Work Text:
Ile może trwać Wieczność?
Z racji wyspiarskiego charakteru, w Anglii rzadko kiedy panowała ładna pogoda, zwłaszcza jesienią. Ten październikowy wieczór nie był wyjątkiem od reguły, ku irytacji większości londyńczyków, których zaskoczyła nagła ulewa.
Wraz z wybiciem godziny siódmej na starym zegarze, Azirafal przekręcił zamek w drzwiach swojej księgarni, zmieniając tym samym tabliczkę z “Otwarte” na “Zamknięte, zapraszam jutro”. Zadowolony, że z powodu panującej na zewnątrz zawieruchy nie miał zbyt wielu klientów, opuścił rolety w oknach i przygasił światła, nadając wnętrzu bardziej intymny, domowy charakter. Beżowy płaszcz przewiesił przez krzesło, leniwie się przeciągając.
To była jego ulubiona pora roku. Widział i przeżył niezliczoną ilość jesieni. Podczas podróży po świecie (choć wolał zdecydowanie trzymać się Starego Kontynentu) stwierdził, że najlepiej czuje się w brytyjskim klimacie, spychającym ludzi do ich ciepłych domów. Przystań dla introwertyzmu, skwitowałby mądrala Gustav Jung.
Właśnie minął rok od powrotu Azirafala na Ziemię, a tym samym rok, odkąd udało się, po raz drugi, zażegnać widmo końca świata. Rok, odkąd… Azirafal poprosił o wybaczenie i zostało mu wybaczone. Od samego początku wiedział, że decyzja o sprzymierzeniu się z resztą aniołów nie spotka się z ciepłym przyjęciem Crowleya. Czuł jednak powinność, by uporać się z opresyjnym systemem stworzonym przez Metatrona - wiedział, że nie będzie w stanie spojrzeć w lustro, jeśli nie spróbuje wszystkiego.
Powinność jednak bardzo szybko przerodziła się w świadomość, że w pojedynkę nie jest w stanie zdziałać zbyt wiele. Odwrotnie proporcjonalnie do szybkości, z jaką pojawiła się owa wiedza, Azirafalowi trochę zajęło, zanim zdławił w sobie dumę i wstyd, by zwrócić się o pomoc - do swojego najlepszego przyjaciela. A także o wspomniane przebaczenie i zawiedzione zaufanie, o którego odzyskanie musiał się mocno napracować.
Azirafal parsknął cicho, przekradając się na palcach do małej kuchni na końcu korytarza. Teraz może podchodzić do tematu lekko i z dużą dozą poczucia humoru, jednak wówczas nie było mu do śmiechu. To dzięki Crowleyowi zdołał powstrzymać apokaliptyczne zapędy Nieba i Piekła, za co obydwoje zostali do odwołania oficjalnie wypędzeni na ziemię. Co, pewnie ku radości demona, przyjął w końcu z… Ulgą. I wyczekiwaniem, bo nie wierzył, że dana mu będzie jeszcze najmniejsza szansa na ułożenie sobie życia.
Zmęczeni wielodniowym procesem, podczas którego najważniejsi aniołowie i demony dywagowali wspólnie, co z nimi zrobić, bez odpowiedzi - aż do momentu, gdy na trybuny Niebios wkroczył głos Bóg - po prostu wrócili razem do lekko przykurzonej księgarni Azirafala. Czarny Bentley stał zaparkowany ulicę dalej, a po starannej inwenturze magazynu Azirafal stwierdził, że Muriel nie sprzedała - ani nie zgubiła - żadnej z jego cennych książek. Całe szczęście. Bez zbędnych tłumaczeń, bo wszystkie słowa padły już wcześniej, weszli do środka, a Crowley kolejnego dnia porozstawiał rośliny we wszystkich prywatnych pomieszczeniach. Oznaczył swój teren. Ich wspólny teren.
Tak jakoś już między nimi było, w cichym pakcie porozumienia żyli razem. Chodzili karmić kaczki w parku St. Jamesa. Wtrącali się nieproszeni w ludzkie sprawy, zaskoczeni, że po kilku tysiącach lat człowiek jest dla nich dalej nieprzewidywalną istotą. Szlajali się po małych kawiarenkach z najlepszymi ciastami. Skradali sobie nieśmiało pocałunki. Czasem się sprzeczali o prozaiczne sprawy. Spali razem. Razem się budzili.
Zasadniczo nie różniło się to zbytnio od życia, jakie prowadzili przed drugim końcem świata, poza wspomnianymi szczegółami. Łącząca ich więź była tak samo silna, jednak różnica polegała na tym, że teraz widzieli, jak wiąże ich ze sobą i że bezsensownym jest zaprzeczanie jej istnieniu.
