Actions

Work Header

Hush little baby, don't say a word...

Summary:

niektóre wydarzenia zostają z nami na całe życie.

Work Text:

Edwin Jarvis uwielbiał wieczory takie jak ten.
Delikatny wiatr wiejący od Pacyfiku otulał swoim orzeźwiającym podmuchem. Powietrze, choć gęste i zwiastujące burzę przyjemnie wypełniało płuca, ładując niewidzialne baterie w jego organizmie.
Nalawszy kieliszek cherry rozsiadł się na jednej z kanap na tarasie i podziwiał zbliżającą się z oddali burzę. Pioruny, choć pojawiały się z oddali, rozjaśniały niebo nad Malibu, przywołując mu na myśl Anglię, w której się wychowywał. Będąc tak wysoko nad linią brzegową, przed oczami miał swoje Dover, gdzie jak tylko zbliżał się sztorm biegł na klif, podziwiać jak fale niespokojnie odbijają się od brzegu, pochłaniając kolejne szponiaste skały w swej otchłani.
W takie wieczory często zastanawiał się, jakby wyglądało jego życie, gdyby nie rozpoczął pracy dla Howarda Starka w czterdziestym szóstym.
Czy uporałby się z wojenną traumą?
Czy odważyłby się prosić Anę o rękę i wspólnie z nią iść przez życie?
W takie wieczory często pogrążał się w rozpamiętywaniu swojej przeszłości i za każdym razem, z każdą kolejną myślą, nie żałował ani jednego dnia swojego życia.
Któż inny mógł się pochwalić dwukrotnym rozbrojeniem bomby atomowej, być świadkiem tworzenia wielkich dzieł spod rąk Howarda Starka?I w końcu – któż inny mógł się pochwalić kochaniem małżonki z każdym kolejnym dniem coraz mocniej, aż do utraty tchu.
Do pełni spełnienia i całkowitego zachwycenia się życiem brakowało mu tylko jednej rzeczy, a raczej osoby. Choć nie żałował ani jednej przygody, jaką przeżył u boku Starka i najdroższej mu Peggy Carter, cierpiał w ciszy na wspomnienie walki z Whitney Frost. Mimo tego, że ją pokonali – straty dla niego były zbyt duże.
Wiedział, że Ana w nawet najskrytszej myśli nie obwinia go o to, co się wydarzyło, o to że została ranna, a konsekwencje postrzału ciągnęły się za nimi przez całe życie, widział, że tęskniła za tym, czego jej brakowało. Im brakowało.
Wielokrotnie wyobrażał sobie małego Jarvisa biegającego po ogrodach któregokolwiek domu Starka, dopisującego w basenie, krzyczącego na egzotyczne zwierzęta wałęsające się po różnych zakamarkach rezydencji. I w każdy tym wyobrażeniu widział uśmiechniętą i szczęśliwą Anę.
- Pan Stark właśnie wyjechał – delikatny głos przywrócił go na ziemię.
Ana z charakterystycznym dla niej ciepłym uśmiechem na twarzy, położyła dłoń na ramieniu Edwina. Mężczyzna odwrócił głowę w stronę małżonki i na powitanie pocałował jej kłykcie.
- Znowu rozmyślasz? - wyszeptała, opierając głowę na jego ramieniu, gdzie jeszcze chwilę temu leżała jej dłoń. – Nadchodzi burza, powinieneś wejść do środka. W twoim wieku mocniejszy podmuch się przewieje i znowu będą cię bolały korzonki. Musisz zacząć się oszczędzać, jeśli chcesz przeżyć ze mną kolejne trzydzieści lat.
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem.
- Twoja miłość uleczy mnie z każdej choroby. Anthony nadal śpi? - Ana tylko westchnęła w potwierdzeniu – Skoro mamy wieczór dla siebie, usiądź obok mnie i rozkoszujmy się tą chwilą.

Burza nadeszła niespodziewanie szybko.
Pioruny raz za razem rozświetlały niebo, deszcz niespokojnie uderzał o szyby, jakby próbował rozbić szkło na miliony drobnych kawałków.
Schowani w rezydencji państwo Jarvis przez przeszklone drzwi tarasu obserwowali jak nagle zmieniła się pogoda. Z podziwem i zachwytem dla natury obserwowali jak pioruny tańczą na niebie w rytm grzmotów, zapominając całkowicie o całym świecie – zupełnie jakby nic nie istniało poza murami, w którymi się znajdowali.
Dopiero donośny płacz, który rozległ się po całej rezydencji sprawił, że oderwali wzrok od podniebnego spektaklu.
- Odpoczywaj, kochanie. Zajrzę do niego – odrzekł Jarvis i tuż po tym jak podniósł się z kanapy, ucałował swoją małżonkę w oprószony siwizną czubek głowy.

