Work Text:
Nie mogłam zasnąć, znowu. Ostatnio często mi się to zdarzało, aczkolwiek nie poddawałam się od razu tak łatwo, by zacząć łykać melatoninę. Wiedziałam, że nie śpię, bo doskonale docierały do mnie wszystkie dźwięki z mieszkania i zza okna. Niestety mam
bardzo dobry słuch w przeciwieństwie do wzroku. Chociaż nie na tyle doskonale, by spełnić jedno ze swoich marzeń i grać na fortepianie soundtracki ze moich ulubionych musicali. Nie otwierałam oczu, gdyż to później tylko bardziej mnie rozbudzało, za to kręciłam się z boku na bok przez kolejne pół godziny. Gdy nic nie dało nawet wtulenie twarzy w pluszowego lisa,poczułam, że nic z tej nocy nie będzie. Dodatkowo znowu ogarnęło mnie to dziwne uczucie,jakiego człowiek doświadcza, gdy ktoś go obserwuje. A ja już doskonale wiedziałam kto to mógł być. Nie słyszałam charakterystycznego stukotu kocich łapek na podłodze, więc mogłam wykluczyć swojego kota Marshalla i stwierdzić, że znowu stoi nad nią mój
nietypowy nowy współlokator. Ostatnio zauważyłam, że robi to dosyć często, zwłaszcza że przyznał mi się do cierpienia na bezsenność z powodu nadmiaru energii. Albo natchnienia do tworzenia muzyki. Jednak wtedy musiał wynieść się ze swoim twórczym popędem na dach kamienicy, żeby sąsiedzi nie skarżyli się na hałas dobiegający z akurat mojego mieszkania. A tak to mogli sobie pomyśleć, że to nowa wersja hejnału albo coś takiego. Nie ma opcji żebym
zasnęła, gdy będzie stał 30 cm od mojego łóżka i wpatrywał się we mnie niczym zastępy anielskie w dzieciątko Jezus w Boże Narodzenie. Łatwiej było mi to znosić, gdy już spałam i nie czułam tego skrępowania. W dodatku rozbolała mnie głowa. Odwróciłam się więc znowu plecami do ściany i niechętnie otworzyłam oczy, odrzucając na bok pluszowego lisa.
Pierwszym co zobaczyłam była oczywiście wysoka i szczupła postać, chociaż gdy nie miałam na nosie okularów, to mój współlokator przypominał bardziej wielką fiołkowo-kremowo- czarną plamę. Sięgnęłam po okulary leżące na szafce obok łóżka, by po kilku sekundach kolorowe plamy zamieniły się w Izziego, a właściwie w Izrafela. Mojego nowego, nieco
dziwnego znajomego, współlokatora, niezmiernie cierpliwego nauczyciela muzyki i całkiem
przypadkowo również archanioła muzyki. Chociaż w tym momencie był aniołem bez swoich skrzydeł, jednak talent pozostał. Ekscentryczność również.
Izrafel zawsze miał na sobie ten sam trzyczęściowy frak, w zaskakująco uroczym odcieniu fioletu. Pierwsze co pomyślałam o jego stroju, to że bardzo pasuje do osobowości archanioła. Powiedzieć, że wyróżniał się w tłumie to jak nic nie powiedzieć. Do tego miał również biało czarne lakierki, takie jak dawniej nosili tancerze w klubach jazzowych, oraz swoją czarną fedorę z fiołkowym paskiem. Jedynie w chłodniejsze dni zamiast marynarki zarzucał na siebie swój długi fioletowy płaszcz z białymi detalami. Długie czarna włosy, których szalenie mu zazdrościłam, zaplatał w warkocz sięgający mu do końca pleców. Do tego ten czarujący uśmiech. Izrafel wręcz emanował komunikatem „Patrzcie na mnie! Posłuchajcie mojej gry!”.
