Work Text:
Rozłożył się ze swoją kolekcją kości, zajmując cały stół pod oknem. Ojcu zwykle to nie przeszkadzało - jeden wilk więcej przy stołach dawał złudzenie pełnego lokalu, a to ośmielało potencjalnych klientów. Niektórzy z nich znali Casaela i specjalnie dla niego zachodzili do „Rybiego Ogona”, by dowiedzieć się, czy warto ubijać planowane interesy, czy partnerki ich zdradzają lub po prostu, co przyniesie dzień. Jeśli wierzyć plotkom, biały podrostek potrafił nie tylko odczytywać różnego rodzaju znaki, choćby babrając się we wnętrznościach ofiar składanych Cerberowi, ale też miał sposób na rozmawianie z duchami. Tak przynajmniej twierdziło kilku stałych bywalców lokalu.
Casael wiedział, że dzisiejszy dzień był inny. Musiał zachować czujność, by w porę zwolnić miejsce dla potencjalnego klienta – nie mogli sobie pozwolić na brak siedzisk. Wieść snująca się na pyskach wilków w barach i na straganach mówiła, że w porcie pojawić ma się statek po brzegi wypełnionym pasażerami, a to oznaczało wyposzczone żołądki i dużo towaru na wymianę. Wilk nie mógł się doczekać, by ich wszystkich zobaczyć. Poznawanie historii tych, którzy przybywali z daleka zawsze napełniało jego duszę tęsknotą do podróżowania. Nikt nigdy nie zatrzymywał się w Wilczej Krainie na dłużej, traktując ją z dużą dozą ostrożności. Plotki mówiły, że tutejsze wilki nie tylko były nieśmiertelne, ale potrafiły też władać magią bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. Takie miejsca rozsądnie było omijać szerokim łukiem lub – w najgorszym wypadku – odwiedzać, zachowując najwyższą ostrożność. Zwykłe wilki nie miały tutaj zbyt dużych szans na spokojne życie. Ile z tego było prawdą trudno było Casaelowi zweryfikować, choć nie wykluczał, że część z tego była zwykłymi legendami. Jego mama nie żyła, co stanowiło poważny dowód na to, że wcale nie byli nieśmiertelni. Skoro to nie było prawdą, trudno nie podważać prawdziwości reszty stwierdzeń.
Układając ostrożnie ptasie kości, obserwował, jak ojciec – czarny osobnik o długich łapach i niebieskich ślepiach, których kolor Casael odziedziczył – przenosił właśnie ostatnie sztuki świeżych ryb, które dziś rano udało mu się złowić. Szczęście im dopisało – ta partia labraksów powinna była zapewnić zapłacenie Kremaenowi całej sumy przewidzianej na obecną rotację Księżyca, a do tego co nieco będą mogli zaproponować gościom. Wilk chwilę bezmyślnie przesuwał pazurem krucze obojczyki, tworząc z nich tylko sobie wiadomy wzór, by w końcu zorientować się, że zupełnie nie jest w nastroju do wróżenia. Z irytacją przygarnął do krawędzi stołu małe kostki, a następnie zsypał do sakiewki zawsze zawieszonej na szyi.
Nie znosił Kremaena. No, prawdę mówiąc nie tyle Kremaena, którego nie znał i poznawać nie zamierzał. Denerwowały go jego pionki, a w szczególności ci dwaj rudzielce, niewiele starsi od samego Casaela. Ostatnio udało się mu z Anataelem pokazać im, gdzie mogą sobie wsadzić swoje brudne łapska, gdy spotkali ich przez przypadek w kasynie. Oczywiście zrobili to bardzo elegancko, ogrywając w Black Jacka. Czy kantowali? Nie miało to znaczenia, przynajmniej dla Casaela. Liczył się wyraz pyska dwóch pachołów, którzy sądzili, że potrafiliby ograć braci Szachów.
Mogłoby się wydawać, że przegrani odebrali swoją nauczkę – nikt nie powinien próbować grać w gry z rodziną Casaela. Wilk wiedział jednak, że obaj ponownie pojawią się w „Rybim Ogonie”. Na samą myśl chciało mu się głośno prychać.
