Chapter Text
Wybiła godzina siódma rano, a doktor Tadeusz Żeleński nie wiedział co miał ze sobą zrobić, nie wiedział też jak się nazywa, a tym bardziej, gdzie ma zmierzać. Wiedział tylko, że ma się spieszyć. Zbył jednak tą myśl, tak jak i swój budzik, ale dla swojego rozczarowania, nie mógł już zasnąć. Wstał więc i poszedł oporządzić się do łazienki. Spojrzał na siebie w lustrze i z niedowierzaniem stwierdził, że na jego głowie pojawił się pierwszy siwy włos.
To przez ten stres , powtarzał sobie, ale nie wiedział dokładnie czym w ostatnim czasie się stresował. Była zbyt wczesna godzina, żeby o tym myśleć.
Poszedł zrobić sobie kawę, tak żeby wtłoczyć w siebie trochę życia. Kuchnia jego mieszkania była dość mała, ale schludna, więc nie narzekał. Kiedy czekał, aż jego napój się zaparzy, spojrzał na kalendarz koło lodówki na którym to dzisiejszy dzień był zakreślony na czerwono. Zmarszczył brwi i przetarł oczy, żeby lepiej się przyjrzeć. Coś było naskrobane pod datą.
1 września, 8:00, rozpoczęcie akademii.
W tym właśnie momencie go olśniło.
- Jasny gwint! - westchnął i popędził, żeby zacząć się ubierać.
Dzięki Bogu, jego garnitur wisiał jak zwykle wyprasowany w szafie, więc nie musiał się z tym męczyć. Problem pojawił się jednak, gdy postanowił wypić wcześniej przygotowaną kawę i wylał jej część na swoją koszulę. Nie miał czasu, żeby się przebrać więc tylko zapiął swoją marynarkę by zakryć plamę i wybiegł z mieszkania.
Korki na mieście nie były aż tak złe jak Tadziu się spodziewał, co jednak nie powstrzymało go przed wpadnięciem na podwórze liceum jak bomba przez dziurawy dach. Wszyscy inni wychowawcy byli ustawieni już przy swoich klasach, ale doktor Żeleński nigdzie nie mógł znaleźć swojej dzieciaków z 2B, profil matematyczno-informatyczny.
Z wszystkich klas jakie mógł dostać trafiła mu się banda patałachów, którzy nie wiedzieli, jak żyć poza światem wirtualnym. Tadeusz nie chciał zabrzmieć jak stary dziad, ale Internet niszczył postrzeganie świata większości z jego wychowanków. Oczywiście, znalazło się kilku zaradnych, którzy umieli całkiem nieźle zbalansować oba światy. Sztandarowym przykładem była przewodnicząca klasy, Monika. Dziewczyna miała dziwną obsesję na punkcie Żeleńskiego, a on próbował ją w bardzo miły sposób zbywać, co niestety się nie udawało.
Tadeusz rozglądnął się w poszukiwaniu swoich znajomych. Broniu wstał przy 3D, jego prężnie działającej klasie matematyczno-geograficznej. Pomachał mu dyskretnie, na co Malinowski się uśmiechnął. Dalej stał Joseph, wychowawca 4F, klasy o rozszerzonym programie z matematyki i języka angielskiego. Nikt nie odważyłby się nazwać go Józef, każdy znał go pod angielskim odpowiednikiem jego imienia; nawet inni nauczyciele się tak do niego nie zwracali. Ale to nie jego tak naprawdę szukał. Nagle ktoś poklepał go po ramieniu. Obróciwszy się, znalazł swoją zgubę.
Zofia Pareńska uśmiechała się do niego promiennie.
- Tadziu! Jak miło cię widzieć! – przywitała go i uściskała.
Żeleński zaśmiała się niezręcznie. To nie tak, że miał coś przeciwko temu gestowi, wręcz przeciwnie. Zosia podobała mu się niemiłosiernie, ale nigdy nie zdobył się, żeby jej to powiedzieć. Zachodził w głowę jak to zrobić, ale zazwyczaj brakowało mu najważniejszego, odwagi.
- Jak się czujesz, Zosiu? Wakacje się udały? – zapytał się jej z niemrawym uśmiechem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo! – zaczęła swoją tyradę, ale uwagę Tadeusza przykuła pstrokata plama za Zofią. Zaczął przyglądać się jej bliżej i odkrył, że to nie jego halucynacje z powodu braku śniadania, a osoba z krwi i kości. I do tego, nauczyciel. Średniego wzrostu, mniej więcej w jego wieku, stał i opalał się we wczesno wrześniowym słońcu. Jego okrągłe okulary przeciwsłoneczne do złudzenia przypominały gogle.