Tak, Izzy wyglądał jakby ktoś wyciął go ze starego filmu i pomalował jaskrawymi farbami. I praktycznie zawsze trzymał w dłoniach jeden ze swoich ulubionych instrumentów – trąbkę lub klarnet. Tym razem również tak było i akurat na tapecie był ten drugi sprzęt, którzy z ogromną troską trzymał w złączonych dłoniach. Izzy pochylał się nade mną, a jego długi warkocz opadał mu przez lewe ramię, zaś hipnotyzujące turkusowe oczy wariata świdrowały mnie spojrzeniem. Może i podczas naszego pierwszego spotkaniach przez te oczy wydał mi się niezrównoważony, jednak im dłużej razem przebywaliśmy nauczyłam się odczytywać jego emocje właśnie na postawie oczu. Gdy już w pełni wyraźnie go zauważyłam, on jedynie uśmiechnął się szeroko, co w sumie mogłoby być creepy, ale niestety Izrafel miał też spory urok osobisty. Jak wszyscy muzycy. Słabo odwzajemniłam uśmiech, unosząc wymownien brew, czego zaraz pożałowałam z powodu bólu głowy .<
- Bezsenność czy natchnienie? – zapytałam półprzytomnie
- Rzekłbym, że to samo co w twoim przypadku. – odparł wesoło – Chciałem się wyciszyć,
więc przyszedłem na ciebie popatrzeć, ale w twoich myślach jest straszny chaos. I rzucasz się
po łóżku jak Jonasz w brzuchu Lewiatana.
- Boskie porównanie. A właściwie jak patrzenie na mnie pomaga ci się wyciszyć?
- W moim umyśle nieustannie gra muzyka, a twój jest o niebo spokojniejszy. Im dłużej się w
niego wpatruje, tym mocniej otula mnie spokój. Jednak jak zauważyłem, dziś to w tobie gra
niespokojna melodia. – przekrzywił głowę i dotknął mojego czoła chłodną dłonią – Jest w
tobie zbędne napięcie.
- Fakt, czasami ludzie tak mają bez konkretnego powodu. A ja nie dość, że nie mogę się
wyciszyć, to jeszcze dostałam ból głowy w pakiecie. To tak się czujesz, gdy natchnienie nie
daje ci spokoju?
- Trochę tak, ale też i nie. Natchnienie pcha cię do działania, rozsadza od środka. To trochę
tak jakbyś desperacko chciała wyjść z własnego ciała i przekuć emocje w coś
niepowtarzalnego.– przesunęłam się żeby mógł usiąść obok, co też chwilę później zrobił, po
czym założył nogę na nogę i kontynuował swoją wypowiedź – Za to znam świetny sposób na
uspokojenie myśli, jeśli masz ich zbyt wiele w głowie.
- Będę strzelać, muzyka? – zapytałam, doskonale zdając sobie sprawę że dla Izziego muzyka
stanowi rozwiązanie wszystkich problemów. A przynajmniej 95% z nich.
- Zaskoczę cię, ale nie. Chociaż muzyka jest doskonałym lekiem na każde zmartwienie, więc
może uda mi się ją wpleść w którymś momencie. Wyskakuj z łóżka i chodź ze mną. – odparł
radośnie, chwytając mnie za rękę i stając znów przed łóżkiem
- Jest... – zaczęłam szukać spojrzeniem swojego zegarka na biurku po drugiej stronie pokoju –
Dziesięć po północy. Gdzie chcesz iść o tej nieludzkiej porze? – niechętnie wstałam
podciągnięta do góry przez anioła
- Przekonasz się gdy za mną podążysz. Im mniej pytań będziesz zadawać tym lepszy będzie
efekt końcowy. Więc ruszaj się nieco żwawiej. – zaczął mnie ciągnąć w kierunku drzwi
- Stop szaleńcu. – pociągnęłam go mocno z powrotem w swoim kierunku – Daj mi kilka
minut, muszę się przebrać skoro chcesz mnie wyciągnąć z domu. Raczej nie wypada chodzić
po ulicy w letniej piżamie w gwiazdki. I wolałabym jednak się nie przeziębić na ten egzamin
w czwartek.
- O nic się nie martw moja droga, zwłaszcza o takie błahe sprawy jak test czy zimno. Dam ci
swój płaszcz. Wierz mi, w nim nie byłoby ci zimno nawet gdybyś miała na sobie jedynie
upleciony z gałązek strój, jaki przywdziała Ewa po swoim stworzeniu. Zaufaj mi. – w jego
turkusowych oczach dostrzegłam troskę, co ostatecznie zaczęłam uznawać za urocze.
- Absolutnie podziwiam te twoje nawiązania do Biblii. Okay Izzy, ale i tak chciałabym
przynajmniej wziąć coś na ból głowy zanim wyjdziemy. Wytrzymasz dwie minuty? –
zapytałam żartobliwie, wiedząc że cierpliwe czekanie nie jest jego mocną stroną.
- Czym są dwie minuty w obliczu wieczności? Uprzedzam jednak, że jeśli w tym czasie się
nie wyrobisz, to teleportujemy się tam znienacka.
