actions

Work Header

My, samotne wilki

Summary:

— Daleko jeszcze? — zawodziła Ciri, gdy pokonali wyjątkowo uciążliwe podejście. Dalsza droga wydawała się chwilowo prosta, ale Jaskier nie dał się tak łatwo nabrać.

— Właśnie, Geralt, daleko jeszcze? — biadolił razem z dziewczyną. Otrzepał buty na śniegu, co w sumie niewiele pomogło. — Miały być piękne widoki, pradawne zamki i ciepłe źródła. Gdzie, Geralt, są ciepłe źródła?

— Kto powiedział ci o ciepłych źródłach? — zdziwił się wiedźmin.

 

Lub:
Geralt, Jaskier i Ciri idą razem do Kaer Morhen.

Notes:

No hej.

Za cały ten puch i całą tę słodycz psująca zęby możesz winić wyłącznie moją siostrę. To ona stwierdziła, że potrzebuje łatki z Ciri, Geraltem i Jaskrem w Kear Morhen, a ja to tylko ubrałam w słowa. Jeżeli jesteś tutaj dla bezsensownego domowego puchu, usiądź wygodnie, włącz Soldier, Poet, King by The Oh Hellos dla zbudowania nastroju i zrób rozgrzewkę dla policzków, żeby nie bolały cię od głupiego uśmiechania się do ekranu. Nie mam żadnych innych ostrzeżeń.

(Jeżeli zastanawiasz się, w jakim momencie fabuły to umieścić, nie przejmuj się, autorka też nie wie. Przyjmijmy, że to po prostu urocze fanfiction, które zostało napisane wyłącznie po to, żeby zaspokoić głód na Geralta i Jaskra jako postacie rodzicielskie dla Ciri. Enjoy¿)

Daj znać, jak to wyszło. Każdy szybki kudos robi mi tydzień.

Trzymaj się ciepło <3

_____________________
Dla siostry.

Work Text:

W Kaer Morhen z reguły nie żyło się źle. 

Jaskier słyszał strzępki historii o zamku na szczycie najwyższej z gór. Straszne były, wszystkie te legendy i pieśni wyssane z palca. Pełno w nich było krwi, pełno przemocy i serc skruszonych na drobny mak.

A teraz stał tutaj, stał u podnóża najwyższej z gór. Wokół bielił się śnieg. Wszędzie, jak okiem sięgnąć; wszędzie był tylko spokój i cisza, był bezruch, jakby całe istnienie chciało ustąpić miejsca przed nimi.

Jaskier spojrzał przez ramię, spojrzał na ziemię, którą zamierzał opuścić. Straszna była – ta kraina pod najwyższą z gór. Pełno w niej było krwi, pełno przemocy i serc skruszonych na drobny mak. Jaskier spojrzał w górę, prosto ponad świerki i sosny; i tam widział tylko krystalicznie błękitne niebo.

— Chodź, bardzie — pogonił go Geralt. Położył też dłoń na jego ramieniu, popchnął go lekko. Jaskier nie czuł zmęczenia; dopiero gdy postawił kolejny krok, dopiero wtedy wyczuł drżenie kolan i pieczenie w udach i łydkach. Zacisnął zęby, aż usłyszał szum krwi gdzieś w uszach.

— Daleko jeszcze? — biadoliła Ciri z siodła Płotki. Jaskier nie mógł jej winić. Sam zastanawiał się, jak daleko sięga ostatni skrawek człowieczeństwa. Zastanawiał się, czy dalej są jakieś leśne chatki, może owcze pastwiska, albo lasy, których drzewa posłużyły za opał. Zastanawiał się, gdzie tak naprawdę kończy się świat. 

— Niedługo — skłamał Geralt. Jaskier spojrzał na niego przez ramię. Podziwiał sposób w jaki śnieg kontrastował z jego czarnym kapturem. 

— To tu znikasz każdej tej zimy? — zapytał z czcią. 

Geralt spochmurniał. Spojrzał gdzieś w górę, zamyślił się. 

