Chapter Text
— Kup wodę i sobie coś do jedzenia. I wracaj od razu, tak?
Neil włożył do kieszeni kurtki banknoty, które mama wcisnęła mu w dłoń. Jej twarz ledwo dało się dostrzec przez nałożony kaptur i gruby szal, ale Neil wiedział, że była ściągnięta z niepokoju i nerwów; nie pamiętał kiedy ostatni raz Mary się uśmiechnęła. Chyba nigdy nie widział jej zrelaksowanej.
— Ty nic nie chcesz? Nie jesteś głodna?
— Nie. Idź.
Neil skinął i odszedł śliską ulicą w kierunku sklepu. Nadal wydawało mu się to szokujące, że pozwalała sobie chociaż na chwilę spuścić go z oka. Miał siedemnaście lat, a i tak wciąż zawsze spał plecami przyciśniętymi do matki, która bała się mieć go kilka kroków od siebie. Może pocieszało ją to, że Neil bez przerwy nosił pistolet pod kurtką i wiedział, jak go używać. Jego ciężar nie dawał mu spokoju. Przerażało go to, co mogłoby się stać, gdyby przyłapano go na posiadaniu broni; pod tym względem w Stanach było łatwiej. Ale z drugiej strony lepiej było go mieć przy sobie w najgorszym przypadku, w sytuacji, w której nie mógłby uciec.
Najbliższa Żabka znajdowała się za rogiem. Zielone neony odbijały się w zamarzniętych kałużach przy krawężniku. Neil wszedł do środka, rozluźniając się na chwilę w ogrzewanym wnętrzu. Poza nim nie było innych klientów. Chwycił dwie litrowe butelki wody, po czym prześledził wzrokiem zawartość lodówki. Kanapka Sanah? Nie. Pakowane spaghetti? Potrzebował zjeść coś na ciepło. Panini albo hot dog?
Przy kasie stał dość niski blondyn, którego wyraz twarzy dawał do zrozumienia, że wolałby być gdziekolwiek indziej. Miał kolczyki w wardze i brwi, a na przedramionach nosił czarne opaski. Neil postawił butelki wody i spojrzał na plastikową etykietę na zielonej koszulce chłopaka: Andrzej.
— Mogę prosić o hot doga? — spytał Neil zachrypniętym głosem. Odchrząknął.
— Nie.
Neil zamrugał, a Andrzej westchnął ciężko, jakby praca w Żabce była najgorszą rzeczą, jaka go spotkała. Wskazał na parówki podgrzewające się za szkłem.
— Mały, duży, jaka parówka, jaka bułka?
— Mały, zwykła i zwykła
— Aplikacja?
— Nie mam.
Gdy Neil zapłacił, Andrzej odwrócił się, by podgrzać bułki. Neil przygryzł wnętrze policzków i przystawił dłoń do brzucha, gdzie pod kurtką był pistolet, upewniając się, czy nadal tam był. Prawdopodobieństwo tego, że ktoś miałby w tej chwili zaatakować go w randomowej Żabce było znikome, ale paranoja matki udzieliła się też jej synowi.
— Nie jesteś z Polski, mhm? — rzucił chłopak znudzonym tonem. Neil poczuł się, jakby dostał w brzuch. Chciał wybiec, ale jego nogi były jak wbite w ziemię. Musiał zbyt długo milczeć, bo zdał sobie sprawę, że Andrzej wpatruje się w niego z uniesioną brwią.
— Czemu tak myślisz?
— Brytyjski akcent?
Jakim cudem? Neil bez problemu potrafił operować akcentem, a zwłaszcza polskim. W dzieciństwie jego ojciec mówił do niego po polsku, a ze względu na jego polskie pochodzenie Mary unikała tego kraju podczas ich ucieczki. Jednak sytuacja tego wymagała, bo musieli szybko wydostać się z Niemiec i póki co byli w miarę bezpieczni. Neil był tutaj pierwszy raz.
