Work Text:
Tamás Farkas był psychologiem od długich osiemnastu lat.
Od czternastu prowadził terapię dla par.
Przez ten czas wyrobił sobie renomę nie tylko na rodzinnych Węgrzech, ale i w znacznej części Europy, po tym gdy przeniósł się do Niemiec.
Przez te długie lata widział naprawdę wiele małżeństw. Był światkiem wielu dantejskich scen. O kilku z nich naprawdę chciałby zapomnieć:
- Widział jak wściekła żona wstaje z jego kanapy, a następnie ciska mężowi w twarz ślubom obrączką.
- Podczas innej terapii jego pacjentka wymachiwała mu przed twarzą skąpymi koronkowymi stringami skrzecząc niczym wściekła harpia: - Czy one wyglądają jakby należały do mnie?! Czy wyglądam jakbym mogła się w to zmieścić?! (Nie byłaby w stanie nie ważne jak bardzo by próbowała. Materiał tych prób i tak by tego nie wytrzymał.)
- Jednego razu mąż chodził po jego gabinecie wymachując wściekle rękami zarzucając swojemu małżonkowi: - Dyma wszystkich na naszej ulicy, tylko nie mnie!
- Inna jego pacjentka skarżyła się na żonę: - Doskonale wiem o tym że chce przespać się z moją matką, zawsze miała słabość do kobiet starszych od siebie!
- Młody mężczyzna skarżył się: - Zarzuciła mi że mam małego! Rozumie to pan?! Niech pan zobaczy, on wcale nie jest mały do cholery!
Ale nigdy, pomimo tylu przeprowadzonych terapii, nie zakładał że kiedyś w jego gabinecie pojawią się uosobienia krajów. Tysiącletnie osoby chodzące po ziemi zanim jeszcze w ogóle oficjalnie powstało jego państwo.
Po czasie okazało się że praca z personifikacjami jest sto razy gorsza od pracy ze zwykłymi ludźmi.
Tamás doszedł do wniosku że skoro żyli tysiące lat to musieli wyrobić w sobie upartość godną mułów.
Ale nie sądził że będzie aż tak tragicznie źle!
Nigdy przed tą terapią nie miał styczności z personifikacjami. Oczywiście widział ich w telewizji, gazetach, w Internecie. Jak chyba każdy człowiek na świecie który nie żył pod kamieniem, albo w chatce z gówna.
Patrząc na suche fakty nie wydawało się to niczym dziwnym.
Ich małżeństwo na papierze zostało przyjęte 1872 i miało być tylko papierkiem cementującym związek Prus i Niemiec na arenie międzynarodowej dla tych którzy wiedzieli czego szukać.
Małżeństwo ze stu czterdziesto cztero letnim stażem.
Tamás zastanawiał się jak bardzo zgorszeni musieli być ludzie w tamtych czasach gdy ślub cywilny został zawarty między dwom mężczyznami. Inną sprawą że była to niewielka grupa osób która wiedziała kim w ogóle ci dwaj mężczyźni są.
Na tą terapię nie zapisali się sami a zostali do niej przymuszeni przez ich przyjaciółkę, personifikację Węgier, która stwierdziła że ostatnimi czasy jest między nimi dużo napięcia.
Ale gdy tylko ich zobaczył na żywo wiedział że:
A) Ta terapia chyba będzie trudniejsza niż sądził. (Po wszystkim okazała się prawdziwym koszmarem)
i
B) Byli dużo bardziej onieśmielający i przystojni niż na nagraniach czy zdjęciach.
Pierwszy z nich wszedł Gilbert, Tamás obserwował go uważnie z uniesioną brwią.
Gilbert był naprawdę bardzo blady, muskularny i wysoki. Jego włosy miały białą barwę, której w mniemaniu Tamása zdjęcia czy nagrania nie były w stanie dobrze oddać. Jego oczy były czerwone. Czerwień jego oczu nie była tak mleczna jak powinna u normalnego albinosa.
Gdy tylko wzrok tych czerwonych oczu padł na Tamása, psycholog poczuł że nawet powietrze wokół niego się boi. Te najbardziej czerwone oczy jakie kiedykolwiek Tamás widział miały w sobie przerażającą drapieżność, pewność siebie i przenikliwość. Mężczyzna patrzył na niego jakby chciał zmusić go do rzucenia mu wyzwania. Jakby chciał go sprowokować do konfrontacji którą Tamás niewątpliwie by przegrał.
Gdy tylko wszedł do pomieszczenia natychmiast je zagarnął. Jakby zawsze był panem tego miejsca, a każdy kto powiedziałby inaczej umierałby długo i boleśnie.
Tamás prawie mógł poczuć bijącą z niego arogancję i samozadowolenie. Wydawał się być typem osoby bardzo świadomej swoich mocnych stron. I niekoniecznie świadomą swoich złych stron.
Był ubrany zaskakująco młodzieżowo jak na personifikację liczącą sobie tysiąc lat. Czerwono czarna bluza z kapturem, pod nią prosty biały t-shirt, niebieskie dżinsy i czerwone conversy.
Z jakiegoś powodu najbardziej absurdalne Tamásowi wydawały się te trampki.
Personifikacja zakonu krzyżackiego nosi czerwone conversy.
Już wtedy wiedział że sesje z nimi będą abstrakcyjne do granic możliwości.
Co ciekawe pomimo doboru ubrań nie wyglądał niechlujnie jak niektórzy ubierający się tak nastolatkowie. Buty były tak czyste i dobrze utrzymane jakby dopiero godzinę temu zostały wyjęte z pudełka, chociaż musiały być starsze o czym świadczyły nieco zarysowane i nieco już znoszone podeszwy które terapeuta dostrzegł gdy Gilbert siadł na kanapie. Spodnie nie miały na sobie żadnej plamy, odbarwienia czy nawet odstającej nitki. Bluza była dokładnie założona, nigdzie nie przekrzywiona, kaptur spokojnie był położony tak jak powinien, biała koszulka była czysta jak łza bez żadnego zagięcia.
Po obserwacji Gilberta, Tamás doszedł do wniosku że Gilbert najprawdopodobniej jest problematyczną połową duetu. Typem faceta mieszkającego na siłowni, będącego zbyt pewnym siebie, zbyt przystojnym dla własnego dobra. Takim który bezwstydnie flirtuje ze wszystkim co się rusza nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Kimś kto mógł przytłoczyć każdego. Zwłaszcza swojego spokojniejszego i poważnego partnera.
Gdy do takich początkowych wniosków doszedł Tamás, za Gilbertem wszedł Ludwig.
I o jasna cholera.
Tamás uniósł wzrok nieco wyżej aby przyjrzeć się drugiemu mężczyźnie.
Ludwig na pewno nie był najwyższym mężczyzną jakiego Tamás widział w swoim życiu. Ale na pewno był bardzo wysoki. Na pewno powyżej metra osiemdziesięciu. I chociaż Gilbert był wysportowany to Ludwig przyćmiewał go pod tym względem. Ludwig był równie przystojny co jego partner o ile nie bardziej. A na pewno był przystojniejszy w tych bardzo powszechnych kanonach urody promowanych przez kolorowe szmatławce.
Blade niebieskie oczy były bardzo przenikliwe, zimne, surowe i oceniające. Gdy wzrok Ludwiga omiótł pomieszczenia spoczywając na Tamásie, psycholog był pewien że Ludwig dostrzegł każdą niedoskonałość, każdy defekt i brud w pomieszczeniu jak i na nim samym. Ludwig swoją postawą nie zagarniał całej uwagi i wszystkiego wokół dla siebie prowokując do konfrontacji i przegranej tak jak Gilbert.
Ludwig obserwował i oceniał. A to ocenianie prawie fizycznie bolało.
Włosy nie były białym uporządkowanym bałaganem, jak u Gilberta. Były w kolorze najczystszego złota oraz były dokładnie zaczesane do tyłu. Żadne pasmo nie odstawało ani nie było splątane czy nie na swoim miejscu.
Miał na sobie granatową koszulę z czarnym krawatem, kamizelkę, spodnie od garnituru i wyczyszczone do połysku lakierki.
Wydawał się perfekcjonistą wręcz do bólu. Kimś tak surowym i dokładnym że aż absurdalnym. Z miażdżącą pewnością siebie i stoicyzmem.
Gdy obaj byli już w gabinecie, Tamás nie był już wcale pewien kto jest kłopotliwa częścią tego związku.
O ile nie obaj.
Gdy oboje już siedzieli na kanapie psycholog przyjrzał im się jeszcze raz.
Gilbert z zaskakująco dużą arogancją zarzucił ręce za głowę, jedną nogę założył na drugą rozwalając się na kanapie jakby była jego własnością. Emanując wyższością na całe pomieszczenie.
Ludwig siadł znacznie spokojniej zakładając ramiona na piersi i patrząc wściekle przed siebie ignorując fakt jak bardzo jego partner się rozpycha na tej głupiej kanapie.
Tamás pośpiesznie nabazgrał ledwo czytelnie w swoim notatniku uwagę.
Gilbert poprzez arogancję próbuje zapewnić sobie dominację. Ludwig jest zirytowany, ale bierny. Przyzwyczajony? Norma?
- Dzień dobry. Zacznijmy od tego że jesteście tutaj ponieważ wasz przyjaciółka uważa że tego potrzebujecie. Ale co wy sądzicie na ten temat? Czy faktycznie potrzebujecie tutaj być?
Gilbert prychnął pogardliwie uśmiechając się z politowaniem do Tamása, który poczuł że ponownie nawet powietrze wokół niego drzy ze strachu. O nim samym nie wspominając.
- Oczywiście że nie. Elka jest głupia i tyle.
Głos Gilberta był szorstki. Bardzo szorstki. Niekoniecznie nieprzyjemny dla ucha. Ale nie był czymś co często psycholog słyszał.
- To zwykła strata czasu. - Zgodził się Ludwig. Następnie nie wytrzymał i spojrzał wściekle na Gilberta. - Czy możesz wreszcie przestać się rozpychać!?
Głos Ludwiga był głęboki, gardłowy i dudniący.
Tamás uznał że obaj mają głosy które pasują bardziej do ich małżonka niż do nich samych.
- Nie. - Stwierdził protekcjonalnie Gilbert. - Tak jest mi wygodnie.
Oh, zdecydowanie mieli problem. Nawet jeśli nie chcieli się do tego przyznać.
- Czy możecie powiedzieć mi coś o początkach swojego małżeństwa? - Spytał pośpiesznie Tamás zanim Ludwig zdążył otworzyć usta.
Po pytaniu Tamása nastąpiło między dwójką krajów niezręczne milczenie podczas gdy pogrążyli się w myślach.
- Co czuliście gdy dowiedzieliście że musicie się ożenić? - Dopytał Tamás gdy milczenie zaczęło się przedłużać.
- Byłem wkurzony. - Stwierdził w końcu Gilbert. - Umiesz sobie to wyobrazić? Byłem potęgą militarną i gospodarczą a król wyskakuje mi z pomysłem że mam ożenić się z jakimś dzieciakiem którego nie widziałem od setek lat.
