Actions

Work Header

Słońce zamiast gwiazd

Summary:

Tuż po narodzinach Świata pewnego archanioła zwiodła Ciekawość, za co został strącony na Ziemię. W swojej wędrówce przez tysiąclecia odnalazł jednak, już jako demon imieniem Crowley, nowy sens - niezdyscyplinowanego anioła Azirafala. Ich przyjaźń zostaje wystawiona na próbę w momencie, gdy Crowley daje dojść do głosu tłumionym przez lata uczuciom.

Koniec sezonu 2 inaczej.

Work Text:

Gdzieś na przełomie szóstego i siódmego wieku naszej ery tak zwani Ojcowie Kościoła stworzyli listę siedmiu grzechów głównych. W zakurzonych bibliotekach Watykanu sporządzono listę najbardziej nęcących ludzkość występków, destrukcyjnych sił, które mają trzymać ludzi przy Ziemi i uniemożliwiać zbawienie.

Choć, jakby na to nie spojrzeć, grzechy te stanowią podstawę człowieczeństwa.

Pycha.

Chciwość.

Nieczystość.

Zazdrość.

Nieumiarkowanie.

Gniew.

Lenistwo.

Crowley przez sześć tysięcy lat demonicznej egzystencji z większym lub mniejszym ukontentowaniem oddawał się wspomnianej siódemce. Kusił wielkich władców i podszeptywał im słowa napędzające ich kruche Ego. Podjudzał do zawiści wobec sojuszników. Wskazywał inne drogi używania ciała i pokazywał, jak można hedonistycznie cieszyć się życiem. Śmiertelnicy łatwo podchwytywali jego słowa, jakby czekali tylko na przyzwolenie kogoś z zewnątrz. A potem sami puszczali fantazję tak daleko, że Crowley czuł się przy nich niezbyt kreatywnym demonem.

Bóg uwielbia Siódemkę, ale zapomniała o jednym grzechu, którego nie lubi najbardziej.

O Ciekawości.

Tak, jak istnieje rzekomo Siedem Grzechów Głównych, tak było siedmiu archaniołów. Cały szkopuł tkwił w tym, że w obydwu przypadkach siódemka zaginała się w Ósemkę.

Ósmy, upadły archanioł, który chciał za dużo rozumieć i kwestionował Boskie Plany. Pewnie właśnie dlatego oddelegowano go do zadania skuszenia Ewy - czym zapisał się niechlubnie w ludzkiej historii.

Crowley parsknął gorzko, rozwalony na kanapie w swoim mieszkaniu w Mayfair. Dookoła niego walały się opróżnione butelki po winie. Po tym, jak w godny pożałowania sposób wyznał Azirafalowi swoje uczucia i został jeszcze bardziej spektakularnie odtrącony - postanowił - jakżeby inaczej - zapić smutki w bardzo drogim alkoholu. Smutki, które odkręciły kurek ze strumieniem najmniej komfortowych wspomnień Crowley'a.

Za każdym razem, gdy miał wrażenie, że dotyka dna, okazuje się, że można spaść jeszcze niżej.

***

Nawet najczarniejsza noc ma swój koniec.

Ciemność nie jest równa drugiej ciemności, noce na Ziemi mają różną długość, zależną od szerokości geograficznej i pory roku. Crowley dobrze o tym wiedział, ponieważ na własne oczy widział wybuchy pierwszych supernowych i był świadkiem tego, jak zakręcają koła czasu, a planety rozpoczynają wędrówkę dookoła gwiazd. Chłonął uważnie wszystkie słowa podyktowane przez Stworzycielkę w Wielkiej Księdze, zafascynowany każdym najmniejszym pierwiastkiem i atomem.

Wraz z innymi archaniołami spisywał Boskie słowa, śpiewając pieśń o początku Świata.

Wydawało mu się, że był najszczęśliwszą istotą, wybraną przez samą Bóg. Ukochał gwiazdy, a one ukochały jego. Całymi latami mógł przemieszczać się pomiędzy galaktykami, obserwując, jak powstają nowe planety i zatapiając się w odbijających się w nich świetle. Pilnował, by przemieszczały się zgodnie ze swoim przeznaczeniem, choć nie miał wątpliwości co do perfekcyjności tego, co wyszło spod ręki Wszechmogącej.