Zazwyczaj rozmawiał z matką po angielsku, gdy byli sami; jej mózg nie przyswajał języków tak szybko jak młody mózg Neila. Może z nieuwagi Neil zbyt zmiękczył którąś sylabę i Andrzej zdążył się zorientować? Może powiedział hot dog z akcentem.
— Mój ojciec jest z Anglii — skłamał.
— Mm. Jaki sos?
— Ketchup.
Andrzej wcisnął sos do środka bułki, a potem włożył do niej parówkę. Podał hot doga Neilowi, któremu nieco trzęsły się ręce. Uspokój się. Co by zrobiła mama, gdyby jej powiedział, że dał się zdradzić po głupim akcencie, przy głupiej rozmowie przy kasie? Natychmiast opuściliby Poznań. Może Neil postępował idiotycznie, ukrywając przed nią cokolwiek, ale naprawdę chciał przespać chociaż jedną noc w ciepłym motelu, a nie odmrażać sobie palce w samochodzie z zepsutym ogrzewaniem. Był zbyt zmęczony.
Drzwi do Żabki się otworzyły i Neilowi znów szybciej zabiło serce. Mężczyzna podszedł od razu do kasy i uniósł do Andrzeja rękę w geście przywitania. Miał ciemne włosy i wytatuowaną dwójkę pod lewym okiem. Nosił czarną puchową kurtkę z North Face’a, ale lewy rękaw miał pusty. Wyglądał na bardziej zmarzniętego niż Neil. Spojrzał na niego.
— Wszystko z tobą okej? Co mu zrobiłeś? — zwrócił się do Andrzeja, który wzruszył ramionami.
— Nic. Czemu zawsze idzie na mnie? Chujowa stronniczość, Kazimierz.
Naprawdę tak było po nim widać, że jest o krok od porzygania się tylko dlatego, że Andrzej rozpoznał obcy akcent?
— Nic mi nie jest — wykrztusił Neil i chwycił dwie butelki, przyciskając je do piersi, bo w drugiej ręce nadal miał hot doga. Andrzej z Kazimierzem nie wyglądali na przekonanych. Brunet poprawił sobie kurtkę i dostrzegając zdziwienie Neila, rozpiął zamek do połowy, by pokazać temblak pod spodem.
— Złamałem rękę na nartach. W Zakopanem, tydzień temu — wyjaśnił, mimo że Neil nie pytał.
— Płacze, bo nie może grać w lacrosse — skomentował Andrzej, a Neil otworzył szerzej oczy.
— Grasz w lacrosse? W Polsce się w to w ogóle gra? — Kurwa, dlaczego się odezwał? W ciągu dziesięciu minut dowiedzieli się o nim więcej niż powinni. Chciał jak najszybciej się stąd wynieść.
— Jasne, dla Poznań Hussars. Nie jest tak popularne jak piłka, ale nadal…
— Zamknijcie mu mordę — wymamrotał Andrzej.
Ktoś wbiegł do środka, a Neil nie zdążył w porę się odsunąć.
— Już jestem, Andrzej, sory za…
Z całym impetem wpadł na niego mężczyzna, a Neil upuścił zarówno butelki, jak i hot doga. Patrzył, jak jego hot dog toczy się po ziemi, zostawiając za sobą krwawą smugę ketchupu i zatrzymując się pod lodówką. Rzucił piorunujące spojrzenie winowajcy, który przycisnął dłonie do ust. Miał brązową skórę, ciemne włosy i niemal dorównywał wzrostowi Kazimierza, jaki przejechał dłonią po twarzy.
— Ja pierdole, Nikodem.
— O Boże, o kurwa, przepraszam. — Nikodem podniósł hot doga i na niego chuchnął, ale Neil nie poruszył się, by go od niego wziąć. Z odległości pół metra widział kurz na zmasakrowanej parówce. Zwykle Neil nie wybrzydzał, jadł z matką to, co mieli, by przeżyć, ale wiedział, jakby to wyglądało w oczach Andrzeja i Kazimierza. — Przepraszam, serio, sory.
Neil podniósł butelki i odwrócił się do wyjścia. Miał ich wszystkich dość.
