Work Text:
Kuszenie to domena Piekła.
Ma wykorzystywać słabości ludzkiego serca, odkrywając i wyciągając na wierzch głęboko skrywane pragnienia i potrzeby człowieka. Świat jest w końcu niepełny i zawsze będzie komuś czegoś brak.
Nęcenie kogoś, kto oddałby duszę za sprawy materialne, bogactwo, jest dość proste. Azirafala uczono, że osąd nad taką osobą ma być zerojedynkowy, choć - nie bez bólu - dostrzegał, że nie musi być to jednoznaczne. Nawet złoto pod swoją banalną i błyszczącą powierzchnią mogło być próbą zaklejenia dziury w połamanych sercach i manifestacją czegoś innego niż grzech chciwości.
Potrzeba pożywienia. Schronienia. Bezpieczeństwa. Sensu. Zaufania. Więzi. Przynależności.
Nadziei.
Za każdą wypaczoną, niespełnioną potrzebą - kryła się możliwość uwiedzenia, obiecując, że odczuwana pustka zniknie. Wiele nikczemności popełnianych przez ludzi było marnymi próbami ratunku samych siebie, by uciec z bólu samotności.
***
Wesela były zawsze okazją do świętowania.
Pierwszy raz, gdy Azirafal spróbował wina, był oddalony od hiobowych czasów o kilka stuleci. Działo się to później od skosztowania przez niego ludzkiego pożywienia, dopiero wtedy, gdy, bogatszy w odwagę, stwierdził, że tak hołubiony przez ludzi trunek nie może się różnić zbytnio od innych. Choć potrzebował do tego zapytania. Pokuszenia.
Damaszek w tamtych czasach dopiero rozkwitał, przyciągając do siebie karawany pełne kupców i nowych osiedleńców. Azirafal uwielbiał przyglądać się rozwojowi nowych miast, zafascynowany tym, jak szybko ludzkość potrafiła zasiedlać nowe zakątki Ziemi.
Jeden z poznanych podczas podróży towarzyszy zaprosił go na wesele odbywające się w jego domu, na co anioł przystał z ekscytacją. Kochał ludzkie święta. Poza pogrzebami. I świętowaniem pokonania wrogich armii, gdy dokonywano rzezi na jeńcach. To było coś, czego wolał zdecydowanie unikać. Ale był pasjonatem zwykłych, pokojowych obrzędów, gdy ludzie najzwyczajniej w świecie cieszyli się chwilą, dobrym posiłkiem i wzajemnym towarzystwem.
Po kilku kurtuazyjnie przeprowadzonych pogawędkach zaszył się w kącie sali, obserwując, jak panna młoda, wraz z siostrami, podrywa do tańca kolejne osoby. Oparł się wygodnie o kamienną ścianę domu, pogryzając od czasu do czasu słodkie winogrona ze stołu obok.
- Napijesz się ze mną wina, aniele? - usłyszał obok siebie znajomy, choć dawno słyszany głos. Odwrócił się w jego kierunku, stając twarzą w twarz ze znajomym demonem, który wyciągał w jego kierunku puchar z winem. Ton jego głosu był obojętny, choć oczy, przypominający kolorem pustynny piasek, bacznie go obserwowały.
- Crawley!... - klasnął radośnie w dłonie, ciesząc się autentycznie na widok znajomego oblicza - Znaczy się Crowley - poprawił się szybko, widząc niezadowoloną minę demona.
- Tutejsze winnice nie są najgorsze - ciągnął Crowley, gdy Azirafal wziął od niego gliniane naczynie. Jego ramiona otaczał ciemny, ciężki płaszcz podróżny - Nudno pić samemu, a ci tutaj niedługo nie będą się nadawać ani do konwersacji, ani do finezyjnego oczarowania - wskazał podbródkiem na zataczających się w kącie gości weselnych i sięgnął po dzban z winem, by nalać sobie porcję trunku. Kilka kropli czerwonej cieczy spadło na ziemię.
Azirafal odchrząknął, patrząc na swojego adwersarza.
- Myślę, że w związku z trwającą tu zabawą... A właściwie uroczystością zaślubin... Byłoby wysoce niekulturalnym, gdybym odmówił - odparł, przykładając do ust brzeg pucharu - Zdrowie państwa młodych! - wydukał, przechylając kielich i upijając łyk napoju.
Demon nawet nie próbował ukryć zainteresowania, gdy Azirafal popijał pierwsze w swoim nieśmiertelnym życiu wino, nieudolnie udając, że nie jest to jest pierwszy raz, gdy kosztuje alkoholu.