— Nie każdej — mruknął przez zęby. Spojrzał na Jaskra. — Ruszaj nogami. Nie chciałbym nocować w tych lasach.

— Czy w Kaer Morhen żyją potwory? — zapytała ciekawsko Ciri. 

Jaskier spiął się, słysząc pytanie. Zerknął dyskretnie na Geralta. Wystarczyło użyć innego słowa; zapytać o coś innego. Wiedźmin nie dał po sobie poznać, że cokolwiek poczuł.  Zacisnął tylko szczęki; ale, z drugiej strony, on zawsze miał je tak zaciśnięte. 

— Geralt — domagała się Ciri. Pochyliła się w siodle, ona i jej królewski wdzięk. — Czy w Kaer Morhen…?

— Tak — uciął jej szorstko. Spojrzał na nią bardzo poważnie. — Wiwerny. Jedzą księżniczki na śniadanie. Szczególnie te wścibskie.

Ciri zmarszczyła nos. Urocza była, zarówno dziecięco niewinna i zabójczo niebezpieczna, zupełnie jak jej babka i matka. Jaskier nie mógł się nie uśmiechnąć. 

— Ja słyszałem — odezwał się neutralnie — że w Kaer Morhen to żyją jednorożce.

— Aha — mruknął zmęczonym głosem Geralt. — I smoki.

— Jak wyglądają smoki? — zapytała od razu Ciri. Utkwiła przenikliwe spojrzenie najpierw w wiedźminie, a później w bardzie. — Jaskier? Widziałeś smoka na własne oczy?

Żaden z nich nie rwał się do odpowiedzi. Jaskier spojrzał nieśmiało na Geralta, ale ten wgapiał się w drogę przed nimi. Smoki, góra i wszystko pomiędzy wciąż było tematem tabu, którego tak naprawdę nigdy w pełni nie poruszyli.

— Jaskier! — zniecierpliwiła się Ciri.

— Widziałem trolla skalnego — zmienił nieznacznie temat. Uśmiechnął się sztucznie i spojrzał na księżniczkę. — Straszny był. Opowiedzieć ci o nim?

Ciri zamyśliła się głęboko. Odrobinę straciła zapał.

— Bardzo straszny? — zapytała niepewnie.

— Nie uśniesz w nocy — mruknął Geralt. 

Jaskier uderzył go w ramię. Nie włożył w to żadnej siły, więc wiedźmin ledwo na niego spojrzał w odpowiedzi.

— Geralt przesadza — uspokoił dziewczynę. — Trolle skalne to przemiłe stworzenia.

— Mhm — mruknął sarkastycznie wiedźmin.

— Geralt, jeżeli sam nie masz lepszej opowieści, przynajmniej nie przeszkadzaj w mojej — upomniał go Jaskier. 

— Właśnie, Geralt — podchwyciła Ciri. Wiedźmin odwrócił się przez ramię, żeby na nią spojrzeć, ale nie powiedział ani słowa. Zgromił Jaskra wzorkiem, gdy ten uśmiechnął się na tę scenę.

Opowiedział Ciri o trollu skalnym. Jeżeli zmyślił całą historię, dziewczyna nie musiała o tym wiedzieć. Na szczęście był bardem i podróżował z Geraltem już na tyle długo, żeby rozeznać się w całym tym wiedźmińskim fachu. Jeżeli Geralt miał jakieś uwagi dotyczące polowania na trolla skalnego, zachował je wszystkie dla siebie.

Przez cały ten czas pięli się w górę. Ścieżka niemalże nie istniała, a miejscami była na tyle stroma, że Ciri musiała zejść z Płotki i przejść kawałek na nogach. Na początku nie narzekała; ale marudzenie aż wisiało w powietrzu. Jaskier nie mógł jej winić, bo sam miał już dość tego śniegu, tej wspinaczki, stromych zbocz i nieprzebytych dróg. 

— Daleko jeszcze? — zawodziła Ciri, gdy pokonali wyjątkowo uciążliwe podejście. Dalsza droga wydawała się chwilowo prosta, ale Jaskier nie dał się tak łatwo nabrać. 