„Ochrona”, tak oficjalnie nazywała się usługa za którą płacili. W końcu bez niej „coś mogłoby się przydarzyć takiemu kulturalnemu lokalowi”.
– Kremaen się nam przydarzył – skwitowała kiedyś ponuro jego siostra, Rhaenys, gdy byli na samym początku drogi do rozkręcenia działalności. – Tak, jak wszystkim w porcie.
Nikt nie wspominał „Klubu”, lokalu z przynależącym burdelem, pozostającego w łapach zamkowych wampirów. Im nikt nie odważyłby się wejść w drogę. Przynajmniej nie dopóki służyli u boku alfy. Inni nieszczęśnicy przeklęci klątwą krwi musieli radzić sobie tak samo, jak reszta tutejszych mieszkańców – bez nadziei na czyjąkolwiek pomoc, z rudymi oprychami odbierającymi haracz lub życie.
– Wywróż mi coś.
Casael zobaczył rudą łapę, opartą przed nim na stole, a słowa wyrwały go z zamyślenia. Nie musiał podnosić łba, by wiedzieć, kogo zobaczy. Biały wilk poczuł, jak drży mu górna warga, odsłaniając kła. Nie były to już mleczaki, z czego Casael był nader dumny, jednak i tak nie mógł z nich zrobić użytku. Nie teraz.
– Właśnie zastanawiałam się, skąd ten podły zapach padliny pojawił się w naszym barze – powiedziała melodyjnym głosem Rhaenys, nagle wyłaniająca się z zaplecza.
Posłała rudzielcom zadziorny uśmiech, zupełnie taki, jaki miała mama że wspomnień Casaela, po czym oparła się o framugę. Z jakiegoś powodu (Casael domyślał się z jakiego), wilczyca mogła sobie pozwolić na takie zaczepki. Miała w sobie coś, co sprawiało, że samce chciały jak najlepiej przy niej wypaść.
– Pomyślałem o tym samym – odparł niższy z rudzielców. – Gdy weszłaś.
Rhaenys smagnęła ogonem, wyraźnie już mając przygotowaną ripostę. Wyglądała jak harpia, szykująca się do rozerwania krtani swojej ofiary. Casael postanowił to w porę przerwać – wiedział, że ojciec nie byłby zadowolony, gdyby odstraszyli klientów burdą, zaś siostra słynęła z ciętego języka. Jakoś musieli tutaj przeżyć, a najlepiej robiło się to poprzez nie zwracanie na siebie uwagi lokalnych wymuszaczy.
– Ryby są przy wejściu. Pozdrówcie pana Kramaena od „Rybiego Ogona”.
– O proszę, grzeczny pies – zacmokał ten sam, wyraźnie bardziej rozmowny wilk.
Casael zacisnął zęby, jednak nie odezwał się. Choć starał się być opanowany jak ojciec, był przekonany, że jego ślepia zdradzały każdą myśl jaką miał w głowie i każdą emocję, którą odczuwał. Nawet jeśli tak było, to rudzielce to zignorowały.
Żwawym krokiem przemieścili się we wskazanym kierunku, szybko lokalizując swoją część haraczu. Podnieśli go, przy okazji łapiąc też za średniej wielkości naczynie z rumem, który Anatael przed południem wyciągnął w ramach przygotowań do obsłużenia większej liczby klientów.
W tej samej chwili z cienia wychylił się – do tej pory niewidoczny – czarny wilk z dwoma białymi pręgami, biegnącymi wzdłuż linii grzbietu
– To dwa razy więcej niż ostatnio! – krzyknął Lunael.
Zjeżył sierść, przypominając teraz bardziej wściekłego borsuka, niż wilka. Casael musiał przyznać, że brat wyglądał dość przekonująco, choć zwykle jego krzyki nie robiły już na rodzeństwu wrażenia.
Masywniejszy rudy wilk mlasnął z niesmakiem, po czym pokręcił łbem w geście udawanego zasmucenia i troski.
– W okolicy zrobiło się bardziej niebezpiecznie.
– Czy to wszystko? – mruknął niechętnie Casael, dając do zrozumienia, że nie mieli zamiaru wchodzić w dyskusję.