Pierwszy łyk wina był słodki, choć pozostawał na języku niewielką cierpkość. Nie upajał, ale bezdźwięcznie prosił o więcej. Azirafal sięgnął więc po drugi łyk, trzeci, czwarty i westchnął cicho. Gdy wychylił do końca jeden puchar, ognistowłosa postać obok dolała mu kolejną porcję, jakby nie ubywało go z weselnego dzbana.
Ludzie dookoła zdawali się ich nie dostrzegać. Gdzieś dalej rozgorzała szybko zażegnana bójka, gdy ktoś obraził czyjegoś kuzyna czwartego rzędu. Starsze kobiety z innej części sali plotkowały na temat ubioru panny młodej, dzieci na przemian śmiały się i płakały, a ktoś inny wspominał głośno własny ślub.
Azirafal długo zastanawiał się, w jaki sposób można skusić anioła. Przecież pozornie niczego mu nie brakowało, nie musiał odżywiać ciała pożywieniem lub regenerować go za pomocą odpoczynku. Nie chorował, a mamona była dla niego niczym innym niż pstryknięciem palców, marnym cudem bez wartości.
Pragnienie Azirafala tkwiło w czymś innym. W potrzebie zrozumienia i bycia zrozumianym. W związku ze światem, którego był częścią. A jak miał go pojąć jako widz z ostatniego rzędu?
Chciał być siłą napędową spektaklu życia, wiedzieć, jak smakuje, nie tylko pomagać w jego formowaniu, ale mieć prawo go zakosztować.
Azirafal uśmiechnął się nieśmiało do demona, mając cichą nadzieję, że go rozumie.
Choć ludzie nie byli doskonali, to czuł, że byli wartościowym dziełem Bóg i, choć nie potrafił przyznać tego nawet przed samym sobą, to wiedział, że to, że nie są tak krystaliczni, nadawało szlachetności ich dobrym uczynkom.
Kątem oka zauważył, że stojący obok Crowley ma na twarzy także cień uśmiechu. Jakby cieszył się niewypowiedzianie wraz z nim, że może wmieszać się w tłum ludzi, nawet, jeśli nie będą go jutro pamiętać.
Miał ciche podejrzenie, że demon za to pamiętał sporo. Od nazw gwiezdnych konstelacji po imiona odratowanych osób, gdy nastał czas Wielkiego Potopu. Podczas rozmów nie poruszali pewnych delikatnych tematów, ale gdzieś w środku Azirafal wiedział, że Crowley nie mógł być do końca zły.
Azirafal zastanawiał się, czy było to przyczyną wypitego wina, czy od demona rzeczywiście bił żar, gorący jak nagrzany piasek. A może to była jego wyobraźnia, która podsuwała mu wizję samego siebie w ogniach piekielnych.
- Myślisz, że kiedyś będziemy w stanie na dłużej wmieszać się między nich? - anioł spojrzał tęsknie na rozbawioną czymś gawiedź - Pojąć ich zwyczaje i sens... Tego wszystkiego?
Demon odwrócił się do niego, unosząc w zdumieniu jedną brew.
- Jesteś zazdrosny o ludzi? - zapytał bezpardonowo, a w jego tonie zabrzmiało zaintrygowanie - Chyba znamy obydwoje historię pewnego anioła, który pozazdrościł ludziom... - zmrużył ostrzegawczo oczy. Co za ironia, by to demon musiał mitygować mieszkańca Nieba.
Azirafał potrząsnął głową, machając rękoma tak gwałtownie, że omal nie rozlał wina na swoje nowe, jasne szaty.
- Nie! To nie tak...! - szybko zaprzeczył - To... Po prostu... Nie masz wrażenia, że oni potrafią być szczęśliwi mimo wszystko? - zmarszczył brwi - Pomimo cierpienia są zdolni do radości. W jednej chwili zachowują się lepiej niż anioły, a potem popełniają najgorsze uczynki - Azirafal westchnął - Jakby mieli w sobie dwie przeciwstawne dusze - przerwał, gdy zobaczył, że rudowłosy demon wybuchł śmiechem - Crowley, dlaczego cię to bawi?
- Naprawdę uważasz, że różnimy się od nich tak bardzo, aniele? - wypalił demon, po czym, jakby żałując impulsywności swojej wypowiedzi, przycichł - Och, oczywiście zapomnij o tym, co powiedziałem - odstawił opróżniony puchar na stół i otulił się szczelniej okryciem. Azirafal dostrzegł na nim pył, jakby przeszedł daleką drogę, by uczestniczyć w dzisiejszym wydarzeniu - Relatywizm moralny nie jest pożądany po żadnej ze stron.