Drogę do pokoju małego Anthony'ego znał na pamięć, tak jak każdy zakamarek rezydencji w Malibu. Żeby dojść do pomieszczenia, nie potrzebował palić światła, ani nawet otwierać oczu – choć to mogłoby być trochę niebezpieczne, zważywszy na wszechobecne zabawki, które naznaczały drogę do miejsca, gdzie spała latorośl Starków.
Nie paląc światła, wszedł do pokoju, gdzie na łóżku, siedział trzylatek.Wielkie, brązowe oczy pełne łez wpatrywały się w Edwina z nadzieją, że uratuje go przed całym złem świata.
- Tony, to tylko burza – wyszeptał, spokojnym głosem, siadając na brzegu łóżka – Nic ci nie grozi, póki jestem na posterunku.
Chłopiec pochlipał nosem, niechlujnie wycierając płynące łzy w rękaw piżamki przedstawiającej małe tarcze Kapitana Ameryki. Chwilę później położył głowę na kolanie Edwina, zaciskając mocno oczy, pod którymi wciąż zbierały się łzy.
- Pod moim łóżkiem są potwory, boję się ich – wyszeptał chłopiec.
Na twarzy Edwina pojawił się cień uśmiechu.
Choć szanował Howarda, którego traktował jako członka rodziny, nie umiał zrozumieć jego podejścia do syna. Sam nie był wielkim uczonym i podziwiał Anthony'ego za to, że w dniu trzecich urodzin rozwiązywał niezwykle skomplikowane równania, ale bolało go to, że pracodawca nie widział w nim dziecka tylko naukowca, odbierając mu jednocześnie najpiękniejsze lata życia. Wiedział, że Tony ma zostać następcą wielkiego Howarda Starka, domyślał się odpowiedzialności, jaka w każdej chwili spocznie na barkach chłopca. Ale on nie widział w nim tego, co widział Howard. Dla Edwina to po prostu było dziecko, które za każdym razem, gdy zamykały się drzwi za ojcem sięgał po zabawki i w swojej wyobraźni przeżywał najwspanialsze przygody z Kapitanem Ameryką, gdzieś w przestworzach; odległych galaktykach.
- Jesteś superbohaterem, te potwory boją się ciebie. Poza tym, Kapitan Ameryka pilnuje, żeby żaden z nich nie wpadł na głupi pomysł, jakim byłoby zaatakowanie ciebie – odrzekł, gładząc po ciemnych włosach chłopca.
- Zostaniesz ze mną, póki nie zasnę?
Nie czekając na odpowiedź – którą tak naprawdę znał – Tony powrócił na poduszkę, robiąc na niej miejsce dla swojego jedynego przyjaciela. Jarvis bez słowa położył się obok, otulając jednocześnie chłopca szczelniej kołdrą.
Czując, że oddech wtulonego w jego klatkę piersiową uspokaja się, a Tony powolnie zapada w sen, zaczął nucić kołysankę, nie przerywając delikatnego głaskania chłopca po plecach.

Hush little baby, don't say a word,
Papa's gonna buy you a mockingbird.
And if that mockingbird won't sing,
Papa's gonna buy you a diamond ring.
And if that diamond ring turns to brass,
Papa's gonna buy you a looking glass.
And if that looking glass gets broke,
Papa's gonna buy you a billy goat.
And if that billy goat won't pull,
Papa's gonna buy you a cart and bull.
And if that cart and bull turn over,
Papa's gonna buy you a dog named Rover.
And if that dog named Rover won't bark,
Papa's gonna buy you a horse and cart.
And if that horse and cart fall down,
You'll still be the sweetest little baby in town!

* * *
Bywało momenty, kiedy Tony Stark tęsknił za swoim dawnym życiem, za adrenaliną związaną z kolejnymi misjami z Avengersami, za procesem twórczym i ostatecznie podziwianiem własnego stworzenia. Ilekroć spoglądał na swoją małżonkę lub córkę, myśli te odchodziły, a na ich miejsce wkradało się poczucie winy.
Czuł się odpowiedzialny za to, co spotkało ludzkość, czuł się winny i bezbronny względem siły, jaką dysponował Thanos. Może, gdyby od samego początku mniej skupiał się na sobie, więcej na ludziach wokół, umiałby spojrzeć w twarz May Parker bez poczucia, że spieprzył wszystko. Może, gdyby wtedy zachował się inaczej, dziś nie miałby przy swoim boku Pepper ani śpiącej za ścianą Morgan. Może.
Poprawił się na łóżku, czując, że materac nieznośnie go parzy. Od kilku godzin niespokojnie przewracał się na boki, licząc, że sen jednak przyjdzie. Ku jego rozpaczy, nic takiego się nie stało. W końcu zrezygnowany podniósł się z łóżka i jak najciszej się dało – żeby tylko nie obudzić śpiącej Pepper – wyszedł na korytarz. Planował ukryć się w garażu, sprawdzić, czy wszelkie poprzednie obliczenia, jednak nie były błędne i pomyśleć nad sposobami przywrócenia do życia tych, którzy padli ofiarą Blipa.
Już miał zacząć schodzić po schodach, gdy jego uwagę przykuła poświata dobiegająca pokoju Morgan. Uchylił drzwi i wręcz od razu na jego twarzy zagościł uśmiech. Dziewczynka siedziała po turecku na łóżku, wpatrując się w ojca z wyraźnym przerażeniem.
Pod moim łóżkiem są potwory. Boję się ich.
- Żaden potwór nie ośmieliłby się stanąć naprzeciw wielkiej Maguny – z trudem utrzymał powagę, wchodząc w głąb pokoju.
Przez moment myślał, że zwariował, przemęczony umysł spłatał mu figla. Zdawało mu się, że przy łóżku stał jego Jarvis i jednym płynnym ruchem zachęcał go, do zajęcia miejsca przy swojej córce.
- Zasypiaj szybko, bo jak mama mnie tu zobaczy to ja oberwę.
Tony położył się obok córki, nakrywając ich szczelniej kołdrą. Jak tylko Morgan przytuliła się do niego, myślami wrócił do dzieciństwa, do czasów, gdy Edwin Jarvis robił za jego bohatera, odganiając nawet najstraszniejszy koszmar od jego dziecięcego umysłu.
Czując przy sobie ciepło płynące z bliskości pierworodnej, słysząc cichy szmer jej spokojnego oddechu, zaczął mieć wrażenie, że jego powieki robią się coraz cięższe, a sen, który przez tyle godzin nie chciał nadejść, nareszcie zaczął atakować jego organizm, przywołując jednocześnie niegdyś często słyszaną melodię.

Hush little baby, don't say a word,
Papa's gonna buy you a mockingbird...