- Przepraszam cię, moja droga, ale kto to jest? – przerwał Zofii i dyskretnie wskazał mężczyznę. Ta popatrzyła się na niego jakby spadł z księżyca.
- Nie słyszałeś? Mamy nowego nauczyciela plastyki. Stanisław Witkiewicz, jeśli się nie mylę. Wyspiański poszedł na poratowanie zdrowia, z żoną wyjechali do jej rodziców na wieś. Jakieś żaby tam mają czy coś - zaczęła się zastanawiać. - A nie, Żabno. Tam pojechali. Dobrze, nie ważne. Teraz przyszedł ten nowy. Broniu go zna, a przynajmniej poznał na studiach. Mówił, że jest bardzo ekscentryczny. Chyba się to nie zmieniło. – Obejrzała go z góry na dół. Ten zauważył, że na niego patrzą i postanowił podejść. Miał krzywy, cwaniacki uśmieszek, jakby próbował tym naśladować ogólną aurę licealnej młodzieży.
- Dzień dobry – przywitał się grzecznie. – Stanisław Witkiewicz. Reaguję też na Witkacy.
- Zofia Pareńska. Miło poznać. – Uśmiechnęła się do niego. Witkiewicz ujął jej rękę i pocałował, na co ona spaliła buraka.
- Przyjemność jest po mojej stronie. – Obrócił się do Tadzia i spojrzał mu prosto w oczy, a przynajmniej Tadziu tak podejrzewał, bo gogle były nieprzeniknione. – A pan to?
- Tadeusz Żeleński.
Stanisław uścisnął jego rękę, przyglądając mu się blisko, trzymając jego dłoń trochę dłużej niż było to konieczne. Tadeusz czuł, że jego ręce z jakiegoś powodu zaczynają się pocić. Spojrzenie Witkacego, mimo że niewidoczne, to wyczuwalne, sprawiało, że czuł gorąco za kołnierzem.
- Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna. – Witkiewicz uśmiechnął się i wrócił do swojej klasy, przywracając ich do porządku. O dziwo, podziałało.
- Przedziwny człowiek – powiedziała Zofia.
- Zdecydowanie – przyznał Tadeusz, drapiąc się po karku. Coś w tym człowieku było, co nie dawało mu spokoju. Musiał zbyć jednak to przeświadczenie, bo wszyscy usłyszeli mechaniczny pisk głośników oznaczający rozpoczęcie się przemówienie dyrektora. Zofia wróciła do swojej klasy, a Żeleński próbował opanować swoich wychowanków.
- Przepraszam was drodzy państwo - powiedział niezręcznie dyrektor, siłując się z mikrofonem. - Technika jak zwykle nie współpracuje. - Na ten żart nikt się nie roześmiał, więc dyrektor kontynuował swój wywód. - Witam was w nowym roku szkolnym! Cieszę się, że z naszego grona nikogo nie ubyło, a nawet i przybyło. Serdecznie chciałbym powitać nowych nauczycieli, mam nadzieję, że będziecie się tu czuć jak w domu. – Skłonił się tutaj w stronę grona pedagogicznego. – Witam też naszych drogich uczniów! Klasy czwarte witam niestety już po raz ostatni, a pierwsze po raz pierwszy.
Tadeusz przestał słychać w tym momencie. Każdego roku wyglądało to tak samo, dyrektor miał swoją żenująca przemowę, która denerwowała każdego polonistę za zbyt dużą ilość powtórzeń, a później wszyscy rozchodzili się do klas, żeby tam podać plan lekcji i inne podstawowe informacje. Wszyscy mieli tego serdecznie dość, ale jak mus to mus.
Dzień był słoneczny, ale nie przesadnie gorący, dlatego, żadnego z podopiecznych nie trzeba było ocucać. Tadeusz co chwilę zerkał na nowego nauczyciela, który jakimś cudem za każdym razem też patrzył się na niego. Wtedy doktor odwracał wzrok i patrzył się na swoje buty, ale widział kątem oka jak Witkiewicz się uśmiecha.
