Actions

Work Header

ta noc do innych jest niepodobna

Summary:

Alternatywny scenariusz sceny po odczycie.

Notes:

czy ten fandom jeszcze żyje?… jak ktoś na to natrafi to pozdrawiam serdecznie

Work Text:

– Tadziu – wydarło mu się żałośnie piersi, gdy jego kolana zderzały się z posadzka pokrytą grubą warstwą pyłu.

Chwycił między sztywne palce wykrochmalony materiał białej koszuli przykrywającej jego wymizerniałe ciało i zatrząsnął nim energicznie. Nieprzytomna twarz Żeleńskiego pozostawała w bezruchu. Jego usta były lekko rozchylone, za to powieki uparcie opuszczone. To był chyba pierwszy raz, kiedy widział go bez tego jego typowego, stałego niemal zatroskanego zmarszczenia ciemnych brwi.

Stanisław czuł jak serce podchodzi mu do gardła, gdy tak wpatrywał się w twarz przyjaciela, która wydawała się zastygła niczym grobowa maska. Zacisnął mocniej palce na jego koszuli i jeszcze żwawiej potrząsnął jego ciałem. Z ciemnego materiału marynarki osypały się resztki pyłu.

– Tadziu, nie możesz mi tego zrobić. Nie możesz, do cholery, ty draniu – szeptał gorączkowo pod nosem, bardziej do siebie niż nieprzytomnego kompana.

Puścił spomiędzy odrętwiałych palców materiał koszuli. Zacisnął dłonie w pięści i począł uderzać nimi, z niemałą siłą, w chudą klatkę piersiową Tadeusza. Z jego ust sypały się całe wiązanki przekleństw, z czasem zlewających się w niezrozumiałą plątaninę języka polskiego w połączeniu z góralską gwarą.

– Do cholery – jęknął żałośnie i uderzył go z całą mocą prosto w mostek.

Z ust Żeleńskiego wydobył się nagły, sykliwy oddech. Witkiewicz odskoczył do tyłu jak oparzony, wydając z siebie zaskoczony szloch. Wyższy z mężczyzn odkaszlnął, po czym otworzył powoli oczy. Rozejrzał się leniwie dookoła, a gdy jego oczy zatrzymały się na skulonej sylwetce przyjaciela, uśmiechnął się niemrawo.

Stanisław doczołgał się z powrotem do jego boku i, tym razem ostrożnie, ułożył dłonie na szorstkim materiale jego marynarki.

– Stasiu – szepnął lekarz, a jego głos był tak ciepły, że Witkiewicz się wzdrygnął.

– Nie stasiuj mi tu teraz, ty diable – wymamrotał z gulą w gardle, mrugając przy tym prędko w próbie powstrzymania napływających do oczu łez. – Co ty sobie wyobrażasz, Żeleński? Że możesz sobie tak po prostu umrzeć? Zostawić mni— nas! Bronka, Josepha. O nie. Drugi raz z kostnicy byśmy cię nie wyciągali. Sam byś sobie teraz radzić musiał, o!

Tadeusz słuchał tych wypowiadanych naprędce słów z uśmiechem na ustach. Wydawał się nadal nieco otumaniony, co też nie było dziwne. W końcu powrócił z martwych do życia

– Stasinku… Czy ty się o mnie zmartwiłeś?

Witkiewicz zamarł i zmarszczył brwi. Z oburzeniem zaczął trząść głową na wszystkie strony, aż peruka usadowiona na niej spadła z hukiem na posadzkę.

– Nie! A w życiu! Nie chciałem tylko mieć potem problemów z trupem. To, że to ty byś tym trupem był nic nie zmienia, nic a nic, rzecz biorąc!

– Tak? A mi się wydaje, że jednak się martwiłeś o mnie. Bo ty jesteś dobry, Stasinek, dobre serce masz – odparł cicho Tadeusz, tonem, który ktoś mógłby użyć do uspokojenia niesfornego malca.

– Nie! Jestem zły! Zły!

– Dobry Stasinek.

Dobry Stasinek łypnął na niego groźnie spod byka, odsłonił połyskujące zęby i potrząsnął za klapy jego ubrudzonej marynarki.

– Przestań! Nie mów tak.