Jedno jednak nie dawało mu spokoju. Słowa małego, krępego anioła, którego spotkał podczas tworzenie kolorowych mgławic, na samym Początku. Dość długo zastanawiał się nad tym, co zrobić i czy powinien kwestionować Boskie Decyzje. Nie dopuszczał do siebie tego, by ktoś mógł zmanipulować Bóg, może po prostu za mało przyjrzała się swojemu dziełu? Była zbyt samokrytyczna?

Był wtedy pewien, że plotki, które krążyły w niebieskich przestrzeniach były poprzekręcanymi słowami. Słyszał o ukaranym przez swoją pychę Lucyferze, ale nie mógł pojąć powodu jego sprzeciwu wobec Matki.

A jednak słowa Azirafala go zatrzymały i przykuły uwagę. Miło było też popatrzeć na ukochane gwiazdy z kimś innym poza dumnymi archaniołami, przełamać przyjemną do tej pory samotność obecnością drugiej osoby.

- Kawał dobrej roboty - rozpromienił się, słysząc słowa innego anioła; wśród archaniołów pochwały były raczej niespotykane, cnotą wśród nich była powściągliwość, której nie potrafił zachować.

Odwrócił się w kierunku poznanego dopiero co Azirafala, przyglądając mu się uważnie. Od jego anielskiej skóry odbijały się kolorowe światła nowonarodzonych galaktyk. Zaśmiali się radośnie, to był cudowny moment.

Nie spodziewał się, że intymną chwilę nastania światłości podzieli z kimś innym, a jednak cieszył się z tego, przynajmniej do czasu, gdy Azirafal nie wspomniał o niechybnym (co to jest sześć tysięcy lat!) końcu materialnego świata.

- To miłe, ale... - jego blond towarzysz zawahał się niepewnie z kurtuazyjnym uśmiechem - Ale wiesz, że Góra postanowiła, że zamykamy ten teatrzyk za jakieś 6000 lat? - dodał niepewnie

- Przecież to jak nic! - żachnął się archanioł - Po co tworzyć nieskończony Wszechświat z bilionami układów gwiezdnych, skoro ma podziałać tylko kilka tysięcy lat? - zamrugał, nie dowierzając

- Sęk... - kontynuował Azirafal pewniejszym tonem, dumny, że posiada informacje niedostępne wyższemu randze aniołowi - Słyszałeś o Ziemi?

- Bez... Szczegółów.

- Błękitno-zielona planeta. Będzie gdzieś tam, jak się kwadrant rozwinie. - cherubin machnął ręką w kierunku odległej galaktyki - Tam będą ci ludzie.

Ludzie. Crowley słyszał, że upadek Lucyfera miał związek z powstaniem pierwszego człowieka. Ale co go to miało obchodzić? Żył, istniał dla światła gwiazd.

- ...widziałem plany... - Azirafal nie przestawał opowiadać, barwnie gestykulując - ...wkrótce będzie ich mnóstwo. Odnoszę wrażenie... - między dwójką aniołów zapadła cisza - Że te twoje gwiazdy i twoja...

-  Mgławica - wtrącił wyjaśniająco. Przebieg rozmowy podobał mu się coraz mniej.

- ...mgławica. Mają istnieć tylko po to, aby ludzie mogli spoglądać z Ziemi na nocne niebo i podziwiać nieograniczony ogrom dzieła Wszechmogącej. - dokończył Azirafal rozmarzonym, przesłodzonym głosem.

Crowley kompletnie tego nie mógł pojąć, to był w końcu Wszechświat, a nie wymyślna tapeta! Miliony galaktyk, biliony gwiazd, mnóstwo wszystkiego.

O Boże, czy powiedział to na głos?

- Doradzanie Wszechmogącej w dziele stworzenia to nie nasze zadanie - Azirafal zmitygował się, widząc, jak w drugim aniele coś pęka. I pojawia się złość. Nie widział pewnie do tej pory nikogo wściekłego, kto odważyłby się stawiać pod znakiem zapytania działania Bóg.