- Robisz się równie złośliwy jak mój kot, wiesz?
On w odpowiedzi jedynie zachichotał, a dosłownie sekundę później tuż nad jego głową
rozbłysła srebrna aureolka, by zniknąć równie szybko jak się pojawiła. Oczywiście Izrafel
miał przy tym minę niewiniątka. A i anioły tak naprawdę nie miały żadnej aureoli, po prostu
sobie ze mnie żartował, po tym jak raz mu naopowiadałam o ludzkim wyobrażeniu aniołów.
Wyszliśmy z mojego pokoju, on skierował się do korytarza, a ja skręciłam do kuchni w
poszukiwaniu tabletek przeciwbólowych. Na szczęście szybko je znalazłam, jednak gorzej
było z szybkim odkręceniem butelki z wodą. Przez kilkanaście kolejnych sekund mocowałam
się z zakrętką, dopóki nie poczułam dwóch zimnych rąk unoszących mnie nad ziemią, przez
co od razu zaczęłam machać ramionami w geście protestu.
- Stawiaj mnie na ziemię Izzy! Nie zdążyłam odkręcić butelki z wodą.
- Wy ludzie bywacie czasami tacy powolni. – zaśmiał się, odstawiając mnie z powrotem na
podłogę, po czym w mgnieniu oka chwycił butelkę i ją otworzył – Głupio czasem nie prosić o
pomoc, wiesz? – wyszczerzył się splatając ramiona na piersi
- Powiedział archanioł, który przez pół godziny próbował obrać mandarynkę. – wytknęłam
mu złośliwie, doskonale pamiętając jak niecały tydzień temu przyniosłam całą torbę
mandarynek, po czym prawie umarłam ze śmiechu widząc jak Izrafel mocuje się z owocem.
Ostatecznie udało mu się tylko dlatego, że pomogłam mu oderwać kawałek skórki. A widok
jego twarzy, gdy spróbował pierwszy kawałek był bezcenny. Przez kolejne dwie godziny
autentycznie świeciły mu się oczy. Wyłuskałam tabletkę i czym prędzej ją połknęłam,
wiedząc, że ten czarujący wariat może nas teleportować w każdej chwili. Co zaskakujące, gdy
się odwróciłam jego już za mną nie było. – Gdzie żeś się podział?!
- Czekam na ciebie równie długo jak Izraelici na Ziemię Obiecaną. – odparł gdzieś z okolicy
drzwi do mojego mieszkania
- Idę, idę. Tylko jeszcze buty zmienię. – odparłam szeptem, zmieniając kapcie na wsuwane
tenisówki i wyszłam z kuchni by do niego dołączyć
Izrafel oczywiście już prawie wydeptał dziurę w korytarzu, ale też trzymał teraz w dłoniach
swój długaśny fiołkowy płaszcz.
Szczerze mówiąc jego również mu zazdrościłam, bo
wyglądał w nim naprawdę świetnie. Materiał był miły w dotyku, a przy okazji wyglądał jak
zwykła marynarka, do tego był idealnie dopasowany do jego sylwetki. Izrafel po chwili otulił
mnie swoim płaszczem, a ja poczułam się tak, jakby okryły mnie prawdziwe anielskie
skrzydła. Biło od niego takie przyjemne ciepło, dawał poczucie bezpieczeństwa, także swego
rodzaju siłę do walki. Wsunęłam ramiona w o wiele za długie rękawy, a Izrafel z nadal
szerokim uśmiechem w niecałe 5 sekund zapiął cztery guziki. Odruchowo odwróciłam się do
lustra na szafie i niemal od razu się roześmiałam. Płaszcz Izrafela był na mnie za duży o co
najmniej dwa rozmiary, w dodatku sięgał mi do połowy łydek. Mógłby uchodzić za sukienkę
w czasie jesieni. Odwróciłam się z powrotem do Izziego, któremu oczy błyszczały czystym
podekscytowaniem, a na jego twarzy nadal gościł szeroki uśmiech. Wyglądał trochę tak jak
dziecko w wigilijny wieczór, siedzące pod choinką i czekające na prezenty.
- No co? Patrzysz się jak ciele na bramy raju. – zapytałam, podpierając się pod boki – Wiem,
że wyglądam dziwnie.
- Wyglądasz jak Alicja w krainie czarów. Tak słooooooooodko.