— Właśnie, Geralt, daleko jeszcze? — biadolił razem z dziewczyną. Otrzepał buty na śniegu, co w sumie niewiele pomogło. — Miały być piękne widoki, pradawne zamki i ciepłe źródła. Gdzie, Geralt, są ciepłe źródła?

— Kto powiedział ci o ciepłych źródłach? — zdziwił się wiedźmin. 

Jaskier wzruszył ramionami w odpowiedzi.

— Zgadywałem. — Zmarszczył brwi.  — Czekaj, a są jakieś? 

— Duże? — podchwyciła Ciri. Podskoczyła entuzjastycznie w siodle. — Oh, a macie jakieś zwierzęta? Mogę się nimi opiekować? Nigdy nie opiekowałam się zwierzętami.

— Naprawdę? — zagadnął ją Jaskier. Dziewczyna pokręciła głową w odpowiedzi. — A jakimi najbardziej chciałabyś się zajmować?

— Przepiórkami — odpowiedziała bez zająknięcia. Wyprostowała się w siodle, a Geralt musiał mocniej przytrzymać wodze Płotki, gdy ta machnęła łbem. Ciri zdawała się tego nie zauważyć. — One są takie małe i bezbronne. Karmiłabym je i broniła przed drapieżnikami. Polubiłyby mnie i chodziłyby za mną cały czas.

— W Kaer Morhen nie ma przepiórek — mruknął Geralt. 

— Oi, wiedźminie! — upomniał go Jaskier. Machnął ręką. — Daj dziewczynie mieć własne marzenia. 

— Powinna być realistką — mruknął, patrząc twardo przed siebie. — To nie miejsce i czas na marzenia.

Jaskier spojrzał niepewnie na Ciri. Dziewczyna przygasła i zgarbiła się w siodle. Nic nie powiedziała, chociaż było widać, że słowa wiedźmina ją zabolały.

Jaskier cofnął się nagle, zrównał z Płotką i nachylił w kierunku Ciri. Zasłonił usta przed wiedźminem, jakby szykował się do powiedzenia jakiejś tajemnicy.

— Założę się — szepnął, chociaż wiedział, że Geralt go słyszy — że w Kaer Morhen mają mnóstwo kóz. To by tłumaczyło zapach. — Powachlował dłonią pokazowo przed nosem.

Ciri zaśmiała się w odpowiedzi. Spojrzała na wiedźmina, a później na Jaskra. 

— Ja się założę — kontynuowała grę — że mają pełno złośliwych baranów. To by tłumaczyło zrzędliwość. 

— Mamy jednego Lamberta — mruknął Geralt. Jaskier znał go już niemal ćwierć wieku; słyszał śmiech w jego głosie, nawet gdy dla innych był on niesłyszalny. 

— Oi — zagadnął głośniej. — Nie uczyli cię, wiedźminie, że nie podsłuchuje się prywatnych rozmów?

Oi — przedrzeźniał go Geralt. Zrobił nawet głupią minę i coś spuchło w piersi Jaskra, gdy uświadomił sobie, że to wszystko ze względu na Ciri. — Nie uczyli cię, bardzie, jak być cicho?

Jaskier grał dalej; wystawił język w jego kierunku i zarobił w nagrodę prawdziwy, szczery śmiech Ciri. Geralt odwrócił się w ich kierunku. Skrzyżował spojrzenia z Jaskrem i minimalnie skinął głową, zupełnie tak, jakby był z nich dumny. Jakby cieszył się, że idą tu razem, ramię w ramię, z księżniczką pomiędzy nimi. 

Jaskier odpowiedział kiwnięciem. Uśmiechnął się szeroko, aż poczuł to w policzkach.

— Gdybym nie miał zgrubiałych od zimna palców, zagrałbym teraz na lutni, żeby pokazać, jak cicho potrafię być — oznajmił głośno. Schował dłonie pod pachy. — Ale niestety mam. Uraczę was piosenką już w zamku, najlepiej przy ciepłym ognisku. Hej, Geralt, a…

— Sh — uciszył go szybko. Przechylił głowę w bok, jakby czegoś nasłuchiwał. Uniósł palec, gdy Ciri już otworzyła usta, żeby zadać pytanie.