Na szczęście przemowa długo nie trwała i dyrektor odesłał wszystkich do klas. Tadeusz zagonił swoje dzieciaki do ich sali i bez zbędnych ceregieli, podyktował wszystkie potrzebne informacje. Skończył w dziesięć minut i już chciał iść do pokoju nauczycielskiego, ale oczywiście, Monika też chciała przywitać swoich rówieśników. Doktor Żeleński westchnął, ale dał jej powiedzieć to co chciała. Później dzieciaki przyszły pytać się o stypendia, czy inne konkursy, więc skończył godzinę później niż się spodziewał. Wypruty i zmęczony zszedł do pokoju nauczycielskiego. Chciał przywitać się z wszystkimi, ale usłyszał jak ktoś go woła.
- Panie Żeleński, dyrektor pana prosi - powiedziała pani Grażynka, sekretarka.
- Doktorze Żeleński - Tadeusz poprawił ją po cichu, tak by nie usłyszała i wszedł do gabinetu dyrektora.
Stefan Banach siedział za swoim biurkiem i wypełniał papiery. Był on wybitnym nauczycielem matematyki, bardzo oddanym swojemu zawodowi, zdecydowanie nazbyt wykwalifikowanym jak na swoje stanowisko, więc rozumiał ból towarzyszący życiu Tadeusza.
- Siadaj, Tadziu. Mam do ciebie sprawę - powiedział i uśmiechnął się pokrzepiająco. - Nie mogę dać ci nawet połówki tego etatu.
- Co? Dlaczego? - Żeleński oburzył się lekko. Prosił dyrektora, żeby dostać chociaż pół etatu polonisty, bo to właśnie było jego marzenie. No, nie do końca.
Tak na prawdę to chciał pisać, ale bycie polonistą to był jakiś start. Ogółem, historia jego kariery była dość groteskowa. Był jednym z najlepszych studentów medycyny na swoim roku, ale jego życie potoczyło się inaczej niż chciał.
Pomimo dyplomu i odbytej rezydencji nie mógł znaleźć żadnej pracy jako pediatra, więc, żeby nie głodować, znalazł prace w pierwszym lepszym liceum. I tak już zostało. Przez prawie piętnaście lat pracował jako nauczyciel biologii i od kilku lat prosił dyrektora, żeby dał mu chociaż pół etatu polonisty. Zdobył odpowiednie wykształcenie, ale problem jednak nie leżał w tym.
- Wiesz dokładnie, dlaczego. Nikt nie chce pracować tutaj jako biolog. Kaziu już jest blisko emerytury, więc pewnie będziesz musiał przejąć po nim rozszerzenia. Mamy większe braki w biologach, dlatego nie mogę nic z tym zrobić. Przepraszam. - Był naprawdę skruszony, ale to była ta sama gadka, którą Tadziu słyszał każdego roku. Nie pozostawało nic innego jak wrócić do pokoju nauczycielskiego, dopełnić uprzejmości i iść do domu.
Kiedy przekroczył próg, od razu usłyszał głos Josepha.
- Co, Tadziu? Pierwszy dzień, a ty już podpadłeś? - zażartował.
Żeleński wygiął usta w podkówkę i podszedł do stolika, gdzie siedzieli jego znajomi. Oczywiście, jedyne wolne miejsce znajdowało się koło Zosi, o co zadbał Broniu, który próbował robić za ich swatkę, co w większości sytuacji się nie udawało, bo sam psuł okazje, żeby mogli zostać tylko we dwoje.
- A tak naprawdę, to co od ciebie chciał? - zapytał Malinowski, pochylając się przez stół.
- Nic ważnego- zbył temat i chciał przejść dalej, ale do rozmowy dołączył się Stasiu.
- Każde wejście do pieczary smoka coś znaczy. Nic nie dzieje się bez powodu. - Witkiewicz poklepał Tadzia po ramieniu i usiadł po jego drugiej stronie. To Broniu zaprosił go do ich grupy, stąd znalazł się przy ich stole.
Doktor Żeleński speszył się trochę. Coś w Witkacym go onieśmielało, ale za razem przyciągało. Był nim zafascynowany, ale też coś w nim go odrzucało. Nie znał nic poza jego imieniem i zawodem, ale chciał wiedzieć więcej. Stasiu spojrzał na niego swoimi świdrującymi, niebieskimi oczami. Tadziu aż zaniemówił, działało to prawie jak hipnoza. Wprawiało go to w jakiegoś rodzaju niepokój, którego jeszcze nigdy nie czuł. Odchrząknął i obrócił się do Bronia.
- Mój drogi, jak twoja wyprawa do Australii? Czy coś udało ci się tam odkryć? – zapytał, szczerze zainteresowany całą sprawą.