- Setek? - Spytał zaskoczony terapeuta.
- Urodziłem się w średniowieczu kilka lat po Gilbercie, ale przez setki lat się nie starzałem. - Stwierdził lakonicznie Ludwig. - Szkoda tylko że on czasami traktuje mnie jak pięciolatka.
- Znowu zaczynasz?! - Spytał z pretensją w głosie Gilbert spoglądając kontem oka na Niemcy.
- Ja niczego nie zaczynam. Stwierdzam fakt. - Warknął Ludwig.
- Traktuje cię tak jak na to zasługujesz. Jak wiecznie wkurzoną księżniczkę!
- Według mnie naprawdę są tam jakieś problemy. Możliwe że były od początku, ale zawsze je ignorowaliście. Oto moja propozycja. Dziś trochę porozmawiamy, a ja później dam wam "pracę domową". Co wy na to? Jest między wami napięcie. Jak myślicie od jak dawna?
- Od zawsze. - Odrzekł szybko Ludwig zanim Gilbert zdążył się odezwać. - Odkąd go poznałem taki był.
- Jaki? Jestem taki bo mnie do tego zmuszasz swoim głupim wiecznie wkurzonym zachowaniem. Jaki niby mam według ciebie być?!
- Już ci mówiłem i nie zamierzam się powtarzać!
- Mówiłeś, mówiłeś! Ty wiecznie mówisz! Każdego pieprzonego dnia coś mówisz! Jak ja mam za tym wszystkim nadążyć?! Nic, tylko narzekasz. Gdy tylko otwieram oczy zaczynasz gadać. Gadasz i gadasz dopóki nie usnę. Ciągle mnie dręczysz!
Ludwig zjeżył się zgrzytając zębami.
- Nigdy mnie nie słuchasz. No chyba że jest to ci na rękę. Co jest naprawdę cholernie rzadkie.
Ludwig siadł wyprostowany patrząc przed siebie z wysoko uniesionym podbródkiem odmawiając najwyraźniej uznania obecności męża koło siebie. Gilbert natomiast patrzył cały czas na Ludwiga jakby próbując coś na nim wymusić. Na przykład przeprosiny.
Patrząc na nich Tamás nabazgrał w notatniku pierwsze co zaobserwował i co przyszło mu do głowy.
Niemiecki upór. To będzie trudne.
- Jak myślisz Prusy, dlaczego Niemcy w twoim mniemaniu cię dręczy? - Spytał spokojnie Tamás starając się nie skrzywić gdy czerwone oczy w których tańczyły iskierki złości zwróciły się na niego. Dostając nagłego olśnienia co Prusy próbuje na nim wymusić zapisał pośpiesznie nie patrząc w notatnik.
Próby zastraszenia w celu uniknięcia problemu. Na Niemcy raczej mało skuteczne. Niemożliwość zastraszenia drażni Prusy. Same próby drażnią Niemcy. To będzie naprawdę trudne.
- Nie wiem! - Warknął Gilbert wyrzucając dłonie do góry w geście frustracji. - Nie wiem co robię źle! Wiem za to że dla niego zawszę robię coś źle! A jeśli staram się nic nie robić to też go to drażni. Szlak mnie trafia! Zawszę odgrywa złą księżniczkę. Wychodzę z domu, źle. Wracam do domu, źle. Dzwonie żeby powiedzieć że wracam, źle. Nie zadzwonię, źle. Za krótko pracuje, źle. Za długo pracuję, źle. Mam przepraszać i całować go w tyłek co pięć minut żeby był zadowolony?
Spojrzenie Gilberta ciskające gromy zwróciło się ze starającego się nie trząść Tamás na milczącego patrzącego przed siebie Ludwiga.
- Nigdy nikogo nie przepraszałem i nie zamierzam zacząć. Byłem wielkim państwem Pruskim, prekursorem obecnego państwa. Ja. Się. Nie. Korzę.
To cud że ego Prus zmieściło się do mojego gabinetu. Rekompensuje brak pewności siebie? Zostawić na dalsze sesje.
- Im dłużej cię znam tym bardziej robisz się protekcjonalny względem mnie. - Oskarżył go w końcu Ludwig nie wytrzymując. - Czasami mam wrażenie że traktujesz mnie jak przedszkolaka.
- Wiesz jaka jest różnica między tobą a przedszkolakiem Luddy?
Niemcy milczał najwyraźniej nie chcąc usłyszeć odpowiedzi.
- Za seks z przedszkolakiem poszedłbym siedzieć na długie lata.
Czując że czara goryczy się przelała Tamás wstał nagle z fotela i podszedł do barku stojącego w jednym z rogów pomieszczenia. Następnie jak gdyby nigdy nic dolał do swojej herbaty, whisky wyciągniętą z tegoż barku. Następnie bez słowa wrócił na swoje miejsce udając że nie widzi potępiającego oceniającego spojrzenia tych przeklętych bladoniebieskich oczu.
- O co ci chodzi!? Że jestem dorosły od dwustu lat?! - Spytał z pretensją Ludwig. - Aż tak bardzo ci to przeszkadza że musisz traktować mnie jak dziecko?! Żadnej personifikacji to nie przeszkadza tylko tobie!
- Chcesz powiedzieć że to nie przeszkadza Włochom! "Och, spójrz Niemcy, zrobiłem dla nas obiad. Na pewno jesteś zmęczony i głodny." A może to nie przeszkadza Austrii. " Naprawdę nie rozumiem dlaczego jesteście małżeństwem, Prusy jest taki niedojrzały." A może wolałbyś żeby Austria był twoim mężem?!
- Znowu zaczynasz? Kiedy ty się zrobiłeś tak chorobliwie zazdrosny?! - Spytał Ludwig odsuwając się nieco od Gilberta mimo że obecnie siedzieli po dwóch stronach kanapy jak najdalej od siebie.
- Ja zazdrosny. No proszę. A kto ciągle wypomina mi wychodzenie z Francją i Hiszpanią?! - Zaśmiał się z pogardą Gilbert przeczesując swoje białe włosy.
- Francja to zboczeniec a Hiszpania przez większość czasu ma jedną niedziałającą komórkę mózgową. I nie rób ze mnie kogoś zaborczego. Wychodź sobie z kim chcesz. Z Danią, Ameryką, Polską...
- Ale nie z Francją i Hiszpanią. To nie jest zaborczość?! Jeśli nie, to w takim razie boję się myśleć co jest według ciebie zaborczością. Zamknięcie mnie związanego i zakneblowanego w piwnicy?!
Chociaż ta myśl była wielce nieprofesjonalna, to Tamás żałował że nie ma w tym momencie koło siebie popcornu.
Czuł się jakby obserwował dwa stare wściekłe wilki.
Fascynujące.
I straszne.
- Czy naprawdę nie obchodzi cię fakt że Francis i Antonio są moimi PRZYJACIÓŁMI.
- A więc przyjaciele ze sobą sypiają. - Stwierdził sardonicznie Ludwig zakładając ramiona na piersi. - Niebywałe.
- Kurwa. - Warknął przez zaciśnięte zęby Prusak. - Spałem z nimi przygodnio do osiemnastego wieku. Nigdy cię nie zdradziłem!
Ludwig wyglądał na jeszcze bardziej oburzonego niż chwilę temu.
- Oczywiście że nigdy mnie nie zdradziłeś. - Stwierdził z żelazną pewnością w głosie Ludwig jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie a jednocześnie brzmiał na zdenerwowanego insynuacją. - Twierdzisz że ci nie ufam?!
- Bo mi nie ufasz do cholery! Wypominasz mi że kilka wieków temu, gdy ty jeszcze byłeś dzieckiem ja sypiałem z innymi ludźmi.
- A ty w tym momencie znowu mi wypominasz że jestem od ciebie znacznie młodszy!
Zafascynowany Tamás oderwał wzrok od kłócącego się małżeństwa i znów zaczął pisać w notatniku.
Ufają sobie. Niemcy nawet nie zakłada zdrady męża. Czy to działa w dwie strony? Prawdopodobnie. Do dalszego sprawdzenia na kolejnych sesjach. Brak strachu o niewierność =/= Pewność siebie. Do dalszego sprawdzenia na kolejnych sesjach.
Tamás poklepał się mentalnie po placach ciesząc się że dość rozsądnie ustawił ich w harmonogramie jako ostatnie na dziś małżeństwo zakładając że to może trochę potrwać.
Małżeństwo kłóciło się przez następne pół godziny podczas których Tamás zaprzestał notowania i po prostu gryzmolił po kartce bezradnie gdy jego mózg dostawał co chwilę twardego resetu.
W końcu jednak małżeństwo zamilkło patrząc przez kilka chwil na siebie wilkiem po czym w tym samym czasie zwrócili wzrok na biednego zmęczonego Tamása, niemo czegoś od niego żądając.
Ekspertyzy, porady, wypuszczenia stąd?
- Jak sądzę nie rozważacie rozwodu?
Po tym pytaniu Ludwig wyglądał jakby chciał zacisnąć swoje duże dłoni na biednej szyi Tamása a Gilbert odparł zimno.
- Nie rozważasz dzisiaj umierać?
Słysząc to pytanie zadane śmiertelnie spokojnym, ale nadal tak samo chrapliwym głosem Tamás odchrząknął i rozsądnie zmienił temat pamiętając że nie może zostawić żony i osierocić dwójki dzieci.
- Cóż... Chyba pora na pracę domową. Zastanówcie się przez ten tydzień czy naprawdę nie potrzebujecie mojej pomocy, jako że osobiście twierdzę że jej potrzebujecie, ale zmusić nikogo do terapii nie mogę. Za tydzień przyjdziecie do mnie i powiecie mi czy faktycznie potrzebujecie mojej pomocy czy nie. Na dzisiaj to wszystko.
***
Sesja druga
Siedem dni później o tej samej porze przyjmował niemieckie małżeństwo po raz drugi.
I miał szczerą nadzieję że postanowią jednak zasięgnąć jego pomocy.
Wyglądali jakby naprawdę jej potrzebowali.
Siedzieli na jego kanapie znacznie spokojniejsi niż ostatnio. Nie wyglądali jakby byli na siebie wściekli, jak podczas ostatniej sesji. Byli raczej zmęczeni.
Pracą? Kłótniami? Sobą?
Tamás był prawie pewien że dwoma pierwszymi z nich. Nie sądził żeby byli prawdziwie zmęczeni sobą. Pamiętał ich reakcję na propozycję rozwodu.
Małżeństwa wcześniej reagowały na to odmową czy oburzeniem.
Ale personifikację przed nim zareagowały tak silnym zaprzeczeniem, odrzucając ten pomysł o ścianę tak mocno że roztrzaskał się w drobny mak.
To nie było odrzucenie pomysłu rozwodu spowodowane obawą o swoją reputację czy o to co ludzie powiedzą. Jako że takie pary też mu się zdarzały. Zdeterminowani żeby dusić się ze sobą w małżeństwie bo: praca, dzieci, rodzina, reputacja, godność, pieniądze.