A przynajmniej nie powinni byli. Jako najstarszy z całego rodzeństwa czuł się odpowiedzialny za kierowanie wydarzeniami po stronie swojej najbliższej rodziny. Rhaenys westchnęła rozczarowana, a Lunael nic już nie dodał, co oznaczało, że Szachowie zakończyli dyskusję.
Mniejszy z gości odezwał się.
– Nasi ochroniarze będą jak zwykle trzymać kłopoty z dala od Waszego… – zawiesił głos, po czym rozejrzał się, jak gdyby szukając określenia na coś boleśnie miernego. – …lokalu.
Mięśnie na karku Lunaela spięły się, zdradzając, że wilk walczy ze sobą, by nie skoczyć rudzielcom do gardeł. Casael poczuł, że i jego mięśnie dopominają się zrobienia z nich użytku. Obaj wiedzieli, że długo nie dadzą rady się powstrzymać. Najwyraźniej to samo wyczuli ich rozmówcy i nie chcąc tracić sił na szarpaninę wzięli zapłatę, po czym pożegnawszy się standardowym „Chwała mądrości Węża i sile Cerbera!” opuścili lokal.
Zapadła cisza, podczas której Szachowie spojrzeli po sobie. Casael nie musiał zaglądać w kości, by wiedzieć, jak dalsze sprawy musiały się potoczyć.
– Rhaenys – zwrócił się do siostry.
Wilczyca, rzucając bratu przedłużone, ostre spojrzenie, opuściła lokal bez słowa. Ruszyła śladem rudzielców. Casael położył po sobie uszy. Minie trochę czasu, nim siostra wróci z cennymi informacjami.
Lunael podniósł drugie naczynie z rumem, po czym zaniósł je za ladę, gdzie kontynuował przygotowania do otwarcia lokalu. Łypnął spod oka na Casaela, po czym prychnął:
– Mogłeś to inaczej załatwić.
Biały wilk nie odezwał się, wiedząc, że jego brat ma rację. Mógł.
Czarny basior siedział przy stole, przeliczając towar, który udało mu się dzisiaj wymienić za lokalne wyroby i złapaną zwierzynę. Była to już tradycja – rodzinne siedzenie przy świetle księżyca i inwentaryzacja towaru. Oczywiście, istniały lepsze sposoby na integrowanie się z dziećmi, Adirael jednak najwyraźniej nigdy go nie opracował. Jego poszarzałe, niegdyś błękitnego koloru ślepia pozostawały nieruchome, gdy wzrok utkwiony był w przedmiotach rozłożonych na największym z blatów. Smukłe łapy sprawnie przesuwały zdobycze – to na prawą, to na lewą stronę.
– Nocują na samym końcu Zachodniej Dzielnicy – referowała Rhaenys.
Gestykulowała przy tym nosem i uszami na tyle energicznie, że podejście to udzieliło się siedzącemu obok Anataelowi. Wąsy czarno-białego wilka co i raz trzęsły się, gdy siostra wyjaśniała szczegóły swojej wyprawy. Casael był przekonany, że brat w głowie jest już w połowie rachowania kości rudzielców.
– Tuż obok Hutuara, tego golifutra – wyjaśniła. – Nie widziałam, by ktoś jeszcze z nimi był w środku, ale możliwe, że coś przeoczyłam. Nie siedziałam cały dzień.
Poruszyła mięśniami grzbietu, sygnalizując, że nie miała sobie nic do zarzucenia.
– I co niby zrobimy? – powiedział Casael, a jego głos nawet nie próbował zamaskować niechęci do całej sytuacji.
Lunael z irytacji aż trzepnął łapą w stół.
– Jak to co? Trzeba to skończyć. Raz na zawsze. Cholera! Spuścimy z niego krew, jeśli będzie trzeba – wykrzyczał wilk.
Zjeżył się przy tym i położył po sobie uszy. Casael pokręcił pyskiem sceptycznie.
– Ciężko mi to przechodzi przez gardło, ale zgadzam się z Lunaelem.
Anatael uśmiechnął się zaczepnie w stronę brata, który widząc to niemalże natychmiast przeniósł wzrok na siostrę. Najwyraźniej każdy miał opinię na ten temat. Rhaenys po raz kolejny tego wieczoru poruszyła mięśniami grzbietu, nie podnosząc pyska z nad towaru.