- Broniu, to ty w Australii byłeś? – zdziwił się Witkiewicz. – I żadnej kartki nie wysłałeś?
- To nie była wycieczka, Stasiu – pouczył przyjaciela. – Pojechałem tam by prowadzić badania antropologiczne, które nawiasem mówiąc, były bardzo owocne.
- Cieszymy się bardzo, że wróciłeś cały i zdrowy. – Uśmiechnęła się Zosia.
- Dobrze, moi drodzy – przerwał Joseph. – Zgodnie z tradycją, widzimy się dzisiaj o szóstej w Zakopanem . Oczywiście, zaproszenie skierowane jest też do pana, panie Witkiewicz.
Stasiu zmarszczył brwi.
- A o której jest pociąg? Tak orientacyjnie.
Wszystkich z jakiegoś powodu rozbawiło to pytanie.
- Bo widzi pan... – zaczął Tadziu, ale Witkacy mu przerwał.
- Stasiu. Wystarczy Stasiu. – Ten sam cwaniacki uśmieszek rozkwitł na jego twarzy. Żeleńskiemu znowu zrobiło się ciepło za kołnierzem.
- Stasiu... Zakopane to tylko nazwa baru, do którego chodzimy po rozpoczęciach i zakończeniach roku.
- Czyli pijemy na miejscu? – wszyscy pokiwali głowami. – No to jeszcze lepiej! Będzie można dłużej posiedzieć.
Jego entuzjazm został doceniony salwą wesołego chichotu ze strony jego rozmówców. Atmosfera była bardzo przyjemna, ale po pewnym czasie trzeba było zebrać się do domu. Tadeusz jak zawsze ociągał się, żeby mógł sam porozmawiać z Zosią, ale tej, jak na złość, nie było. Znalazł ją dopiero przed budynkiem, gdzie śmiała się z jakiegoś żartu Witkiewicza.
- Tadziu! Stasiu opowiadał mi właśnie... – przerwał jej klakson. To jej siostra przyjechała ją odebrać. – Już idę Marysiu! – obróciła się do Witkacego. – Fantastycznie było cię poznać, Stasiu. – Uścisnęła jego rękę, po czym wyściskała Żeleńskiego i potruchtała do samochodu. Pomachała im jeszcze przez szybę i już jej nie było.
- Bardzo energiczne to wasze grono pedagogiczne – zauważył Witkiewicz, odpalając papierosa. Zaproponował jednego Tadeuszowi, ale ten oczywiście odmówił.
- Przynajmniej człowiek się nie nudzi – doktor przyznał.
Stasiu skierował swoje mesmeryzujące spojrzenie na Żeleńskiego. Ten znowu poczuł, jak dłonie zaczynają mu się pocić. Nie wiedział, dlaczego tak się dzieje i nie podobało mu się to.
- Tak, zdecydowanie się nie nudzi. – Uśmiechnął się łagodnie.
Tadeusz odchrząknął i zaczął rozglądać się niezręcznie za wymówką, co dla drugiego mężczyzny było najwidoczniej zabawne, bo ten zaczął chichotać.
- Eeee... Muszę... Muszę iść na tramwaj. Do domu jechać. – Uścisnął mu rękę i prawie pobiegł na przystanek, tylko żeby uniknąć dalszego kontaktu wzrokowego.
- Do zobaczenia później! – krzyknął za nim Stasiu.
- Tak, tak. Do zobaczenia! – Tadziu jeszcze na chwilę się obrócił, żeby zobaczyć jak Witkiewicz mu macha. Niezgrabnie odmachał i dalej kontynuował swój szybki chód. Te przenikliwe oczy nie dawały mu spokoju.
~~~
W Zakopanem było jak zwykle duszno. Zapach alkoholu roznosił się w powietrzu, ale każdy kto wchodził tam był przygotowany na taką ewentualność. Tadeusz był pierwszym który przybył na miejsce i zajął stolik. Następny pojawił się Joseph, a tuż po nim weszła Zosia. Rozmowa trwała w najlepsze, kiedy to drzwi otworzyły się z rozmachem i przez nie weszli Broniu i Stasiu.
- Witojcie panocki! – przywitał się Witkiewicz z śmiechem i oczywiście usiadł koło Żeleńskiego, pomimo, że koło Malinowskiego było wolne miejsce.
- Co to, Stasiu? Jesteś góralem, czy klimat lokalu tak na ciebie wpływa? – zapytała Zofia, uśmiechając się przelotnie do niego.