- A czyje? - buzująca w nim złość już się rozpędzała - KTOŚ musi jej powiedzieć, że to kiepski pomysł.

- To... Uznano by za niewłaściwe - skwitował cicho Azirafal, wystraszony samym pomysłem krytykowania dzieła stworzenia. Rozejrzał się z niepokojem, czy nie są słyszani przez kogokolwiek innego. Już wtedy tak cholernie przejmował się tym, co pomyślą inni.

Crowley za to był zdania, że zawsze powinno się mówić to, co się myśli.

- Nie można stworzyć Wszechświata i po kilku tysiącach lat go zlikwidować!

Azirafal skulił się lekko, wykręcając nerwowo palce.

- Posłuchaj mojej rady - wydukał szybko, ledwo mając odwagę, by spojrzeć w oczy archanioła - Nie pakuj się w kłopoty...

-Dzięki za pomoc. I za radę. Nie ma co się martwić - rudowłosy odpowiedział z cieniem smutku w głosie - Co mi mogą zrobić za zadanie kilku pytań?

Azirafal westchnął. Widać, że nie rozumiał jego słów - przyjemnie bowiem żyć w bezpiecznym światku i nie zastanawiać się nad jego sensem. Crowley odniósł jednak wrażenie, że i zasiał wtedy w nim ziarno zwątpienia, przez co nie mógł nigdy stuprocentowo bezkrytycznie odnosić się do decyzji Nieba.

Deszcz meteorytów przerwał ciszę, która ponownie między nimi zastygła. Nie była pełna napięcia, ale dziwnego żalu za tym, co ma w przyszłości nastąpić. Żalu wymieszanego z pięknem i ekscytacją na widok pierwszej na świecie burzy gwiezdnej.

Crowley podniósł jedno ze swoich skrzydeł, by schować pod nim nowo poznanego przyjaciela. Podjął już decyzję, spotka się z Bóg i zapyta, co do diaska, się kroi.

Przecież Świat był cudownym miejscem.

***

Jego Upadek był cichy.

Choć do tej pory był potężnym aniołem, to jego moc bladła przy Boskiej Mocy. Strąciła go, zdmuchnęła jak paproch z krańca Nieba. Nie pozwalając wypowiedzieć mu wszystkiego, co chciał Jej przekazać, zapytać o wszystkie Dlaczego, Jak i Po co.

Nieprzygotowany na taki obrót spraw, nagle zaczął spadać. Nie wiedział wtedy, czy anioły mogą umrzeć - ludzie, owszem - do momentu Upadku nie uważał śmierci za łaskę. Dopiero w chwili, gdy pomyślał, że będzie spadać w Nieskończoność i to będzie jego karą, zapragnął przestać istnieć, a serce złamało mu się po raz pierwszy.

Leciał z głową w dół z prędkością, jakiej nie umiał sobie wyobrazić, a obok niego przelatywały wszystkie stworzone przez niego galaktyki, ukochane gwiazdy, skrzące się bielą, fioletem i szkarłatem, zlewające mu się w wielobarwną plamę. Spadał dalej, spadał coraz szybciej, stracił rozeznanie, ile czasu już minęło, odkąd opuścił Niebo, może już nastąpił koniec świata i będą musieli zaczynać od początku.

Wraz ze świstem powietrza pojawił się dźwięk skwierczenia, jakby palono w ognisku suchymi szczapami drewna. Gwiazdy, na które patrzył, spadając, zastąpiły płomienie. Stłumił w sobie krzyk, gdy zorientował się, że to on się pali, że palą się jego skrzydła, kawałek po kawałku, lotka po lotce, otaczając go całunem ognia. Gorąco wypełniało mu trzewia, przechodząc przez każdą niebiańską komórkę, od stóp, po czubek głowy. Głos, który zamarł mu w gardle i słowa, które chciał cisnąć w stronę Wszechmogącej, także się zapaliły, jakby pożar wybuchł w jego głowie.