– Moje zdanie znacie od dawna.
Znali. Rhaenys chciała im podciąć szyje na drugim spotkaniu.
– Nikt nie będzie spuszczał żadnej krwi.
Głos Adiraela przerwał trwającą wymianę zdań. Lunael wydał z siebie niezadowolone warknięcie i zbierał się do wstawania od stołu, gdy ojciec przemówił po raz drugi.
– W ten sposób marnujecie krew.
Zapadła cisza, którą przerwało szuranie przesuwanego po stole kawału mięsa. Spojrzenia młodych wilcząt błysnęły z ekscytacją. Nawet stawiający do tej pory opór najstarszy z miotu, Casael, pomimo wyraźnego zaskoczenia zaczął poruszać ogonem w zaciekawieniu.
– Anatael, pójdziemy razem.
Anatael, wyraźnie zadowolony i podekscytowany tym, że został wybrany, wyszczerzył się do rodzeństwa, za co Lunael wynagrodził mu pokazaniem języka.
Zniknęli za drzwiami chwilę później. Wyglądało to, jak gdyby ojciec rozpłynął się w ciemności. Ich położenie zdradzały jedynie co jaśniejsze plamy na sierści oddalającego się Anataela.
– Nie sądziłem, że Adirael kiedykolwiek się na to zdobędzie – powiedział Lunael, kręcąc przy tym pyskiem.
Rhaenys wstała i przeciągnęła się.
– A Ty dokąd? – wyburczał z wyrzutem w głosie Lunael, wyraźnie dotknięty wyborem ojca.
– Przyda im się pomoc – odpowiedziała od niechcenia.
– Idę z Tobą! – oświadczył Casael, wyprzedzając swojego brata.
Niemalże wypchnął siostrę z lokalu, a gdy zamykali drzwi już słuchać było bluzgi Lunaela. Biały basior oparł się zadem o ścianę loku i odetchnął, pozwalając sobie na chwilę zadowolenia. Rhaenys spojrzała na niego pytająco.
– No co? Nie lubię zamykać Ogona – uśmiechnął się dumny ze swojego sprytu, po czym kiwnął pyskiem, sugerując, by ruszyli pod przewodnictwem siostry.
Rhaenys pokręciła łbem, nie ukrywając politowania z jakim patrzyła na brata.
– Szczeniaki – powiedziała na westchnieniu, po czym ruszyła w głąb Wschodniej Dzielnicy portu.
Droga wilków oświetlona była przez blask zawieszonego nad nimi, niczym pazur niedźwiedzia, półksiężyca. Casael lubił takie światło – lodowate, nieoślepiające. Wilk przyjmował za dobrą kartę, że właśnie dzisiaj zdecydowali się na złożenie wizyty Kramaenowi. A kto jak kto, ale wilki z klanu Potępienia potrafiły docenić dobrą kartę.
Deski w tej części portu pamiętały lepsze czasy – teraz, lekko zbutwiałe, uginały się pod ciężarem wilczych łap. Do tego zapach gnijących resztek ryb i innych zielonych chwastów wyrzuconych przez morze dodatkowo nie ułatwiały cieszenia się mieszkaniem w Zachodniej Dzielnicy. Wiatr rzadko zaglądał między tutejsze budowle, ustępując miejsca gęstej, duszącej mgle. Według legend, miały w niej niepostrzeżenie wędrować niektóre wilki. Te same wilki miały mieć dwa rzędy zębów, wypełnionych bardzo trującym jadem. Casael nigdy jednak nikogo takiego nie spotkał, a sama mgła też mu nie przeszkadzała. Owszem, futro robiło się od niej cięższe, przez co z czasem i głośniej stawiał łapy. Do tego ciężko było wywęszyć zwierzynę, ale działało to zawsze w dwie strony. Wraz z Rhaenys byli teraz niemalże niewidoczni. Trudno by im było zorientować się, gdzie właśnie stawiali kroki, gdyby nie wprawa, jaką nabyli wbrew zakazom ojca. Casael doskonale znał trasę do Kasyna – miejsca, skąd przynosił do domu niemalże wszystkie swoje zdobycze. Tam też wiele rzeczy stracił, przegrywając zakłady. Umiejętność czytania wilków nie zawsze się sprawdzała, choć szło mu to coraz lepiej. Kasyno co prawda znajdowało się na granicy Wschodniej i Zachodniej Dzielnicy, jednak pomniejsze spelunki z nielegalnymi zakładami porozrzucane było w całym porcie. Tam Casael także bywał, by powróżyć z kości czy rozegrać partyjkę Oszusta.
