Work Text:
Tamtego wieczora powietrze pachniało dymem z rozlicznych ognisk, słodkim winem i kwiatami. Długie cienie przemykały pośród winorośli, śmiechy i pokrzykiwania niosły się echem, a wokół winnicy panował radosny rozgardiasz. Drzewa ozdobione były girlandami kwiatów, rozstawione stoły uginały się pod ciężarem rozlicznych dań, raz za razem ktoś wznosił toast choć zmierzch jeszcze nie zapadł i na oficjalne celebracje wciąż trzeba było czekać. Nad winnicą unosił się zapach wiosny, a to oznaczało tylko jedno - Beltane.
Jak co roku celebracje zbiegały się z dniem urodzin młodego dziedzica, które zawsze obchodzono hucznie i na wesoło. Adelinde zawsze przygotowywała inny smak tortu, służba składała się na wspólny, symboliczny prezent, pracownicy winnicy nosili chłopca na ramionach, a ojciec pozwalał mu pójść spać później niż zazwyczaj. Gdy pojawił się Kaeya, obchody podwójnego święta stały się jeszcze lepsze - w końcu młody dziedzic mógł bawić się z kimś w swoim wieku, a im obaj byli starsi, tym ich zabawy stawały się odważniejsze. Gdy w dniu swoich siedemnastych urodzin Diluc skakał przez ogień, trzymając swojego najlepszego przyjaciela za rękę, nie spodziewał się, że rok później dojdzie do tragedii, a na kolejne Beltane przyjdzie mu długo poczekać.
Teraz, wiele lat od tamtej pamiętnej nocy, ledwo parę miesięcy po powrocie z zimnej Północy, panicz Diluc miał ponownie wyjść do swoich ludzi i brać udział w zabawie. Tylko tym razem wszystko wyglądało inaczej.
Nie było już ojca, który zawsze przewodził celebracjom. Teraz to on był odpowiedzialny za wszystko i czuł się bardzo, bardzo nieprzygotowany.
Nie było Kaeyi, z którym mógłby skoczyć przez ogień, a potem dyskretnie podkraść antałek wina, by wypić je wspólnie w ukryciu między winoroślami.
Nie było nadziei, że następny rok będzie lepszy. Pozostała tylko pustka, ozdobiona kwietnymi girlandami, by choć na moment odwrócić wzrok od jej bezmiaru.
Diluc zaklął cicho, odwracając się od okna. Obserwował przygotowania już od dobrych trzydziestu minut w nadziei, że może jednak coś się wydarzy, obchody zostaną odwołane i będzie mógł zostać w pokoju. Niestety, wszystko wskazywało na to, że celebracje były dopięte na ostatni guzik, zapewne za sprawą zawsze uważnej szefowej pokojówek, a jemu nie pozostało nic innego, jak ubrać się i wyjść do swoich ludzi. Zaklął ponownie, gdy jego wzrok padł na przygotowane przez służbę ubrania.
Biała, luźna koszula była przepiękna, to musiał przyznać. Ozdobiona kwiatowymi haftami, przewiewna i wygodna - idealna na wieczór przy ognisku. Spodnie były wąskie, choć uszyte z elastycznego materiału, w sam raz do skakania przez ogień tak, by nie zająć się, a jednocześnie nie krępować ruchów. Butów nie było. Zwyczaj nakazywał, by tej nocy nie zakładać ich, by czuć pod stopami rytm ziemi. Nastoletni Diluc parskał śmiechem za każdym razem, gdy Connor próbował tłumaczyć mu związek między dobrymi zbiorami a tymże rytmem. Nie rozumiał z tego nic, lecz to nie przeszkadzało mu w szalonych harcach co roku. Raz czy dwa rozciął sobie stopę, ale kto by się przejmował detalami?
Tamtej nocy jednak, gdy panicz Ragnvindr czuł jak bardzo nie pasuje do radosnego nastroju winnicy, myśl o braku jeszcze jednej ochronnej warstwy odrobinę go przerażała. Próbował sobie tłumaczyć, że to tylko na chwilę. Pokaże się, zrobi co trzeba i wróci do swojego pokoju, by obserwować obchody święta z bezpiecznej odległości. Byle nie rozczarować swoich podwładnych. Gdy trochę wypiją, nikt nie zauważy jego zniknięcia.