- A ty robisz za kota z Cheshire. Waaaaaaaaaariat. – odparłam równie przesłodzonym głosem,
na co oboje się roześmialiśmy – Wiesz co? Mega ci zazdroszczę tego ciuszka. Czuję się w
tym tak jakby okryły mnie anielskie skrzydła.
- Gdybym nadal je miał, to mogłabyś się przekonać, że dotyk anielskich piór wywołuje inne
wrażenia. – jego uśmiech nieco przybladł – Wycisza, daje poczucie bezpieczeństwa i wielkiej
miłości. Podobnie jak uściski Królowej, ale takiego brzmienia miłości człowiek nie zniósłby
psychicznie i fizycznie.
- Brzmi jak wspaniałe doświadczenie. – posłałam mu pokrzepiający uśmiech, wiedząc jak
bardzo tęskni za swoimi skrzydłami dodałam – Ale wiesz, że nawet jeśli nie masz teraz
swoich skrzydeł, to nadal możesz obdarzać innych poczuciem bezpieczeństwa. Ja na przykład
czuję się z tobą bezpiecznie, chociaż w tej chwili nie mam pojęcia gdzie chcesz mnie
wywlec.
- Są plusy, w końcu wiem jak to jest być stróżem i jak obiera się mandarynki. – znów szeroko
się uśmiechał, położył mi dłonie na ramionach – A teraz trzymaj się mnie mocno, bo się
teleportujemy na dach.
- O Jezu... – odparłam odruchowo – Wybacz, zapomniałam o wzywaniu.
Również położyłam dłonie na jego ramionach i zbliżyłam się do niego na tyle, by nieznana
mi anielska magia nie rozdzieliła nas w czasie podróży trzy piętra wyżej. Zamknęłam oczy, a
chwilę później poczułam na policzkach chłodny wiatr, który zacząć poruszać również
rąbkami płaszcza. W pewnym momencie dostałam również po twarzy warkoczem Izziego, na
co on się oczywiście roześmiał. Odsunął się ode mnie i powiedział:
- Możesz już otworzyć oczy.
- A jesteś pewien, że nie stoję na krawędzi tego dachu? – zapytałam na wszelki wypadek,
chociaż wiedziałam, że Izzy mimo swojego dziwnego zachowania nie zrobiłby mi krzywdy.
No i wie że mam lęk wysokości.
- Absolutnie. Na krawędzi stoję ja. – jego głos dobiegał z oddali, a ja mimowolnie parsknęłam
śmiechem, ponieważ to było absolutnie do przewidzenia
- Jasne, ale może tym razem się z niego nie rzucaj. Ja cię do szpitala wiozła nie będę,
zwłaszcza na hulajnodze. – odparłam otwierając oczy, i odruchowo się uśmiechając na widok
Izrafela tańczącego foxtrota na krawędzi dachu – Tańczysz tak bez muzyki?
- Muzyka będzie jutro. – odparł z szerokim uśmiechem, zeskakując z krawędzi i wyciągając
do mnie dłoń – Najpierw wyciszamy się od niechcianych myśli.
- Okay, a jak chcesz to zrobić? – zapytałam sceptycznie nastawiona, wiedząc że Izzy i
wyciszenie to dwa zupełnie różne światy
- Pamiętasz to nietypowe ćwiczenie z zaufania, które mnie tak zadziwiło? Od razu mówię, że
nie będziemy rzucać się z dachu, ale chciałabym byśmy wykonali to ćwiczenie.
- W porządku. – odparłam, nie chcąc bardziej wnikać w ten plan – Ale jak się przewrócę
razem z tobą i się rozbijemy to będzie twoja wina. – wycelowałam w niego palec wskazujący,
a on się roześmiał
- Nie, nie moja droga – pogroził mi palcem wskazującym niczym małemu dziecku – To ja
złapie ciebie. – szeroki uśmiech powrócił na swoje miejsce, a on sam rozpostarł swoje
szerokie ramiona w, o dziwo, białej koszuli i zachęcająco kiwał dłońmi bym się odwróciła
- Ale nie odsuniesz się w ostatniej chwili żebym rąbnęła z impetem o sufit tej rodzinki spod
25? Bo wiesz, nie chce mi się tłumaczyć w środku nocy skąd się wzięłam w ich mieszkaniu.
W dodatku mając na sobie puchowe kapcie i fiołkowy płaszcz.
- Spokojnie, przysięgam, że nie zniknę w ostatniej chwili. Już już odwracaj się, nie mamy
podobno całej nocy. – droczył się ze mną, mówiąc te słowa moim głosem. Tak, ten cudak
potrafił imitować cudze głosy.