Nie o to chodziło.
Przez cały ten tydzień Tamás raz za razem odtwarzał ich reakcję na propozycję rozwiązania małżeństwa.
Zachowywali się jakby nigdy wcześniej ani później ten pomysł nie przyszedł im do głowy. Jakby nigdy nie brali go pod uwagę. Jakby był ostatnią rzeczą którą chcieli zrobić.
To było bardzo ciekawe i trudne jednocześnie.
W tamtym tygodniu doszedł do wniosku że musi ich pogodzić i broń boże nie doprowadzić do rozpadu ich małżeństwa. Bo gdyby z powodu jego terapii rozpadło się chyba obecnie najbardziej znane i ikoniczne małżeństwo homoseksualne to w najlepszym wypadku zapłaciłby tylko swoją reputacją i pracą a w najgorszym życiem. Jego głowy żądałyby na samym początku fanki na całym świecie (świat jest naprawdę dziwny.), potem wściekłe zaprzyjaźnione z Niemcami i Prusami personifikację, a na sam koniec wściekły niemiecki rząd.
Ale potem zdał sobie sprawę że rozpad ich małżeństwa jest najwyraźniej czymś niemożliwym.
Znosili się przez prawię półtorej wieku. Gdzieś po drodze w tym przymuszonym małżeństwie pojawiła się najwyraźniej bardzo głęboka miłość.
Tamás przygotowując się do tej drugiej sesji pełen nadziei że zechcą kontynuować terapię przejrzał dostępne mu gazety, zdjęcia czy nagrania z Niemcami i Prusami.
Bardzo pomocy był w tym przypadku Internet. Łapał wszystko co był w stanie wygrzebać i katalogował względem dat. Zauważył że od jakiś ostatnich czterech miesięcy na nagraniach i zdjęciach z nimi widać było pewien dystans między nimi. Żadnej wrogości czy bardzo widocznego dystansowania się jednego małżonka od drugiego.
W miejscach publicznych nie byli jakoś bardzo fizyczni. Nie obejmowali się, nie trzymali za ręce czy nie całowali. Widać było również że większą wagę do tego przykłada Niemcy. Który częściej inicjował delikatne przypadkowe dotknięcia. Zetkniecie palców gdy coś sobie podawali, bardzo krótkie na pierwszy rzut oka przypadkowe położenie dłoni na ramieniu, rzadkie muśnięcia się ramionami gdy szli koło siebie.
Prusy chociaż zachowywał profesjonalizm w miejscach publicznych tak jak jego mąż widać było że robił to głównie dlatego że tego chciał Niemcy. Gilbert nie miał problemu z pocałunkami i przytulaniami jakimi obdarzył Ludwiga te kilka razy. Były to jednak rzadkie przypadki, które Tamás uchwycił na zaledwie kilku zdjęciach czy nagraniach.
I miały one miejsce tylko wtedy gdy nie wykonywali akurat jakiś bardzo ważnych sprawa państwowych. Widać było że chociaż Niemcy czuje się po nich zawstydzenie i niezręczność to nie odpychał męża a raczej starał się te wybuchy uczuć przyjmować ze spokojem, chociaż najczęściej silny rumieniec na twarzy burzył jego próby.
Jednak przez ostatnie cztery miesiące coraz rzadsze stały się przypadkowe dotknięcia jak i pełne wyrażanie uczuć. Nadal wydawali się zgodni i bardzo zgrani, ale też nieco odsunięci od siebie.
- Witam was. Co postanowiliście? - Spytał grzecznie Tamás patrząc cierpliwie na małżeństwo przed nim.
- Niektórzy z nas mieli mało czas na jakiekolwiek postanowienia szlajając się po każdym możliwym Berlińskim barze. - Stwierdził gorzko Ludwig nie patrząc na męża. Prusy uśmiechnął się sardonicznie na jego słowa.
- Jakoś nigdy moje wychodzenie do barów ci nie przeszkadzało. Nagle ci coś odbiło.
- Zwykle nie wracałeś nad ranem wyglądając jakby cię psy poszarpały uwieszony na Francji. Przez cały tydzień wychodziłeś z Francją i Hiszpanią. Cały tydzień!
- Bo ty ciągle gadałeś gdy tylko byłem w domu! - Warknął z pretensja Prusy.
- Chciałem tylko żebyś mnie przez chwilę posłuchał. Ale rozmowa z tobą to jak uderzanie głową o ścianę!
- Idź sobie lepiej na kolejne pasjonujące spotkanie z Austrią. Jakim cudem niby jednodniowe spotkanie w Wiedniu z premierem zamieniło się w cztery dni i kilka wycieczek do oper i teatrów?!
- Zaproszeń się nie odrzuca. Czy naprawdę muszę ci powiedzieć jak utrzymywać dobre relację rodzinne?!
Prus wstał wściekły z kanapy patrząc na męża, a Tamás zauważył jak mocno Prusy zaciskał szczękę. Cudem było że jego zęby nadal były całe.
- Austria nie jest moją rodziną! - Wysyczał przez bardzo mocno zaciśnięte zęby.
- Jest twoją rodziną tak samo jak ja, Szwajcaria i Liechtenstein. Dlaczego zawsze musisz utrudniać nasze relację?!
Wzdychając ciężko i gratulując sobie że dodał przed spotkaniem do swojej herbaty whisky Tamás notował spostrzeżenia gdy małżeństwo się kłóciło.
A kłótnia robiła się zażarta. I długa.
Dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia.
Trzydzieści.
To zaczynało robić się męczące.
- Wystarczy! - Nakazał im podnosząc nieco głos Tamás.
Dwa wściekłe kraje spojrzały na niego z pretensją a psycholog musiał walczyć aby ze strachu nie połknąć własnego języka.
Byli przerażający.
- Skoro najwyraźniej uznaliście że chcecie kontynuować terapię zadam wam dziś poważniejszą pracę domową. Gdy wrócicie do domu, jeśli to możliwe będziecie spać w osobnych łóżkach. Przez tydzień każdego wieczora spróbujecie napisać po jednej rzeczy która sprawiła że zakochaliście się w partnerze. Coś dzięki czemu wasze małżeństwo przestało być jedynie papierkiem, a stało się rzeczywistym szczęśliwym związkiem.
Pierwszy bez słowa wyszedł Gilbert nie patrząc ani na Tamása ani na Ludwiga.
Ludwig wyszedł chwilę za nim żegnając się grzecznie, chociaż widać było że nadal jest zły.
Gdy Tamás został już sam spojrzał na swoje notatki.
Prusy = Unikanie własnych obaw. Strach przed byciem niewystarczającym.
Niemcy = Brak pewności siebie w małżeństwie. Strach przed byciem niewystarczającym.
Francja i Hiszpania = Tylko przyjaciele.
Austria = Tylko członek rodziny.
Potrzebuje więcej whisky.
***
Sesja trzecia
Tamás patrzył na trzymane przez siebie dwie kartki starając się aby jego twarz pozostała pusta i spokojna.
Co za dwa uparte muły.
Oboje mieli bardzo proste, schludne i czytelne pismo.
To było miłe urozmaicenie dzięki któremu Tamás nie musiał odczytywać paskudnych hieroglifów do czego niekiedy bywał zmuszony.
Najpierw spojrzał na kartkę którą oddał mu Prusy:
Jest gorący.
Fantastyczny w łóżku.
Reszta kartki z obu stron była pusta. Jakby nawet nie próbował nic więcej pisać.
Jeśli chodzi o Niemcy sprawa miała się nieco inaczej, chociaż pismo nadal było schludne to słowa były poprzekreślane pojedynczymi prostymi liniami i niekoniecznie były tym o co Tamás ich prosił. Chociaż udało mu się napisać o dwa więcej argumenty niż Gilbertowi. Przy pierwszej linijce jeszcze próbował. Później fantazja, czy raczej frustracja wzięła górę.
Jest bardzo
Lubię jego
Jest piękny
Nie umie się zamknąć
Jest głośny
Arogancki
- Mogło być gorzej, mogło być lepiej. - Stwierdził spokojnie Tamás.
Następnie postanowił rozdzielić małżonków i wysłuchać ich osobno. Tylko to działanie mogło sprawić że spróbują myśląc logicznie i nie rzucą się sobie do gardeł w celu zabicie współmałżonka.
Pierwszym był Gilbert.
Ludwig bez słowa wyszedł do poczekalni, podczas gdy Prusy rozwalił się ponownie na kanapie, tylko że tym razem całej leżąc na niej obrażony na cały świat.
Tamás osobiście czuł się jakby został zamknięty w bardzo ciasnej klatce z bardzo złym i głodnym tygrysem. Wiedział że Prusy spróbuje go zastraszyć tak czy siak gdy poczuje się zagrożony, co na pewno będzie miało miejsce podczas tego spotkania. Nie mógł dać się złamać, bo tak do niczego nie dojdą.
- Dlaczego uważasz że Austria ci zagraża?
Gilbert uniósł głowę patrząc na niego wściekle.
- Ten laluś nigdy nie był dla mnie żadnym zagrożeniem! - Warknął Prusy znów zaciskając szczękę.
Zwalczając chęć głębokiego zbolałego westchnięcia widząc że tą metodą daleko nie zajdą Tamás postanowił zmienić temat.
- Dobrze. Opowiedz mi w takim razie o Ludwigu.
Prusy prychnął pogardliwie, nie wahając się ani chwili zaczął mówić.
- Jest niemożliwie irytujący. Jest prawie najbardziej upierdliwą osobą jaką poznałem. Najbardziej upierdliwy jest Polska. Ale nie o niego tu chodzi. Od zawsze był taki paranoiczny. I taki zazdrosny. Nie umie zrozumieć że Francja jest tylko moim przyjacielem. Co on niby uważa?! Z jednej strony mówi że nigdy nie posądziłby mnie o zdradę a z drugiej strony jest tak bardzo podejrzliwy. Nie mam pojęcia o co mu do diabła chodzi! Ostatnimi czasy kłócimy się o wszystko. Doprowadza mnie do szału! I oczywiście musi mnie karcić. Ostatnimi czasy wszystko robię źle! Nie przykładam się, nie słucham go, nie interesuje się. Krew mnie zalewa! Czuje się jakbym zamiast męża miał żonę na wiecznym okresie. Nie wytrzymam tego dłużej!
Prusy skarżył się i skarżył przez kolejne długie minuty podczas których Tamás nawet nie próbował nadążyć i zapisać szybkiego ledwo składnego i bardzo wściekłego niemieckiego słowotoku. Nie mając jednak odwagi, czy raczej tyle głupoty w sobie aby mu przerywać psycholog czekał aż Prusy sam z siebie umilknie.
Gdy wreszcie to nastąpiło a Gilbert spojrzał wściekle na Tamása jakby był winny wszystkich jego problemów, psycholog westchnął próbując ponownie zmienić taktykę.
- A powiedz mi coś... miłego o Ludwigu. - Poprosił grzecznie Tamás mając nadzieję że to naprowadzi go na właściwie tory.
