Work Text:
– Oddawaj! – warknął Grovyle i rzucił się na Beweara, aktywując Ostrze Liścia.
To był najsilniejszy atak, jaki znał: liście na jego przedramionach rozjarzyły się energią i połączyły w jeden długi, piekielnie ostry miecz.
Jaszczur celował w ramię przeciwnika. Musiał obronić własność Trenera. Bezcenny plecak, przejęty przez wrednego Beweara, który chciał go rozszarpać na kawałki.
Atak nie dotarł do celu. Bewear złapał Grovyle'a w locie i trzymał go tak w wyciągniętej łapie, przyglądając mu się beznamiętnie. Nawet nie próbował kontratakować.
Jaszczur wyszczerzył gniewnie zęby, nie mogąc się wyrwać z żelaznego uścisku. Nie mógł się ruszyć, ale to nie wystarczyło, żeby go powstrzymać.
Szybka salwa Nasiennego Pocisku wystrzelona z pyska wytrąciła torbę z drugiej łapy Beweara. Zaskoczony niedźwiedź cofnął się o krok, a Grovyle wykorzystał ten moment, żeby się uwolnić i złapać cenny plecak.
Bewear sięgnął po torbę, ale jaszczur był szybszy - błyskawicznie wdrapał się na jedno z drzew, wysoko poza zasięg przeciwnika. Ten jednak bez pośpiechu podszedł do drzewa i uderzył w nie Młotoramieniem, rozwalając pień w drzazgi. Grovyle w ostatniej chwili przeskoczył na sąsiednie drzewo, zaskoczony brutalnością ataku. Bewear już celował w kolejny pień, ale jaszczur nie chciał czekać, aż jego pięść dosięgnie celu, i rzucił się do ucieczki przez gęsto splecione gałęzie.
Jego gatunek pochodził z tropikalnych lasów i był doskonale przystosowany do takiego środowiska. Chwytne pazury na każdej kończynie z łatwością odnajdowały oparcie na gałęziach, długi ogon pomagał stabilizować tor lotu przy długich susach, smukła sylwetka z łatwością przeciskała się przez leśną gęstwinę. Grovyle był dużo szybszy tutaj, niż na poziomie gruntu. I to pomimo dodatkowego ciężaru, jaki stanowił plecak, który z trudnością utrzymywał w ramionach. Zaprojektowany na ludzkie kształty, nie nadawał się do noszenia przez pokemony, ale to nie zraziło jaszczura.
Myślał tylko o tym, jak wrócić do miejsca, gdzie jest Trener. Byli razem na wysokiej skarpie, szukając rzadkiego Miniora, kiedy nagle zaatakował ich wściekły Skarmory... To stało się tak szybko, że nie było szans przywołać innego pokemona, jednym atakiem zdmuchnął ich na krawędź zbocza, Grovyle złapał się plecaka, ale zsunął się razem z nim... Pamiętał przerażony wzrok Trenera, kiedy spadał w dół, pamiętał Skarmory'ego wyłaniającego się znad krawędzi... Ocknął się na dnie dżungli i pierwsze, co zobaczył, to ten wstrętny Bewear dobierający się do plecaka Trenera, rozrywając go na strzępy.
Grovyle prychnął wściekle. Nie miał pojęcia, jak się wydostać z tej gęstwiny, a nie mógł się zatrzymać i zastanowić choćby przez chwilę, bo ten nawiedzony misiek ciągle go ścigał.
Nieprzyjemne chrupnięcie wyrwało go z zamyślenia. Gałąź, której chciał się złapać, uciekła gdzieś w dół, zanim zdążył jej dotknąć, a razem z nią cała reszta drzewa. Zirytowany jaszczur przygotował się do twardego lądowania na ziemi, gdzie już na niego czekał nieustępliwy Bewear, oparty nonszalancko o postrzępione resztki pnia.
– Zostaw mnie w spokoju! – zażądał Grovyle, starając się nie podnosić głosu.
– Nic do ciebie nie mam, ale ten tobołek musi sczeznąć. – Bewear wskazał łapą na plecak.
– Po moim trupie. – Grovyle był gotów bronić torby własnym życiem. To w końcu własność Trenera. – Co to w ogóle za słowo, „sczeznąć”? Wychodzisz czasami z tej dziczy?
Spojrzenie Beweara było nieprzeniknione. Kontynuował spokojnie: – Nic, co ludzkie, nie ma prawa zostać w tej dżungli. Pozbędę się tego tobołka, z tobą czy bez.
Grovyle parsknął z pogardą. – Co ci tak ludzie przeszkadzają? Niech zgadnę: jeden z nich złapał twojego kolegę? I teraz pałasz nienawiścią? Będziesz się mścić? No mam nadzieję, że czujesz się od tego lepiej.
Bewear podszedł bliżej. Grovyle pilnował się, żeby nie zadzierać głowy, i tylko patrzył nieufnie spode łba. Nie chciał wyglądać, jakby stracił kontrolę nad sytuacją.