- Niech ci będzie.
Obróciłam się wokół własnej osi i stanęłam plecami do niego. Przede mną rozciągała się
panorama całej dzielnicy i części miasta. Gdzieniegdzie widać jeszcze było pojedynczych
ludzi na ulicy, kilka samochodów mknących przez główną drogę, nocny tramwaj właśnie
jechał w kierunku centrum. Przez kilka sekund chłonęłam ten widok, gdy wiatr delikatnie
muskał moje policzki. W końcu jednak zamknęłam oczy, dla efektu rozkładając też szeroko
ramiona, jakby to były skrzydła. Mimo często dziwnemu poczuciu humoru Izrafela, ufałam
mu i nie bałam się, że coś mi się stanie. W końcu byliśmy przyjaciółmi i mieszkaliśmy razem
już prawie dwa miesiące. Gdyby chciał mnie zrzucić z dachu to pewnie dawno temu by to
zrobił. Powoli odchylamy się do tyłu, chociaż moje ciało stawia opór. Mam strasznie słabe
poczucie równowagi, to cud że potrafię utrzymać się na hulajnodze. Głównie z tego powodu
nigdy nie nauczyłam się jeździć ani na wrotkach ani na deskorolce, chociaż Luke uparcie
mnie uczył tego drugiego. Odchylam się mocno do tyłu z doskonale mi znanym uczuciem
paraliżu całego ciała, ale na szczęście po chwili Izrafel mnie łapie. Choć ku mojemu
zaskoczeniu ciągnie mnie też mocniej w dół, a ja opadam na coś zaskakująco miękkiego.
- Możesz otworzyć oczy. – mówi w końcu
Okazuje się, że nie stoimy już na twardej i chropowatej powierzchni dachu, lecz siedzimy na
dwóch dosyć dużych poduszkach. Fakt że są fioletowe, nie zdziwił mnie ani odrobinę, bo
Izrafel ma obsesję na punkcie tego koloru. On sam przykrywa moje odsłonięte nogi puchatym
kocem, który również pojawił się znikąd. Uroczy gest, jednak doskonale widzę, że mimo
swoich ochronnych mocy i tak odczuwa zimno podobnie jak ja, dlatego również okrywam go
kawałkiem koca. Siedzimy w ciszy blisko siebie, tuż przy wzniesieniu na którym kończy się
krawędź dachu. Mamy przed sobą całe miasto oraz niebo, bezkresne ciemne niebo pełne
gwiazd. I z jedną srebrną kulą światła unoszącą się nad nami. To piękny widok i faktycznie
czuję jak mój umysł powoli się uspokaja. Ciekawe jest to, że przy Izrafelu można zarówno
poczuć przypływ nowych sił jak i odetchnąć od zmartwień. Spojrzałam na twarz archanioła,
który wpatrywał się z rozmarzonym wzrokiem w niebo .
- Tęsknisz za swoim prawdziwym domem, prawda? – zapytałam nieśmiało, bo był to temat
który Izrafel poruszył tylko raz, gdy oznajmił mi że nie w niebie i tak nikt go nie chce
- Nie tyle za domem, co za moim zespołem. Oni nadal tam są, pewnie zaszyli się gdzieś w
Strefach poza Czasem żeby gniew regenta ich nie dosięgnął. – odparł smutno – A poza tym,
tak naprawdę to nie mam domu.
- Jak to? Myślałam, że ktoś o takiej pozycji w hierarchii jak ty ma co najmniej złoty pałac.
Znaczy przepraszam, fioletowy. – lekki uśmiech zdołał dosięgnąć jego oczu, gdy potrząsnął
głową w zaprzeczeniu
- Faktycznie inni archaniołowie posiadają ogromne pałace w Hajot Hakados. Niestety ja nie
należę do grona Wielkiej Siódemki.
- W takim razie... Wybacz mi bezpośredniość, ale jak to możliwe że jesteś archaniołem? Zawsze myślałam, że ich jest tylko siedmiu.
- Zapewne większość ludzi tak myśli. We mnie na przykład wierzyli dawniej jedynie
wyznawcy islamu, inni ludzie niestety nie wiedzą o moim istnieniu. Podobnie jak o wielu
innych aniołach. Tak naprawdę archaniołów jest dużo więcej. A ja dodatkowo jestem świrem
numer jeden w niebie. Nikt nie chce mieć ze mną do czynienia, oprócz moich przyjaciół z
zespołu.
