Work Text:
Każdy chce trafić do Nieba.
Gdyby dawniej ktoś anonimowo zapytał Azirafala, załatwiającego nudne, poniedziałkowe sprawunki na Oxford Street, jak wygląda Raj - opowiedziałby bez wahania o Niebie. Łatwo bowiem potwierdzić, że jest to obiektywnie piękne miejsce, pozbawione przemocy, cierpienia i wszystkiego, co wrzucano do szerokiej kategorii zepsucia. W Niebie, które znał Azirafal, panował skrajny spokój, kojący najbardziej neurotyczne fantazje śmiertelników. W jego przestrzeni nie było globalnego ocieplenia, nierówności społecznych, podatków i innych produktów nieskończonej ludzkiej wyobraźni.
Jeżeli jednak Azirafalowi postawiono by pytanie, czy chciałby tam zamieszkać na stałe, to wykręciłby się od bezpośredniej odpowiedzi. Co innego bowiem wpadać do jakiegoś miejsca z krótką wizytą - najlepiej nieprzekraczającą jednego dnia - a co innego stać się jego lokatorem, mieszkańcem, więźniem.
Swoją drogą, koleje losu są nieprzewidywalne i sprawiły, że Azirafal - czy mu się to podobało lub nie - powrócił do Nieba, wierząc, że jest to jego całkowicie świadoma decyzja.
***
Zamiast ziemskiego hałasu w Niebie panowała Cisza. Nie gęsta, napięta, jaka zapada między zaaferowanymi emocjami ludźmi, ale chłodna i rzadka, jakby z pomieszczenia usunięto cały zapas tlenu. W sumie to w Niebie chyba nie było tlenu, Azirafal nie był pewien. Ani innych pierwiastków występujących powszechnie na Ziemi - sam nie wiedział wiele o cząsteczkach budujących świat. W momencie Stworzenia był tylko prostym aniołem, niezawracającym sobie głowy biochemią Wszechświata. Miał wychwalać boskie dzieło, nie zastanawiając się nad jego mechaniką, filozofią. Nie był od ocen, lecz od sławienia.
Wartościować musiał nauczyć się sam. No, może z drobną pomocą innej osoby.
- Muriel, czy w Wielkiej Brytanii wszystko w porządku? - Za każdym razem, gdy młody anioł pojawiał się w swoim biurze, żeby zdać raport, Azirafal udawał się do niego we własnej osobie. W końcu to z jego nadania Muriel otrzymała obowiązek opiekowania się Londynem i okolicami, strzeżenia ich - Żadnych... podejrzanych emanacji ciemnych mocy? - dopytywał
Lubił chwile, gdy Muriel wracała do niego na te krótkie rozmowy. Zdawało mu się wtedy, że jest bliżej porzuconego życia.
Wspomniany anioł dość szybko nauczył się, że jego zwierzchnika guzik obchodzą aktualne wydarzenia z brytyjskiego podwórka. Pytania zadawane przez Azirafala miały pod powierzchnią słów inny wymiar, znaczenie. Podejrzewał, że przeczytała dość jego książek, by zrozumieć niejednoznaczności. Siedziała tam na Dole od... Dość dawna.
Może Ktoś jej pomaga zrozumieć ziemskie sprawy.
"Czy moja księgarnia ma się dobrze?"
"Czy książki są dalej pokatalogowane? Sprzedała się jakaś?"
"Co słychać u Niny i Maggie? Która to już rocznica?"
... i najważniejsze pytania, wciśnięte w wąskie przerwy między słowami Azirafala. Tak mocno, by nawet on sam nie dostrzegł ich istnienia.
"Co u Niego?"
"Nad czym obecnie pracuje?"
"Czy dalej mieszka w aucie?"
"Jak jego rośliny?"
"Czy dalej pije tyle wina?"
"Jak bardzo mnie nienawidzi?"
Na większość tych ostatnich pytań Muriel nie umie udzielić odpowiedzi. Demon rzadko kiedy odwiedza okolice księgarni; jeśli już, to pojawia się późnymi wieczorami lub wczesnymi porankami, gdy ruch na ulicy zamiera. Widzi go czasem, jak zagląda do kawiarni, a wracając zatrzymuje się przed księgarnią - czuje jego lustrujący wzrok, jakby sprawdzał, czy wszystko jest w należytym porządku. Choć Muriel się do tego nigdy nie przyzna, to odczuwa podskórnie lęk przed upadłym aniołem, więc stara się, by były dom Azirafala był w tym samym stanie co przed dziesięcioma laty.