W końcu uderzył tępo w ziemię. Oszołomiony, nie był w stanie wstać, ale w końcu z ekstremalnym wysiłkiem podniósł się na kolana i oparł plecy o pobliski pień, chyba drzewa. Wszystko dookoła wirowało, nie umiał stwierdzić, czy jest dzień czy noc, otoczenie było pełne mętnych kształtów.

Spróbował otworzyć oczy, ale za każdym razem, gdy tego próbował, piekły go tak mocno, jakby wypalano je najgorętszym żarem. Siedział tak, oddychając i czując, jak ogarnia go panika.

Oddychaj. To na pewno pomyłka. Nie zrobiłeś niczego złego.

Po chłodzie powietrza poznał, że nastała noc. Odważył się podnieść powieki, żeby sprawdzić, czy Bóg rzeczywiście wysłała go na Ziemię, czy nie leży może gdzieś w ustronnym zakamarku Piekła.

Było... Kojąco ciemno. Polanę, na której wylądował, oświetlał jedynie księżyc. Ze swoim doskonałym anielskim wzrokiem powinien zobaczyć coś więcej, miał jednak złudne wrażenie, że dookoła drzew, chmur, unosiła się dziwna mgła. Wyglądała mu nieprawdziwie, na iluzję, jakby patrzył na świat przez warstwę wody.

Oczy go już nie bolały, potrafił skupić wzrok w jednym punkcie, ale... Coś mu nie pasowało, nie grało. Jakby jego oczy zostały wymienione na inne.

Spojrzał na swoje szaty, na skrzydła, wykrzywione w nieładzie. Dookoła walały się ciemne kształty, będące prawdopodobnie piórami. Wszystko było czarne; czerń szaty i skrzydeł odcinająca się na tle jego bladej skóry. Wypalone jak sadza, do ostatniej nitki.

Skłębione nad jego głową chmury się rozstąpiły. Nie potrafił dostrzec na Niebie gwiazd.

- Boże, dlaczego? - jęknął, chowając twarz w dłoniach.

Jego głos, dotychczas delikatny, anielski, przeszedł w gardłowy ryk. Zapłakał żałośnie, gdy jego rozpacz przerwały mu słowa, przed którymi nie miał jak uciec.

- Zapatrzyłeś się za bardzo w gwiazdy, kochany aniele. Wykreślam twoje imię z Księgi Życia. Teraz będziesz nazywać się Crawley. Upadły anioł Crawley. - usłyszał nad sobą łagodny, ale stanowczy ton Bóg - Ciekawość i niewiara sprowadziła cię na manowce, chciwie łaknąłeś wszystkich gwiazd we Wszechświecie, nie rozumiejąc, że można mieć tylko jedno Słońce.

Nie miał się gdzie podziać, został pozbawiony domu, stanowiska i jego gwiazd.

Serce złamało mu się po raz drugi.

Wyruszył w dół, prosto do Wrót Piekieł.

Do trzeciego razu nie miał zamiaru dopuścić.

***

Grzech Ciekawości doprowadził Crowleya do spoufalenia się z niesfornym aniołem. Intrygowało go, że istnieje rezydent Nieba, który nie miał wypranego polityczną propagandą umysłu i nie był zafiksowany na punkcie bezsensownej wojny.

Przez tysiące lat rozwijali znajomość, z każdym stuleciem, dziesięcioleciem, zbliżając się do siebie coraz bardziej. Ścieżki, które początkowo tylko się przecinały - niekoniecznie przypadkowo - zaczęły układać się w stały trakt.

Zawsze wiedział, gdzie jest Azirafal i czy nie potrzebuje pomocy. Nawet, jeśli go to okropnie irytowało, nawet, jeżeli ten cholerny idiota non stop pakował się w absurdalne tarapaty.

Krążył dookoła Niego jak wokół Słońca.

Gadzie oczy początkowo były utrudnieniem, z czasem nauczył się funkcjonować z ich możliwościami i ograniczeniami. Nie pozwalały mu na precyzyjne przyjrzenie się światu, który jawił mu się jako szara przestrzeń, ale zawsze widział Azirafala. Kolor jego skóry, ubrania, światło, które nie kłuło, gdy zapatrzył się na niego za długo. Mógł przy nim bezpiecznie być sobą.