- Przynajmniej jak śpi to nie gada jak katarynka. - Stwierdził kwaśno Prusak. Bo tych słowach nie mogąc się powstrzymać Tamás spojrzał z politowaniem na swojego bardzo opornego pacjenta.
- Postaraj się. - Burknął Tamás przejeżdżając dłonią po twarzy.
Gilbert prychnął patrząc obrażony w ścianę. Minuty leciały a cisza trwała. Podczas ich trwania Prusy wyglądał jakby zaczął walczyć z samym sobą rozglądając się bezsensownie po pokoju.
- Jest dobry w łóżku.
Słysząc to Tamás miał wielką ochotę uderzyć głową, niekoniecznie swoją, o ścianę.
- Postaraj się. - Nakazał mu Tamás patrząc na niego ponuro.
Nadąsany Gilbert założył ramiona na piersi patrząc w bok i unikając wzroku Tamása. Po kilku chwilach jednak jego mina nieco złagodniała.
- Hmm on... No... Wiesz... Sprawia że... - Prusy przejechał dłonią po twarzy wydając z siebie jęk pełen rezygnacji. - Chce tylko jego.
Ta nieskładna odpowiedź nie była spełnieniem marzeń każdego szanującego się psychologa, ale to lepsze niż nic.
Tamás dostrzegł jednak że Gilbert nadal jakby walczył sam ze sobą. Albo swoją dumą. Tak więc psycholog milczał cierpliwie nie chcąc o sobie przypominać w nadziei że jego pacjent powie coś więcej.
- On jest... niesamowity. Wszystko w nim jest niesamowite. Potrafi mnie rozproszyć samą swoją obecnością, nie ważne co robię, gdy Ludwig pojawia się koło mnie nieumyślnie zabiera większość mojej uwagi nawet się nie starając. Jest naprawdę mądry. Nawet jeśli jest surowy... czasami sztywny jak patyk... mimo to o wszystkich dba. Zawsze. Nawet jeśli tego nie pokazuje, to najczęściej gdy się na kogoś wścieka nie robi tego bez powodu. Martwi się. Bardzo poważnie traktuje wszelką powierzoną mu pracę, zawsze chętnie wszystkim pomoże jeśli go o to poproszą. Pomoże nawet jeśli ktoś nie poprosi. On... bardzo się przejmuję. I... no... naprawdę go kocham.
Tamás zwalczył chęć uśmiechnięcia się szeroko, a zamiast tego starając się zachować spokojny ton głosu zapytał.
- Co czujesz gdy się kłócicie?
Prusy zawahał się patrząc na zamknięte drzwi gabinetu.
- Jestem wściekły. Wściekły na siebie że się na nim wyżyłem. Potem jestem wściekły na niego że mnie sprowokował i wyprowadził z równowagi. A potem jestem jeszcze bardziej wściekły na siebie że nie byłem w stanie się powstrzymać. Awantury między nami... nie pojawiały się od około wieku. Coś się zmieniło. Ze trzy miesiące temu coś pękło. Prawdopodobnie to moja wina. To zawsze moja wina. Jestem beznadziejny. Ale nie mogę go stracić. Wolę stracić życie, ale nie jego.
Słysząc słowa Prus Tamás szybko zapisał w swoim notatniku podobną obserwację jaką opisał na spotkaniu wcześniejszym.
Prusy = Unikanie własnych obaw. Strach przed byciem niewystarczającym. Silne kompleksy? Wielkości Titanica. Duży problem.
Gilbert więcej już nie powiedział. A sam Tamás wiedział że dziś już więcej nic z niego nie wyciągnie. Ktoś taki jak personifikacja Prus nie był typem umiejącym rozmowa o emocjach. Tamás obawiał się że z Ludwigiem będzie podobnie.
Ludwig niechętnie położył się na kanapie po chwili namów ze strony Tamása. Psycholog zapytał go luźnym na pierwszy rzut oka, niezainteresowanym tonem.
- Czemu uważasz Francję i Hiszpanię za zagrożenie?
Głowa Ludwiga poderwała się z kanapy i przekrzywiła w stronę fotela na którym siedział Tamás.
- Oni nie są dla mnie zagrożeniem. - Zaprzeczył szorstko Ludwig piorunując wzrokiem Tamás.
Okazało się że oboje lubili onieśmielać i zastraszać rozmówców gdy czuli się niepewnie. Gilbert robił to po prostu bardziej inwazyjnie, natarczywie i częściej.
Jak uroczo.
Oboje mieli ze sobą sporo wspólnego.
Ten sam ośli upór i to samo uparte zaprzeczanie.
Cudownie.
- Opowiedz mi o Gilbercie. - Poprosił łagodnie Tamás, natomiast twarz Ludwiga wykrzywiła się w grymasie złości.
Tamás nie musiał długo czekać na tyradę.
- Nie umie słuchać. Nigdy nie umiał. Zawsze musi być tak jak on chce. Jest bezczelny, arogancki, uparty i zawzięty. Zawsze musi być tak bardzo zadowolony z siebie, zachowuje się jakby był panem całego świata. Uwielbia na wszystkich patrzeć z góry. Ostatnimi czasy zaczął tak patrzeć na mnie. Albo wcześniej tego nie zauważyłem. Zaczął traktować mnie jak dziecko. Co z naszą relacją jest naprawdę dziwne. I tak bardzo drażniące. Zaczął się zachowywać jak... jakby traktował mnie jako trofeum. Przyłapałem go że gdy z kimś rozmawiam to on jest taki zadowolony z siebie przypominając że też tam jest i że to on jest moim mężem.
Ciekawe. Nagłe pojawienie się do tej pory ukrytych kompleksów u Prus spowodowało jego zaborczość. Czuję potrzebę przypominania że Niemcy jest jego mężem. Przypomina o tym wszystkim naokoło żeby utwierdzić w tym fakcie siebie samego. Ale dlaczego?
- Od jak dawna cię tak traktuje? - Zadał pozornie przypadkowe pytanie Tamás.
- Chyba trzy miesiące temu. - Przyznał po chwili namysłu Ludwig. - Coś mu odbiło.
Coś tam było. Coś musiało spowodować że to do tej pory przykładne kochające się małżeństwo przestało się rozumieć. Obaj przyznali że coś się zmieniło trzy miesiące temu.
Incydent? Pierwsza poważna od dawna awantura? Uczucia nie gasną z dnia na dzień. W żadnym wypadku nie rozkład małżeństwa. Między nimi pojawił się klin. Co go stworzyło? Do wypytania na kolejnych spotkaniach!
- Czy możesz powiedzieć mi coś... pozytywnego na temat Gilberta?
Ludwig prychnął z pogardą.
- Jego wielkie ego nadal mieści się do naszego domu.
Tamás przewrócił oczami. Nie mówił nic. Patrzył prosto na Ludwiga czekając. Niemcy najwyraźniej wyczuwając na sobie uparcie zawieszony wzrok zaczął się nieco wiercić i patrzeć w sufit.
Wyglądał na bardzo niezręcznego. I bezbronnego. Mimo że miał biceps jak Tamás oba uda.
To był naprawdę dziwny widok.
W końcu twarz Ludwiga zaczęła łagodnieć, na usta wypłynął malutki uśmiech a oczy złagodniały nie wydając się już takie zimne.
- Jest bardzo opiekuńczy. Nawet jeśli prędzej połknąłby własny język niż się komukolwiek o tego przyznał. Gdy chce potrafi być naprawdę czarujący i romantyczny. Jest naprawdę odważny, nawet jeśli jego odwaga czasami... graniczy z głupotą. Pomimo swojej szorstkości uwielbia gdy ktoś na nim polega. Lubi pomagać nawet jeśli bardzo przy tym narzeka. Jest naprawdę towarzyski. W przeciwieństwie do mnie. Jest bardzo uporządkowany i pracowity. Jest... jest naprawdę piękny. Uwielbiam kolor jego włosów i jego oczy i... jest najpiękniejszym mężczyzną jakiego kiedykolwiek widziałem. Kocham w nim wszystko. Kocham jego.
Nie mogąc się nadziwić jak ten jeszcze chwilę wcześniej przerażający Niemiec może wyglądać na tak łagodnego i spokojnego Tamás zapytał.
- Co czujesz gdy się kłócicie?
Wyraz twarzy Ludwiga spochmurniał i widać było malujące się na jego twarzy poczucie winy.
- Nie chce go denerwować. Po prostu... nie wiem. Ja naprawdę nie robię tego celowo. Jego ostatnie zachowanie wyprowadza mnie w równowagi. Jestem na siebie wściekły. Bo... boje się że w końcu nie wytrzyma i stwierdzi że ma dość. Mnie, moich błędów, moich decyzji. Ale ja... nie mogę go stracić. Po prostu... nie jestem... nie zasłużyłem na niego.
Coś zachwiało jego pewność siebie? Albo raczej obudziło uśpione demony. Ludwig nie jest zazdrosny. On się boi. Dlaczego?! CO SIĘ MIĘDZY NIMI STAŁO?!
Gdy oboje siedzieli już na kanapie wydawali się pogrążeni w swoich myślach i nostalgicznych wspomnieniach. Obaj wydawali się naprawdę zagubieni i bezbronni.
Tamás czuł że to spotkanie dało mu więcej pytań niż odpowiedzi. Na następnej terapii będzie musiał wypytać o Austrię i Francję i Hiszpanię.
Od czegoś trzeba zacząć.
***
Sesja czwarta
Pierwszy był Gilbert. Prusy nie wydawał się być kimś chętnie czekającym w poczekalniach. Wolał żeby jego poczekalnia pozostała niezrujnowana a sekretarka żywa, dziękuję bardzo. Niemcy wydawał się cierpliwszy i bardziej stonowany. Przynajmniej trochę.
- Dlaczego związek między Austrią a Niemcami tak cię niepokoi?
Tym razem zamiast od razu zaprzeczyć jakimkolwiek problemom Gilbert naprawdę się zastanowił. Chociaż przez te kilka sekund.
- Nie wiem. Ten gość od zawsze działał mi na nerwy.
- Czy uważasz że Austria jest przystojny?
Gilbert zaszydził obrzydzony.
- Oczywiście że nie! Widziałeś te jego paskudne bryle? I ten ryj? I te ciemne kłaki?
Tłumacząc z języka upartych mułów: "Tak, Austria jest bardzo przystojny"
Gilbert czuł się zagrożony?
- Zresztą pokaż mi przystojnego Austriaka. Hitler się raczej na modela nie nadawał.
Hitler...?!
- Przytoczyłeś kogoś z przeszłości. Czy o to chodzi? O przeszłość? Wiem że Prusy i Austria toczyli wojnę o władzę nad państwem niemieckim prawda?
- Tak. - Przyznał niechętnie albinos. - Ale to...
- Gdyby Prusy przegrali to czy możliwe że zmuszono by Niemcy do innego małżeństwa?
