Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationships:
Characters:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2023-12-23
Words:
1,676
Chapters:
1/1
Comments:
2
Kudos:
35
Bookmarks:
1
Hits:
450

melodia rozpusty

Notes:

nie mam bladego pojęcia co to jest i czy ktoś zrouzmie moją wizje, ale miałam w głowie stanisława x henryka przez jakis czas i chciałam coś napisać. akcja dzieje się jakieś kilka lat przed akcją z serialu (nw, ile mają lat, ale w tym ficu stanisław ma jakieś 22, jakub 20, a aniela 17). nie wiem też, jak działało zostawanie księdzem w xvii wieku, wieć jakub już nim jest

użyłam tutaj utworu mikołaja sępa sarzyńskiego 'do kasie'

***

krótka informacja – fic ten został napisany pod wpływem chwilowego natchnienia. planowałam jeszcze kilka rozdziałów, jednak żaden z nich się raczej nie pojawi (chyba, że znajdę chwilę i będę miała jakiś pomysł). widzę, że ktoś to jednak czyta, więc nie chciałam tego tak zostawiać bez wyjaśnienia

Work Text:

— Stanisław!

 

Stanisław poprawił strunę lutni, kiwająć głową w stronę Jędrka. Ten zaczął uderzać w bębny, a noga Stanisława powoli wybijała rytm.

 

— Stanisław!

 

— Dobra chłopaki! — zawołał Stanisław, patrząc na resztę — I raz, i dwa, i trz...

 

— Stanisław, do cholery! — zawołał jego ojciec, wpadając zdyszany do stodoły.

 

Melodia natychmiast przestała grać. Stanisław westchnął i przewrócił oczami, Jan Paweł natomiast oparł dłonie o uda, próbując złapać oddech. Przez chwilę panowała cisza, przerywana westchnieniami jego ojca.

 

— Tato, my tu gramy — powiedział Stanisław,  a chłopaki zgodnie kiwnęli głowami.

 

— Magnat — wydusił Jan Paweł — Magnat przejeżdża.

 

— A co nam do magnata? — zapytał Jędrek, opierając bębny o biodra. Jan Paweł spojrzał na niego ostro, a Jędrek odwrócił wzrok.

 

— Magnat, Stanisław, magnat! — Jan Paweł podszedł bliżej syna — Magnat z synem! Trzeba mu pokazać, jak żyje szlachta w naszych Adamczychach. Migiem, Stasiek!

 

— Tata, ale my mamy teraz próbę zespołu — mruknął Stanisław.

 

— Migiem, Stasiek. Próba, śruba, nie zając, nie ucieknie. I przebierz się z tego dziadostwa, bo jeszcze pomyślą że chłopcem jesteś.

 

Jan Paweł z uśmiechem wyszedł z stodoły. Stanisław odwrócił się do znajomych z zespołu i potarł skrzydełka nosa. Ojciec i ta jego durnowata obsesja.

 

— Dobra chłopaki — mruknął — Zgadamy się później.

 

Mrucząc pod nosem przekleństwa na temat Jana Pawła, rozeszli się do domów. Stanisław przeszedł między uwijającymi się chłopami, wszedł do domu i widząc siedzącego przy stole Jakuba, trzasnął go w łeb. Zaśmiał się głośno, natomiast jego brat zmrużył gniewnie oczy.

 

— Tata, powiedz mu coś! — zawołał Jakub.

 

Jan Paweł, przechodząc do drugiej izby, jedynie uśmiechnął się pod nosem i rzucił kilka niezrozumiałych słów.

 

Stanisław zamknął drzwi swojego pokoju i rzucił lutnię na łóżko. Przebrał się w brązowy żupan i poprawił leżące na palcach pierścienie. Spędził przed lustrem dobrą chwilę, układając włosy i mógłby stać tam znacznie dłużej, gdyby nie głos ojca.

 

— Już idę — mruknął Stanisław, wychodząc z izby.

 

— To jest niedorzeczne — powiedziała Aniela. Marianna, klęcząca na podłodze, poprawiała spódnicę jej zielonej sukni — Strojenie się dla mężczy...