— Wszystko w porządku? — zapytał nerwowo Jaskier i zrobił to w języku Wilków. Geralt kiedyś pokazał mu, jak mówić niemalże nie używając oddechu. On nie słyszał swojego głosu; wiedźmin natomiast wyglądał, jakby nie miał z tym problemu.

Geralt odpowiedział kiwnięciem głowy. Nie sięgnął jeszcze po miecz, po prostu stał i nasłuchiwał. W pewnym momencie uśmiechnął się, wyprostował, nabrał powietrza w płuca i przystawił rękę do ust.

— Biały Wilk! — krzyknął tak głośno, jak chyba nie krzyczał nigdy. Opuścił dłoń, nasłuchiwał czegoś. Uśmiechnął się szerzej i jeszcze raz zadarł głowę. — Geralt, ty skur-kinsynie! – zawahał się, prawdopodobnie ze względu na Ciri. 

— Czy ty krzyczysz do gór, żeby cię wpuściły? — zaniepokoił się Jaskier. Na swoją obronę mógł powiedzieć tylko tyle, że co najmniej dziwnie to wyglądało.

Geralt spojrzał na niego szybko. Zmieszał się lekko, ale później pokręcił wesoło głową. 

— Jesteśmy blisko — wyjaśnił. Pociągnął Płotkę i popchnął Jaskra. — W zasięgu słuchu. Lambert usłyszał nas z murów. 

— Jasne — mruknął bez entuzjazmu. Spojrzał w góry, chociaż nie widział nawet cienia zamku. — W zasięgu słuchu, mhm.

— Nigdy nie słyszałam, żebyś krzyczał — powiedziała ciekawie Ciri. Coś w jej głosie zapowiadało formujące się pytanie. — Czy nie mówiłeś, że wiedźmini mają delikatny słuch?

— Czuły — sprostował. Niepokoił się coraz bardziej, im dłużej był w centrum uwagi i Jaskier to widział. Nie uratował go jeszcze tylko dlatego, że sam był ciekawy wytłumaczenia. Geralt zacisnął szczęki, zmarszczył czoło. — Słyszę; słyszymy z wieluset metrów. Szczególnie z wiatrem, albo nad wodą. 

— Krzyczycie w górach — domyślił się Jaskier. Geralt kiwnął głową w odpowiedzi.

— W dolinach też — dodał. Prawdopodobnie miał na myśli cały pozostały Kontynent. Ożywił się nagle. — Słyszałem opowieści, że wiedźmini ze szkoły niedźwiedzia krzyczeli pomiędzy wyspami. 

— Naprawdę? — zapytała z niedowierzaniem Ciri. — Przecież to tak daleko!

— Tylko w pogodne dni — sprostował wiedźmin. — Kiedy morze było spokojne. Pokażę wam. Przy twierdzy jest jezioro, większe niż jeziora w Cintrze i w Redanii. Jestem pewien, że nawet wy usłyszycie krzyk z drugiego brzegu. W ciepłe dni słychać lepiej, gdy woda nie jest przykryta lodem.

— Geralt — szepnął Jaskier, ale tak naprawdę nie wiedział, co chciał mu powiedzieć. Może po prostu to, żeby został taki na zawsze. Było to widać; z każdym krokiem wiedźmina, z każdym oddechem przepełnionym gryzącym mrozem. Geralt wracał do domu.

Wiedźmin uparcie nie patrzył w jego kierunku. Może to i dobrze; może Jaskier nie mógłby wytrzymać jego spojrzenia.

— W dolinach głos też niesie się dobrze — kontynuował wiedźmin. Wskazał na drzewa wokół nich i szczyty po obu ich stronach. — Teraz jesteśmy w dolinie. Kaer Morhen jest wyżej nad nami, dlatego z murów słychać nasze głosy. 

— Jak się nazywa ten wiedźmin? — zapytała nagle Ciri, wychylając się w siodle. Spojrzała na Geralta, gdy ten nie odpowiedział od razu. — Ten na murach, co słuchał?