– Słyszałeś o dżungli na Rumianej Górze? – zapytał niedźwiedź cichym głosem.
– Trener i ja byliśmy niedawno na tej górze. Nie ma tam żadnej dżungli.
– Otóż to. – Bewear wpatrywał się intensywnie w jaszczura. Ten bez słowa nerwowo poprawił ciemne okulary, które zwyczajowo nosił. To zaskoczyło Beweara.
– Co jest z twoją twarzą? - zdziwił się niedźwiedź.
– To okulary. Mam je od Trenera, sam o nie prosiłem. Trener bardzo mnie kocha i zawsze o mnie dba. Ale co ty tam możesz wiedzieć.
– Robią coś te okulary? Czy tylko wyglądają?
– Wzmacniają siłę ataków typu Mrocznego, jeśli tak cię to interesuje. To bardzo cenny prezent. – Grovyle wyprostował się z dumą.
– No proszę. A ile znasz ataków typu Mrocznego? – Bewear zdawał się z niego szydzić. Grovyle zacisnął mocniej pazury na trzymanym plecaku.
– Jak nie dasz mi odejść, to zaraz się przekonasz.
– Proszę bardzo, droga wolna. – Bewear wskazał ręką dżunglę dookoła i z prześmiewczym ukłonem cofnął się o krok. Grovyle zadowolony ruszył przed siebie. Niedźwiedź odczekał kilka sekund i zaczął iść za nim. Jaszczur posłał mu pytające spojrzenie.
Misiek wzruszył ramionami. – Muszę się upewnić, że tobół opuścił las.
Grovyle potrząsnął głową z gniewem i bez słowa brnął naprzód. Słyszał Beweara w pewnej odległości za sobą, ale nie chciał już zwracać na niego uwagi. Po kilku dłuższych chwilach milczenia rozejrzał się dookoła. Wszystkie drzewa wyglądały tak samo, a on nie miał pomysłu, jak wrócić do cywilizacji. Jedyne, co mu zostało, to nie cofać się i liczyć, że w końcu trafi na jakąś rzekę albo inny punkt odniesienia.
Drgnął, kiedy nagle usłyszał upartego towarzysza tuż obok.
– Chyba ci ciężko, co? Mogę pomóc. – Bewear wyciągnął łapę po plecak.
– Rozerwanie plecaka na kawałeczki to nie pomoc. Dziękuję bardzo, nic mi nie będzie – warknął Grovyle.
– Nie zgubisz mnie, błądząc po lesie. Mam czas.
Grovyle zaśmiał się głośno. – W ogóle mnie nie obchodzi, czy za mną idziesz, czy nie! Za kogo ty się masz?
– O, chyba już rozumiem. – Bewear wydawał się rozbawiony. – Zgubiłeś się. Nie masz pojęcia, którędy droga.
Grovyle zaśmiał się jeszcze głośniej.
– Może zamiast się wygłupiać, idźmy prosto do wioski – zaproponował Bewear, skręcając w prawo.
Grovyle szybko do niego dołączył. – Właśnie tam chciałem iść. Nie myśl sobie...
– Ty chcesz szybko wrócić do ludzi, ja chcę szybko pozbyć się tobołka. Po prostu chodźmy.
Grovyle już nic nie mówił. Możliwe, że czekała ich długa podróż, i wolał oszczędzać siły. Poza rytmicznymi krokami ich obu zaczął zauważać dźwięki otaczającej ich dżungli. Las był pełen ruchu - drobne pokemony szybko uciekały przez zarośla, spod liści obserwowały ich okrągłe oczy stworków typu Żuk, nawet gałęzie wydawały się żywe, co i rusz poruszając się pod ciężarem przeskakujących po nich istot. Czasami Grovyle czuł na sobie czyjeś intensywne spojrzenie, jakby wyzywające do walki, ale ani razu nikt go nie zaatakował. W rzeczy samej, wydawało się, że w tym niezwykle zatłoczonym miejscu wszyscy z jakiegoś powodu omijają go szerokim łukiem.
Tym powodem, rzecz jasna, musiał być jego przewodnik. Grovyle chciał zrozumieć, co nim kierowało.
– Właściwie, to dlaczego mi pomagasz? Mógłbyś rozwalić plecak w mgnieniu oka i zostawić mnie tu samego.
– Będziesz bronić tobołka za wszelką cenę, prawda?
– Zgadza się. Wiem, że Trener zrobi to samo dla mnie.
– I to mimo, że nie masz szans ze mną wygrać?
Grovyle przytaknął zawzięcie.
Bewear podrapał się po karku. – W tym lesie nikt nie ma odwagi ze mną walczyć. Nikt, oprócz ciebie. Trener musi naprawdę dużo dla ciebie znaczyć. Długo się znacie?