 

— No, no, siostra — powiedział Stanisław, obejmując ja ramieniem. Marianna zacisnęła usta, widząc jak Stanisław nadeptuje na skraj sukni — Dla kogo się tak stroisz?

 

— Dla nikogo. Czasy, w których kobieta ubiera się i maluje dla mężczyzny, powinny pozostać w średniowieczu.

 

— Anielka, trochę uśmiechu — zawołał Jan Paweł. Trzymał dłoń na rękojeści szabli i uśmiechał się promiennie do zebranej rodziny.

 

Zofia i Jakub, oboje jak zwykle ubrani w czerń, siedzieli przy stole nad modlitewnikami. Szepnęli coś do siebie, a po chwili Jakub uśmiechnął się. Jan Paweł natomiast podszedł do Stanisława i położył mu dłoń na ramieniu.

 

— Rodzino! — zawołał, rozglądać się — I Marianno.

 

Marianna kiwnęła głową i zaczęła poprawiać suknię Anieli.

 

— Rodzino — powtórzył Jan Paweł — Przez Adamczycha ma przyjechać magnat z syne...

 

— Przez naszą połowę? — przerwała mu Aniela, zakładając ręce na piersi.

 

— Nie przerywaj starszym — powiedział Jakub, podnosząc lekko dłoń — Ojcze, mów dalej.

 

— Dziękuję, ojcze — Jan Paweł kiwnął głową — Przez naszą połowę.

 

— Mniejszą połowę — mruknęła Zofia.

 

— Naszą połowę. Nie pozwolę, by to jedna z córek Andrzeja zgarnęła syna magnata. Dla tego każdy z nas ma misję — ojciec na chwilę przerwał i podszedł do Anieli — Ty, kochana, uśmiechaj się do niego, chichocz i tak dalej.

 

— Nie będę błaznować dla jakiegoś pajac...

 

— A Ty, Stanisław — Jan Paweł odwrócił się do Anieli plecami i spojrzał na najstarszego syna. Dziewczyna przewróciła oczami — Stój tam przy chłopach i im rozkazuj.

 

— Rozkazuj?

 

— Niech widzą, jak gospodarczy jesteś. Może, może, a syn magnata zaprosi Cię na polowanie. A może my ich zaprosimy? Co Ty na to, Anielka?

 

Jan Paweł odwrócił się w jej stronę. Dziewczyna jednak nie odpowiedziała. Ujęła suknię w suknię i wyszła z pomieszczenia. Marianna skinęła głową i podążyła za Anielą.

 

— Ojcze, a my co mamy robić? — zapytał Jakub.

 

— Stać w kącie — mruknął Stanisław.

 

— Mamo, powiedz mu coś — powiedział Jakub, zwracając się do matki. Zofia machnęła ręka, a Stanisław prychnął.

 

— Stanisław, zostaw go.

 

— No, a wy… no, będziecie ozdobą domu. Zofia, syn ksiądz, jak na obrazku — Jan Paweł wzruszył ramionami.

 

Adamczewscy ruszyli za Janem Pawłem niczym kurczęta za kwoką. Ustawili się niedaleko drogi, a Stanisław stanął na samym końcu, tuż obok Anieli. Złączył dłonie i przewrócił oczami. Tyle zmarnowanego czasu, który mógłby poświęcić na próby zespołu. Stanisław czasami miał wrażenie, że nikt z rodziny nie rozumie jego pasji i marzenia zostanie muzykiem. Nie przejmował się zbytnio Jakubem, ten pierdoła go nie interesował, ale Stanisław byłby szczęśliwszy, gdyby ojciec powiedział kilka miłych słów na temat jego zespołu.

 

Chłopi zaczęli wyglądać na drogę i szeptać między sobą. Jan Andrzej poprawił szablę, położył dłoń na rękojeści i z uśmiechem spojrzał na drogę, wypatrując powozu magnata.

 

— Coś się spóźnia — mruknęła Aniela.

 

— Może korki — powiedział Jan Paweł, stając na palcach. Stanisław westchnął.

 

— Ojcze, mogę już iść? Nową piosenkę ćwiczymy.