– Dobry… Dobry Stasiu – powtarzał dalej łagodnie Żeleński. Na jego ustach widniał nieco wrednawy uśmieszek, widocznie przekomarzanie się z Witkiewiczem zaraz po cudownym zmartwychwstaniu sprawiało mu niezwykłą wręcz uciechę.

– Nie!

– Taaak… Taki jesteś dobry… Dobry Sta—

Rozdygotany już wtedy z irytacji Stanisław zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu na myśl, kiedy zdecydował, że musi zamknąć usta Tadeusza, choćby i siłą! A że tą rzeczą był pocałunek to… No cóż. Było to zdecydowanie w witkacowskim stylu.

Żeleński wydał z siebie zduszony, zaskoczony okrzyk, który został jednak w większości pochłonięty przez wargi atakującego go artysty. Jego policzki zostały ściśnięte mocno przez stasiowe dłonie, a niesforna, ciemna grzywka opadła na czoło Tadeusza, łaskocząc je.

Staszek całował go mocno, agresywnie, tak, jakby rzeczywiście chciał połknąć wszystkie słowa mogące chcieć się wydostać z jego ust. Parę razy uderzył swoimi zębami o te Tadeusza, wywołując tym nieprzyjemny szczękający dźwięk. Nie ostudzało to jednak jego zapału, wręcz przeciwnie, parł na niego z jeszcze większymi pokładami zaangażowania.

A Tadeusz? Cóż, Tadeusz, ze swoim zaćmionym nadal umysłem (teraz jeszcze bardziej, po tym nagłym, niespodziewanym geście ze strony swojego przyjaciela), tkwił praktycznie w bezruchu, nawet nie zamknąwszy oczu. Po prostu leżał jak kłoda, z rękami rozprostowanymi wzdłuż swojego długiego ciała, przyjmując na siebie posłusznie deszcz żarliwych pocałunków.

To ta bierność sprawiła w końcu, że Stanisław oderwał się od niego. Zmrużył wtedy swoje zielonkawe oczy i zmierzył go uważnym wzrokiem.

– Ale nie umarłeś za to teraz, co?

Lekarz zamrugał szybko i spojrzał na niego otępiały. Umarł? Ciężko powiedzieć.

– Nie… Chyba? Tak mi się wydaje.

Wyciągnął rękę w stronę przyjaciela i wbił palec wskazujący w jego policzek. No chyba prawdziwy, nie żadna mara. No to raczej nie umarł. Chyba, że w zaświatach był też skazany na jego irytujące (irytująco czarujące) towarzystwo.

Parę razy powtórzył ten gest, na co ten zareagował jedynie zmarszczonym nosem. Potem Żeleński ujął twarz Staszka. Ten westchnął ciężko i wtulił się we wnętrze jego dłoni, przypominając w tym momencie łaszącego się kota. Przymknął powieki, a jego cała sylwetka rozluźniła się, jakby został spuszczony z jakichś niewidzialnych kajdan trzymających go w sztywnej pozie – barki opadły, dłonie zaciśnięte na kołnierzyku Tadeusza wypuściły pognieciony materiał, głowa przechyliła się nieco na lewą stronę. Wolne już ręce oplótł wtedy luźno wokół wyciągniętego w jego stronę ramienia lekarza.

Żeleński objął go całego wzrokiem i poczuł, jak kłuje go serce, ale nie przez ranę postrzałową, a na ten żałosny widok. Wydawało mu się, jakby jego przyjaciel postarzał się przez ten wieczór o jakieś co najmniej dziesięć lat i to bynajmniej nie przez makijaż nadający mu sztucznych zmarszczek. Do tego dawno nie widział go tak cichego, i, o zgrozo, dziwnie spokojnego.

– Stasiu?

Ten jęknął żałośnie w odpowiedzi i niespodziewanie wybuchł głośnym płaczem. Szlochał z szeroko otwartymi ustami i zaciśniętymi powiekami. Mocno obejmował przy tym rękę Tadeusza, nie pozwalając mu na to, by ruszył ją chociaż o milimetr. On jednak nie miał nawet takiego zamiaru, bo osłupiały wpatrywał się w niego w bezruchu. Nigdy nie widział Staszka płaczącego, nie tak rzewnie i otwarcie. Jasne, parę razy dojrzał pojedyncze łzy kręcące się w jego jasnych oczach, raz lub dwa jakaś może spłynęła po jego policzku, zaraz starta wierzchem dłoni lub krańcem rękawa. Nigdy jednak nie widział go w takim stanie, bo też Witkiewicz w takim stanie widywać się nigdy nie dawał. Każda emocja wykraczająca poza złość lub wesołość przykrywana była w towarzystwie pod maską głupka i figlarza. Teraz ta maska zniknęła, pozostawiając go przed Tadeuszem niemal z sercem na dłoni, a na pewno ze łzami na twarzy.