Na to pozornie niewinne pytanie Prusy zdębiał jakby zobaczył ducha, zrobił się jeszcze bardziej, praktycznie, nierealnie blady jego oczy zrobiły się duże i okrągłe jak monety. Wyglądał jakby miał tam zaraz dostać zawału.
Tamás musiał zakryć pośpiesznie usta dłonią aby nie pokazać swojego uśmiechu pełnego triumfu.
Tutaj!
O to cały czas chodziło. Prusy zastanawiał się: "co by było gdyby", dlatego widział Austrię jako zagrożenie. Niewiele brakowało i kto inny zostałby ożeniony z Niemcami.
- Cały czas o tym myślisz prawda?
- Nie. - Krzyknął Prusy zrywając się do siadu i patrząc ostro na Tamása. To już nawet nie była próba zastraszenia. Gilbert wyglądał na gotowego Tamása zabić.
Prusy bardzo się bał.
- Zastanawiałeś się jak wyglądałoby życie Ludwiga gdyby kochał Austrię?
Na zwrot "kochał Austrię" czerwone oczy Gilberta pociemniały i zacisnął pięści na kolanach.
- Pociągnij te myśl dalej a cię zastrzelę! - Zagroził podniesionym głosem Gilbert.
Tamás diabelnie się bał. Ale wiedział że musi przeć do przodu. Gdyby teraz się cofnął nie wyciągnął by już nic z Gilberta. Dalsza terapia nie miałaby żadnego realnego sensu.
- Proszę bardzo zastrzel mnie. Ale zostaniesz ze swoimi problemem sam. Zostaniesz sam z tą prawdą. - Uzmysłowił mu najspokojniej jak tylko był w stanie Tamás udając że jego ręce nie drżą i się nie pocą. I że nie czuje na twarzy oddechu śmierci. I miętowej pasty do zębów.
- Czego ode mnie chcesz? - Wywarczał mu prosto w twarz Prusy.
-Chce prawdy. Czy myślisz że Niemcy chciałby zmienić to co się stało?
- Nie. Oczywiście że nie!
- A mimo to ich związek cię denerwuję. - Zauważył spokojnie Tamás.
- Bo... Austria cały czas... - Prusy oddychał bardzo szybko, wplótł dłonie w rozwiane włosy zaciskając na nich palce. Na szczęście nie zaczynając ciągnąć. - Austria cały czas pyta Ludwiga jak on ze mną wytrzymuje. Czemu jeszcze nie rozważył rozwodu. Czemu nadal mnie znosi. On... Ja... Nie mam siły. A jeśli Ludwig kiedyś w końcu go posłucha?! Nie... Ludwig ignoruje to co ten dupek mówi, nie reaguje na to i zmienia temat. Ale co jeśli... co jeśli naprawdę zacznie się nad tym zastanawiać?! Jeśli już się nad tym zastanawia. Nie mogę go stracić! Nie na rzecz Austrii. Nie na rzecz kogokolwiek, ale wszyscy zawsze mnie zostawiają. Nigdy nie jestem wystarczający dla nikogo! Nie byłem wystarczający dla Germanii, dla Świętka, dla Austrii. Wszyscy mnie w końcu zawsze zostawiali! Dlaczego teraz miałoby być inaczej?!
Problem - Austria?
Austria - Przyczyna kompleksów?
Niemcy nie reaguje. - Powód ???
Co za bałagan.
- Czy rozmawiałeś o tym kiedykolwiek z Niemcami?
- Nie. Oczywiście że nie. - Stwierdził natychmiastowo.
- Boisz się potwierdzenia?
- Nie wiem. Chyba. Może. Nie wiem! - Plątał się sfrustrowany.
- A teraz zastanów się bardzo dokładnie i powoli czy Ludwig kiedykolwiek komplementował Austrię z powodów innych niż zwykła grzeczność?
Prusy milczał starając się oddychać spokojnie i powoli podczas gdy patrzył cały czas na swoje kolana. Milczał, myślał, na chwilę zaczynał cicho panikować, po kilku sekundach się uspokajał, potem znów panikował i tak w kółko przez kilka minut.
- Nigdy tego nie widziałem. - Przyznał powoli i nieufnie. - Nie.
Gilbert spojrzał zaskoczony ale nadal bardzo niepewny na Tamása.
- Nie. - Powtórzył nieco pewniej. - On nigdy tego nie robił. Był grzecznie nudny, ale... nie.
Tamás skinął powoli głową.
- A czy wzrok Ludwiga kiedykolwiek zatrzymał się na Austrii za długo?
Prusy znów myślał co kilka chwil cicho panikując.
- Sądzę że... Nie. Nigdy.
- Czy Ludwig kiedykolwiek chociaż przez sekundę patrzył na Austrię tak jak przy zwykle na ciebie? - Spytał wolniej i dokładniej niż wcześnie Tamás.
Tym razem milczenie Prus było nieco krótsze. Odpowiedź znacznie pewniejsza. Nie panikował.
- Nigdy. Ani przez sekundę.
Prusy spojrzał na Tamása nie ukrywając zaskoczenia i zagubienia. Jakby nie wiedział co zrobić z tą nowo odkrytą informacją.
Tamás zwalczył uśmiech wiedząc że to nie była nawet połowa potrzebnego sukcesu. To nie był nawet początek.
***
- Dlaczego znajomość Prus z Hiszpanią i Francją tak cię niepokoi?
Ludwig zacisnął usta w wąską linię, ale tym razem przynajmniej nie protestował.
- To dwaj degeneraci. - Stwierdził z pogardą Niemcy.
- Aha. A coś jeszcze?
- Nie.
Tamás przetarł oczy i zanucił mało zaskoczony odpowiedzią.
- Dobrze. A czy uważasz ich za przystojnych?
- Nie! - Zaprzeczył natychmiast Ludwig. - Ta dwójka wiecznie pijanych, przygłupich, aroganckich... Uh...
Przewracając oczami Tamás podrapał się w brodę.
"Są bardzo przystojni. Dlaczego są tacy przystojni. To nie w porządku!"
- Myślisz że są bardziej atrakcyjni od ciebie? - Spytał Tamás nachylając się nieznacznie i przyglądając Ludwigowi.
Ludwig spojrzał kontem oka na psychologa z zaskakującą ostrożnością jakby myślała że ten zaraz roześmieje mu się w twarz. W końcu jednak mruknął cicho.
- Może.
- Myślisz że... Gilbert mógłby wybrać któregoś z nich ponad ciebie?
Niemcy otworzył usta jakby chciał odpowiedzieć, po chwili zamknął je, siadł prosto na kanapie zamiast dalej na niej leżeć, po czym oparł łokcie o kolana kładąc głowę na dłoniach i wzdychając głośno i ciężko.
- Nie zdziwiłbym się. - Przyznał po chwili milczenia gorzko. W przeciwieństwie do Prus nie wściekał się, nie krzyczał i nie groził.
Jakby był bardziej... pogodzony z ta myślą?
Nie.
Pogodzony to złe słowo.
Bardziej jej świadomy.
- Ja po prostu nie jestem taki... jak oni. Nie umiem się... uspokoić. Szaleć i bawić do rana. Nie tak głośno, nie tak często. - Przyznał przygnębiony Ludwig.
- Sądzisz że... uszczęśliwiają Gilberta bardziej niż ty? - Spytał powoli Tamás nie będąc pewnym czy idzie dobrym tokiem myślenia.
Ludwig na jego pytanie westchnął pokonany.
- Najprawdopodobniej.
- Uważasz że ich związek jest bardziej... intymny niż powinien? - Dopytywał ostrożnie Tamás mając w pamięci wybuch Gilberta, wiedząc już że ta dwójka jest do siebie bardziej podobna niż można by zakładać na pierwszy rzut oka.
Ludwig nie był jednak ani trochę wściekły. Był zmęczony i zrezygnowany. Nie był chaotycznie przerażony swoimi myślami. Był... już z nimi zapoznany.
Jakby wielokrotnie już o tym myślał.
- Nie. Już nie. Jeszcze nie. Hm...
- Chodzi o to że kiedyś... Gilbert uprawiał z nimi seks? - Spytał cicho Tamás bardzo dokładnie studiując reakcję pacjenta.
- To nie tak... Szlak... Mam na myśli... Podobno... Spał z Francją tylko dwa razy. Z Hiszpanią podobno tylko raz. Kiedyś zażartowali na ten temat. Nie... nie mieli powodu żeby kłamać. A to... było dawno. A seks to tylko seks... Ale...
- Rozładowanie napięcia. To był seks dla zabawy. Ale uważasz że Prusy zawsze lepiej się bawi z nimi niż z tobą. Że możesz...
Tamás zaciął się myśląc gorączkowo.
W tym przypadku myślenie Ludwiga wydawało mu się bardziej chaotyczne. Lub dziwniejsze.
- Może uznać w końcu że chce czegoś więcej niż wiecznie czepiający się ciągle pracujący mąż który wychodzi z nim do baru rzadko. - Podsumował gorzko Ludwig. - Za rzadko jak często mi powtarzał. Uwielbia mi przypominać jaki jestem nudny i że powinienem... odpuścić. Ale ja po prostu nie umiem. Nie jestem taki. Nie umiem go uszczęśliwić jak oni. W ogóle nie umiem go uszczęśliwić.
- Czy Gilbert wydawał się z tobą szczęśliwy?
- Tak. Jeszcze kilka miesięcy temu. Potem... coś się zmieniło. - Przyznał ponuro Ludwig.
- Czy... wracając do domu Gilbert był szczęśliwy z powrotu?
- Tak. - Przyznał ostrożnie Ludwig. - Hm... Zwykle pijany, ale bardzo zadowolony przylepiał się do mnie wrzeszcząc że wrócił. Najczęściej prosto do mojego ucha.
- Rozumiem. A czy wykazywał chęć dłuższego pobytu po za domem? - Widząc niezrozumienie migające w niebieskich oczach Tamás inaczej sformułował pytanie. - Czy po powrocie do domu Gilbert kiedykolwiek twierdził że chciałby... dłużej bawić się na mieście? Że nie chciał tak szybko wracać i chętnie znów by wyszedł?
Ludwig zamyślił się niepewny skacząc spojrzeniem od Tamása do zamkniętych drzwi za którymi była poczekalnia i siedzący w niej Prusy.
- Nie. - Stwierdził z zależną pewnością w głosie Ludwig po dość krótkim czasie.
- A więc cieszył się że cię widzi, że wrócił do domu i nie wykazywał chęci dłuższej zabawy na mieście z Francją i Hiszpanią.
Ludwig wzruszył ramionami.
- Wracał gdy miał ochotę. Albo gdy już był znudzony, zmęczony albo gdy zamknęli bar. Zależało od jego humoru.
- Rozumiem. - Przyznał znacznie bardziej zadowolony. - Dlaczego więc zakładasz że Gilbert wybrałby ich ponad ciebie skoro chętnie wracał do domu i okazywał ci wtedy czułość?
Ludwig zamrugał powoli patrząc tępo na Tamása.
