Work Text:
Usta Rozalii były przedziwnie miękkie, smakowały miodem, różami i szczęściem. Zofii nie trudno było zatracić się w ich bezpieczeństwie, tych zapewnieniach, co ich szukała bardzo dawno i dopiero wśród obcej kobiety, mieszczanki (na skaranie boskie!) znalazła. I zaczynała wierzyć, że życie nie jest tylko próbą Bożą, a przyjemnością, wypływającą z samego serca. Przez ten czas nie musiała ograniczać własnych myśli, bojaźń i miłosierdzie do samego Boga odeszła jakoś szybko - teraz miała szansę zadbać o swoje życie, nie pozostawiać go w rękach Stworzyciela, kształtować jego formę i nadawać barwy (a te z tych czarnych przemieniły się na zielone, błękitne i czerwone). Poczuła dziwną moc, sprzeciw i rewolucjonizm, którego nigdy nie rozpyliła.
A wszystko przez delikatne dłonie, śliczne słowa i obietnice, jeden uśmiech, i zapach, który już zawsze zostanie przy niej - w dzień, nocy, w dniu śmierci i każdej pojedynczej myśli. Rozalia była najciekawszym człowiekiem, jakiego poznała, czarowała, choć nie była wiedźmą, skarżyła się na niesprawiedliwość z Bogiem nad jej głową, zachęcała do ciężkiego grzechu z najmilyszmi gestami. A Zofia, mimo że była kobietą z silną wolą, uległa pod tym spojrzeniem pięknych oczu. Rozalia była diabłem i boginią, te obrazy bardzo długo kłóciły się w umyśle Zofii, aż wreszcie złożyły się na całość - człowieka, który chciał pokazać jej coś więcej niż granice wsi, więcej, a nawet cały świat.
I diabeł w piekle zaciekle wiwatował. Zofia nic nie poradziła, że Rozalia dawno zaprowadziła ją pod bramy piekieł. Inaczej nie potrafiła wyjaśnić sobie tego chorobliwego ciepła, co ją spowijało, kiedy Rozalia najczulej dotykała jej dłoni i ust. Gdy niemal z namaszczeniem scałowywała najmniejsze zmartwienia, nabożeństwem spoglądając na nią spod rzęs, kokieteryjne, kusząc, by skosztowała kolejny raz smaku skóry, poczuła bliżej obezwładniający zapach, żeby znów pogrążyła się w przyjemności grzechu, amoralności występków, własnego sumienia.
Mimo że na początku bardzo starała się odsunąć ją od siebie, determinacja i łagodność Rozalii skusiły ją po raz pierwszy. Niegdyś rwała się do spowiedzi, chcąc jak najszybciej pozbyć się tych uczuć, ale i tego nie potrafiła zrobić. Skazać się na tak niewdzięczny los, przepełniony wstydem. Bo sama musiała to załatwić. A potem się zakochała. I wreszcie odkryła czym jest miłość, ona stawiała serce w ogniu, rozrywała na małe kawałki i niezwykle dobrze na nowo je składała. Była ptakiem o poranku, melodią wspominaną w smutkach, najmniejszym uśmiechem, najszczęśliwszym śmiechem, wiosennym krajobrazem, Bogiem i Rozalią. I chciała krzyczeć o swojej miłości, o jej potędze, radości, co ją całą przepełniała na samym wspomnieniu, lecz wciąż nie miała sił,wbrew temu, że rozpierało ją od środka, czekające na nagły wybuch (a to byłaby taka ładna śmierć! z samej wielkiej miłości!)
Nie miała siły także na łzy, które z jej powodu wyniknęła, choć pragnęła wrzeszczeć, rozerwać się na dwie połowy, kopać cały świat, chować w zapomniane fragmenty domu niczym dziecko, szukające sposobu na ukrycie się przed tym okrucieństwem i bólem, by nie żyć już w tym miejscu - bez Rozalii, ciepła, zapachu fiołków i szczęścia, jakie za sobą niosła.
- A ty co poświęcasz?
Zofia nie umiała zapłakać, musiała zaakceptować własne fatum, to jedyne jej pozostało - oprócz tego przeklętego zapachu, który czuła aż do następnego tygodnia.