Głos Crowleya, złagodzony od wina, stał się na powrót ostry, tnący.
- Pora zwieść kilka dusz na manowce - przeciągnął się i skierował ku drzwiom. Odwrócił się jeszcze raz do Azirafala - Zobaczymy się wkrótce, aniele. Pamiętaj, żeby za pierwszym razem nie pić za dużo - dodał, pozostawiając Azirafala z płonącymi ze wstydu policzkami.
***
Azirafal miał niewyraźne wspomnienie, że gdy zasadzono Drzewo Poznania, długo nie mogło wydać ono owoców. Pewnego dnia, gdy zmartwiony tym faktem anioł próbował dociec przyczyny tego stanu, zahaczył rozpostartym skrzydłem o jedną z gałęzi, wyrywając boleśnie z niego kilka lotek. Na ziemię, tuż pod drzewem, spadło parę kropel krwi, wchłoniętych tak szybko, że Azirafal nie zdążył się przypatrzeć czerwieni, która opuściła jego materialne ciało.
Było to dziwne doświadczenie, którego nie wspominał do momentu jednej z rozmów z demonem na temat ich początków na Ziemi.
Crowley przyznał mu się wówczas, że skaleczył gołą stopę o wystający korzeń Drzewa. Wkrótce po tym jabłoń wypuściła pierwsze i jedyne owoce, wściekle czerwone. Jabłka, które wydała, wyrosły z wymieszania krwi krążącej wcześniej w żyłach anioła i demona. Miały w sobie część Nieba i Piekła, a ich spróbowanie przynosiło ryzyko poznania dwóch skrajności.
Na to ryzyko pisali się pierwsi ludzie, płacąc za to wysoką cenę. Azirafal pamiętał, jak bolesne było wygnanie ich poza bezpieczny teren Edenu, prosto w paszczę niebezpiecznego świata.
Biel dodana do czerni rozwadnia się się do szarości.
Czerń dodana do bieli rozrzedza się do szarości.
Azirafal wiedział, że fundamentem jego kuszenia jest pragnienie bycia szarością lub zwykłym, nierzucającym się w oczy beżem. Potrzebował jednak do tego kropli czerni.
***
W innym czasie i miejscu to on był pucharem wina, który skusił upadłego anioła.
Ktoś mógłby zaśmiać się, słysząc, że największym kusicielem dla jednego z najpotężniejszych demonów był pewien mało ważny w hierarchii jasnowłosy anioł.
Nie żyli już w epoce wielkich biblijnych królów, średniowiecznych bardów lub romantycznych poetów. Ludzka egzystencja stała się dość przewidywalna i nudnawa, choć wiadomo, że niezależnie od czasów ludzie znajdą sposób, by ją ubarwić.
Azirafal od kilkuset lat był świadom, że między nim a demonem coś się zmienia, przekształca. Czuł na sobie spojrzenie Crowleya, badawcze, oceniające jego ruchy. Był obok niego, gdy go potrzebował, był blisko wówczas, gdy nawet nie mieli do roboty nic poza oddawaniu się małym ziemskim rozrywkom.
Choć dalej czuł się przy demonie swobodnie, to między nich zaczęło wkradać się napięcie. Były to krótkie chwile, sytuacje, jakby na parę sekund czas znikał, jak za sprawą drobnego cudu zatrzymującego ruch wskazówek zegara. Obojętny dotyk przestawał być obojętny, a jemu samemu powietrze zastygało w płucach, nie dopuszczając anioła do zaczerpnięcia nowego oddechu.
1941. Dotknięcie opuszków palców Crowleya, gdy ten podał mu torbę z uratowanymi książkami.
1946. Przypadkowe dotknięcie kolan demona własnymi kolanami, gdy siedzieli na muzealnej ławce.
1952. Wpadnięcie na siebie w drzwiach księgarni.
1974. Niezręczna cisza, jaka zapadła, gdy przez pomyłkę wylądowali na jednej z pierwszych londyńskich parad równości i wzięto ich za parę, gdy próbowali przecisnąć się przez tłum na drugi koniec ulicy.
1980. Moment, gdy Crowley złapał go mocno za nadgarstek, ciągnąc z powrotem na chodnik. Anioł w zamyśleniu prawie wszedł pod rozpędzone auto.