Z mgły wyłonił się podest z gilotyną. Nawet Rhaenys nie powstrzymała się, by spojrzeć na ostrze pochmurnym wzrokiem. Choć zgrywała najtwardszą z całego rodzeństwa nie mogła być na tyle bezmyślna, by nie rozumieć siły tego miejsca. Casael całym sobą czuł tutejszą aurę. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale od czasu pogrzebu mamy i odwiedzenia Styksu, miał nieodparte wrażenie, że wciąż czuje czyjąś obecność. Zupełnie tak, jak wtedy, gdy wydaje się, że słyszy się szczura między ścianami domu. Tutaj Casael czuł się, jakby to on znajdował się wewnątrz akwarium, obserwowany z zewnątrz przez dusze tych, którzy stracili życie na gilotynie. Przeszedł obok podestu jak najciszej, nie chcąc zwracać na siebie ich uwagi.
Znajomy szmer wybudził Casaela ze stanu, w jaki wprowadziły go odwiedziny w Zachodniej Dzielnicy. Spojrzał odruchowo na siostrę, która pokręciła pyskiem, dając znać, by zachowywali się jak najciszej. Zwolnili, stawiając miękko lekko ugięte w stawach łapy.
– To był dobry dzień. Lubię, gdy pan Kremaen ma gest.
Większy z rudzielców przeszedł zaledwie kilka kroków przed Szachami. Za nim ciągnął się zapach ryby, którą trzymał niższy z wilków. Kolejny rudy łeb mignął Casaelowi przed oczami. Rodzeństwo instynktownie przykleiło się do siebie bokami, zastygając w bezruchu.
– Mhm.
Usłyszeli mruknięcie oddalającego się basiora. Stukanie pazurów ucichło dopiero po dłuższym czasie, gdy dwójka na dobre została pochłonięta przez mgłę.. Dopiero wtedy Szachowie pozwolili sobie na odetchnięcie. Casael zauważył, że przez cały ten czas wstrzymywał powietrze.
– Było blisko – powiedziała cicho Rhaenys, prostując się na jeszcze przed chwilą ugiętych łapach.
– Blisko czego?
Anatael wyłonił się z mgły, stając tuż obok nich. Wyszczerzal zęby w uśmiech zadowolenia, poruszając ogonem to w prawo, to w lewo.
– I co Wy tu robicie? Kto pilnuje Rybiego Ogona? – zmarszczył nos, starając się dopatrzyć Lunaela.
– Rybie Ogony.
Niski głos zawibrował w uszach Casaela. Zaraz potem biały wilk poczuł obce kły zaciskające się na jego szyi i pozbawiające go powietrza. Pisnął zaskoczony, odpychając się wszystkimi łapami, by wyszarpać ciało ze śmiertelnego uścisku. Bezskutecznie. Ktokolwiek to był, udało mu się śledzić Anataela i dotrzeć aż tutaj. Casael rozpaczliwie szukał wsparcia u swojego rodzeństwa. Dostrzegł, że ich ślepia nie mogłyby być w tym momencie już większe ze zdziwienia i przerażenia. To dawało wiele do myślenia. Wilk nie przestawał się szamotać, choć wiedział, że z kimkolwiek miał teraz do czynienia, szanse na ujście z życiem malały z każdą chwilą. Kątem ślepia Szach zdołał dostrzec brunatnego koloru futro znaczone czarnymi pręgami. Tylko jeden osobnik posiadał takie barwy.