— Lambert — mruknął. Jaskier uśmiechnął się już na zapas, przewidując co zaraz się stanie.

Ciri nabrała powietrza w płuca i zrobiła przy ustach tubkę z dłoni.

— Lambert! — krzyknęła, ile tylko miała siły w młodych płucach. Płotka położyła uszy po sobie, ale na szczęście nie stanęła dęba ze strachu. Ciri ponownie odetchnęła głęboko. — Przygotuj mydła w ciepłych źródłach!

Geralt parsknął cicho. Poklepał bezwiednie Płotkę po szyi.

— Tak naprawdę nie mamy ciepłych źródeł — mruknął do Ciri. Przechylił głowę, nasłuchując odpowiedzi.

— Chwila. — Jaskier zatrzymał się jak wryty. Wskazał ręką za siebie. — Od trzech dni żyję myślą, że wykąpię się w ciepłych źródłach!

— Co odpowiedział? — zapytała wesoło Ciri. Chyba nie zraził ją fakt, że żadnych ciepłych źródeł nie będzie. 

Geralt zamyślił się głęboko. Popchnął łagodnie Jaskra i właściwie to nie zdjął dłoni z jego krzyża. Bard niechętnie ruszył do przodu.

— Zapewnił, że zagotuje wodę na kąpiel i przygotuję ci pokój — skłamał bez zająknięcia. Jaskier słyszał to w jego głosie.

Ciri kiwnęła zadowolona głową. Jaskier parsknął cicho, ale nie za głośno, żeby nie zaalarmować dziewczyny.

— Kazał jej się pieprzyć? — zapytał wilczym szeptem. Geralt mocniej nacisnął na jego plecy.

— Mhm — odpowiedział niezobowiązująco. Jaskier uśmiechnął się szerzej. Pokręcił wesoło głową.

Zamilkli wszyscy troje. W powietrzu było słychać tylko skrzypienie śniegu, tylko ich kroki; i wiatr wiał gdzieś nad ich głowami.  Jaskier zamyślił się nad surowym pięknem tej chwili. Zapatrzył się gdzieś we własne wspomnienia, na wszystkie te razy, gdy prosił wiedźmina, żeby poszli razem na północ. Kiedyś, dawno przed górą i przed smokami, podróż na koniec świata wyglądała jak dobry pomysł; teraz Jaskier obawiał się, co czeka go w starym zamczysku. Drżały mu dłonie; ukrył prawą pod lewą, gdy tylko to zauważył. Potarł opiekuńczo zmarznięte palce i chropowate blizny na kostkach.

Geralt wciąż trzymał dłoń na jego plecach.  Nacisnął mocniej, chyba roztarł kciukiem jego krzyż, a później lędźwie i żebra. Jaskier nie mógł powiedzieć na pewno, bo cały był zdrętwiały od śniegu. Otulił się mocniej płaszczem. Geralt nie zabrał ręki z jego pleców. Popychał go delikatnie, gdy Jaskier zwalniał kroku.

— Wpuszczą nas tam? — zapytał niemalże bez oddechu. Geralt chrząknął, jakby chciał zapytać co ma na myśli. — Wilki. Wpuszczą nas? 

Geralt nie potwierdził, ani nie zaprzeczył. Odetchnął ciężej i jakby ze zmęczeniem. 

— Wysłałem list zanim wyruszyliśmy — mruknął cicho. Jaskier poczuł, że wiedźmin wzrusza ramionami. — Przynajmniej wiedzą, że idziemy.

— Hej! — zawołała nagle Ciri. Nachyliła się w ich kierunku, mało przy tym nie wypadając z siodła. — Nie lubię, gdy rozmawiacie tak cicho. 

— Geralt ma delikatne uszy, kwiatuszku — upomniał ją Jaskier. Speszył się, gdy uświadomił sobie, że przez przypadek nazwał Ciri przydomkiem, którym nazywał swojego bratanka. Dziewczyna nie wyglądała, jakby jej to przeszkadzało.

