Actions

Work Header

Rękawiczki

Summary:

Azirafal wraz z Crowleyem skutecznie zapobiegli pierwszej Apokalipsie i w końcu mają czas, by odpocząć od nieustannego nadzoru Nieba i Piekła. Spędzane razem dni są coraz dłuższe i pełne przeróżnych niespodzianek - któregoś dnia Azirafal zabiera Crowleya do Florencji, gdzie konfrontuje się nie tylko ze wspomnieniami, ale też z nowymi, nieznanymi mu uczuciami.

Akcja toczy się między pierwszym a drugim sezonem Good Omens.

Work Text:

To był jeden z tych burych dni, gdy grudniowe, choinkowe światła zastąpiła szaruga środka zimy. Styczeń nie był ulubionym miesiącem londyńczyków, chyba, że posiadało się towarzystwo, które tę niepogodę rozjaśniało.

Azirafal westchnął, zerkając na zegarek. Umówili się z Crowleyem w samym centrum miasta, na jednym z bardziej zatłoczonych przystanków autobusowych. I, co niepodobne do demona, ten wyraźnie się spóźniał na ich spotkanie. Anioł opatulił się szczelniej grubym, zimowym płaszczem, chowając nos w kraciastym szaliku.

Temperatura w ostatnim tygodniu była rekordowo niska w całej Wielkiej Brytanii. Być może nie nachodziły ich śnieżyce jak na kontynencie, ale zimny wiatr i nieustanny mróz utrudniał życie mieszkańcom wysp.

Azirafal żałował, że jego niespodzianka dla Crowleya wypadła w tak paskudną pogodę, ale z podekscytowaniem myślał o tym, jaką frajdę sprawi jego kompanowi zaplanowana atrakcja. Gdy zobaczył na mieście plakaty reklamujące multimedialną wystawę o początkach Wszechświata i galaktyk, od razu wziął sprawy w swoje ręce. Choć tego nienawidził robić - wygooglował - temat i zarezerwował bilety na najbliższy możliwy termin.

Właśnie na dzisiaj.

Według meteorologów na najbardziej zimny dzień roku.

Z myśli wyrwało go mokre, nieprzyjemne pacnięcie w nos. Uniósł głowę i zobaczył, że z nieba zaczęły sypać się drobne płatki śniegu. Azirafal uśmiechnął się - mimo bycia na Ziemi od kilku tysięcy lat, śnieg był przez niego rzadko spotykanym zjawiskiem. Zawsze podziewał się tam, gdzie było go mniej; od pustyni po krainy, gdzie dominował deszcz (jak obecnie).

- Uch, przeklęte korki - obok niego zmaterializowała się postać rudowłosego mężczyzny.
Demon uśmiechnął się kąśliwie, gdy Azirafal podskoczył w miejscu, prawie wpadając na towarzysza. Ten trzymał w dłoniach dwa kubki z małej lokalnej kawiarni.

- Masz. - gdy anioł nie zareagował, z obojętną miną wcisnął mu kubek herbaty prosto w ręce, a sam upił łyk swojego napoju, prawdopodobnie ciemnej jak smoła kawy. Azirafal uniósł wieko papierowego kubka i pochylił się nad parującą zawartością, wdychając kojący zapach Earl Greya i mamrocząc podziękowanie.

- Zdradzisz mi, w jakim celu nas tu sprowadziłeś, aniele? - zapytał zniecierpliwiony Crowley, pstrykając palcami wolnej ręki - Każąc zostawić mi auto w taką pogodę? - zabrzmiało to jak zawoalowane Czy postradałeś rozum? - Domniemywam, że to jakaś autobusowa wycieczka, skoro jesteśmy na przystanku - zerknął na Azirafala zza ciemnych szkieł okularów. Ten dostrzegł, że w ostatnim czasie demon chodzi ubrany dość… Jednolicie. Podobnie, niezależnie od pogody, co było zauważalne zwłaszcza dzisiaj. Czy nie jest mu zbyt zimno?

W końcu węże to gady. A gady są zmiennocieplne, uzależniają swoją temperaturę od temperatury otoczenia.