- Szczerze mówiąc, nie rozumiem dlaczego cię tak zaszufladkowali. Nawet jeżeli zdarza ci się
zachowywać nieco dziwnie, to nie twoja wina że takim cię stworzono. Najwidoczniej właśnie
taki miałeś być i taki jesteś wyjątkowy. A poza tym, ja tam nie uważam cię za świra.
- Dziękuję, że tak o mnie myślisz. – odparł, obejmując ramionami własne podkulone nogi
- A nawet gdybyś był szalony to... Tylko wariaci są coś warci, pamiętasz? – w końcu
uśmiechnął się szeroko, bo naprawdę polubił „Alicję w krainie czarów” i właśnie ten cytat –
Ale w takim razie, gdzie właściwie mieszkałeś zanim zabrali ci skrzydła?
- Może i mam w szóstym kręgu Niebios własną rezydencję, ale tak naprawdę nigdy nie
czułem się w niej komfortowo. Nie cierpię przepychu i bogactwa w otoczeniu, nie potrafię się
wtedy skupić na muzyce. A jakby nie było, zostałem powołany do tworzenia muzyki dla
chwały Pana. Szczerze mówiąc już wcześniej rzadko bywałem w Niebie, nie potrafię się
odnaleźć pośród elity. Razem z zespołem spędzałem większość czasu w Strefach, gdzie
gramy koncerty dla okolicznych mieszkańców, lub po prostu sami dla siebie. Jeden z moich
trębaczy ma domek pośród lasu pełnego tajemnic i właśnie tam najczęściej mieszkałem. Z
moją jedyną rodziną. W innych przypadkach często odwiedzałem Ziemię, między innymi
dlatego wiem jak działa ta wasza komunikacja miejska.
- Ale na widok telewizji o mało nie wyskoczyłeś przez okno, a w radio wpatrywałeś się jak to
cielę w bramy raju. – oboje parsknęliśmy śmiechem na wspomnienie pierwszych dni Izrafela
w moim mieszkaniu
- Będziesz mi to wypominać do końca wieczności tak jak te mandarynki? – uniósł sceptycznie
brwi, poruszając nimi zabawnie
- I pizzę zjedzoną w pięć minut również . – dźgnęłam go łokciem między żebra, zanosząc się
śmiechem
- Wiedziałem. – objął mnie i zaczął łaskotać, ale po kilkudziesięciu sekundach odpuścił – Ale
wiesz co? Odkąd jestem tutaj, w tym nietypowym mieście, z tobą zaczynam myśleć że... –
urwał, znów spoglądając w niebo
- Tak?
- Zaczynam myśleć, a właściwie czuć jak to jest mieć prawdziwy dom. I kogoś komu na tobie
zależy, nawet jeśli jesteś wariatem. Lub mimo wszystko nie dostrzega w tobie wariata. Jestem
ci bardzo wdzięczny, że wtedy mnie wysłuchałaś i pozwoliłaś mi zostać. Gdybyś mi nie
pomogła, nie mam pojęcia jak potoczyłby się mój los.
- Miło słyszeć, że czujesz się jak w prawdziwym domu. Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że
los mnie obdarzy takim nietypowym aniołem stróżem, ale mimo wszystko jestem mu
wdzięczna. – odwzajemniłam jego szeroki uśmiech – W ogóle tak sobie ostatnio myślałam...
- Nad czymś innym niż twoje bezcenne książki? No nie gadaj! – przechylił głowę
rozbawiony
- Wyobraź sobie, że tak. Wiem, że jeszcze w sumie jest sporo czasu, ledwo kończy się
listopad, ale myślałam, że może chciałbyś spędzić święta Bożego Narodzenia ze mną i panią
Różą. I moim starszym bratem o ile tylko zgodzi się przyjść. – przez kilka sekund Izrafel po
prostu siedział w bezruchu i nic nie mówił, więc lekko zestresowana kontynuowałam –
Domyślam się, że w Niebie obchody tego święta wyglądają o wiele inaczej i są bardziej
widowiskowe, w końcu to jeden z najważniejszych dni dla was, ale postaram się żeby tutaj
również atmosfera była fajna i żebyś poczuł się częścią rodziny. Co ty na to?