- Większość życia spędziłem w Zakopanem, więc jestem prawie jak góral – powiedział, trochę rozmarzony jakby wrócił to czasów dzieciństwa.
- Ciekawe. Opowiedz nam coś jeszcze o sobie – poprosiła Pareńska. – Dlaczego postanowiłeś pracować w liceum?
- Nudziło mi się.
Wszystkich ta odpowiedź zbiła z tropu. Nie tego się spodziewali. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawał nauczycielem z nudów. Mógł to przynajmniej przypisać jakiemuś większemu powołaniu, a nie wybierać szczerość.
- Przepraszam, ale co? – zapytał Joseph.
- Nudziło mi się. Prowadzę firmę portretową, ale stwierdziłem, że potrzebuję jakiegoś powiewu świeżości. Dowiedziałem się od znajomego, że Wyspiański idzie na poratowanie zdrowia, więc stwierdziłem, że to świetna okazja, żeby zobaczyć jak to jest być nauczycielem. Kurs pedagogiczny mam, więc nie było żadnych przeciwwskazań, żeby mnie zatrudnić. ASP skończyłem z wyróżnieniem, więc wiem co nieco o sztuce – przedstawił swoją historię Witkiewicz.
- O, to tak jak Tadziu! – zauważył Broniu. – On też jest nazbyt wykwalifikowany jak na bycie nauczycielem biologii.
Stasiu uniósł brew w zdziwieniu.
- Widziałem, że jest doktorem, ale trudno to nazwać zbyt wysokim wykształceniem. Każdy może zrobić doktorat.
- Tylko, że ja jestem lekarzem pediatrą. Dlatego mam doktora w tytule – wytłumaczył speszony Żeleński.
Witkacy patrzył na niego z niedowierzaniem po czym zaczął się śmiać. Nie był to szyderczy śmiech, ale ciepły i pokrzepiający, w przeważającej większości.
- Naprawdę? Mój boże! Tadziu, podziwiam. Ale dlaczego? Dlaczego ty jesteś nauczycielem, a nie lekarzem?
Tadeusz skrył się w sobie. Nie lubił o tym mówić, choć nie była to jego wina. Zażenowanie temu towarzyszące zostało jednak złagodzone przez przyjacielski ton, w którym to usłyszał swoje imię. W ustach Witkiewicza było bardzo dźwięczne i przyjemne dla ucha.
- Po studiach nie miałem szczęścia do pracy. W całym Krakowie nikt nie potrzebował pediatry i żeby nie głodować zrobiłem kurs pedagogiczny i zacząłem pracować w liceum, bo nigdzie indziej mnie nie chcieli. Było o wiele spokojniej niż na szpitalnych dyżurach, więc zostałem, pomimo kilku propozycji posady lekarskiej. Może i jestem tchórzem, ale całkiem mi z tym dobrze.
- Nie masz się czego wstydzić. – Poklepał go po plecach Witkiewicz. – Ale czy jesteś szczęśliwy?
Tadeusz zaniemówił. Nigdy nie został o to zapytany. Zaczął się szczerze zastanawiać. Widząc skonsternowane na jego twarzy, Broniu postanowił uratować sytuację.
- A udało się chociaż dostać te pół etatu?
- Niestety nie. Nie ważne, ile będę prosić i tak mi nie da.
- Jaki etat? – zapytał Stasiu, lekko kładąc się na stole, by lepiej widzieć Żeleńskiego.
- Tadeusz chciał dostać pół etatu polonisty. Takie marzenie. Ale mamy większy deficyt biologów, więc za każdym razem zostaje mu to odmówione.
Witkiewicz pokiwał głową, jakby dokładnie rozumiał.
- Czyli artystyczna dusza? No Tadziu, bardzo ładnie. A już myślałem, że ten świat jest zupełnie nudny.
Stasiu uśmiechnął się do Żeleńskiego, klepiąc go po ramieniu. Tadeusz chciał coś na to odpowiedzieć, ale padła propozycja drinków, więc powstrzymał się.
Wieczór płynął powoli, dzięki Bogu, bo żadne z nich nie chciało jeszcze wracać do domu. Oznaczałoby to jedno, powrót do pracy nazajutrz. Dzieciaki nie były aż tak irytujące, nie zmieniało to jednak faktu, że cała oświata miała zarówno ich jak i uczniów w głębokim poważaniu. Nie mogli z dnia na dzień zmienić całego systemu, więc pozostało im tylko bawić się dobrze, dopóki mogli.