 

— To nie czas na żadne piosenki — Jan Paweł machnął ręką, nawet nie patrząc w stronę syna — O, chyba, chyba...

 

— Stójże prosto — powiedziała Zofia, patrząc kątem oka na Stanisława — I nie garb się tak.

 

Jeden z chłopów na końcu drugi, który wyglądał na drogę, pomachał w stronę Jana Pawła. Stanisław miał wrażenie, że jego ojciec za chwilę nie wytrzyma z radości.

 

Po chwili im oczom ukazał się wielki, złocony powóz z herbem Lubopolskich, zaprzężony w dwa białe konie. Stanisław usłyszał westchnienie Anieli i sam prychnął.

 

— Mam nadzieję, że gdy Andrzej nas zobaczy, popłacze się z zazdrości — zaśmiał się Jan Paweł.

 

— Tato, czasami mam wrażenie, że więcej myślisz o Andrzeju, niż własnych dzieciach — mruknęła Aniela.

 

— Trzeba myśleć o swoich wrogach — odpowiedział swobodnie — Zło nigdy nie śpi, zawsze trzeba je zwal... Magnat, jedzie, magnat! Wszyscy spokój i bez żadnego udawania. Stanisław, idź tam z Jakubem nad chłopami pracuj.

 

Stanisław spojrzał na brata, na którego twarzy znajdował się wyraz rozczarowania. Nie mając dużego wyboru, obaj bracia przeszli na drugą stronę do kilku chłopów, Jan Paweł natomiast wymienił parę słów z Anielą, na co dziewczyna przewróciła oczami. Gdy powóz znalazł się bliżej nich, ojciec machnął w ich stronę ręką, nakazując im coś zrobić. Jakub momentalnie zaczął poganiać chłopów.

 

— Tak się to robi — mruknął w stronę brata — Jak Pan Jezus owieczki.

 

— Owieczki — prychnął Stanisław.

 

— Pan Bóg nakazał nam ciężką pracę, bracie — Jakub spojrzał na chłopów — No, wy tam, szybciej!

 

Powóz zatrzymał się i doleciał do nich głos magnata Lubopolskiego. Rozmawiał z ojcem, a Jan Paweł przybrał ten fałszywy, rozbawiony głosik.

 

Stanisław spojrzał na okienko, przez które widać było syna magnata, Henryka. Chłopak zakrył usta dłonią, a Stanisławowi wydawało się, że kaszle.

 

— Hej, wy tam, chłopi! — zawołał Henryk, otwierając drzwi. Jego oczy były przekrwione, a w dłoni trzymał skręta. Z tego, co dało się wyczuć, musiał nieźle kopać — Jak tam wywalanie gnoju?

 

Stanisław rzucił okiem na jego przekrzywioną, błazeńską perukę w kolorze bladych fiołków. Henryk ponownie się zaciągnął i głośno kaszlnął, a Stanisław przełknął ślinę.

 

Jeśli nie teraz, to nigdy. Co mu szkodziło?

 

— Te, magnaciku — rzucił Stanisław. Henryk podniósł na niego wzrok — Gramy jutro wieczorem w karczmie, przyjdziesz?

 

Stanisław nie miał pojęcia, dlaczego to powiedział. Może magnacki syn przyciągnąłby więcej fanów? Spojrzał na jego uśmiechniętą twarz.

 

— Tutaj? Na to zadupie? Psy tu dupami szczekają — Henryk się zaśmiał — A co gracie?

 

— Panie, lepiej nie zajmować się taką błazenadą — powiedział Jakub, siląc się uśmiech — To…

 

— Nie Ciebie pytam, parobku. No?

 

— Jak przyjdziesz, to się dowiesz — prychnął Stanisław.

 

Henryk przez chwilę milczał, po czym głośno wybuchnął śmiechem. Rechotał tak przez kilka dobrych sekund, dopóki nie wziął bucha i nie zabrała go fala kaszlu.

 

— Papa! — rzucił do ojca, który nie przestawał gawędzić z Janem Pawłem — Kiedy jedziemy?