- Bo ja nie chodzę z nim do barów tak często. Nie umiem głośno się bawić i szaleć jak robi to z nimi. - Powiedział bardzo powoli Ludwig patrząc na psychologa jak na idiotę. - Wraca do domu żeby się wyspać bo następnego dnia jak zwykle pracuje. Musi być wypoczęty. Zawsze jest przylepny jak wypije. Zresztą to Gilbert. On ogólnie jest przylepny. Do każdego.
Mając opuszczoną szczękę i patrząc wielkimi oczami na Ludwiga Tamás uderzył notatnikiem w swoje biedne czoło.
On tak serio?
Czy naprawdę da się być tak nierozgarniętym?
Jak...?
Gilbert przynajmniej załapał o co chodziło. Po głośnej awanturze z jego strony ale jednak załapał.
Niemcy wyglądał jakby naprawdę nie umiał poskładać klocków.
I jeszcze patrzył na Tamása jak na idiotę.
A to nie on był kompletnym idiotą w tym pomieszczeniu.
***
Sesja piąta
- Więc ustaliliśmy że Niemcy nie interesuje Austria w romantycznym tego słowa znaczeniu. - Zaczął spokojnie Tamás. - Czy myślisz że Austria w taki sposób interesuje się Niemcami?
Gilbert prychnął jak rozjuszony kot.
- Oby nie. Mam nadzieję że nie!
- Podobno Austria nadal żywi uczucia do personifikacji Węgier. - Zauważył Tamás.
Na te uwagę Gilbert wzruszył ramionami.
- Jasne. Byli małżeństwem. I w którymś momencie Eliza naprawdę się w tym bałwanie zakochała. Austro-Węgry się rozpadły i razem z nimi w kuluarach rozwiązano ich małżeństwo. Musieli myśleć o całkowitej niepodległości dla swoich ludzi nie o własnych pragnieniach. Tak zwykle to działa dla personifikacji. Ale... jasne, chyba nadal ze sobą sypiają.
- A więc Austria jest zakochany w Węgrach. Więc nie interesuje się Ludwigiem. Po prostu nie podoba mu się wasz związek.
- Arogancki arystokratyczny bałwan. - Zgodził się tą inwektywą Prusy.
- Więc skąd obawa że Niemcy może cię zostawić? Niekoniecznie dla Austrii.
Prusy zacisnął usta i spojrzał w ścianę nie wyglądając na chętnego odpowiedzieć.
- To z powodu twojego albinizmu? - Dopytywał Tamás szukając potwierdzenia na swoje pytania w reakcjach pacjenta jeśli nie chciał on odpowiadać słowami. - Powiedziałeś że wszyscy cię kiedyś zostawiali.
Tamás spojrzał w notatnik.
- Germania... Świętek... Austria...
Gilbert uparcie milczał patrząc w ścianę.
- Zakładam że Germania i... Święte Cesarstwo Rzymskie?
Prusy po chwili lekko skinął głową.
- Już nie żyją. Trudno żywić urazę do kogoś kto jest martwy. Ale Austria żyje. Odrzucił cię i to dlatego go nie lubisz? Skrzywdził cię?
- Masz interesować się moim małżeństwem, nie gównianą przeszłością. - Zauważył szorstko Gilbert.
- Och daj spokój. - Tamás rozłożył ręce. - Ja tu chodzę na ślepo! Jeśli nie chcesz żebym tak głęboko kopał to zacznij odpowiadać na moje pytania.
Prusy prychnął pogardliwie.
- Nie zamierzam. Dalej chodź sobie na ślepo. Mam nadzieję że wybijesz sobie w końcu zęby.
Tamás ponownie uderzył się notatnikiem w głowę mrucząc z frustracją pod nosem.
Co za uparty muł.
***
- Gilbert lubię zabawę. Ale bardzo poważnie traktuję swoją pracę. I sam przyznałeś że chętnie wracał do domu i nie chciał przedłużać pobytu w barach w nieskończoność. - Zauważył zirytowany Tamás.
- Tak. Dlaczego powtarzasz coś co ja ci powiedziałem na poprzednim spotkaniu? - Spytał z pretensją Ludwig.
- Wychodzi na to że Prusy cieszy się z powrotów do domu i do ciebie. Cieszy się widząc cię po tym jak dobrze się bawił z przyjaciółmi. A więc nie czuje się gorzej w domu z tobą niż w barze z przyjaciółmi.
- Z czego niby tak wnioskujesz? - Spytał z niedowierzaniem Ludwig.
- Sam mi to powiedziałeś. Można to wywnioskować z twojej wypowiedzi. Wystarczy pomyśleć. - Uświadomił mu Tamás.
- Ja... przecież powiedziałem że Gilbert jest przylepą w stosunku do wielu osób! Zwłaszcza jak popije.
- Czyli gdyby w waszym domu czekał zamiast ciebie Adolf Hitler to Prusy też przywitałby się z nim uściskiem i pocałunkiem jeśli byłby pijany?!
- Co...CO?! Ale... czemu zmieniłeś temat?! Czemu zawędrowaliśmy w takie dziwne rejony?! To nie ma sensu! Masz mi pomóc, a nie przywoływać największą zmorę mojego życia!
- Och daj spokój. - Jęknął bezradnie Tamás chwytając butelkę whisky stojącą przy fotelu. - Wcale mi w tym nie pomagasz.
Już nawet nie miał przy sobie herbaty.
Już nawet nie próbował być profesjonalny.
Ci idioci go wykończą.
***
Sesja szósta
- I wtedy musiałem jechać do pani kanclerz tłumaczyć dlaczego Gilbert znajduje się w szpitalu w Kopenhadze. Musiałem jej wytłumaczyć co on nawyprawiał. Co miałem jej wtedy powiedzieć? "Pani kanclerz wszystko jest pod kontrolą, mój mąż po prostu postrzelił personifikację Polski w oko strzelając po pijanemu do siebie samego, ponieważ grał w ruską ruletkę z Polską, Danią i Ameryką. Łukiem. Niestety spudłował trafiając personifikację sąsiedniego kraju wywołując tym samym konflikt polityczny." No jak to brzmi?! Znaczy w końcu powiedziałem jej prawdę bo jak mógłby skłamać? Ale czy ty rozumiesz że on w takie sytuacje wpędza mnie przyjemniej raz w miesiącu?!
Tamás słuchał tego z opadniętą szczęką nie wiedząc co powiedzieć. Albo czego nie powiedzieć.
- Albo jak odtwarzał z Polską rekonstrukcję Bitwy pod Grunwaldem! Musiałem po niego jechać do Szczecina! Polska wbił mu miecz w bark. Musiałem wyjść z posiedzenia Bundestagu! Albo gdy z Polską wypili spirytus lotniczy*. Podobno Polska wytrzeźwiał po trzech dniach. Gilbert po siedmiu... Wtedy istniała jeszcze żelazna kurtyna więc byliśmy nadal rozdzieleni... Czy powinienem mieć do niego o to pretensję?
- Że istniała nadal żelazna kurtyna? Nie sądzę żeby to była wina Gilberta.
- Mówię o wypiciu spirytusu lotniczego do diabła! Słuchaj co do ciebie mówię!
Tamás westchnął ciężko chowając twarz w dłoniach.
***
Sesja siódma
- Co miałem pomyśleć gdy mój mąż wrócił kompletnie pijany uwieszony na innym mężczyźnie?! - Spytał z pretensją Ludwig.
- Że świętował dzień niepodległości swojego przyjaciela? - Spytał retorycznie Tamás mieszając swoją herbatę, tym razem bez whisky. Żona zaczynała być na niego zła że każdego wtorku wraca do domu pijany.
Jeszcze trochę a on sam będzie potrzebował terapii małżeńskiej z powodu tych dwóch upartych niemieckich mułów.
Niemcy zaprzestał chodzenia w te i z powrotem patrząc ponuro na Tamása.
- Nie o to chodzi... Po części. Nie zadzwonił do mnie. Nie napisał. Wrócił ledwo świadomy ciągnięty do domu przez Francję. Żebyś ty widział jak Francja go obejmował! Miałem prawo się zdenerwować
- Zdenerwować? - Spytał z politowaniem Tamás.
- No może złapałem go za gardło i przycisnąłem do ściany... - Przyznał powoli.
- Nie widzisz w tym problemu?
Ludwig zamrugał bezradnie, jego ramiona opadły i popatrzył na Tamása jak kopnięty szczeniak. To skojarzenie było winą tych wielkich przeklętych niebieskich oczu.
- Ale... No, ale gdzie w tym moja racja?!
- Nie miałeś jej. - Wyjaśnił mu zbolałym głosem Tamás opierając głowę o poręcz fotela. - Nic nie usprawiedliwia pododuszania!
***
Sesja ósma
- Jak myślisz co stało się te trzy miesiące temu że relacje między tobą a Niemcami zaczęły się psuć?
Prusy uniósł nieco głowę i popatrzył mało przytomnie na psychologa.
- Chyba... była jakaś konferencja prasowa. - Przyznał powoli Prusak. - I jakaś głupia dziennikarka zapytała o nasze małżeństwo. Tematu uczepiła się reszta hien i zaczęli zadawać coraz gorsze pytania.
- Jakiej treści były to pytania?
- Różne, pod koniec pytania zrobiły się naprawdę... prywatne. Uh... to było niezręczne.
Tamás uniósł brwi w geście zachęty aby Prusy kontynuował.
- Czy śpimy w jednym łóżku. Czy kiedyś myśleliśmy o zdradzie. Czy myśleliśmy o rozwodzie. A jeśli chcemy się rozwieść to co z działaniem państwa. Czy mamy kochanków. Ja... Już nawet nie pamiętam dokładnie. Było cholernie dziwnie i niezręcznie. Gdy tylko wróciliśmy do domu zadzwoniliśmy gdzie trzeba żeby przypadkiem tego upokarzającego wywiadu nie wyemitowali.
- Dlatego nie było o nim głośno. - Domyślił się Tamás. - Ale nie jest tajemnicą że wasze małżeństwo jest obecnie udane. I że się kochacie. Czemu zadawali te dziwne pytania?
Prusy wzruszył ramionami ociężale.
- Pewnie chcieli stworzyć sensację. Mieli by reportaż który mogliby jakoś kretyńsko sprzedać. " Rozpad Niemiec.", "Koniec Niemieckiego małżeństwa", " Co dalej z państwem"? Zwykła woda na młyn. Ale ludzie chętnie by obejrzeli. Można zmontować kilku sekundowe reklamy, jakieś wycinki tych kretyńskich pytań. Tworzenie sztucznej sensacji i tyle. Ucięliśmy łeb sprawie, ale...
***
- ...zrobiło się dziwnie. Coś w tym reportażu sprawiło że zacząłem się zastanawiać. - Przyznał powoli Ludwig. - Nie umiałem tego zapomnieć i przejść z tym do porządku dziennego. Następnego ranka nie wiedziałem co powiedzieć. Gilbert też był dziwnie milczący. A potem... cisza zamieniła się w jedną sprzeczkę, potem drugą. I jakoś tak... Nawet nie zauważyłem że to wszystko zaczęło się od tego reportażu. Wcześniej jakby to wszystko pojawiło się znikąd i trwało znacznie dłużej niż trzy miesiące. Nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Jakby te pytania coś odkopały.