- To niespodzianka, naukowa, poniekąd. Tak sądzę - wydukał Azirafal, w zamyśleniu patrząc, jak samotny płatek śniegu roztapia się na cienkim czarnym płaszczu demona - Wiesz, skoro tymczasowo mamy wolne od jurysdykcji naszych… Przełożonych… Pomyślałem, że byłoby miło spędzić konstruktywnie razem czas - Crowley się nie odezwał, choć widać było, że ciśnie mu się na usta uszczypliwy komentarz - Pojechać na wycieczkę!

Azirafal zamrugał. Czy wydawało mu się, czy Crowley jakoś bardziej mu się przygląda? Na pewno nie był tak podirytowany perspektywą jazdy autobusem, jak anioł się obawiał, że będzie.

- I… Dziękuję jeszcze raz za herbatę - uśmiechnął się do Crowleya, gdy zauważył zbliżający się do nich dwupiętrowy, czerwony autobus - To nasz numer! - machnął ręką, może zbyt gwałtownie, przez co wpadł na stojącego obok Crowleya. Demon złapał go w ostatniej chwili, chroniąc przed upadkiem na oblodzony chodnik.

- Cholera jasna, uważaj! - warknął na anioła, trzymając go mocno za nadgarstki. Niedopity kubek z kawą spadł na ziemię, rozlewając wokół nich ciemne plamy.

Kilkoro osób, które wraz z nimi czekały na przystanku spojrzało na nich z zaciekawieniem. Dwóch mężczyzn w średnim wieku, jeden przypominający fortecę z kraciasto-beżowej wełny, a drugi wyrwany z Playboya dla harleyowców.

Trwali tak przez sekundę, patrząc się na siebie, Crowley ze wściekłością, a Azirafal z zawstydzeniem. Twarz Crowleya była kilka centymetrów od jego własnej. Widział, jak demon mruży oczy za szkłami okularów i czuł jego oddech łaskoczący mu nos.
I bardzo, bardzo zimne dłonie na swoich nadgarstkach.

Autobus zatrzymał się metr od nich. Azirafal wyrwał się ze sztywnego uścisku Crowleya, wyrzucił do stojącego obok kosza kubki po napojach (przecież to cud, że w Londynie na ulicy znajdował się kosz na śmieci) i przecisnął się przez tłum, by wejść do pojazdu.

- Crowley, chodź, mój drogi, bo ominie cię największa frajda! - krzyknął do stojącego dalej na przystanku demona, na którego twarz wróciła mieszanina zblazowania i irytacji.

Anioł jęknął w duchu. Choć dłonie Crowleya były zimne jak lód, to nadgarstki, za które go trzymał, dalej paliły. I nie miało to nic wspólnego z ogniem piekielnym.

***

Wieczorem tego samego dnia Azirafal rozsiadł się wygodnie w ulubionym fotelu, próbując skupić się na lekturze.

Zawierucha za oknem rozszalała się na dobre, jednak on był już bezpiecznie skryty w azylu księgarni.

Cóż, to był całkiem miły dzień - stwierdził sam do siebie. Choć Crowley nie przyznał mu tego wprost, to symulacja Wielkiego Wybuchu, w której uczestniczyli, całkiem go satysfakcjonowała. Nie przeklinał za bardzo, nie marudził, a na końcu prawie się uśmiechnął - zwłaszcza wtedy, gdy na ekranie wyświetlano całą plejadę gwiazd i najróżniejsze konstelacje, mieniące się tysiącem kolorów. Azirafal mógłby przysiąc, że na twarzy Crowleya zobaczył cień anioła, który wprawił w ruch Czas i rzucił w próżnię Światło.

Wiedział, że wspomnienia te są dla demona równie piękne, jak i bolesne, więc nie poruszał w rozmowie z nim tego tematu. Jednak, gdyby tylko kiedykolwiek Azirafal miał możliwość, przywróciłby Crowleya Niebu. Tam, gdzie było miejsce ich obu.
Potrząsnął głową, próbując przywrócić się do tu i teraz, a czytana przezeń książka opadła mu na kolana. Zastanawiał się, czemu Crowley nie nosił niczego ciepłego. Wiedział, że czasami jest mu zimno jak diabli, ale nigdy z tym niczego nie robił. Choć karykaturą była wizja demona w puszystym swetrze lub wydzierganym na drutach szaliku.

Jak to powtarzał Crowley?

Zrób to z klasą.

Azirafal uśmiechnął się podstępnie.

Miał zamiar przygotować przyjacielowi drobny upominek. Z klasą.

