Work Text:
Hubert siedział sobie na starym leżaku przed domem. Słońce oświetlało jego twarz i ciepłymi promieniami spływało mu na powieki. Cieszył się wyczekiwanym wolnym dniem. Odpoczywał jednocześnie przed podróżą, która czekała ich wszystkich jutro.
Przysypiał.
Wtem usłyszał głos. Znał ten głos.
-Hubert.
Nie zważając na niebezpieczeństwa mogące wyniknąć z ignorowania właścicielki głosu, udawał, że śpi.
- Hubert!
Jego obawy przed postacią wołającą jego imię okazały się silniejsze niż przypuszczał.
Otworzył więc jedno oko. Lewe. Zobaczył nim dziewczynę. Ubrana była w zwykle bojówki i czarny T-shirt. Jej włosy związane w krótki koński ogon. W rękach trzymała karabin.
- Hubert, ten facet twierdzi, że Cię zna.
Zauważając jego otwarte oko, przeszła od razu do sprawy, dla której przyszła. Wypowiadając to zdanie wskazała ruchem karabinu drugą postać, stojącą w niewielkiej odległości od niej.
Rzeczony facet był od dziewczyny wyższy, a także potężniej zbudowany.
Hubert otworzył drugie oko. Aby rażące słońce nie wpadało mu bezpośrednio do oczu, przyłożył rękę do czoła, tworząc z niej daszek na linii brwi.
Wtedy przyjrzał się dokładniej przybyszowi. Na początku stwierdził, że musi on być starszy od niego, jednak prędko przypomniał sobie, że sam nie ma już siedemnastu lat, a stojący przed nim facet jest prawdopodobnie w tym samym wieku.
Obiegając przybysza wzrokiem zauważył, że ma na sobie zwykle spodnie, znoszoną koszulkę i obtarte buty. Za włosy służył mu busz rudych loków, zdecydowanie wymagających przycięcia.
Choć ciężko było Hubertowi dokładnie przyjrzeć się twarzy gościa z uwagi na słońce, to mimo wszystko wydała się mu znajoma.
- Teraz rozumiem dlaczego nie wróciłeś do domu na żniwa.
Intensywne myślenie Huberta przerwał stojący przed nim mężczyzna. Głos, choć niższy niż kiedyś, nadal pozwolił strażnikowi dopasować twarz do imienia.
- Ernest?
Wstał.
Patrzył na twarz dawnego przyjaciela i studiował uważnie jego rysy. Wyglądał doroślej, temu nie dało się zaprzeczyć. Wyrósł, wyprzystojniał, nabrał masy mięśniowej. Jednak wciąż rozpoznawał w nim tego dawnego siedemnastolatka, który, jak sądził, zginął w Paryżu.
Stali w ciszy kilka sekund. Hubertowi przez głowę przelatywały setki myśli. Nie potrafił określić dziwnego uczucia, które pojawiło się w jego brzuchu. Miał wrażenie, że miał pamiętać o czymś ważnym. Jednak spośród wszystkich przemyśleń na przód wysuwało się jedno pytanie: 'jak?'.
Iza, która przyglądała się wszystkiemu zauważyła nietypowe napięcie powstałe między chłopakami. Ewidentnie się znali, chociaż z postawa każdego z nich wydała jej się zupełnie inna od postawy tego drugiego.
Ernest uśmiechał się szeroko, czekając na kolejny gest że strony niższego. Hubert z kolei jedyne na co mógł się zdobyć do wyduszenie cichego pytania:
- Ale jak?
Jego rysy zmieniły się i wskazywały na mieszankę niezrozumienia, smutku i zaniepokojenia.
- Co 'jak'?
Ernest w jednej chwili zdał się równie zdziwiony co Hubert. Ten drugi z kolei nie spodziewał się, że ujrzenie jego martwego, w domniemaniu, przyjaciela przyprawi go o takie emocje. Nie wiedział czy chciało mu się płakać, czy śmiać, a za to wiele razy spytał się już sam siebie czy aby na pewno nie śpi.
- Ty... Zginąłeś - zmarszczył brwi w geście zastanowienia - Paryż... Widziałem jak przygniata cię ten głaz...