Od święta zdarzają się małe cuda, które sprawiają, że boi się go mniej. Grasujący po ulicy złodziejaszek zostaje złapany w dziwnych okolicznościach, popsute sprzęty samoistnie się naprawiają, kawiarnia Niny zaczyna przyciągać większą ilość osób. Wszystko wykonane po cichu, jakby było przypadkową koincydencją. No, po prostu tak jest, że ten groźny pan Crowley przynosi szczęście, gdziekolwiek by się nie pojawił.
Och, jakby go zażenowały opowieści Muriel.
Azirafala cieszą w duchu te wiadomości. Słuchając ich w potoku swobodnej paplaniny Muriel ma jednak wrażenie, że coś ściska wnętrzności jego materialnego ciała. Historie o Crowleyu budzą w nim coś podobnego do głodu, pragnienia. Jakby przed jego oczami mignął cień pożywienia, którego nie mógł dosięgnąć. Tantalskie, pogańskie męki.
***
W Niebie czas biegnie inaczej, poza linearnością ludzkiego kalendarza. Azirafal już dawno przestał liczyć, kiedy opuścił Londyn, aby przejąć schedę po Gabrielu, którego, notabene, dalej nie odnaleziono. Gdy Michał i jego aniołowie (pachołkowie) natrafiali na ślad dawnego zwierzchnika, Azirafal skutecznie niszczył poszlaki. Nie chciał psuć beztroski Gabriela i Belzebuba, jakkolwiek mocno relacja ta wydawała mu się niespotykana (Aby na pewno?).
Przez pierwszy okres swojego pobytu Azirafal czuł się wyobcowany, jak dorosły w średnim wieku, który nocował w pokoju ze swojego dzieciństwa podczas odwiedzin. Tyle, że to nie były odwiedziny, a on nigdy nie posiadał w Niebie własnej prywatnej kwatery poza zawalonym papierami biurem. Nie miał przestrzeni do zebrania myśli, do odpoczynku, bo ani wytchnienie, ani myślenie nie były tutaj czynnościami spodziewanymi.
Nie czując czasu - nie powinien tęsknić.
Wszechobecna biel była dla niego kuriozalna. Zalewała każdy kąt Nieba sterylnością, jakby uświęcona czystość miała przytępić ziemskie zmysły. Elementy, z jakich były zbudowane ludzkie oczy, nie była na nie odporna i zwyczajny człowiek oślepłby szybko od olśniewającego blasku, który bił dosłownie od wszystkiego. Od białych posadzek. Ścian. Schodów. Wypolerowanych butów archaniołów. Choć Azirafal, naturalnie uodporniony na łunę sacrum, jaka biła z miejsca pracy, nie mógł patrzeć na te przestrzenie z innego powodu. Brakowało im jakiegokolwiek charakteru, jakiejkolwiek przyjemnej rysy.
Jeżeli nienawidził czegoś jeszcze bardziej, to odbicia własnej sylwetki, ubranej w najbardziej biały z białych garnitur. Od tej całej jasności stawał się sarkastyczny, a jego myśli przypominały momentami bezpardonowe słowa Crowleya.
Najtrudniejsze były chwile, gdy pozostawał sam. Ze znużeniem zatwierdzał kolejne bezsensowne formularze, a wyobraźnia, wyciszona biurokracją (i jasnością), płatała mu figle, przywołując wspomnienia. Chwile ukojenia.
Zapach starych książek w biblioteczce (Okazuje się, że nie tylko demony nie czytają, Crowley). Świeżo zaparzony earl grey, którego para osadzała się na okularach. Powietrze po deszczu, rozgardiasz na ulicy, brzęczenie aut.
I ten jeden zapach, którego mu najbardziej brak. Subtelny aromat skóry, drogiego wina i czegoś jeszcze, czegoś, co jego przyjaciel próbował zamaskować wypalanymi w latach 80. papierosami. Słodki zapach jabłek.
W takich chwilach Azirafal łapał się na tym, że trzyma przy wargach palce, których drżenia nie mógł uspokoić. Dobrze pamiętał smak tych owoców, podany mu przez drugie, znajome usta. Zaciskał dłoń na trzymanym w drugiej ręce stosie dokumentów, mając wrażenie, że głód rozszarpie go na tysiąc elementów.
W Niebie było zimno.
Wiedział, że Raj jest gdzieś indziej.