Kremaen przekrzywił łeb, a Casael zaczął mieć wrażenie, że zaraz jego własny kręgosłup złamie się jak suchy patyk. Przychodzenie tutaj było błędem. Młodzik trzepnął jeszcze raz łapą, zużywając cały pokład swoich sił, ale nie mogło to się nijak równać z siłą szefa lokalnego światku przestępczego. Wśród wilków szacunek zdobywa się siłą i sprytem. Właśnie tych dwóch rzeczy nie można było odmówić Kramaenowi. Pokaźny basior spojrzał na niego pogardliwie.
Nagle źrenice wilka się rozszerzyły, a uścisk zelżał. Casael uderzył całym ciężarem swojego ciała o ziemię, gdy jego gardło wyślizgnęło się spomiędzy kłów. Łapczywie złapał oddech, wyrzucając z siebie przy tym kilka kaszlnięć. Jak na wezwanie obok Casaela przemknęli Rhaenys i Anatael, unieruchamiając Kremaena. Ten jednak najwyraźniej nie miał zamiaru stawiać im oporu, będąc w poważniejszych tarapatach.
Pierwszy raz w życiu młody Szach miał okazję widzieć swojego ojca robiącego coś innego, niż krzątanie się po Rybim Ogonie lub polującego na morskich wodach. Czarny basior z kłami wbitymi w gardło przeciwnika, przytrzymywał brunatnego wilka, uniemożliwiając mu ucieczkę. Coś jednak w tym ugryzieniu wydało się Casaelowi dziwne. Ojciec nie szarpał przeciwnikiem, nie sprawdzał, jak giętki jest jego kręgosłup, ani nie próbował wycisnąć z niego ostatniego tchu. Po prostu stał, skupiając się jedynie na tym, by wciąż jego kły miały kontakt z mięsem.
Anatael doskoczył do Kremaena pierwszy, łapiąc go za łapę i przytrzymując, jednak został odpędzony gardłowym warknięciem. Rhaenys zareagowała równie szybko, co jej brat, w porę jednak wycofała się, pozostając w gotowości w razie kłopotów. Oboje dali przestrzeń Adiraelowi, który zupełnie nie zachowywał się jak on. Zawsze cichy i wycofany, często doprowadzał tym do szału Lunaela. Gdyby teraz brat go zobaczył, Casael był przekonany, że zmieniłby się jego stosunek do ojca. Było w tym wszystkim coś tak dzikiego i wrogiego, że biały wilczek zapomniał na chwilę o tym, jak przed chwilą sam mało nie stał się padliną. Czuł, że zrobiło mu się zimno i wiedział, że nie było to spowodowane pogodą.
Brunatny wilk słabł, wkrótce nie będąc w stanie ustać na nogach. Nie trwało to długo, nim ostatecznie upadł, zastygając w tej pozie. Dopiero wtedy czarny wilk wypuścił ciało z uścisku, zlizując z kłów ostatnie krople krwi. Wtedy Casael zrozumiał. Ojciec nie robił nic więcej. Po prostu pił.
Biały Szach podniósł się z ziemi i otrzepał, jak gdyby chciał zrzucić z siebie wstyd, że można było go tak łatwo podejść. Rhaenys nie da mu żyć po tej sytuacji. Nie, żeby sama zorientowała się na czas. Casael spojrzał na Anataela. Pierwszy raz nie uśmiechał się, gubiąc gdzieś pewność siebie. Wszyscy milczeli.
Ciało Kremaena znalazło się na dnie morza szybciej, niż rodzeństwo zebrało w sobie odwagę by wydusić z siebie choćby najkrótsze słowo. Dociążone i owinięte w ciężkie materiały zwłoki zostały porzucone w rewirze znanym z intensywnego zapachu gnijących resztek ryb i wodorostów. W skrócie – absolutnie nikt tam nie zaglądał, nawet najbardziej zdesperowani bywalcy portu. Być może Kremaen zasługiwał na miejsce w Styksie, Adirael uznał jednak, że nie będzie posyłał do Esmeraldy kogoś takiego. Dzieci nie protestowały, nie znając motywu ojca. Zbyt mocno przejęte były tym, co się wydarzyło nie tylko w czasie walki z lokalnym przestępcą, ale także potem z całą jego bandą. Kilka rudych wilków, słysząc odgłosy szamotaniny dochodzące ze znanego im rewiru, pojawiły się na miejscu by wesprzeć pracodawcę. Było już jednak za późno. Stojący nad zwłokami wampir jasno dał do zrozumienia, że ktokolwiek mu się przeciwstawi będzie następny. Przeciwstawił się jeden. Był następny.