Wtedy rudzielec stracił resztki uśmiechu. Zamiast niego na jego twarzy pojawiło się zaniepokojenie.
-Hubert, o czym ty mówisz?
Ton głosu wskazywał na to samo co mina.
Hubert, sam bardzo zaskoczony, spojrzał odruchowo na Izę, przyglądającą się nietypowej scenie.
Podążając za jego wzrokiem, Ernest popatrzył w te sama stronę, następnie z powrotem na niższego.
Iza natomiast zrozumiała, że sytuacja wymaga jej usunięcia się i pozostawienia dwójki samej sobie. Dlatego też taktycznie zaczęła iść tyłem w kierunku starego budynku szkoły, mówiąc:
- Ok, Hubert, zostawię was teraz samych, ale nie zapomnijcie się potem zgłosić do mojego ojca.
Wspomniany w wypowiedzi dziewczyny chłopak ochoczo pokiwał głową i popatrzył na nią z wdzięcznością. Ten moment wolał omówić sam na sam z, jak się okazuje nie do końca martwym, przyjacielem. Bał się, że nagły napływ emocji może przyprawić go o łzy, a nie chciałby aby ktokolwiek widział go w takim stanie.
W tej chwili obrócił się znowu w stronę Ernesta, który jednocześnie przybliżył się, łapiąc go za ramiona.
- Hubert, kochanie, o czym ty mówisz?
W jego oczach widać było autentyczny strach i konfuzję. Nie miał pojęcia co działo się z Hubertem, dlaczego myślał że on nie żyje?
Hubert, tak bardzo zdziwiony sytuacją i skupiony na otrzymaniu odpowiedzi na nurtujące go pytania, zdawał się nie usłyszeć sposobu w jaki nazwał go Ernest. Na wszystko miał przyjść czas.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich nic nie mówił, jedynie wyższy patrzył na drugiego wyczekująco.
- Może... Może wejdziemy do środka?
Zapytał Hubert. Ernie, puścił jego ramiona i podążył za nim do budynku. Rozglądał się po małych pomieszczeniach domu należącego niegdyś do starej wdowy.
Tymczasem gospodarz znalazł w kuchni butelkę z kompotem i od razu zaproponował go gościowi. Po otrzymaniu odpowiedzi wyrażającej chęć na owy kompot, nalał go do dwóch szklanek i usiadł po przeciwnej do przyjaciela stronie stołu.
Dłuższą chwilę nikt nic nie mówił.
Z zewnątrz dochodziły pokrzykiwania bawiących się w oddali dzieci.
Każdy z chłopców chciał zacząć rozmowę, jednak żadne zdanie, ani pytanie nie wydawało się odpowiednie.
W końcu Hubert, który stwierdził, że Ernestowi należą się wyjaśnienia dotyczące jego zagubienia, zaczął mówić.
- Myślałem, że nie żyjesz.
Zdanie okazało się cichsze niż zamierzał.
- Dlaczego? - pytał rudzielec - Mieszkaliśmy razem przez ostatnie ósiem lat!
Czy to była desperacja, czy może panika, którą usłyszał w jego głosie Hubert nie wiedział. Jednak nie mógł wtedy spojrzeć przyjacielowi w oczy.
- Ja... Nie pamiętam nic z ostatnich ośmiu lat. - przyznał cicho - Ostatnie co pamiętam to wybuch Luwru, to jak... - tu zawiesił się na moment - Jak przygniata cię kawał budynku.
- Ale on mnie nie trafił. - Ernest zniżył głowę, próbując złapać kontakt wzrokowy - Spadł tuż koło mnie. Oberwałem tylko jakimiś okruchami. - położył dłoń na ręce Huberta, która wtedy trzymała kubek - Naprawdę nic nie pamiętasz?
Blondyn tylko pokręcił głową. Wziął głęboki oddech.
- Obudziłem się jakiś rok temu w chatce u jakiegoś starego nauczyciela. On powiedział mi co się stało na świecie, o tej całej chorobie, o impulsie i innych takich. Ale nie wiedziałem gdzie i z kim byłem wcześniej.