Czułe — poprawił go Geralt, jakby to naprawdę było jakąś różnicą.

— Chodź — zaoferował nagle Jaskier. Zrównał się z Ciri. — Nauczę cię mówić w języku Wilków. Spójrz, gdy mówisz, układasz usta w kształty i wydychasz powietrze, prawda?

Ciri kiwnęła niepewnie głową. Jaskier uśmiechnął się do niej w odpowiedzi.

— Unieś teraz rękę i połóż ją na gardle, o tak. — Zaprezentował, obejmując swoje gardło dłonią. — Powinno drżeć, gdy będziesz mówić. 

— Geralt? — spróbowała eksperymentalnie. — Halo? Czy moje gardło drży? Hej, naprawdę drży!

— To są struny głosowe — wyjaśnił jej Jaskier. — Zupełnie jak struny w lutni, tylko zamiast grać, tworzą słowa.

Ciri spochmurniała nagle. Opuściła rękę. 

— Geralt nie lubi gry na lutni — mruknęła cicho. 

— Lubię — skłamał pospiesznie wiedźmin. Jaskier uśmiechnął się do niego z podziękowaniem, ponieważ nie był gotowy, żeby wytłumaczyć dziewczynie, że to bardziej skomplikowane. 

— Spróbuj teraz wypowiedzieć słowa, ale nie wkładaj w to oddechu — pouczył Jaskier Ciri. Ułożył usta wraz z następnymi słowami, ale nie wypowiedział ich głośno: — O tak.  

Ciri zmarszczyła czoło i zrobiła zeza, jakby chciała spojrzeć na własne usta. Otworzyła je, poruszyła wokół jakiegoś słowa, a głos załamał jej się i wyszedł w postaci dziwnego dźwięku. Ciri zaczęła się z siebie śmiać. 

— Łał — powiedziała wesoło. — To wygląda łatwiej, gdy ty to robisz.

— Nauczysz się kiedyś — pocieszy ją. 

— Jask uczył się dziesięć lat — mruknął pomocnie Geralt. Jaskier nie kłócił się z nim tylko dlatego, że tak naprawdę uczył się siedem i nie chciał, żeby Geralt mu to wypominał. 

— Spróbuję jeszcze raz — oznajmiła poważnie Ciri. — Geralt, powiedz, gdy coś usłyszysz. 

— Mhm — mruknął bez entuzjazmu. 

Jaskier uśmiechnął się serdecznie. Zwolnił świadomie, tylko po to, żeby Geralt położył mu dłoń na krzyżu. 

— Polubią ją? — zapytał szeptem, zaraz obok tego miłego, lekkiego uczucia w piersi. — Wilki — doprecyzował. — Polubią ją taką?

Geralt wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że nie wie, albo że ciężko powiedzieć. Może chciał powiedzieć, że nie może decydować za swoich braci, albo tak naprawdę nie miał nic na myśli i odpowiadał na jedno z pytań księżniczki. 

— Słyszałem to — powiedział tak po prostu Geralt; jego głos wibrował w opuszkach jego palców i w krzyżu Jaskra.

— Ja nie — dodał wesoło bard. Uśmiechnął się, widząc szczęście na twarzy Ciri. — Szybko się uczysz.

— Jestem Lwiątkiem z Cintry — zadarła wysoko nos. — Oczywiście, że szybko się uczę. 

— Oczywiście — westchnął na zgodę Geralt. 

Zamilkli, ale tylko na chwilę. Jaskier myślał nad kolejnym tematem rozmowy; zastanawiał się, o czym jeszcze mogą mówić, żeby zająć czymś Ciri i zapewnić jej rozrywkę. Przez ostatnie dwa tygodnie poruszyli chyba już wszystkie możliwe tematy.

Ciri, na szczęście, była całkiem sprytną dziewczyną i sama potrafiła siebie zabawić.

— Widzę coś — zaczęła głosem, którego używała podczas gier słownych — co jest wielkie, twarde i ma milion lat.