Cztery rude osobniki zorientowały się, że zamiast walczyć, oferowana jest im ciągłość zatrudnienia, tak długo, jak planowali być uczciwi.
Tego dnia Szachowie wrócili nad ranem do Rybiego Ogona bogatsi nie tylko o dotychczasowe łupy grupy Kremaena, ale i nowych podwładnych wraz z ich „klientami”.
– To jak powinniśmy się nazywać, skoro właśnie zostaliśmy głowami głównej grupy przestępczej w okolicy? – powiedziała żartobliwie Rhaenys, układając świeżo złowione przez ojca ryby.
Anatael machnął ogonem od niechcenia.
– Jak to jak? Wybór jest oczywisty, głosuję za „Jękami Lunaela” – zaśmiał się, za co chwil później został trącony łapą zdecydowanie mocniej niż powinien. – Ej!
Lunael, który był odpowiedzialny za ten gest nastroszył się, co Casael skwitował uśmiechem.
– Trzeba przyznać, że wpada w ucho.
– I budzi szacunek! – dodał entuzjastycznie Anatael.
– Z taką grupą bym nie zadzierała.
Rhaenys udała, że się kuli, na chwilę odrywając od układania siedzisk. Zapowiadał się kolejny pracowity dzień w lokalu.
– Nawet Ty stajesz po ich stronie?! – wykrzyczał gniewnie Lunael, czym doprowadził rodzeństwo do śmiechu.
Dźwięk ciężkiej skrzyni stawianej na kamiennej podłodze zakończył rozmowę. Nadejście ojca od czasu wizyty w Zachodniej Dzielnicy witano ciszą. Dzieci wciąż nie mogły pogodzić się z tym, kim w istocie był, ani wczuć się w nową rolę, jaką przyszło im sprawować. Zdawali sobie sprawę z przeszłości. Z tego, jakie dziedzictwo przyszło im nieść w nazwie rodu, do którego należeli. Wszystko to jednak było odległe i tak nierealne jak śmierć mamy, którą już ledwo pamiętali. Śmierć Kremaena pokazała im, że przeszłość ich rodziny była bliżej, niż kiedykolwiek się tego spodziewali. Dorastali w poczuciu bezpieczeństwa i ciężkiej pracy w budowaniu Rybiego Ogona, zupełnie ignorując fakt, że gdzieś tam toczą się sprawy, które w każdej chwili mogą sięgnąć po nich.
Rhaenys spuściła oczy i zabrała się do dalszego przygotowywania na gości. Lunael nie odrywał wzroku z Adiraela, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co przekazała mu reszta rodzeństwa.
– Prawie jesteśmy gotowi. Anatael, pójdź do naszych dobrych przyjaciół po dorsze. Możesz zabrać ze sobą rudych. Lunael, przydałoby się więcej rumu. Wiesz kto go ma. Rhaenys… – Ton głosu ojca zmienił się na bardziej miękki. – …jest już idealnie.
Na koniec wzrok wilka odszukał najstarszego syna. Serce białego wilka na chwilę zaczęło wolniej bić.
– Słyszałem, że dwie przecznice stąd nasi dobrzy znajomi ze sklepu z amuletami mają problemy z transportem. Podobno grupa wilczków z Zachodniej Dzielnicy zagubiła się po naszej stronie portu – powiedział zupełnie tak, jakby to była ciekawostka, a nie wstęp do dalszej wypowiedzi.
– Casael, dzisiaj nie musisz zmieniać stołu. Możesz wróżyć z tamtego miejsca.
Wilczek poruszył zadowolony ogonem, doskonale rozumiejąc jakie dostał zadanie. Zwierzynę ofiarną, której wątroby potrzebował mógł sam sobie wybrać.
Każdy pionek ma swoje miejsce na szachownicy. W jednej partii można stracić króla. Zawsze jednak była kolejna rozgrywka.