Ernest oparł się o oparcie krzesła. Widać było że intensywnie o czymś myślał.
W końcu odezwał się:
- Mogę Ci opowiedzieć co się działo.
- Byłbym bardzo wdzięczny. - Hubert spojrzał na twarz rudego.
- Ok. - zaczął - Kiedy wybuchł Luwr zaczęliśmy uciekać. Zachowywałeś się wtedy jakbyś wiedział co masz robić. Ukradłeś auto i pojechaliśmy do Polski. Tam kazałeś mi się spakować i zabrać jakieś pamiątki. Twierdziłeś że nadchodzi katastrofa, i że wkrótce nie będzie prądu. Wtedy mało ci wierzyłem, ale postanowiłem cię słuchać. Potem uparłeś się żeby pójść do biblioteki, po tę 'Demonologię'-
- Poszliśmy po 'Demonologię'?! - przerwał mu Hubert
- Tak, pamiętasz to? - zdziwił się Ernest
- Nie, nie o to chodzi. Jutro razem z Izą i innymi mieliśmy jechać do Poznania, do biblioteki właśnie po to! - niższy chłopak wydawał się podekscytowany
- Ale jej nie ma w Poznaniu. - stwierdził wyższy - Zabraliśmy ją ze sobą, do mojego dziadka, a Twój tata robi jej kopie.
Hubertowi nagle odjęło mowę. Cała ta wyprawa nie miałaby sensu! Myślał. Zanotował sobie w pamięci, aby powiedzieć o tym Izie.
- Kontynuuj, proszę.
- Dobra. Więc kiedy wzięliśmy 'Demonologię' trzeba było przekonać twoich rodziców do wyjazdu. W końcu ci się udało i pojechaliśmy do mojego dziadka i Zuzy. Potem był impuls. I każdy musiał sobie radzić. Musieliśmy się przyzwyczaić do takiego życia. Wtedy też Michał zamieszkał w Dąbrówce.
Ernest kontynuował opowieści przez długi czas. Tematy zdawały się nie kończyć. Wszystkie wydarzenia ostatnich lat musiał skrócić do jednej wypowiedzi.
W ten sposób Hubert dowiedział się o Michale, a także o jego przedwczesnej, lecz bohaterskiej śmierci. Dowiedział się także co wydarzyło się w Gdańsku, i kim był 'ten drugi', o którym mówił szurnięty wojskowy. Dowiedział się o Sylwii i Adzie, dowiedział się o Piasecznie, Kamiennej i innych zaprzyjaźnionych miejscowościach.
Opowieść Ernesta ciągnęła się w nieskończoność. W końcu opowiedział Hubertowi o tym jak się pokłócili. O tym jak niższy wyjechał nagle, zostawiając w ich bunkrze jedynie koordynaty, które miały wskazywać położenie Święcina.
Kiedy zapadła cisza po ostatnim słowie, żaden z dwójki nie ważył się jej zakłócać.
Hubert miał dużo do przemyślenia. Myśli w jego głowie przelatywały z nadludzką prędkością. Nie wiedział co i jak o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony niczego nie pamiętał. Z drugiej strony miał silne uczucie deja vu. Wiedział że miał o czymś pamiętać.
Wtedy przypomniała mu się sytuacja sprzed kilkudziesięciu minut.
- Ernest... - zaczął.
- Tak? - tan spojrzał na niego.
- Kiedy tam, przed domem mówiłem, że nie żyjesz... - Ernest bał się, że wie, w jaką stronę zmierza to pytanie - Dlaczego powiedziałeś do mnie 'kochanie'?
Wymawiając ostatnie słowo spojrzał na rudego. Ten tylko wziął głęboki oddech, zanim zaczął mówić.
- Naprawdę nic nie pamiętasz? - zapytał, mimo iż znał już odpowiedź.
- Gdybym pamiętał to bym nie pytał.
Ernest dwoma palcami odruchowo złapał za pierścionek na jego lewej dłoni i zaczął nim delikatnie obracać. Robił to bezwiednie przez prawie cały czas trwania ich rozmowy.