***

Sam nie wiedział, kiedy to się dokładnie stało, ale po tym, jak udało się odwlec Apokalipsę i zniszczyć (choćby tymczasowo) jej konstrukty, Azirafal i Crowley spędzali ze sobą więcej czasu. I, czasami, zaskakiwali siebie wzajemnie - będąc bezinteresownie dla siebie miłym.

Bywało, że inicjatorem takich uczynków był Crowley, który przyniósł ostatnio Azirafalowi puszkę najlepszych toffi (jak twierdził - przechodził obok sklepu przypadkiem), innym razem Azirafal wydobył skądś dla niego butelkę whisky z najstarszej szkockiej piwnicy.

Gesty te były różne, czasami pozornie losowe, innym razem jawnie intencjonalne. Anioł odbierał to jako grę prowadzoną z Crowleyem, ale nie miał pojęcia, co w niej jest stawką, a co nagrodą. Było to dziwne, ale sprawiało, że nie myślał tyle o zawieszeniu w funkcjach niebiańskiego posłańca.

Tym razem postanowił sprezentować Crowleyowi rękawiczki.

Wiedział, że musiały spełniać pewne standardy. Posiadać elegancję, niekoniecznie w takim znaczeniu, jakim pojmował je Azirafal.

Kiedyś, dawno temu, znał pewnego genialnego Włocha, który zajmował się skórzaną galanterią. To, co wychodziło spod jego rąk, zbliżało się niekiedy bardziej do dzieła sztuki niż do przedmiotu użytkowego. Problem był jednak w tym, że Włoch ten, żył i oddał swoją duszę Wszechmogącej przeszło czterysta lat temu.

Azirafal główkował chwilę, co zrobić z tym faktem, po czym wykonał kilka telefonów, przeszukał w sieci parę kluczowych nazwisk (nie przepadał za szukaniem czegokolwiek w Internecie - uważał to za zbyt proste, ale mus to mus). W końcu udało mu się uzyskać informacje, których potrzebował - potomkowie wspomnianego rzemieślnika dalej zamieszkiwali środkową część Włoch i, jak wydedukował Azirafal, dalej zajmowali się wyrobem skórzanych produktów.

Zadowolony z siebie anioł zadzwonił pod znaleziony numer i złożył zamówienie, z którego był wyjątkowo dumny. Miał nadzieję, że Crowley choć w ułamku będzie zadowolony tak, jak sobie wyobrażał Azirafal. Dla istoty ponadnaturalnej wytworzenie idealnych rękawiczek za pomocą cudu nie byłoby problemem, ale miał świadomość, że wykonana ręcznie rzecz będzie miała w sobie więcej magii niż wszystkie cuda, jakich dokonali przez ostatnie stulecia.

Przewrócił bez skupienia kilka stron stojącej na biurku książki. Dłonie Crowleya były inne niż jego, niezależnie od tego, czy demon na przestrzeni lat przyjmował męską czy żeńską formę. Azirafal był przy Crowleyu miękki jak puchata poduszka, a Crowley… Miał pewną hardość, smukłość, wyniosłość. Której anioł nie posiadał.

Istnieje banał, że przeciwne do siebie ładunki elektrostatyczne się do siebie przyciągają. Gdy Azirafal patrzył na Crowleya (a ostatnio działo się do niepokojąco często), widział wyraźnie dzielące ich różnice.

Niebo i Piekło.

Przytulność, jaką wnosił ze sobą anioł i twardą stanowczość na twarzy Crowleya.

Chłód i ciepło.

Byli pozornie jak ogień i woda. Będąc na ulicy, wśród ludzi, wyglądali na niepasujące do siebie rękawiczki. Jedna puchata, wełniana, a druga obcisła, wykonana z garbowanej skóry.

Azirafal wiedział jednak, że byli wykonani z tego samego surowca i uszyci na miarę Boskiej Miłości. Pasujący na tę samą rękę.

Odłożył książkę na miejsce, gdy zadzwonił dzwonek nad drzwiami księgarni. Blondyn szybko (jak na siebie) wyłączył monitor komputera. Ktokolwiek wszedł, jego plany pozostaną na jakiś czas tajemnicą.

***

- Co robisz w przyszły czwartek? - dłoń Azirafala zamarła nad talerzem ciasta. Spędzali właśnie z Crowleyem całkiem zwyczajne i miłe popołudnie w cukierni z widokiem na Tamizę.