Skóra Crowleya była gorąca, jakby dalej znajdowali się na pustyni na Bliskim Wschodzie. Węże powinny być chyba zimnokrwiste, a temperatura ciała Crowleya była przy nim tak wysoka, że Azirafal miał wrażenie, że odzwierciedla targające nim emocje.
Chwile się powtarzały coraz częściej. W końcu przestał je odnotowywać w głowie, bo było ich zbyt wiele.
1981.
1982.
1983.
Rok w rok. Miesiąc w miesiąc. Tydzień w tydzień.
Azirafal był pewien, że gdyby był człowiekiem, jego serce dostałoby arytmii od przyspieszonego bicia, które uspokajał (nieskutecznie) ziołowymi naparami po każdym bliższym spotkaniu z Crowleyem. Nie pojmował, co się działo z jego organizmem, który przez tysiąclecia był mu posłuszny.
Czym różnił się czas spędzany z demonem od chwil, jakie spędzają ludzie ze swoimi przyjaciółmi? Dlaczego nagle coś zaczęło się między nimi zmieniać?
Jako istota, której powłoka fizyczna była niczym innym niż przyodziewkiem, chciał udawać niewrażliwego. Choć często pokazywał swoje nierozgarnięte oblicze, to doskonale widział, jak często Crowley cofa w swoich ustach słowa, jak zatrzymuje rękę w połowie gestu, dławiąc się drążącym go uczuciem.
Zasiane w ziemi Edenu ziarno wyrosło na potężne pragnienie, podlewane latami wspólnych rozmów i wypijanym winem. Głód ten podsycała samotność lat rozłąki, cisza i ponowne spotkania. Oczy Crowleya, choć schowane za ciemnymi szkłami okularów, wyrażały tęsknotę, nienasycenie.
***
Pierwszy pocałunek był jak wyrwana strona z ich historii, spalająca część poprzednich rozdziałów. Azirafal wiedział, że aby drzewo rosło, czasami trzeba przyciąć stare gałęzie, ale bał się, bał się potwornie, że przekreśli to ich przyjaźń i dotychczasową relację.
(podczas gdy to on w swojej bezmyślności omal nie zniszczył wszystkiego.)
Crowley smakował jak pierwszy łyk wina. Nie był wystarczająco duży, by upić, ale sprawił, że zachciał więcej. Nie był też wystarczający, by wypełnić wydrążoną w jego sercu przestrzeń.
Która była stworzona dla demona.
Wybrał Niebo. Na jakiś czas. Po to, by znowu zostać uratowanym przez Crowleya i prosić go o wybaczenie. Prosić go o to, by powtórzył to, co zrobił w księgarni. Żeby zrobił to jeszcze raz.
***
Na dworze zapadła letnia noc. Powietrze pachniało niedawną burzą, gdzieś dalej było słychać ciche cykanie świerszczy. Mimo sierpnia wilgoć wdzierała się do domów i przypominała chłodem o nadchodzącej jesieni.
W niewielkiej chatce w South Downs paliło się jeszcze światło, a jeden z jej właścicieli krzątał się od kąta do kąta, jakby zgubił coś bardzo ważnego.
-Tutaj jesteś - Azirafal burknął cicho, ale z ulgą, gdy zobaczył rozwaloną na wiklinowym fotelu rudowłosą postać - Crowley, mój drogi, o tej porze jest już zimno i nie możesz zasypiać na ganku... - pomarudził chwilę, poprawiając spadające z nosa okrągłe okulary
Demon przetarł zaspane oczy i przeciągnął się jak kot.
- Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem - mruknął, a coś w dole jego kościstych pleców chrupnęło, gdy się przeciągał - Skończyłeś czytać? - mrugnął
Azirafal kiwnął głową i zarzucił Crowleyowi na plecy zielony, kraciasty pled. Miał ochotę roześmiać się na widok kontrastu włosów jego partnera z kolorem koca.
- Chodź do domu, zaparzę nam herbaty, kochany - wyciągnął dłoń do Crowleya, by pomóc mu wstać, gdy został gwałtownie przyciągnięty przez demona, tak, że wylądował na jego kolanach - Chyba, że miałbyś ochotę na coś mocniejszego - dodał figlarnie
- Czy ty mnie kusisz, aniele? - Crowley, w pełni rozbudzony, pocałował anioła w czoło - Nie odmówię kieliszka dobrego wina, ale nie wzgardzę też pewnym zajętym przez cały boży dzień aniołem - wplótł palce w blond loki, lekko je pociągając.
W piwnicy chatki mają półki pełne wina. Którego mogą próbować, gdy tylko mają ochotę.