Anioł wyciągnął z kuchennej szafki dwa białe, pękate kubki i jednym machnięciem dłoni wzniecił mały płomień na kuchence, pod rondlem z mlekiem. Deszcz za oknem walił w szyby, a ze staroświeckiego radia płynęły pierwsze - o zgrozo - bożonarodzeniowe szlagiery. Azirafal westchnął, siekając tabliczkę czekolady na mniejsze kawałki i wdychając jej słodki zapach. Zawsze uważał, że nie ma nic zdrowszego niż odpowiednia, codzienna racja słodkości. Obserwował uważnie, jak małe, czekoladowe kawałki, roztapiają się w gorącej mieszaninie, tworząc lepki, gęsty napój.
Sympatycznie było móc podzielić się tym nawykiem z kimś jeszcze.
Choć przecież to nie tak, że pierwszy raz przyrządzał komuś gorącą czekoladę. Od jakiegoś czasu często miewali gości w księgarni, począwszy od Muriel, która także postanowiła uwolnić się z niebiańskiego kieratu, a skończywszy na ludzkiej parze kobiet, które zostały zeswatane przez zawzięte działania jego i Crowleya.
Nie, Azirafal zachwycał się tym, że mógł robić to każdego dnia. Dla jednej szczególnej osoby.
Gdy czekolada całkowicie się rozpuściła, anioł zamieszał drewnianą łyżką zawartość rondelka, po czym przelał parujący, gęsty płyn do przyszykowanych wcześniej kubków. Jeżeli Crowley miałby być jakimś gatunkiem czekolady, to były najbardziej gorzką ze wszystkich gatunków, po którą sięgaliby jedynie koneserzy. Tak się złożyło, że Azirafal był miłośnikiem słodkiej goryczy.
Crowley drzemał na kanapie, w pokoju na piętrze, a na jego piersi leżała rozpoczęta książka. Crowley, który do tej pory uważał, że zawartość wszystkich woluminów jest bezużyteczna wobec jego kilkutysięcznego doświadczenia, pokornie czytał? Azirafal ostrożnie odłożył kubki na stolik kawowy, zerkając na tytuł lektury. Małe kobietki. Anioł ledwie co zdołał stłumić śmiech, zastanawiając się, co u licha, skłoniło jego… Co skłoniło Crowleya do wybrania akurat tej książki ze wszystkich dziewiętnastowiecznych powieści.
- Obudziłem cię, mój drogi? - spytał łagodnie, sadowiąc się obok wybudzającego się demona, który oparł głowę na jego kolanach - Zrobiłem ci kubek gorącej czekolady - Crowley mruknął coś w rodzaju “mhm” i otworzył oczy, lekko je mrużąc i obserwując Azirafala, który delikatnie wplótł palce w rude włosy. Zamruczał cicho, jak kot poddany pieszczotom.
- Czy dobrze mi się wydawało, że w radiu zaczęli już puszczać świąteczne piosenki? - sarknął demon po chwili ciszy
Azirafal przewrócił oczyma, poprawiając narzucony na Crowleya miękki, tartanowy pled. Jak na byłego mieszkańca Piekła, skóra Crowleya była zawsze zimna, w kontraście do jego własnej, wiecznie zarumienionej i ciepłej, zwłaszcza, gdy demon znajdował się tak blisko niego.
- Z tego, co pamiętam, to za rozpowszechnienie Last Christmas odpowiada pewien upadły anioł… - pochylił się nad Crowleyem i odwzajemnił jego spojrzenie. Byli tak blisko, że prawie dotykali się koniuszkami nosów.
- Och, przyznaj, że ci się to skrycie podoba, inaczej zmieniłbyś w trymiga stację - wyszczerzył się złośliwie Crowley - Zresztą do diabła z Bożym Narodzeniem, musimy porozmawiać poważnie na temat tego dzieła - wskazał na leżące na jego brzuchu wydanie Małych Kobietek - mam kilka uwag nie do przeoczenia i może mnie oświecisz na temat… - przerwał nagle, gdy Azirafal go pocałował. Tak po prostu.
Chłodna dłoń objęła policzek anioła, przesuwając paznokciami wzdłuż jego szyi tak, że Azirafala przeszedł dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
Crowley doskonale wiedział, jak wykończyć jego cierpliwość.
Azirafal nie wiedział, jak długa i szeroka jest Wieczność. Wiedział jednak, że dopóki czuje na ustach cierpką słodycz Crowleya, czas nie miał żadnego znaczenia.