Z czasem wykształcili swoje własne, niewypowiedziane rytuały, które przylgnęły do ich życia.

Ponowne spotkania po długich podróżach po świecie.

Długie spacery po londyńskich parkach.

To, jak w każdy pierwszy czwartek miesiąca Azirafal zabierał go - prawie siłą - do jakiegoś muzeum, objaśniając znaczenie większości eksponatów. Nie liczyło się, że obiekty te widzieli w czasach ich świetności. Ten mały upierdliwy anioł twierdził, że pielęgnowanie wspomnień jest ważne i warto spojrzeć na historię z ludzkiej perspektywy.

Niezliczone ilości wypitego alkoholu w księgarni Azirafala.

Śniadania w Ritzu.

Kolacje na St. John Street.

I rozmowy, ciągnące się do rana.

Zapragnął, by trwało to wiecznie.

***

- Powiedział CO?

Crowley mrugnął z niedowierzaniem. Światło w księgarni zamrugało, jakby elektryczność była skorelowana z adrenaliną krążącą we krwiobiegu Crowley'a. Dlaczego to wszystko zaczęło dziać się teraz, gdy była idealna chwila na wspólną ucieczkę? Teraz, gdy Beelzebub wraz z Gabrielem opuścili znany im świat i zajęli się sobą? Naiwnie wziął uścisk dłoni Azirafala na swoim ramieniu za chęć powtórzenia ich czynu.

- Powiedział, że mogę mianować cię aniołem. Możesz wrócić do Nieba - Azirafal o mało nie posiadał się z radości - i w ogóle! Jak za starych czasów! - dodał z utęsknieniem - Tylko... Jeszcze fajniej!

Crowley zamilkł. Przeraziło go, z jaką dziecięcą naiwnością jego przyjaciel podszedł do słów Metatrona, że wierzył, że chce w ogóle powrotu do Nieba.

- No tak - prychnął - Powiedziałeś mu oczywiście, że to może sobie wsadzić? - Na pewno tego nie powiedział. Azirafal, który był antymistrzem asertywności tak bardzo, że mógłby napisać rozprawę doktorską o byciu people pleaserem.

Żal, jaki odmalował się na twarzy Azirafala był nie do opisania. Kącik ust mu drgnął, uśmiech opadł.

- No... Nie?

- Jesteśmy ponad to. Ty też. - Crowleya zalała fala wściekłości. To tak nie miało przebiegać. Miał być miły, a nie podnosić głos na przyjaciela - Obaj ich nie potrzebujemy! - warknął, a blondyn zrobił krok w tył, by uniknąć wybuchu złości demona.

Crowley zacisnął pięści, chodząc nerwowo w kółko. Miał ochotę kopnąć leżące obok książki, zwalić wszystkie z regałów, potrząsnąć Azirafalem. Czy on jest na tyle głupi, że nie widzi tej pieprzonej manipulacji?

- Zaprosili mnie z powrotem do piekła! Odmówiłem! - kontynuował swoja tyradę - TY TEŻ POWINIENEŚ!

- No pewnie, przecież Piekło to ci "źli" - Azirafal mrugnął, dalej nie rozumiejąc wybuchu demona. Głos mu się załamał, jakby miał się rozpłakać - Ale Niebo... To strona prawdy! Światła! - wciągnął gwałtownie powietrze - Dobra... - dodał niepewnie, stawiając po ostatnim słowie znak zapytania

- Gdy Niebo zakończy życie na Ziemi będzie tak, jakby to zrobiło Piekło. - wysyczał Crowley zajadle, a między nimi zapadła ciężka cisza - Powiedz, że odmówiłeś - jęknął. Wpatrywał się w oczy Azirafala, szukając w nich odpowiedzi. I ją znalazł - Powiedz mi, że odmówiłeś! - Och, teraz to on był tym naiwnym.

Anioł odwrócił od niego wzrok, rumieniąc się ze wstydu. Nie wyglądał już na tak przekonanego do swoich racji, jednak nie zamierzał rezygnować z raz wybranych idei.