Anioł odłożył pozłacany widelczyk na stole, starając się nie wyglądać podejrzanie.

- Ach, przyszły czwartek, mówisz - spojrzał na panoramę rozciągającą się za oknem, przed którym siedział Crowley. Demon, mimo wczesnego popołudnia, popijał z kieliszka białe wino - Mam kilka rzadkich książek do odebrania we Włoszech i chyba zrobię sobie małą wycieczkę na południe, by rozgrzać stare kości - jakby nigdy nic wrócił do konsumowania porcji napoleonki - Czemu pytasz? - dodał, widząc, że Crowley w zamyśleniu mu się przypatruje.

Demon nerwowo odchrząknął.

- Eee… Tak zapytałem - dopił jednym haustem wino i skinął na kelnerkę, by dolała mu więcej trunku - Włochy zawsze były ciekawym miejscem - wyszczerzył się paskudnie, po czym jego rysy zmiękły, gdy dodał - Może wybierzemy się razem, jak za starych dobrych czasów? Zmiana klimatu, bla, bla bla, dobre dla głowy - machnął niedbale ręką, gdy młoda dziewczyna dolała mu wina - Jeszcze lepszy alkohol niż w Anglii, a wokół cała masa pięknych i zmanierowanych ludzi.

Azirafal parsknął w swój talerz.

- Może idealne dla demona, ale mnie interesują tylko sprawy służbowe - wytarł usta serwetką. Wpadające przez szybę słońce odbijało się od płomiennych włosów Crowleya, tworząc wokół jego głowy przebłysk czegoś na podobieństwo aureoli. Przewrotny widok.

- A, daj spokój, aniele - Crowley przewrócił oczyma - Nie skusisz się na prawdziwe włoskie tiramisu? Znam idealną miejscówkę - zaśmiał się chrapliwie, zakładając nogę na nogę. Azirafal miał odczucie, że zachowanie i ruchy Crowleya przypominają mu czasami zachowanie flirciarskiej, zalotnej kobiety. Przekonanej o swoim nieodpartym uroku osobistym.

Lekko zarumienił się na tę myśl, jednak szybko odsunął od siebie to porównanie. Jego głowę zaprzątało teraz zastanawianie się, jak ukryć przed Crowleyem realny powód jego wycieczki i to, jak nieziemskie w smaku jest florenckie tiramisu.

Potaknął, nie dając po sobie poznać poruszenia tematem.

- Lecimy w czwartek o ósmej rano, mój drogi - westchnął, ustępując zadowolonemu z siebie demonowi.

***

- Stara, dobra Florencja! - krzyknął Crowley, gdy znaleźli się tydzień później na placu świętego Michała - Stolica obrzydliwie bogatych medyceuszy i drobnych złodziei!

- Leonarda da Vinci i wielu innych artystów - ożywił się Azirafal, widząc znajome uliczki.

Miał wrażenie, że kiedyś nie było tutaj takiego natężenia ludzi. Machnął lekko dłonią i nagle tłum nieco się rozrzedził, gdy większość turystów przypomniała sobie o tym, że zapomniała czegoś ważnego z hotelu.

- Nie za prostacko na anioła? - mruknął ubawiony po pachy Crowley, dziarskim krokiem maszerując w kierunku centrum placu - Kto by pomyślał, że to miasto się tak rozrośnie?

Azirafal spojrzał na górującą nad miastem kopułę katedry. Pamiętał, gdy powstawała, a sama Florencja dopiero rodziła się jako stolica renesansu. Ciekawe, do jak wspaniałych i okropnych rzeczy są zdolni ludzie.

W ostatnich miesiącach włosy Crowleya znowu odrosły, przez co Azirafalowi nasunęło się wspomnienie sprzed kilkuset lat, gdy odrodzenie zaczynało być ponętną koncepcją dla artystów i filozofów. Demon, nie do końca rozbudzony po swojej niesłychanie długiej drzemce, odbywał podróż na południe Europy, z daleka od piekielnych pobratymców. W tym samym czasie Azirafal odbywał jeden z wojaży i zdziwił się, napotykając w sercu półwyspu znajomą postać. I, co do dzisiaj wywołuje w nim dziwne ukłucie, zastał go pozującego bezwstydnie u jednego z kontrowersyjnych wówczas rzeźbiarzy.

Crowley, który zawsze żywił upodobanie do hedonizmu, miał wówczas przeogromne powodzenie wsród artystów.