 

Stanisław uśmiechnął się, kręcąc głową. Henryk miał ten śmieszny, francuski akcent, nosił się po obcemu i wyrażał się bez żadnego kłamstwa.

 

Stanisław kątem oka patrzył, jak chłopak zamyka drzwi powozu. Woźnica trzasnął lejcami, popędzająć konie. Te głośno parsknęły i powóz ruszył. Stanisław zastanowił się, czy Henryk naprawdę przyjdzie, czy może ten jeden raz powinien się zamknąć.

 

***

 

Wieczór był ciepły, a zachodzące słońce sprawiło, że niebo przybrało kolor ognia. Do karczmy zaczęła napływać chłopska młodzież, chcąca posłuchać nowych kawałków. Stanisław, wraz z resztą zespołu, stał w kącie i nastrajał instrumenty. Przyjął od Bartka manierkę i pociągnął łyka wódki, która dodawała im energii.

 

— Dobra, jak ćwiczyliśmy — rzucił w stronę chłopaków i ostatni raz poprawił strunę lutni — Kilka lekkich, po czym przerzucamy się na coś konkretnego.

 

— Tango jest ostatnie? — zapytał Jędrek.

 

— No ostatnie, a jakie — mruknął Bartek, poprawiając opaskę — Panny za nim szaleją.

 

Stanisław i reszta wyszli na scenę. W tłumie podniosło się kilka pozbawionych głosów, lecz prawdziwa zabawa miała się zacząć dopiero za kilka godzin.

 

— Jak tam kochani? — zawołał Stanisław, machając w stronę zebranych — Miny macie nie tęgę, więc pora, by Sarmaci was trochę rozbujali. Kawałek stary, napisany przez Morszczyna. Już nie żyje, ale pozostaje w naszych sercach. Dobra, raz, dwa, trzy!

 

Jeśli władną co nami błądzących gwiazd siły,

Wierzę, że złośne niebem aspekty rządziły,

Gdym napierwej obaczył tę twoję urodę,

Dla której ja dobrą myśl stracił i swobodę.  

 

Palce Stanisława zgrabnie przesuwały się po strunach lutni. Rzucił okiem po widowni, patrząc na zgromadzone pary, gdy drzwi karczmy nagle otworzyły się z hukiem i trzasnęły o ścianę. Stanisław o mało co przestał grać. Spojrzał na nieźle zaprawionego Henryka, który trzymał w dłoni butelkę wina. Ten wtoczył się do środka, mrucząc coś pod nosem.

 

Gdy piosenka się skończyła, tłum nagrodził Sarmatów brawami. Henryk krzyczał najgłośniej z nich.

 

— Brava! Brawa! — wrzasnął, zajmują wolne miejsce. Siedząca przy nim para wymieniła się spojrzeniami, lecz Henryk się tym nie przejmował — Dawajcie teraz coś skoczniejszego, to nie stypa!

 

— Dawajcie Do Basi — mruknął Jędrek, poprawiając bębny. Stanisław kiwnął głową. 

 

Karczma znów zapełniła się melodią. Henryk wypił łyk wina, oparł podbródek na dłoni i zaczął przyglądać się zespołowi. Miał na sobie tą fiołkową perukę, różowe aksamity i jedwabie. Jego twarz była upudrowana, a Stanisław przyłapywał się na tym, że co chwila na niego patrzy.

 

Henryk nagle wstał i zaczął klaskać w rytm melodii. Po chwili złapał za dłoń jedną z panien, który stały przy ścianie i pociągnął ja na środek karczmy. Dziewczyna pisnęła, jednak szybko przyłączyła się do tańca. Zaczęli do nich dołączać pozostali i wkrótce całe pomieszczenie wypełniło się śmiechem i głośnymi krokami tańczących.

 

Stanisław uśmiechnął się szeroko, patrząc na wirującego w tańcu Henryka. Dlaczego czuł się tak dziwnie, skoro nawet go nie znał? Miał ochotę rzucić lutnie w kąt, podejść do Henryka i… i co?

 

Stanisław nie miał bladego pojęcia, dlaczego syn magnata tak na niego działa.