Kiedy rozmowy zeszły na bardziej filozoficzne tematy, sens życia i temu podobne, wiedzieli, że nadszedł czas by się pożegnać. Nie byli aż tak pijani, spokojnie do rana by wytrzeźwieli, ale Tadziu czuł się jakby popadał w delirium. Ciągle wydawało mu się, że Stasiu na niego patrzy. Momentami okazywało się to prawdą, obserwował go z wielkim zainteresowaniem, ale na pewno nie mógł tego robić cały czas.
Gdy już wychodzili, uścisnął rękę Witkiewicza, a ten na odchodne puścił mu oko i pomachał, żegnając się tak z wszystkimi po czym wziął Bronia pod rękę, by ten szedł prosto, i poprowadził do domu. Żeleński nie mógł zbyć tej figlarnej iskierki, którą było widać w oczach Stasia. Chociaż na chwilę od tego odciągnęła go możliwość odprowadzenia Zosi, z której to chętnie skorzystał.
- Ciekawy ten Stasiu, prawda? - zapytała Pareńska.
- Można tak powiedzieć. - Tadeusz wzruszył ramionami.
- Zastanawiam się jak sobie poradzi. Sądzę, że dzieciaki go polubią.
- Tak, raczej tak. - Żeleński pokiwał głową.
Dalej nie mógł zbyć tego błękitnego spojrzenia z tyłu swojej głowy. Dla pewności obrócił się, ale nikogo za nim nie było.
To tylko paranoja , powiedział sobie.
W jego uszach dalej też dźwięczało pytanie o szczęście, nad którym ro jeszcze się nie zastanawiał. Nie miał też zbyt dużo czasu, bo wreszcie dotarli na miejsce.
Zosia mieszkała w starej kamienicy, bardzo przytulnej i uroczej, nie to co Tadeusz, którego mieszkanie znajdowało się w bloku z wielkiej płyty, ale i tak je lubił. Pasowało to do niej. Żyła w swoim własnym cukierkowym świecie, zawsze miła, zawsze pomocna i z nich wszystkich miała najwięcej szczęścia w życiu.
W tym właśnie Tadeusz się zauroczył, w jej nieodpartym optymizmie, że jutro może być lepiej. Szalał za tą kobietą, ale nie mógł z siebie tego wydusić. Była jak piękny kwiat na najwyższej gałęzi drzewa, a on był tylko marnym robaczkiem, który nawet nie umiał się wspinać. Pluł sobie w brodę z tego powodu, miał już tyle okazji by wyznać jej swoje uczucia, ale wewnętrznie nie mógł się przełamać. I dzisiaj też nie był ten dzień.
- Jak zawsze, miło było spędzić czas w twoim towarzystwie. - Zosia uśmiechnęła się, stojąc już na schodkach prowadzących do wejścia.
- Oczywiście, odczucie jest odwzajemnione.
Oboje się zaśmiali na tą marną imitację flirtu.
- Dobranoc, Tadziu - powiedziała Pareńska i po chwili wahania, pocałowała Tadeusza w policzek. Pomachała mu i weszła na klatkę.
- Dobranoc, Zosiu! - zawołał za nią Żeleński po odzyskaniu świadomości, dalej jednak kompletnie zbity z tropu.
Jego serce łomotało i zaczął podejrzewać, że może właśnie mieć zawał, puls był jednak regularny więc nie musiał się tym przejmować. Wiedział jednak dobrze, że nie będzie mógł przestać o tym myśleć przez następny tydzień. Leżąc w łóżku, odgrywał alternatywne scenariusze, w których to odważył się powiedzieć jej o wszystkim co czuje. Była też inna myśl, której to próbował się pozbyć za wszelką cenę, by przypadkiem nie zaćmiła tej pięknej sceny. W jego głowie, Stasiu dalej na niego spoglądał, tymi swoimi niebieskimi oczami, z wielkim zainteresowaniem i zapytaniem, czy jest szczęśliwy.
Nie podobało mu się to, nie powinien o tym już myśleć, ale ta myśl dalej mu ciążyła. Nie, ciążyła to złe słowo. Chciał, żeby mu ciążyła, natomiast ona przyjemnie krążyła po jego głowie. Czuł się przez to winny, że to wspomnienie może dzielić miejsce z najcudowniejszą rzeczą jaka go spotkała w ostatnich tygodniach. Bijąc się z myślami, będąc już bardzo zmęczony, usnął. Nie śnił o niczym konkretnym, pamiętał tylko piękne błękitne niebo i ciepło słońca na policzku.