— Zrobię ci drugiego.
Spojrzał na Andrzeja o zupełnie bezbarwnym obliczu. Tylko w bursztynowych oczach widniał ślad irytacji.
— Nie trzeba.
— Na mój koszt.
Neil naprawdę powinien już iść — przez myśli jego matki pewnie już przechodziły najczarniejsze scenariusze — ale stał, przyglądając się, jak Andrzej przyrządza mu kolejnego hot doga. Zanim go podał, zapisał coś długopisem na chusteczce.
Dopiero gdy Neil wyszedł na mroźną ulicę i w końcu wgryzł się w ciepłą bułkę, spostrzegł, że dostał wersję max zamiast zwykłej. Odwinął chusteczkę, na którą padało zielone światło i serce podeszło mu do gardła, gdy zobaczył wypisany na niej numer telefonu.
***
Neil zrobił rzecz, której absolutnie nie wolno mu było robić; okłamał matkę. Ustalili, że jedyną osobą, której Neil nie mógł okłamywać, była właśnie ona. Mimo to nie czuł poczucia winy.
Pretekst do wyjścia z hotelu sam się pojawił, gdy zabrało im ibupromu. Neil zaproponował, że wyskoczy dokupić kilka leków, by zaopatrzyć apteczkę, a Mary się zgodziła. Upewniła się, czy wziął broń i telefon. Zamiast jednak skierować się do apteki trzy ulice od hotelu, Neil pobiegł sprintem do Żabki, w której był wczoraj. Poślizgnął się na lodzie i uderzył się w kolano — teraz naprawdę przydałoby mu się coś przeciwbólowego. Wymamrotał pod nosem kurwa, zbierając się z ziemi.
Andrzej stał za kasą o tej samej porze jak wczoraj, obsługując klienta. Neil stanął za nim i usiłował jak najmniej zauważalnie złapać oddech. Gdy klient wyszedł, Neil położył na ladzie dwa złote. Andrzej wpatrywał się przez chwilę w monetę, a potem posłał Neilowi pytające spojrzenie.
— Płacisz za powietrze, którym oddycham?
— Pomyliłeś się i zrobiłeś mi wczoraj dużego hot doga. Prosiłem o małego.
— Nie pomyliłem się.
Neil otworzył usta, po czym je zamknął. Znów otworzył.
— Och. Dzięki. Ale dlaczego?
Andrzej wzruszył ramionami i przesunął palcem dwuzłotówkę w stronę Neila, aż był zmuszony ją złapać, by nie spadła na podłogę.
— Bo Nik jest kretynem i cię popchnął. Coś sobie życzysz?
— Nie, dzięki. Będę iść.
— Mhm. Masz jakieś imię?
— Norbert.
— Norbert. Więc grasz w lacrosse?
— Nie. Znaczy, kiedyś. Nie gram od lat. A ty?
Andrzej spojrzał w sufit.
— Porzuciłem to dla Żabki. Nie chciałbyś spędzić z Kazimierzem dwóch minut na boisku. Dziwne, że orientujesz się w lacrosse, a nie znasz Drzewackiego.
Neil popełnił ogromny błąd, przychodząc tutaj. Gdyby Mary się dowiedziała, zlałaby go tak, że nie byłby w stanie biegać do sklepu.
— Interesują mnie tylko amerykańskie drużyny. Naprawdę nie wiedziałem, że w Polsce się gra.
— O Kaziku piszą na Pudelku.
— Na czym?
Andrzej uniósł brew.
— Plotkarska strona internetowa o celebrytach.
— On jest celebrytą?
— Niestety. Jest też influencerem czy czymś. Miał jakąś dramę w internecie z Dodą w zeszłym roku, bo powiedziała, że nieważna jest gra piłkarzy, tylko to, że się ładnie prezentują i że mają duże wiesz co. Kazimierz się zesrał.
— Kto to jest Doda?
— Skąd ty się urwałeś, że nie wiesz nic o polskiej popkulturze?
— Po prostu się nią nie interesuję.
— Mieszkałeś w Wielkiej Brytanii?