- Jeśli będę dowodzić... - podjął się ostatniej, żałosnej próby przekonania Crowleya - będę mógł... Coś zmienić.

Po tym wszystkim, co przeżyli razem w przeciągu ostatnich tysięcy lat Azirafal dalej nie rozumiał wielu rzeczy.

- Boże... Dobra... - Crowley znowu zaczął nerwowo chodzić od jednej ściany do drugiej, unikając patrzenia na anioła, który wyglądał na zdezorientowanego - Wiesz co... Chciałem coś powiedzieć - wziął głęboki oddech - Lepiej to powiem teraz. Tak, teraz, tak jest - zaczął paplać bez sensu, czuł ciągle przyspieszone tętno spowodowane absurdalnym wystąpieniem Azirafala, który najwidoczniej rozumiał coraz mniej.

Spojrzał w dół, na swoje buty. Wężowa łuska błyszczała nawet w przyciemnionej księgarni. Jak mała, infantylna gwiazda na nocnym niebie.

- Znamy się od dawna - kontynuował na jednym wydechu - Jesteśmy na tej planecie od dość dawna - ty i ja. Zawsze mogłem na tobie polegać, ty na mnie też... - przed oczami mignęły mu wspomnienia z ostatnich stuleci - Jesteśmy zgranym zespołem. Znaczy się grupą - Crowley czuł, że zaraz zabraknie mu tchu. Czy demonom może zabraknąć powietrza? - Grupa złożona z dwóch osób. - Nie podobało mu się, że Azirafal zaczął niespokojnie przestępować z nogi na nogę - Całe życie udajemy, że tak nie jest! - Do diaska, głos mu się załamał.

Czuł się tak, jakby przebiegł półmaraton. A nawet nie dotarł do połowy tego, co chciał powiedzieć.

- Może oprócz ostatnich kilku lat... - Teraz to Crowley unikał patrzenia na skołowanego Azirafala. Zamilkł na moment, szukając słów - Chciałbym spędzić... - Nie, to zbyt patetycznie brzmi. Jakbym chciał się oświadczyć - Jeśli Gabriel i Beelzebub mogą to zrobić... Uciec razem. Tak, uciec. To my też możemy... Tylko we dwoje. - Nie wiedział, który raz podczas ostatnich dwudziestu lat zainsynuował stojącemu naprzeciwko aniołowi ucieczkę. Może nie zrozumie jego intencji?

Azirafal dalej milczał.

- Nie potrzebujemy Nieba... Ani Piekła. Są toksyczne! - dodał Crowley z obrzydzeniem w głosie - Musimy od nich uciec, bądźmy... Bądźmy nami. Ty i ja. - spojrzał buńczucznie na Azirafala z udawaną pewnością siebie - Co ty na to?

Jego przyjaciel był nieugięty.

- Chodź ze mną... Do Nieba. - Do diaska. Schrzanił sprawę. Ten tylko o tym Niebie - Ja będę rządził, a ty będziesz moim zastępcą - powiedział Azirafal najbardziej łagodnym tonem - Zmienimy coś - przysunął się nieśmiało do Crowleya, patrząc na niego wielkimi, niebieskimi oczami, w których było więcej słodyczy niż Azirafal pochłonął w swoim życiu. Demon poczuł, jak drga mu powieka, miał ochotę z jednej strony potrząsnąć aniołem, a z drugiej zbliżyć się do niego jeszcze bardziej.

- Nie możesz opuścić tej księgarni - westchnął. Skoro nie liczy się dla niego ich relacja, to może najdroższe sercu anioła książki będą w stanie przekonać go do pozostania na Ziemi. Książki, miejsce, wspomnienia. Niech sobie przypomni, idiota jeden.

- Och, Crowley - Azirafal skwitował jego słowa z litościwym uśmiechem, a jego oczy, te słodkie oczy, błysnęły przez ułamek sekundy fioletem - Nic nie trwa wiecznie - odrzekł głosem rodzica zwracającego się do krnąbrnego dziecka

To koniec, nie przekona go. Azirafal jest dojrzałym aniołem, odpowiedzialnym za swoje czyny, nie może interferować w jego wybory.

