Work Text:
Erik poderwał się z łóżka, wciągając łapczywie powietrze. Znów go widział. Słyszał jego głos, tak jak podczas wielu wcześniejszych nocy.
– Charles.
Imię, które przywołuje wspomnienia zabarwione nieskończoną czerwienią. To było tak realne. Zupełnie jakby Charles był tuż obok.
– Wiesz, że jestem w stanie usłyszeć twój szloch…?
Słowa, które sprawiły, że wszystko stało się zbyt intensywne.
– W nocy – mówił, gdy jego palce spoczywały na policzku Erika – gdy sądzisz, że nikt słyszy.
– Charles… – jego głos to złamany dźwięk, oddech zatopiony w agonii.
Chciałby wyciągnąć dłonie ku temu, którego tu nie ma, wziąć go w ramiona. Tymczasem już nigdy nie będzie mu dane.