– Ty draniu – wyburczał po chwili między kolejnymi siąpnięciami nosem i żałosnymi pojękiwaniami. – Ty okrutny draniu, ty gnido paskudna.

Opadł po tych słowach na jego pierś i ścisnął go mocno w pasie. Pochlipywał już wtedy tylko cicho, co jakiś czas wydając z siebie głośniejszy jęk. Trochę też smarkał w koszulę drugiego mężczyzny, nie przejmując się tym, by wyciągnąć z kieszeni chusteczkę do nosa. Jakby nad tym trochę dłużej pomyśleć, to Tadeusz nie był nawet pewien czy Stanisław takową posiadał, a tym bardziej czy pamiętał o tym, by ją ze sobą gdziekolwiek nosić. Pamiętał, jak kiedyś bez skrępowania podtarł sobie w czyimś domu nos haftowaną serwetą ze stołu. No, więc tadeuszowa koszula w roli smarkatki nie była tutaj jakimś ewenementem.

Tadeusz uniósł prawą dłoń z zamiarem wplecenia jej w ciemną czuprynę Staszka, ale zamarł parę milimetrów nad jego głową. Powinien? Nie powinien? Przed chwilą został w końcu pocałowany, ale przecież było to działanie w emocjach – Witkiewicz robił różne szalone rzeczy pod wpływem chwili, niekoniecznie mające odzwierciedlenie w jego uczuciach czy przekonaniach. Z drugiej strony wydawał się roztrzęsiony, a przecież przyjaciel mógł drugiego przyjaciela po głowie pogłaskać w chwili trudnej, czyż nie? Ciężko mu było stwierdzić, jak to wyglądało u normalnych ludzi, bo przyjaciół miał mało, a ta istniejąca garstka nie była zbyt konwencjonalna (patrz: osobnik aktualnie pokładający się na nim). Przecież Witkiewicz go za to nie ugryzie! Chociaż…

Kiedy tak głowił się nad tym zagadnieniem, dłoń Staszka wylądowała na tej jego i przycisnęła ją mocno do swojej czaszki. Poprzesuwał nią w prawo i w lewo, naśladując niezdarnie gest głaskania.

– No? – mruknął wyczekująco, a jego dłoń wróciła znowu na bok Tadeusza.

Z ust Żeleńskiego uleciało prychnięcie, ale posłusznie zaczął pieścić dłońmi włosy artysty. Były nieco tłuste i dziwnie uklepane od leżenia parę godzin pod peruką, ale jemu to nie przeszkadzało. I tak były miękkie pod jego palcami, kiedy dokładnie je przeczesywał, a następnie ugładzał. W nagrodę dostawał od Stanisława ciche, gardłowe pomruki i mocniejsze ściśnięcia jego boku. Było to bardzo miłe zadośćuczynienie za to, że przed paroma chwilami umarł.

Witkiewicz mruknął w pewnym momencie niezadowolony, kiedy po przesunięciu się nieco poczuł pod policzkiem krawędź czegoś ostrego. Dłonią oklepał to miejsce dokładnie, a po chwili wyciągnął spod materiału drobny tomik Woltera, z kulą zagnieżdżoną w samym jego środku. Uniósł wzrok na Żeleńskiego i pomachał mu książeczką przed nosem.

– Widzisz, Tadziu? Na coś w końcu ci się przydały te francuskie banialuki, chyba to pierwszy raz w życiu. I pewnie ostatni.

Żeleński uśmiechnął się tylko na te słowa i pokręcił z niedowierzaniem głową. Wolter!

– A chcesz mi się może wytłumaczyć z tego pocałunku?

– Nie – odparł mu z głupawym uśmieszkiem, po czym znów złączył ich usta.