- Wątpliwości i lęki które miałeś od samego początku? - Spytał delikatnie Tamás. - Na początku waszego małżeństwa mieliście sprzeczki?
Niemcy wzruszył bezradnie ramionami.
- Może. Na początku małżeństwa nie byłem zadowolony, ale potem... odkryliśmy że wcale się tak nienawidzimy jak sądziliśmy na początku. I wszystkie wątpliwości i myśli schowałem gdzieś głęboko. Czy to przez to?
- Przychodziły już do mnie małżeństwa z obawami, pretensjami i problemami z przyszłości które odkładali w nieskończoność. Ich wątpliwości i różnice w końcu ich doganiały pomimo pięciu, dziesięciu czy piętnastu lat małżeństwa. Po stu latach najwyraźniej jest jeszcze ciężej. Nie porozmawialiście o swoich problemach, oczekiwaniach i obawach na początku związku, bo wasz związek nie zrodził się z uczucia, porozumienia obu stron i chęci bycia razem. To była aranżacja to co myśleliście nie miało znaczenia.
***
Sesja dziewiąta
- Chciałby żeby było wreszcie tak jak dawniej. - Przyznał ponuro Gilbert.
- Nie wiem czy może być tak jak kiedyś. - Przyznał powoli Tamás, widząc zaniepokojony wzrok Prus rozwinął swoją myśl. - Do tej pory... ignorowaliście słonia w pokoju.
Widząc niezrozumienie w oczach personifikacji Tamás rozwinął.
- Tym słoniem były wszystkie niewyjaśnione kwestie, zmartwienia i obawy. Rozumiesz? Nie możecie tak funkcjonować dalej. Musicie w końcu porozmawiać. Po szczerej długiej rozmowie jakiej prawdopodobnie nigdy w swoim małżeństwie nie przeprowadziliście nie będzie tak jak kiedyś. Nie będzie tych niedomówień i nawarstwiających się obaw. Nie musi wcale zajść wielka zmiana. Lub to że będzie nieco inaczej nie oznacza że będzie źle. Będzie lepiej. W małżeństwie należy rozmawiać. Czy naprawdę jestem pierwszą osobą która wam to mówi?
Prusy popatrzył na niego z politowaniem.
- Z kim miałem o tym porozmawiać w tamtych czasach? Z Wilhelmem I, który wpadł na ten cały poroniony pomysł?! Dla niego i wszystkich to był wtedy papierek. Nic nas prócz niego nie łączyło. Jak myślisz jak reagowano na związki homoseksualne w tamtych czasach?!
- Masz racje. - Zgodził się pospiesznie Tamás widząc irytację Prus.
***
- Sądzę że ostatnim etapem w waszej terapii powinna być długa szczera rozmowa. - Ogłosił gdy obaj mężczyźni siedzieli już po osobnych spotkaniach na jego kanapie. - Przez ten tydzień chciałbym żebyście zrobili coś dużo trudniejszego. Postarajcie się przez ten tydzień mieszkać oddzielnie.
- Po co? - Spytał zaskoczony Prusy. Nie wyglądał jakby był z tej prośby zadowolony.
Tamás szczerze mówiąc wcale nie był tym zdziwiony. Mimo że Niemcy i Prusy obecnie często się kłócili i nie mogli dojść do porozumienia to nadal bardzo się kochali i byli razem przez 90% swojego czasu.
- Chciałbym abyście poświęcili czas osobno na zaszanowanie się nad waszym małżeństwem. Nad waszą relacją. Czego przez ten cały czas się cicho obawialiście, czego... może unikaliście, czego nie mówiliście a powinniście. Bez rozpraszania się nawzajem swoją obecnością. Czy możliwe byłoby żebyście się nie kontaktowali ze sobą przez te siedem dni? No chyba że będzie jakaś pilna sprawa dotycząca pracy.
- To da się zrobić. - Przyznał po chwili ciszy Ludwig. Ale on również nie był zbyt zadowolony.
***
Sesja dziesiąta.
- Witam was ponownie. - Przywitał ich Tamás siadając w fotelu.
I mam nadzieję że po raz ostatni. - Pomyślał cicho psycholog przyglądając się uważnie obu personifikacją.
Obaj siedzieli po dwóch stronach kanapy. Tym razem nie byli źli ani zmęczeni, obaj czuli się wyjątkowo niezręcznie. Unikali swojego wzroku, jednocześnie jednak dosłownie do kilka chwil zerkając ukradkiem na małżonka. A gdy ich wzrok raz przypadkowo się spotkał obaj natychmiast w dwie różne strony pokoju spłoszeni.
Bardzo za sobą tęsknili.
Bardzo wystraszeni. Musieli dojść przez ten tydzień do ciekawych wniosków.
Ta wizyta będzie tak bardzo niezręczna.
Dla całej naszej trójki.
- Jak często kontaktowaliście się ze sobą w tamtym tygodniu? - Spytał spokojnie Tamás.
- Ani razu. - Odpowiedział mu zwięźle i cicho Ludwig patrząc w ścianę, jego ręka leżąca na kolenie jednak drgnęła lekko jakby chciał wyciągnąć ją w stronę męża.
- Dzisiaj chciałbym żebyśmy... żebyście bardzo szczerze ze sobą porozmawiali. Powiedzieli swojemu mężowi to co powiedzieliście mnie. Czego się obawiacie i o co się martwicie. Bądź o kogo i dlaczego. Nie chce słyszeć tutaj ciszy, kłamstw czy unikania odpowiedzi. Bo jeśli w końcu nie rozwiążecie swoich problemów to one narobią wam dużo kłopotów i bólu.
Obie personifikacje milczały nie patrząc na siebie ani na niego.
- Niemcy jak się czułeś podczas tego tygodnia separacji?
Ludwig zacisnął na chwilę szczękę, szybko jednak uścisk kości zelżał a Ludwig westchnął pokonany.
- Czułem się bardzo samotny. Dom... był zdecydowanie zbyt cichy. - Głos Ludwiga był cichy i smutny.
Na jego słowa Gilbert zerknął na niego pośpiesznie kontem oka, potem jednak wrócił do gapienia się w ścianę. Widać było jednak że uważnie słucha.
- Czy obawiałeś się czegoś podczas tej separacji? - Spytał łagodnie Tamás.
Ludwig zgarbił się patrząc na wykładzinę pod jego nogami.
- Że... Że ta samotność na tygodniu się nie skończy. - Przyznał cicho.
Słysząc jego słowa Prusy wyprostował się i zapytał.
- Co do diabła!?
Ludwig nadal uparcie patrzył na wykładzinę oddychając wolno i głęboko. Jakby walczył sam ze sobą o każde wypowiedziane słowo.
- Kontynuuj. - Poprosił go łagodnie Tamás. - Dlaczego się tego obawiałeś?
- Ostatnimi czasy prawie każdego dnia z Gilbertem się kłóciliśmy. I... Zacząłem się martwić, co jeśli... Gilbert uzna że woli być z dala ode mnie. Bez ciągłych kłótni.
Prusy popatrzył wielkimi oczami na męża potem na Tamása, jakby nie wiedząc jak odpowiedzieć na ten oburzający zarzut.
- Prusy. - Zwrócił się do białowłosego Tamás nim ten zdążyłby odzyskać głos. - Czy ty zacząłeś obawiać się czegoś podczas waszej separacji?
Prusak zamknął usta ze słyszalnym kliknięciem, robiąc się czerwonym i odwracając wzrok.
- Że... Ludwig uzna że lepiej jest mieszkać beze mnie.
Mimo że Niemcy chwilę temu przyznał to samo to popatrzył z jawnym oburzeniem na Gilberta.
Nie będąc zdziwiony ich odpowiedziami i ich identycznością Tamás kontynuował.
- Dlaczego się tego obawiałeś?
- Bo... Ludwig nie musiał już wściekać się gdy wracałem pijany w środku nocy i nie było już awantur. Kto niby nie lubi ciszy i spokoju?
- Niemcy czy chociaż przez chwilę tak pomyślałeś? - Spytał Tamás.
- Nie. Oczywiście że nie. - Zaprzeczył natychmiast Ludwig. Bardziej jednak zwracając się do Gilberta niż Tamás. - Myślałem że oszaleję przez te siedem dni. I...
Ludwig zrobił się nagle czerwony i zakrył twarz dłonią.
- I wiele razy nie mogąc usnąć w naszym łóżku chciałem do ciebie zadzwonić. - Przyznał cicho Niemcy.
Gilbert popatrzył prosto na Ludwiga a Ludwig na niego. Nic jednak do siebie nie powiedzieli i obaj po kilku chwilach spuścili wzrok.
- Prusy a czy ty chociaż przez chwilę cieszyłeś się że jesteś sam? Czy pomyślałeś że dobrze by było mieszkać bez Ludwiga?
- Oczywiście że nie! - Warknął podniesiony głosem Prusy. -Liczyłem każdy pieprzony dzień marząc żeby ten koszmarny tydzień się skończył! Myślałem że bycie osobno podczas wyjazdów służbowych to koszar, ale nie tak wielki jak wtedy.
- Dobrze. A więc który z was chce zacząć mówić? Na temat waszych obaw które powiedzieliście mnie na wcześniejszych spotkaniach. - Spytał spokojnie Tamás
Obaj milczeli a czas mijał.
Minuta, dwie, pięć.
Dziesięć.
Tamás żałował że nie przyniósł żadnej książki do poczytania.
Czy mówienie o uczucia boli fizycznie tą konkretną dwójkę mułów?!
- Możliwe... że często bywam niesprawiedliwy jeśli chodzi o twoje spotkania z Francją i Hiszpanią. - Przyznał w końcu Niemcy patrząc na swoje dłonie ułożone na kolanach.
Tamás osunął się nieznacznie z fotelu szczęśliwy że wreszcie któryś z nich się odezwał.
- Bywam... zazdrosny. - Przyznał przygnębiony Ludwig.
- Zauważyłem. - W głosie Prus nie było złości po prostu przyznał bez żadnych głębszych emocji. - Dlaczego?
- Sam nie wiem. Po prostu... sprawiają że jesteś szczęśliwy... w sposób który... ja nie jestem w stanie cię uszczęśliwić. Jeśli chodzi o ciebie jestem bardzo samolubny. Nic na to nie poradzę.
- Hm? - Prusy spojrzał zagubiony na męża nie do końca nadążając za jego tokiem myślenia.
- Często słyszałem od innych jaki byłeś kiedyś... aktywny. Nie tylko na wojnach.
- Zdarzały się noce w tygodniu podczas których piłem wszystko co było pod ręką, sypiałem z tym znajomym który akurat był blisko, najczęściej Francja, bądź Hiszpania a rano szedłem na pole walki. - Przyznał powoli Prusy. - Spałem z nim przygodnie do osiemnastego wieku. Właściwie większość osiemnastego wieku u mnie to były wojny i chlanie.