Jaskier uśmiechnął się pod nosem. Zerknął na Geralta, a wiedźmin wyglądał, jakby też był blisko uśmiechu. Przechylił lekko głowę w bok – on nie chciał grać, ale nie miał nic przeciwko, żeby Ciri i Jaskier grali.

— Myślę, że to góra — odpowiedział Jaskier dziewczynie tym samym głosem.

— Ale która! — zawołała ze śmiechem. 

Jaskier rozejrzał się po szczytach, które ich otaczały. Wskazał jeden z nich na chybił trafił.

— Ta? — zapytał poważnie. 

— Nie. — Pokręciła energicznie głową.

— Ta? — Wskazał na inną, wyższą i bardziej szpiczastą.

— Zgaduj dalej — zanuciła złośliwie.

— To w takim razie ta. — Wskazał na górę przed nimi.

— Tak! — ucieszyła się. Machnęła ręką. — Teraz ty.

— Widzę coś — zanucił, rozglądając się po okolicy. Uśmiechnął się, gdy jego spojrzenie padło na wiedźmina. — O; coś, co jest duże, białe, gburowate i ma chyba sto lat.

— Jaskier! — zaśmiała się Ciri. — Za łatwo. To Geralt. 

— Nie mam stu lat — burknął wiedźmin pod nosem.

— Teraz ja — zawołała księżniczka. Rozejrzała się pokazowo. — Widzę coś… co jest wielkie i wykonane z kamienia.

— Góra? — zaryzykował. Otworzył szerzej oczy, gdy uświadomił sobie, co Ciri może mieć na myśli. — Nie, Kaer Morhen! Gdzie?

— O tam. — Nachyliła się w siodle i pokazała mu kierunek. Zmarszczyła brwi i uniosła się w strzemionach. — Drzewa zasłoniły! 

— Tu widać — mruknął Geralt. Przesunął Jaskra przed siebie, schylił się nad jego ramieniem, żeby wiedział, na co patrzy. — Tu, między drzewami. Widzisz?

— Między tymi drzewami? — mruknął niepewnie, wskazując kępkę świerków przed nimi. Na swoją obronę mógł powiedzieć tylko tyle, że nie miał wzroku wiedźmina, ani młodzieńczego spojrzenia Ciri.

— Tu. — Geralt oparł ramię o jego bark i wskazał kierunek palcem. Jaskier zmrużył oczy i spojrzał prosto w miejsce, które pokazywał wiedźmin. 

— Łał — wyrwało mu się. Uśmiechnął się szeroko. — Widzę. Czyli jesteśmy niedaleko?

— Jeden czy dwa zakręty — odpowiedział wiedźmin. Ciri wychyliła się w siodle. Osłoniła oczy od słońca. Nabrała powietrza w płuca i przyłożyła dłoń do ust.

— Lambert! — krzyknęła niespodziewanie. Geralt syknął i zasłonił ucho ręką. Zacisnął szczęki. Ciri zmieszała się, gdy tylko to zobaczyła. — Wybacz. Powiem mu, że zaraz będziemy. — A później, już krzycząc: — Zaraz będziemy!

Odpowiedź, niesiona przez wiatr, była na tyle głośna, że nawet Jaskier wychwycił strzępki ludzkiego głosu, wzmocnione przez echo doliny.

— Powiedział, że nie może się doczekać — mruknął Geralt.

Jaskier dałby sobie palca uciąć, że wiedźmin powiedział to z sarkazmem w głosie. Uśmiechnął się pod nosem w odpowiedzi. Spojrzał na Ciri, a później na Geralta i Płotkę. Emocje spuchły w jego piersi, gdy uświadomił sobie, że Geralt jest taki co roku; co roku wraca do domu.

— Też się nie mogę doczekać — mruknął z czcią. Wiedźmin spojrzał na niego krótko. Pochylił głowę w odpowiedzi, zmrużył oczy.

Nie musiał się uśmiechać. Jaskier uśmiechnął się za nich obu, a później uśmiechnęła się też Ciri, gdy za następnym zakrętem naprawdę czekał na nich zwodzony most i grube mury, i nawet Lambert machający im z jednej z wież. 

Dotarli do celu.