- No więc, - zatrzymał się, szukając odpowiednich słów - chajtnąłem się.
- Serio? Z kim? - Hubert wydawał się szczerze zdziwiony, tym bardziej że owa informacja nie dała mu odpowiedzi na jaką liczył.
- Z tobą. - Ernest popatrzył mu w oczy.
Zapadła cisza. Niższemu z chłopaków odebrało mowę. Serce zaczęło bić mu szybciej. Nie wiedział czy przyjaciel, a może mąż, mówi prawdę. Na swoim palcu nie widział nigdy obrączki, może więc tamten tylko go wkręcał? Mimo to, w oczach rudego nie było cienia humoru. Wyglądał na załamanego. Pragnął, aby Hubert odzyskał pamięć. Bardzo za nim tęsknił, a niestety nie pamiętał on nawet że byli razem.
- Ze mną? - tylko na tyle zebrał się blondyn.
- Z tobą. To wszystko zaczęło się mniej więcej trzy lata po impulsie. - zaczął opowiadać, bo wiedział, że nie ma sensu dłużej ukrywać prawdy - Mieliśmy dzień wolny, bo dziadek nic dla nas do roboty nie znalazł. Ty za to znalazłeś, ale jego stary bimber czy coś w tym rodzaju. Więc schowaliśmy się w stodole, na piętrze i po prostu gadaliśmy. Ale w końcu widać było że wypiłeś znacznie więcej ode mnie. - Ernest uśmiechnął się lekko na to wspomnienie - Zacząłeś gadać od rzeczy. I wtedy powiedziałeś coś w stylu 'żyje się raz, a ja chce żyć ten jeden raz z tobą' - Hubert zaczerwienił się kiedy przyjaciel opowiadał mu o tym. Na prawdę tak powiedział? - Potem zacząłeś przybliżać się do mnie, jakbyś chciał mnie pocałować. Powiedziałem Ci wtedy żebyś zaczekał aż będziesz trzeźwy, bo nie chciałem w to uwierzyć. Hubert, wiesz, że ja byłem w tobie zakochany już w liceum? Nawet nie wiesz jak wielką miałem nadzieję że na trzeźwo zrobisz to samo. - tu zamilkł na moment - Następnego dnia powiedziałeś że musisz że mną pogadać, więc poszliśmy znowu do tej stodoły. Powiedziałeś że pamiętasz co działo się wczoraj, i że niczego nie żałujesz.
- mrugnął szybko, jakby odpedzajac łzy, zaśmiał się cicho i kontynuował - Od tamtej pory zostaliśmy parą. Nie do końca oficjalnie, i w zasadzie nikt o tym nie wiedział, ale byłem wtedy najszczęśliwszy na ziemi.
Hubert słuchał opowieści w zamyśleniu. Analizował każde słowo. Miał wrażenie że o czymś zapomniał. O czymś bardzo ważnym.
- Jakiś czas później, - kontynuował Ernest - to było w nowy rok, poszliśmy znowu tam na piętro w stodole. Mieliśmy jakiegoś szampana czy cokolwiek to było. Ktoś znalazł stare fajerwerki i odpalił je. I kiedy oglądaliśmy je to wtedy ty powiedziałeś że mnie kochasz, - Hubert usłyszał jak głos Ernesta się załamał - i że chcesz to życie spędzić tylko ze mną. - Rudzielec pociągnął nieznacznie nosem. Niższy chlopak nie wiedział co mógłby zrobić aby pocieszyć tego drugiego. Nie wiedział czy poklepanie go po plecach nie było by nietaktem, więc zdecydował się nic nie robić.
Ernest wziął kilka głębszych oddechów, a kiedy poczuł, że może bezpiecznie zacząć mówić, podjął przerwaną opowieść.