Izrafel w dalszym ciągu milczał, wpatrując się we mnie intensywnie tymi swoimi
świecącymi oczami. Trochę już do tego przywykłam, dlatego że na początku dosyć często się
tak na mnie patrzył, gdy robiłam coś czego on nie nigdy wcześniej nie miał okazji robić. Na
przykład obieranie tej nieszczęsnej mandarynki albo robienie zdjęć. Miałam jednak cichą
nadzieję, że jednak się zgodzi. Planu na tegoroczne święta postanowiłam drastycznie zmienić
właśnie ze względu na niego i panią Różę. Szczerze mówiąc nie chciałam wracać pięć godzin
pociągiem do domu, tylko po to by udawać że dobrze się czuję pośród własnej rodziny, bo ani
trochę tak nie było. Poza tym tysiąc razy bardziej wolałam zostać tutaj w Krakowie z Izzym i
samotną starszą panią, niż czekać na kolejną wielką dramę między rodzicami i dziadkami.
Jedni byli snobami, a drudzy perfekcjonistami, więc trudno było wytrzymać tam dłuższy czas.
Położyłam dłoń na ramieniu mojego niezwykłego przyjaciela, którego za nic nie chciałam
zostawiać tutaj samego w pustym mieszkaniu z Marshallem. Sumienie by mi nie pozwoliło. A
poza tym, to mogłoby się źle skończyć. Domyślając się, że Izzy potrzebuje zapewne chwili na
zastanowienie się dodałam:
- Oczywiście nie musisz odwiedzać już teraz, rozumiem jeśli potrzebujesz więcej czasu na
zastanowienie się.
Izrafel nadal nic nie odpowiedział, za to chwilę później zanim zdążyłam w ogóle
zarejestrować tak szybki ruch, mocno mnie przytulił. To również była dla niego nowość i
ciekawy był dla mnie fakt, że anioły mogą być takimi przylepami. Odwzajemniłam uścisk chociaż o wiele słabiej niż on to robił, a także starałam się nie śmiać gdy końcówka jego
długiego warkocza łaskotała mnie w nos. Gdybym obserwowała ta scenę z boku, pewnie
mogłabym uznać ją za dziwną, ale gdy sama w niej byłam nie obchodziło mnie nawet, że jest
już pewnie pierwsza w nocy i mogę się przeziębić. Bo jeśli jest ktoś z kim chciałabym
rozmawiać w środku nocy na dachu, to właśnie Izzy. W końcu on również się odezwał.
- Bardzo chętnie spędzę z tobą ten błogosławiony czas. Dziękuję, że o mnie pomyślałaś.
- Cieszy mnie to Izzy. – odparłam w materiał jego kamizelki – I nie ma za co. W końcu
jesteśmy przyjaciółmi.
- A będą mandarynki? – zaśmiał się
- Cały koszyk mandarynek, bo bez tego nie ma klimatu świąt. Utkniemy w kuchni na jakieś
trzy dni, ale i tak będzie super. Pomożesz mi ubrać choinkę w fioletowe bombki i będziesz
mógł zagrać kolędy na klarnecie albo trąbce i zaśpiewać. Pani Róża cię za to pokocha. I
myślę że w tym dniu nawet sąsiedzi ci wybaczą.
- Zaśpiewamy razem. A ja specjalnie na tą okazję przywdzieję czerwony garnitur.
- To ty masz ubrania w innych kolorach? Szok po prostu. Myślałam że ich nie uznajesz. –
parsknęłam śmiechem
- Zdziwisz się droga przyjaciółko, ale owszem, posiadam ubrania we wszystkich kolorach
tęczy. Mam nawet czarny komplet. – odparł entuzjastycznie
- Tak? Chcę to zobaczyć jak już będziemy w lepszym świetle! – odparłam rozbawiona celując
w jego fiołkową kamizelkę palcem wskazującym – Staram się wyobrazić to sobie, ale pewnie
wyglądałbyś zbyt poważnie jak na ciebie. A ty i powaga to dwa zupełnie różne światy.
- Mieliśmy chyba się wyciszyć, a nie zaśmiewać z siebie nawzajem. – zauważył, jednak w
dalszym ciągu robił głupie miny które mnie rozśmieszały – W Hajot Hakados już by po nas
żandarmeria Michała przybyła z ostrzeżeniem.
- To ty mnie non stop rozśmieszasz Izzy. Ale masz rację, muszę się w końcu wyciszyć, bo
jednak wypadałoby być przytomną na jutrzejszych zajęciach. – oparłam głowę na jego
ramieniu, po raz kolejny obserwując jak Kraków żyje w nocy we własnym tempie. Zamykam
na chwilę oczy – A tak z innej beczki… Co najbardziej ci się podoba w świecie zwykłych
ludzi?