- Umawiamy się tak, że każdy zajmuje się swoimi sprawami do wieczora, spotykając się na kolacji? - burknął rozdrażniony anioł, wyraźnie zmarkotniały na wspomnienie hulaszczych wybryków demona - Stolik jest zarezerwowany na dziewiątą wieczorem - zastanawiało go, czemu, gdy rezerwował miejsce dla dwóch osób, kelner był zanadto entuzjastyczny.

Czy we Włoszech jest teraz jakieś święto państwowe? Nie interesował się polityką międzynarodową odkąd osiadł na stałe w Londynie, jednak miał z tyłu głowy poczucie, że zapomniał o czymś szczególnie ważnym.

Crowley skinął głową.

- Dla mnie najważniejsze jest teraz wypicie galonu kawy - odgarnął z czoła zaplątany kosmyk. Azirafal na ten widok poczuł dziwny ucisk w podołku. Długie włosy jego towarzysza sprawiały, że czuł się co najmniej nieswojo. A to tylko cholerne, och, miał nie przeklinać, to tylko włosy.

- Nie uważasz, że są nieco za długie? - zapytał, mając gdzieś w głębi duszy nadzieję, że Crowley się namyśli i prędzej czy później je zetnie. Były niepotrzebnym rozpraszaczem.

Demon spojrzał na błękitne niebo, mrużąc oczy. Włosy sięgały mu lekko za szyję.

- Możliwe - westchnął - Myślałem jednak, że wolisz, jak są dłuższe - z tą konstatacją zostawił anioła samego ze swoimi myślami.

***

Dzień minął szybciej niż się zaczął - Azirafal odebrał zamówioną paczkę, zachwycony małym sklepikiem wciśniętym między dwa inne, podobne do siebie i pełne niepotrzebnych gratów - jak powiedziałby Crowley. Och, anioł uwielbiał te niekomercyjne zakłady, ich zapach i to, że można było w nich buszować tak długo, jak tylko pozwalały godziny otwarcia.

Z eleganckim kartonikiem pod pachą podreptał kupić sobie w nagrodę coś słodkiego, najlepiej z dużą ilością kremu lub czekolady. Wszędzie jednak były kolejki, pełno par czekających do kawiarni albo okienek ze słodkościami. Nie do końca pojmował, co to za fenomen, ale możliwe, że Włochy stały się po prostu bardziej popularnym miejscem destynacji dla turystów.

Z nadejściem wieczoru zdziwił się jeszcze bardziej, widząc, że na ulicę wyległy jeszcze większe tłumy. Od Mostu Złotników po mniejsze uliczki - wszędzie spacerowali ludzie, przeważnie w parach mieszanych płciowo, trzymając się za ręce. Azirafal mrugnął nerwowo. O czymś na pewno nie wiedział.

Tym razem Crowley nie pozwolił mu czekać. Gdy anioł dotarł pod staromodną trattorię, demon już tam był, oparty o ścianę przy drzwiach i wypatrujący towarzysza z zagadkową miną. Pierwsze, co zauważył Azirafal, to że Crowley rzeczywiście skrócił włosy do poprzedniej długości.

- Eee, hej, aniele - rzucił niedbale Crowley. Koło nich z głośnym cmoknięciem witała się właśnie para młodych dorosłych. Włosi byli zdecydowanie zbyt wylewnym narodem w porównaniu z Anglikami - Załatwiłeś to, co miałeś załatwić, te wszystkie, no, bibliofilskie sprawy? - zapytał, puszczając Azirafala przodem w drzwiach.

- Tak! Nie mogłem się też oprzeć olśniewającemu wydaniu Dantego z 1955 roku… - wcale nie kłamał. Naprawdę zdołał jeszcze przejść się po kilku antykwariatach i zostawił ich właścicielom niewielką fortunę. Przerwał jednak, gdy wchodząc do środka restauracji, uderzyła go w oczy fala, nie, tsunami, czerwieni i różu.

Na ścianach porozwieszano ozdoby w kształcie serc, a z końca sali płynęła melodia starych, włoskich szlagierów. Wszędzie były zakochane pary, niektórzy trzymali się za ręce, inni bardziej bezpośrednio okazywali sobie uczucia.

Walentynki!