Neil poczuł, jak pocą mu się ręce. Włożył je do kieszeni kurtki, ściskając kurczowo monetę. On wie za dużo. A mimo to nie chciał jeszcze uciekać.
— Przeprowadziłem się do Poznania dwa lata temu.
— Jak ci się podoba? Wszystko rozkopane, mhm?
— Nie jest źle. Ludzie mili.
— Kłamiesz — powiedział Andrzej, a Neil przełknął ślinę. — Tu nie ma miłych ludzi. Nikt by się do ciebie nie uśmiechnął na ulicy.
— Ja też bym się nie uśmiechnął do nikogo obcego.
Neil spojrzał przez ramię na dwie dziewczyny wchodzące do środka, trzymające się za ręce. Jedna z nich, niższa, miała krótkie białe włosy z pofarbowanymi na kolorowo końcówkami, ubrana w brązowy płaszcz, gruby dziergany szal i długą zgniło-zieloną spódnicę z podkolanówkami. Druga była wysoką blondynką, mającą na sobie skórzaną kurtkę, czapkę i szal pasujący do pierwszej.
— Hej, Andrzej.
Andrzej tylko zasalutował. Blondynka wciągnęła głośno powietrze i wskazała palcem na gazetę na stojaku.
— Renatka, patrz, papież Polak. Kupić ci?
Renata zakryła dłonią usta blondynki i spojrzała przepraszająco na Neila i Andrzeja.
— Nie trzeba. Chciałyśmy wpaść tylko na hot dogi.
— Czy znasz każdą osobę, która tutaj przychodzi? — zwrócił się Neil do pracownika Żabki.
— To ty zawsze wpadasz na moich znajomych.
Neil naprawdę powinien już iść. Jeśli mafia go nie zabije, zrobi to matka. Wykrztusił pożegnanie i obiecał sobie, że nie przyjdzie tutaj już nigdy więcej.
***
Neil przyszedł do Żabki dwa dni później. Mary podjęła decyzję, że jutro wyjadą na kilka tygodni do Warszawy, zanim wyniosą się do Francji, a potem do Stanów. Chciał zobaczyć Andrzeja ostatni raz.
Drzwi były zamknięte.
Neil zmarszczył brwi i spojrzał na zegarek. Był piątek, przyszedł o dwudziestej, kiedy Andrzej powinien mieć zmianę. Dlaczego…
Uniósł wzrok, dostrzegając plamę kolorów za szkłem. Andrzej otworzył drzwi, nie przekręcając plakietki i wpuścił Neila do środka.
— Mam przerwę na palenie. Chcesz dołączyć?
— Jasne.
Andrzej zaprowadził go na zaplecze, zapalił dwa papierosy i podał Neilowi jednego. Docierały tutaj neonowe światła z witryny, chociaż słabo, to wciąż delikatnie oświetlały profil Andrzeja. Neilowi przeszło przez myśl, że naprawdę przyjemnie było móc na niego patrzeć.
— Zadzwonisz kiedyś?
Przez chwilę Neil nie wiedział o co mu chodzi, zanim dotarło do niego, że blondyn miał na myśli numer telefonu, który mu dał. Ścisnął w kieszeni chusteczkę; nosił ją ze sobą, bo nie mógł pozwolić, by matka się na nią natknęła.
— Może zadzwonię. — Neil się uśmiechnął, a potem w przypływie jakieś rzadkiej odwagi, jakiegoś nieznanego uczucia, dodał: — Mam na imię Neil, nie Norbert.
Andrzej spojrzał na niego kątem oka, przystawiając papierosa do ust, i się nie odezwał. Dzisiaj Neil nie wziął ze sobą pistoletu. Przeszło mu przez myśl, że może wszystko będzie dobrze. Może w końcu będzie miał coś, za co warto walczyć, jeśli będzie się mniej bać.
Gdy później siedział w samochodzie obok matki, kierując się w stronę Warszawy, Neil wyciągnął telefon i napisał na numer podany na chusteczce: Zagrajmy w grę w prawdę.