- Mieszkanie z tobą. – odparł nad wyraz szybko, po czym oparł policzek o moją głowę
- Poważnie? Masz do dyspozycji miliard przykładów nowoczesnej technologii i rozwoju
cywilizacji a wybierasz mieszkanie z introwertyczką uzależnioną od kupowania książek. I
osób, które nie istnieją.
- Możliwe, ale taka jest prawda. Lubię jak każdego ranka mogę odgrywać twój prywatny
budzik.
- I doprowadzać mnie tym graniem na trąbce do żądzy mordu i szaleństwa. – mruknęłam we
własne ramię ramię, czując nagle obezwładniające ciepło. Takie miłe, jakbym siedziała przed
kominkiem owinięta ulubionym kocem.
- Obserwować jak robisz śniadanie, pomagać ci przy tym i słuchać radia, zanim wyjdziesz na
uczelnię. Doradzać ci przy dobieraniu strojów chociaż ani trochę nie znam się na ludzkiej
modzie. Zwiedzać miasto na tym twoim wytworze technologii. Słuchać jak pochłania cię
ekscytacja gdy czytasz nową książkę, albo gdy czytamy z podziałem na role. Uwielbiam
poznawać te wszystkie cudowne filmy, które mi pokazujesz. Wtedy myślę, że ludzie są
jednak niesamowici. Rozmawiać z tobą o wszystkim co ziemskie i anielskie całymi
godzinami. Ale chyba najbardziej lubię patrzeć jak pochłania cię świat który sama tworzysz
od zera. Jak wkładasz całe serce i duszę w to co piszesz, tam samo jak ja w granie na instrumentach. To jak pisanie cię pochłania jest
czymś magicznym. Wtedy mam wrażenie, że jesteśmy do siebie kosmicznie podobni, chociaż
z dwóch różnych światów. Ale równie pozornie szaleni.
- Naprawdę? – mówię już dosyć nieprzytomnie, bo głos Izrafela zmienia się w kojący balsam
dla mojego umysłu, a ja czuję jak otula mnie coraz większy spokój. Wiem, że robi to
specjalnie, żeby wyciszyć nas oboje i jestem mu za to wdzięczna.
- Lubię również takie późne wieczory jak te. Zwłaszcza gdy moje natchnienie jest tak duże, że
nie potrafię oderwać się od muzyki z własnej woli, ale ty potrafisz mnie od tego odciągnąć.
Twoja obecność mnie uspokaja. A odkąd pierwszy raz mnie przytuliłaś, poczułem się wtedy
tak jakbym znowu miał swoje skrzydła. – gdy wypowiadał ostatnie zdanie, stwierdziłam że
nie zaszkodzi wyciszyć również jego więc po prostu go objęłam i przytuliłam – O, teraz
również to czuję.
- Super. Tylko proszę cię przenieś nas z powrotem do domu zanim ja całkowicie odpłynę, a ty
się wyłączysz w najmniej oczekiwanym momencie i zostaniemy dwoma soplami lodu na
dachu. – odparłam nadal półprzytomnie, nie mając już nawet siły aby otworzyć oczy
- Bylibyśmy bardzo kolorowymi soplami lodu. – zaśmiał się – Ale nie martw się, już jesteśmy
w domu.
Zebrałam całą siłę woli jaka mi została i otworzyłam oczy i faktycznie, nie siedzieliśmy już
na dachu kamienicy, lecz na brzegu mojego łóżka. A ja czułam że zaraz zasnę na stojąco. W
tempie żółwia zdjęłam z siebie drogocenny płaszcz Izrafela i wręczyłam mu go z powrotem.
On w odpowiedzi popchnął mnie na poduszkę i pstryknięciem palców sprawił że owinęła
mnie kołdra. W jego oczach również widziałam zmęczenie. Wyciągnęłam jeszcze dłoń w jego
stronę by móc złapać go za rękę.
- Dobranoc Izzy. I dziękuję za rozmowę na dachu.
- Na ma za co przyjaciółko. Dobrej nocy, niech Gabriel ześle ci spokojne sny. – odparł nad
wyraz cicho jak na jego możliwości, po czym odwrócił się i po cichu opuścił mój pokój –
Wrócę rano z trąbką. – dodał szeptem, wychylając się przez drzwi.
I już go nie było. Nie było również natłoku myśli, który tak często mnie dopadał przed snem, ani napięcia związanego z kolejnym dniem. Nim się zorientowałam, mój umysł był już gdzieś daleko. Odpoczywałam, nareszcie