– Prawie całe moje życie – przyznał Grovyle. Poczuł ciepło w sercu, wspominając przygody, jakie przeżył u boku Trenera. – Zawsze chciałem walczyć, a Trener pomaga mi stawać się coraz silniejszym. Jeździmy po świecie, szukamy wyzwań. Trener nigdy mnie nie zostawia samego, zawsze dba, żebym był w dobrym zdrowiu. Razem świętujemy i odpoczywamy, i wiem, że możemy osiągnąć wszystko.
Bewear słuchał zaciekawiony. – Nie sądziłem, że człowiek może być w stanie dbać o pokemony. Przecież nawet nie rozumie naszego języka.
Grovyle poprawił okulary z uśmiechem. – Z Trenerem rozumiemy się bez słów. Nauczyliśmy się siebie przez te wszystkie lata... Zrozumiałbyś, jakbyś nas zobaczył.
Bewear zamyślił się głęboko.
Po wielu kwadransach marszu Grovyle zaczął opadać z sił. Chciał iść naprzód, choćby do wycieńczenia, ale wiedział, że Trenera bardzo by to zmartwiło. Musiał o siebie dbać. Poprosił o przerwę.
Kiedy chciał ruszyć dalej, Bewear bez słowa wziął plecak pod pachę. Grovyle nie protestował. Coś się zmieniło w niedźwiedziu przez ostatnie kilka godzin. Był teraz po jego stronie. Kontynuowali podróż w milczeniu, ale atmosfera stała się jakby swobodna.
W końcu Bewear zabrał głos. – Jesteśmy już niedaleko. Przed zachodem będziesz w wiosce. Dobrze znam tę drogę, czasami przychodzę na brzeg lasu obserwować ludzi... Wiem, że na świecie jest ich naprawdę wielu, i bardzo chcę wierzyć, że nie wszyscy są skończonymi potworami, bo inaczej nie byłoby dla nas żadnej nadziei. Ale trudno wierzyć, kiedy słyszę same złe rzeczy na ich temat. To znaczy słyszałem, dopóki ty się nie pojawiłeś.
Grovyle wzruszył się tym nagłym przypływem szczerości. Chcąc jakoś pocieszyć towarzysza, odpowiedział: – Chciałbym, żebyś mógł się sam o tym przekonać. Nie wiem, czy dobrych ludzi jest więcej, niż złych, ale na pewno jest na świecie dobro, którego warto szukać.
Bewear pokiwał głową w zadumie.
Słońce miało się już ku zachodowi. Promienie świetlne padające pod niskim kątem nadawały florze niesamowitego wyglądu. Wszystkie kwiaty lśniły ciepłymi barwami, wilgoć na liściach mieniła się drobnymi rozbłyskami. Jaszczur mimo swojej sytuacji nie mógł zignorować piękna natury. Chciałby pokazać to Trenerowi, ale wiedział, że to by było nie w porządku wobec Beweara. Pamiętał, że ludzie nie są tam mile widziani. W dżungli niedźwiedź był u siebie i to on zadecyduje, kiedy będzie gotów na spotkanie.
Wśród pomruków lasu dosłyszał nagle znajomy głos, niosący się daleko w wilgotnym powietrzu. To jego Trener! Woła go, szuka, jest tutaj, w dżungli! Grovyle natychmiast się ożywił.
– To Trener! – zawołał i szybko zabrał plecak Bewearowi. – Dzięki za wszystko, cześć! – pożegnał się niezgrabnie i już sunął przez zarośla w kierunku znajomego, ukochanego głosu.
Nie mylił się. Wśród drzew, razem z resztą drużyny, zobaczył swojego Trenera. Wszyscy go szukali, nawołując jego imienia. Ręka Trenera była na temblaku, pewnie przyszli tu prosto ze szpitala... Grovyle poczuł łzy w oczach.
Wreszcie byli razem. Grovyle podszedł do Trenera z plecakiem w wyciągniętych rękach, ale Trenera mało to interesowało. Lekko zawstydzony jaszczur został obsypany całusami, przytulasami i przyjemnym drapaniem po podgardlu. Wreszcie był w domu.
Cała drużyna ruszyła z powrotem do cywilizacji. Grovyle słuchał, jak Trener go chwali za przetrwanie w dżungli i przeprasza za rozłąkę. Sam chciał przeprosić, że nie zareagował dość szybko wtedy, na zboczu. Szybko jednak zapomnieli o nieprzyjemnościach i zaczęli się cieszyć swoją obecnością po długiej rozłące.
Kiedy wreszcie opuścili dżunglę, Grovyle rzucił ostatnie spojrzenie za siebie. Przygoda dobiegła końca i chciał ją dobrze zapamiętać. Przez chwilę wśród cieni zamajaczył mu znajomy kształt Beweara, przyglądający mu się w zamyśleniu, jednak zanim zdążył się upewnić, że to on, już zniknął za drzewami.
Grovyle z uśmiechem pomachał na pożegnanie w stronę dżungli i dołączył do Trenera na ścieżce do centrum miasteczka.