- Nie - przyznał ledwo słyszalnie - Masz rację - Nałożył na nos trzymane od jakiegoś czasu okulary - Powodzenia - dodał cicho, mijając anioła o centymetr i kierując się do wyjścia.

Jego przyjaciel nie zamierzał tak łatwo odpuścić.

- Powodzenia? - anioł podążył na zmierzającym ku wyjściu Crowleyem - Crowley, poczekaj, wracaj tutaj! - tupnął lekko nogą, jak przystało na małego, rozpieszczonego życiem cherubina - Wróć do Nieba... - dodał błagalnie - ... ze mną.

Crowley stał w przejściu, ciężko oddychając. Nie miał siły na tę jałową dyskusję.

- ...pracuj ze mną! - kontynuował swój wywód Azirafal - Możemy być razem! Jako aniołowie! - Powiedziałem kiedyś, że nie chcę być ponownie aniołem. Nie pamiętał tego? - ... Będziemy robić dobre rzeczy! - anioł zamachnął się, najwyraźniej licząc jeszcze na to, że Crowley zmieni zdanie. Widząc, że jego słowa nie przynoszą pożądanego efektu, jęknął żałośnie - Potrzebuję cię! - Nie potrzebujesz mnie, tylko wyobrażenia o mnie - Nie rozumiesz, co ci oferuję?

- Rozumiem. - Crowley spojrzał na przyjaciela zza okularów - I rozumiem to lepiej niż ty.

Zabolało to, gdy zobaczył na twarzy Azirafala zawód. Nie ufał ocenie Crowleya.

- Dobrze. Zatem to by było na tyle - nie patrzył mu w oczy

- Słuchaj - Crowley wskazał palcem dookoła siebie - Słyszysz to?

Anioł rozejrzał się niepewnie, jakby to był głupi żart Crowleya.

- Niczego nie słyszę - odburknął, chowając dłonie w kieszeniach

Crowley uśmiechnął się krzywo.

- Właśnie o to chodzi. Żadnych słowików. - Nie mógł tego tak łatwo zostawić. Nie mógł zostawić Azirafala - Kretynie, mogliśmy być RAZEM.

A pieprzyć to.

Nie jest istotne, kim byli dla siebie i jak nazwałby to świat. Dla jednych mogli być przyjaciółmi, dla innych zaciekłymi wrogami, a dla jeszcze kogoś kochankami.

A oni byli po prostu Azirafalem i Crowleyem. I, och Boże, jak on go cholernie potrzebował.

Cofnął się, dalej wściekły na anioła, na Metatrona, na Bóg i cały świat. Twarz Azirafala wyrażała dziecięce błaganie i strach. Chwycił stanowczo klapy starego, wytartego przez laty płaszcza anioła i przyciągnął go do siebie. I pocałował, trzymając tak mocno, że żadna siła - ani piekielna, ani niebiańska - nie mogła oderwać od niego Azirafala.

Nie był to idealny pocałunek. Nie smakował jak z tych durnych powieści namiętnością, nie roztapiał lodowatej ściany między nimi, nie był nawet do końca przyjemny pod względem fizycznym. Azirafal szarpnął się, zaskoczony, próbując uwolnić się z uścisku demona, ale w końcu jego usta uległy ustom Crowley'a, otulając jego język słabym posmakiem kawowej goryczy. Delikatnie zacisnął palce na marynarce Crowleya, gdy ten nagle go wypuścił.

Crowley nigdy nie cieszył się tak bardzo z posiadania ciemnych okularów tak jak w tamtej chwili. I nigdy nie było mu tak wstyd jak wtedy, gdy zobaczył w oczach Azirafala łzy. Ukochany anioł próbował nabrać powietrza, tłumiąc płacz.

- Ja... Wybaczam ci. - odwrócił wzrok, jego policzki były czerwone. Ze złości?

Crowley prychnął. Czego się spodziewał, że Azirafal rzuci mu się w ramiona z powodu jednego, wymuszonego siłą pocałunku?

- Nie kłopocz się tym - westchnął, wychodząc z księgarni i zamykając za sobą cicho drzwi.

***

Słońce zgasło. A serce złamało się po raz trzeci.