- Zastanawiam się czasami... Czy nie męczy cię spokojniejsze życie. - Przyznał cicho Ludwig.
- Nie. - Zaprzeczył natychmiastowo Prusy. - Jasne, chodzenie na wojny było ekstra. Gdy używano do ich prowadzenia armat, koni, muszkietów i szabli. Czy nawet mieczy i kusz. Teraz wojny to po prostu rzeź na ogromną skalę. Tęsknie za przeszłością, ale... nie zmieniłbym tego co jest teraz. Nie jestem mocarstwem militarnym, nie jestem imperium, nie jestem Prusami. Już nie. Martwiłeś się że mogłem wybrać Francję i Hiszpanie?
- Ich i te namiastki przeszłości jakie zostały. - Przyznał ponuro Ludwig. - Nie znoszę imprez, nie lubię barów z głośną muzyką, nie umiem bawić się bez pamięci całe noce.
- Doskonale o tym wiem. - Stwierdził pośpiesznie Prusy. - Ale... Jak mogło ci to wszystko przyjść do głowy?!
- Nie wiem. Po prostu... - Ludwig przerwał i wzruszył ramionami bezradnie. - Moi ludzie stali się powodem twojego upadku i... cały czas o tym myślę.
Słysząc to Prusy skrzywił się zirytowany.
- Chodzi ci o drugą wojnę światową? - Spytał z dużą dozą irytacji Prusy.
- No a o co innego?
- Ani się waż! - Syknął Gilbert. - Druga wojna światowa była błędem i zniszczyła Prusy. Bądź to co z nich wtedy zostało. Zapalnikiem problemu była już pierwsza wojna i ten przeklęty traktat! Jasne III Rzesza była koszmarem jakiego już nigdy nie chce nawet oglądać, ale nic z tego nie było twoja winą!
- Ale jednak...
- Nie! - Podniósł głos Prusy. - Nie ma "ale" ani "jeśli". Stało się. Żałuje. Ty też. Ale to nie była twoja wina i musisz to zrozumieć! Takie rzeczy nigdy nie są winą personifikacji, my przez setki lat byliśmy kukiełkami. Jak myślisz czemu żadna inna personifikacja nas już nie obwinia? Czemu praktycznie nigdy tego nie robili?! Bo rozumieją tą zasadę. A ja nigdy o to nie obwiniłbym ciebie. Nigdy tego nie robiłem i nie zamierzam!
Prusy siad nieco bliżej centrum kanapy patrząc przygnębiony na Ludwiga.
- Właściwie ja też nie do końca byłem sprawiedliwy. I...
Prusy chrząknął zażenowany.
- I nie powiedziałem ci o... moich zmartwieniach.
- Jakich? - Spytał cicho Ludwig.
Gilbert uciekł wzrokiem w bok mając ewidentnie problem żeby zacząć temat, Ludwig jednak wyglądał na gotowego poczekać.
Prusy jednak po kilku zaskakująco krótkich chwilach westchnął ciężko zwiesił głowę i przyznał pokonany.
- Wszyscy zawsze mnie w przeszłości zostawiali.
- Co masz przez to na myśli? - Spytał cicho Ludwig jakby bojąc się odezwać głośniej żeby nie złamać tej kruchej chęci do mówienia Prus.
- Mówię... Kurwa to wcale nie jest takie łatwe. - Przecierając twarz drżącą dłonią Prusy zwiesił głowę jeszcze bardziej opierając łokcie o udach.
- To jak traktował mnie Germania... uświadomiło mi jak wielką porażką dla niego jestem. Jakim wstydem. Byłem zbyt słaby, zbyt wolny, zbyt głupi. Paskudny. Miał na swoich barkach opiekę nad młodą przyszłą personifikacją wyglądającą tak paskudnie. Nigdy nie powiedział mi tego w twarz, ale jego zachowanie... Nawet na łożu śmierci musiał mną wzgardzić. Próbował dać mi jałowy skrawek ziemi, miejsce którego nawet nikt nie chciał najeżdżać jak mało wartościowe było. Nawet gdy umierał... Nadal patrzył na mnie w ten surowy sposób pełen zawodu. Podczas gdy ty byłeś wtedy niemowlęciem z którym żegnał się czule i z bólem serca a Świętkowi dawał ostatnie rady i mówił jak wiele może osiągnąć... Wtedy coś we mnie pękło.
Gilbert prychnął z szyderczym rozbawieniem.
- To prawdopodobnie było moje serce. Stwierdziłem że nie chce jego ziemi, sam zawalczę o swoją wielkość. Zostawiłem w jego izbie miecz który mi dał i poszedłem przed siebie. Porzucając drugą rzecz którą mi dał. Moje imię.
- Imię? - Spytał ledwie słyszalnym szeptem Ludwig.
- Nadał mi imię. Tak jak tobie i Świętkowi. Ale nie chciałem mieć czegokolwiek co mi dał skoro i tak nic to dla niego nie znaczyło. Dał mi tylko dwie rzeczy, miecz i i imię. Tego imienia zapomniałem już dawno temu, a miecz pewnie przydał się komuś innemu. Świętek zawsze traktował mnie jak... obrzydliwe chore zwierzę z którym musi przebywać. Miał taki wzorzec, zauważył przecież że Germania jest w stosunku do mnie surowszy i bardziej wymagający niż w stosunku do niego. Zaczął więc... testować na ile może sobie pozwolić. Był w stosunku do mnie niegrzeczny, zimny, bezczelny. A Germania nic z tym nie robił. Chciałem mieć brata który by mnie kochał, a ja kochałbym jego. Ale nawet na to nie byłem wystarczająco dobry. Potem odrzucił mnie Austria. Poznałem go jakiś czas przed śmiercią Germanii. Myślałem... że będzie moim przyjacielem. On też nie był blondynem o niebieskich oczach pomimo germańskiego pochodzenia. Walczyć tez nie umiał bo był zbyt słaby. Przez jakiś czas nawet byliśmy blisko... myślałem że on będzie mi bratem i przyjacielem jakiego pragnąłem. Ale gdy odszedłem po śmierci Germanii i gdy wróciłem już kilka set lat później do Europy jako Zakon Krzyżacki, Austria był... nie wiem. Rozczarowany mną. On był personifikacją królestwa. Ja tylko marnego zakonu nie mającego nawet wtedy zbyt dużo siły. Wybrał ponad mnie Świętka, dla którego stał się przyjacielem i doradcą. A prawda była taka że po prostu zaczął nim manipulować. Świętek miał ciało dziesięciolatka i pomimo setek lat nadal trochę psychikę dziecka dodatkowo był bardzo arogancki. Austria także mnie odrzucił pokazując mi jak mało jestem wart. To były trzy pierwsze przypadki, te bolały najbardziej. Uznałem wtedy że jeśli... nikt mnie nie chcę, to że nikogo tak naprawdę nie potrzebuję i na szacunek zapracuje sobie inaczej. Stawałem się coraz bardziej brutalny i krwiożerczy. Nikt mnie nie skrzywdzi jeśli ja skrzywdzę ich pierwszy. Setki lat mijały. A potem do mojego życia wbiłeś się ty. Niemowlę które ostatni raz widziałem niecałe tysiąc lat wcześniej. Ale zacząłeś dorastać moi ludzie zyskali władzę nad twoim krajem i postanowiono nas z jakiegoś kreteńskiego powodu ożenić. Jak pamiętasz nie byłem zbyt miły w stosunku do ciebie przez pierwsze kilka lat, nie chodziło wtedy o to że cię nienawidziłem. Przynajmniej nie całkowicie. Bałem się. Za wszelką cenę starałem się do ciebie nie zbliżać bo wiedziałem że mnie zostawisz wcześniej czy później. Jak wszyscy. Ale... a którymś momencie odpychanie cię stało się za trudne. I zdałem sobie sprawę że się zakochałem. Ale... przez cały ten czas myślałem o tym kiedy w końcu zdasz sobie sprawię że jestem... że nie jestem wart inwestowania czy zainteresowania. Dodatkowo jeszcze Austria się w to wszystko wtrącał.
- Co ma do tego Austria? - Spytał zdziwiony Ludwig. - Chyba zaczynam rozumieć powód czemu tak go nie lubisz, ale...?
- Sukinsyn zawsze musi się wtrącić i pytać: "jakim cudem jeszcze mnie znosisz". Czy podobne tego typu pytania. To... czuje się jakby znów przypominał mi jak mało jestem wart.
Ludwig zamrugał zaskoczony.
- Wiesz... może po prostu odpłaca ci za to jak go traktujesz.
- Nie broń go. Znowu to robisz. - Stwierdził szorstko Gilbert a w jego oczach widać było błysk bólu i zdrady.
- Nie chciałem... Przepraszam. Zwykle po prostu ignorowałem to co mówił. Myślałem... nie wiedziałem że aż tak bardzo cię to boli. Jego zdanie o tobie nigdy nie miało dla mnie znaczenia. Zresztą... minęło już... prawie dwieście lat od zawarcia naszego małżeństwa... Naprawdę myślisz że cię zostawię mimo że nie zrobiłem tego do tej pory?
- Nie wiem... Ciężko wyzbyć się starych przekonań.
Ludwig spojrzał Gilbertowi w oczy.
- Byłeś z dala ode mnie przez 44 lata i wiesz co? Każdego przeklętego dnia marzyłem żeby cię wreszcie zobaczyć, żeby ten cholerny mur wreszcie upadł i żebyśmy wreszcie mogli być razem.
Tamás patrzył zadowolony jak Ludwig chwyta po chwili wahania dłoń Gilberta i ich palce się ze sobą natychmiast splatają.
To była jedna z najtrudniejszych i najbardziej traumatycznych terapii małżeńskich jakie prowadził. A co najzbawienniejsze okazuje się że powód kłopotów tej dwójki był zaskakująco drobny.
Brak odpowiedniej komunikacji w którym tkwili najwyraźniej od dziesięcioleci doprowadził do kłopotów dopiero teraz i ostatecznie nie wyrządził wcale zbyt wiele szkód.
W porównaniu ze zdradami, zadłużeniami, kłamstwami a nawet próbą morderstwa w celu wyłudzenia polisy...
To była burza w szklance wody.
Burza z użyciem ostrych przedmiotów które mogły w każdej chwili tej terapii wbić mu się w twarz, niemniej tak to właśnie wyglądało.
Później Tamás patrzył z ogromną ulgą przez okno swojego gabinetu jak niemieckie małżeństwo wychodzi z jego budynku trzymając się za ręce. Prusy mówił coś najprawdodpobniej niepotrzebnie podnosząc głos i nadmiernie gestykulując wolną ręką, podczas gdy szczerzył się jak gdyby nigdy nic od ucha do ucha. Natomiast Niemcy słuchał go z pobłażliwym niewielkim uśmiechem na twarzy.
Nigdy ich kurwa więcej nie chciał widzieć na swojej kanapie.