Azirafal miał ochotę uderzył się w czoło, zły na brak uwagi. Jak mógł zapomnieć o tej dacie, gdy cały świat trąbił o tym na prawo i lewo? Był tak pochłonięty książkami i Bóg-jeden-wie-czym-jeszcze, że nie dotarła do niego parada serc na ulicach i w sklepach.

Z zażenowaniem starał się nie patrzeć na Crowleya, gdy dał się zaprowadzić kelnerowi do ich stolika (na szczęście w bezpiecznym oddaleniu od innych). Włoch o ciemnej karnacji życzył im miłego wieczoru, wręczając karty dań. Gdy Azirafal myślał, że nie może być gorzej, dostrzegł, że na ich stoliku porozrzucano mnóstwo konfetti w kształcie serduszek, a na drugim końcu sali chyba ktoś komuś się oświadczał. Sądząc po energicznym aplauzie, chyba uzyskał pozytywna odpowiedź.

- Niezłe przedstawienie, co? - niezręczną ciszę przerwał Crowley, zdmuchując ze swojej połowy stolika małe różowe serca - Kto by pomyślał, że z krwawej historii i rocznicy czyjejś kaźni ludzie stworzą najbardziej przesłodzone święto? - schował twarz za kartą dań, zagłębiając się w lekturze. Azirafal widział tylko parę ciemnych brwi.

- Mhm - anioł nie miał zielonego pojęcia, co na to wszystko odpowiedzieć.

Jego wzrok ślizgał się między listą win, parą mężczyzn przy sąsiednim stoliku a brwiami Crowleya. Bardzo, ale to bardzo nie chciał, by demon odebrał jego dzisiejsze zaproszenie jako dwuznaczne. Zresztą… To Crowley mu się narzucił jako kompan tej wyprawy! Ta kolacja to zwykła koincydencja - przekonywał sam siebie.

Rudowłosy nie dawał jednak po sobie niczego poznać. Poza jednym jedynym komentarzem na początku, zręcznie ignorowali otoczenie. Posiłek był zresztą wyśmienity, wino z lokalnych winnic jeszcze lepsze, a rozmowa między nimi płynęła wartko.

Do czasu.

Podano deser i Crowley, śmiejąc się z jakiegoś własnego żartu, zapytał Azirafala zaczepnie zachrypniętym dalej od śmiechu głosem:

- Nie powiedziałeś mi jeszcze, co to za pakunek skrywasz przede mną pod stołem? - Azirafal na te słowa zbladł.

Miał zamiar dać Crowleyowi prezent… Później. W Londynie. W innych okolicznościach. Bez otoczki dziwacznej celebracji dookoła.

- To… Hmm… - zaciął się i upił dość duży łyk wina - Przypadkiem natrafiłem na niesamowicie stary sklep ze skórzaną galanterią. Chciałem… Podrzucić ci to, jak będziemy już w domu.

Crowley uniósł jedną z brwi, wpatrując się uważnie w anioła. Azirafalowi ciężko było w pół przygaszonym świetle odczytać wyraz oczu jego przyjaciela, ciemne szkła spełniały swoją rolę doskonale w pomieszczeniu. Nie mogąc go rozczytać, polegał na pozostałych elementach jego twarzy - od ruchów brwi po lekko drgający kącik cienkich ust. Płomień świecy, mimo, że ocieplał pomieszczenie, sprawiał, że zadanie było trudniejsze.

Azirafal wyciągnął spod stolika niewielki ciemnozielony kartonik, przewiązany bordową wstążką. Demon wziął od niego prezent z ostrożnością, niechcący dotykając przy tym rąk anioła. Ten pospiesznie zabrał ręce, jakby porażony prądem.

- Dla śmiertelników nie ma lepszej okazji niż czternasty lutego. Masz fikuśne poczucie czasu, aniele - dodał złośliwie, otwierając pudełko.

Na satynowej wyściółce leżała para czarnych, stylowych rękawiczek.

- Najlepsza cielęca skóra. Z jedwabną podszewką - wydusił z siebie na jednym wydechu Azirafal. Usłyszał, jak Crowley mruczy z zadowoleniem, oglądając w świetle świecy złoty, ozdobny haft w kształcie litery “C” przy podstawie kciuka - Nigdy… Nie nosisz zimą rękawic, a masz delikatne dłonie, więc pomyślałem… - Crowley wpatrywał się w niego, chyba zdziwiony - Pamiętasz starą, rzymską legendę o bogini Wenus? - zaczął paplać Azirafal - Biegała po lesie na górze Olimp i przewróciła się na krzew pełen cierni. Jej dłonie były całe podrapane, więc Gracje uszył jej cienkie jak płatki kwiatów bandaże, pod którymi Wenus mogła schronić poranione palce… Szkoda, żebyś zaniedbał swoje - miał wrażenie, że tymi słowami pogrążył się bez reszty.