- Wtedy też pierwszy raz mnie pocałowałeś. Jakieś niecałe dwa lata później mi się oświadczyłeś. Znalazłeś jakimś cudem pierścionek w moim rozmiarze na którymś z szabrów. I wtedy też wszyscy się dowiedzieli. Mój dziadek był trochę zawiedziony, że nie będzie miał wnuków, ale w końcu to przebolał. Powiedział że masz szczęście że cię lubi. - zaśmiał się smutno - Nadal nie wiem co to miała być za groźba. - wspomnienie to rozbawiło go na tyle, że na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech - Ale generalnie cała Dąbrówka bardzo nas wspierała. Pamiętam, ty byłeś bardzo z tego dumny. Zawsze musiałeś chodzić że mną za rękę. Nie żebym narzekał. W końcu na kolejnym szabrze znaleźliśmy dwie pasujące obrączki. Mój dziadek, z asystą najstarszego mieszkańca Dąbrówki, udzielił nam ślubu. Ada sypała kwiatki, wydawała się bardzo zadowolona. Wyszło w sumie dość kameralnie. Ale to był najpiękniejszy dzień mojego życia. - zagapił się w przestrzeń. Przed oczami miał obraz tego dnia. - Twoja obrączka była trochę za duża, - zaczął, jednocześnie sięgając do kieszeni - dlatego zostawiałeś ją w domu, lub nosiłeś na łańcuszku, bo bałeś się że ja zgubisz.
Mówiąc to wyciągnął rękę, na której widniał pierścionek zawieszony na łańcuszku, identyczny jak ten na jego palcu.
Hubert wstrzymał oddech. Powoli wyciągnął dłoń przed siebie, a Ernest położył na niej obrączkę. Patrywal się w nią w ciszy dłuższą chwilę.
Rozpoznawał jej kształt. Zdjął ją z wisiorka i powoli obracał w palcach. Rozpoznawał jej niedoskonałości i zarysowania.
Włożył ją na serdeczny palec.
Wtedy przed oczami stanęło mu wspomnienie, kiedy na ten sam palec, ten sam pierścionek wkładał mu Ernest.
Uderzyła go wizja dnia, w którym stanął na prowizorycznym kobiercu. Obok niego ktoś, kto miał właśnie zostać jego mężem. Nieco dalej udzielający im ślubu Albert, który przed nikim nie przyznałby się, że ze wzruszenia uronił kilka łez. W ceremonii i weselu brała udział cała osada. Mieszkańcy Dąbrówki cieszyli się razem z nowożeńcami. Dla Huberta to także był najpiękniejszy dzień w życiu.
Ernest musiał zauważyć nieokreślony wyraz twarzy drugiego, bo zapytał:
- Wszystko dobrze?
- Pamiętam...
Hubert spojrzał rudzielcowi w twarz. Wtedy przypomniał mu się wieczór z bimbrem w stodole i rozmowę następnego dnia.
- Pamiętam.
Przypomniał sobie ich pierwszy pocałunek i oświadczyny.
- Pamiętam!
Na jego twarzy widniał teraz szeroki uśmiech, w oczach tańczyły iskierki ekscytacji. Ernestowi uczucie to udzieliło się i on także uśmiechał się od ucha do ucha.
Na Huberta spływały wspomnienia wszystkiego co działo się między wybuchem Luwru, a jego przebudzeniem w lesie.
Wstał i podszedł do Ernesta. Odciążony i spokojny opadł w jego ramiona. Nawet nie wiedział że tak bardzo mu ich brakowało.
Wyższy z chłopaków z kolei czuł jak do oczu napływają mu łzy ulgi. Naprawdę bał się, że stracił miłość swojego życia. Ze stracił kilka wspólnych lat. Uścisnął tylko mocniej Huberta, który przymknął powieki i rozpłynął się w objęciu.
Trwali tak dłuższą chwilę. Obaj uśmiechnięci. Kiedy się od siebie odsunęli, Ernest powiedział:
- Naprawdę bałem się, że cię straciłem.
- Nigdzie się nie wybieram. - odparł Hubert i wyszczerzył zęby.
- Nie rób mi tego więcej! - żartobliwie pogroził niższemu. - Strasznie za tobą tęskniłem.
W odpowiedzi ten tylko zbliżył się i złożył na ustach rudzielca długo przez obu wyczekiwany pocałunek.
'W końcu.' Pomyśleli obaj naraz.