Przez chwilę między nimi zapadła cisza.

- Myślisz, że Wenus też zaznała luksusu vintage tartanu? - Crowley odkrył, że tkanina, jaka wypełniała podszewkę, miała wzór w ciemnozielona kratkę.

Azirafal parsknął. Wiedział, że nie do końca leży to w guście Crowleya, ale nie mógł się powstrzymać, gdy zobaczył próbnik z materiałami.

- Możemy to szybko naprawić - machnął ręką, żeby zmienić kolor tkaniny na jednoloty, ale Crowley go szybko powstrzymał

- Są w porządku - dodał z nietypową dla siebie powagą - Są… Idealne - Azirafal zdziwił się, bowiem rzadko słyszał tak pozytywne słowa z ust Crowleya - Nawet, jeśli twój gust, jest pomnikiem przedwojennego tartanowego fetyszu - anioł na tę uwagę tylko westchnął.

Na minutę świat obok się przyciszył, jakby ktoś przykręcił gałkę nazbyt głośnego radia. Crowley wziął pierwszą rękawiczkę i wsunął ją sobie na lewą rękę.

Anioł patrzył z zapartym tchem, jak blada skóra ginie pod czarnym materiałem, opinając długie, kościste palce. Gdy demon założył drugą rękawiczkę, poruszył kilkakrotnie rękoma, sprawdzając wygodę i rozmiar rękawic. Azirafal nie mógł pozbyć się wrażenia, że w pomieszczeniu jest bardzo gorąco, a jego własne ubranie, zwłaszcza kołnierz, są niewygodne i obcisłe.

Szum sali powrócił do niego ze zdwojoną mocą.

Gdy wyszli na świeże powietrze, Azirafal odetchnął z ulgą. Postanowił, że dla własnego zdrowia psychicznego przez jakiś czas nie będzie nikomu robić żadnych niespodzianek.

Wracali do hotelu w milczeniu. Crowley, mimo dość ciepłej nocy, miał dalej na sobie rękawiczki. Złote “C” migotało jak półksiężyc w świetle latarni.

- Chyba nigdy nie spędziliśmy razem tak pokręconego wieczoru, prawda? - powiedział na pożegnanie Azirafal, gdy dotarli do hotelu. Apartament Crowleya znajdował się piętro niżej, pod pokojami anioła.

Crowley ściągnął okulary i, chowając je do kieszeni marynarki, popatrzył na Azirafala uważnie.

- Jakbyś… Chciał, to znam kilka adresów, gdzie podają świetne drinki - zaproponował ostrożnie - Możemy też pójść napić się do mnie, jeśli jesteś zbyt zmęczony - dodał, gdy Azirafal zrobił niepewną minę.

- Ja… Chyba się położę. Albo pójdę poczytać. Dzisiaj było za dużo ludzi i potrzebuję chwili ciszy - odpowiedział szeptem.

Stali na środku hotelowego korytarza, z dołu dobiegały ich dźwięki niekończącej się włoskiej imprezy.

- Możesz poczytać u mnie - oczy demona zaświeciły dziwnym blaskiem i zrobił krok w stronę Azirafala. Ten, speszony, w ripoście zrobił krok do tyłu.

Żarówki w kinketach zamigotały.

Nie bacząc na gest anioła, Crowley zrobił dwa kroki do przodu. Azirafal zacisnął powieki, zdenerwowany.

Przecież znał demona od tak dawna, przy nikim innym nie czuł się tak bezpiecznie, ale w tej jednej chwili jego puls dudnił tak, jakby przebiegł półmaraton lub uciekał przed stadem wilków.

- Jutro idziemy do Galerii Uffizzi z samego rana, nie zaśpij - usłyszał koło ucha niski głos Crowleya. Na policzku poczuł lekki, pożegnalny pocałunek. Włoskie pożegnanie.

Azirafal otworzył oczy. Crowleya już nie było.

Jedna z lamp się przepaliła.