Obok ubrań leżała koperta, którą z samego rana przyniosła pokojówka. Diluc wiedział, co w niej było, lecz nie chciał jeszcze zaglądać do środka. Może później, gdy wróci. Ich relacja z Kaeyą była na tyle delikatna, że trudno było przewidzieć, w jaki sposób list z życzeniami od byłego przyjaciela na niego wpłynie. Wolał zostawić list na późne godziny nocne, gdy wszyscy mieszkańcy pójdą spać i zostanie całkiem sam ze swoimi emocjami.
Sięgając po koszulę, Diluc musnął pieczęć na kopercie.
– Później – mruknął do siebie. Gdyby koperty miały wzrok, ta spojrzałaby na niego z wyrzutem.
Przebrał się szybko, byle mieć to z głowy. Włosy splótł w warkocz, jak zwyczaj nakazywał, na końcu zawiązał granatową wstążkę. Oczywiście, że to musiał być granat… Symbol jego kawalerstwa. Diluc mógł przysiąc, że pokojówki chichotały między sobą, wybierając tę właśnie tasiemkę.
To był kolejny powód, dla którego bał się brać udział w święcie. Beltane było nie tylko celebracją wiosny przechodzącej w lato, to także święto nowego początku. Mówiło się, że związki rozpoczęte tej magicznej nocy były najtrwalsze i bezproblemowe, a spłodzone tego dnia dzieci zdrowe i silne. Kawalerowie i panny wiązali włosy w warkocze, w które wplatali granatowe wstążki - symbol swojej wolności. Choć Diluc nie szukał nikogo, a tym bardziej nie wśród swoich współpracowników, jako pan domu musiał dawać dobry przykład.
Pokłócili się o to z Adelinde kilka dni wcześniej. Próbował tłumaczyć swoje wątpliwości, ale kobieta była nieugięta. Zapewniła go, że i tak nikt nie będzie próbował się do niego zbliżyć, pracownicy znali swoje miejsce, lecz symbol musiał być, bez względu na wszystko. Diluc nie chciał sprawić jej przykrości, zbyt dużo dla niego zrobiła nie tylko w okresie dorastania, ale i w ostatnich miesiącach. Posłuchał więc, choć nie bez niepokoju.
Ostatnim etapem było nałożenie tradycyjnej, bogato zdobionej maski. Według zwyczaju miała sprawić, aby młodzi ludzie podchodzili do siebie bez uprzedzeń, choć w małych społecznościach i tak każdy się znał. To był jedyny element stroju, który cieszył Diluka. Będzie mógł przynajmniej częściowo ukryć się przed wzrokiem ciekawskich.
W końcu spojrzał na siebie w lustrze.
Odpowiedziały mu zmęczone spojrzenie i usta wygięte w grymasie. Westchnął, spróbował się uśmiechnąć, ale nie pomogło, więc wrócił do swojej poprzedniej miny. Wziął dwa głębokie wdechy, poprawił mankiety i boso, zerkając tęsknię w kierunku wysokich butów, wymaszerował na korytarz.
W domu panowała cisza, wszyscy mieszkańcy i pracownicy byli już dawno na zewnątrz. Ktoś jednak czekał na niego u stóp schodów, wypatrując jego nadejścia. Adelinde rozpromieniła się na jego widok i pokiwała z uznaniem głową. W rękach trzymała strojny wianek i jak tylko Diluc znalazł się w zasięgu ręki, włożyła mu go na głowę. Aromat polnych kwiatów uderzył w nozdrza panicza, obezwładniając swoją intensywnością. Pokojówka uśmiechnęła się z aprobatą.
– Wygląda panicz zjawiskowo – powiedziała, choć poprawiła niesforny kosmyk, który wysunął się z warkocza. – Wszyscy już czekają. Wiem, że panicz da sobie radę i mam nadzieję, że mimo wszystko… Zabawa będzie udana.
– Dziękuję – wymamrotał w odpowiedzi, lecz zaraz odchrząknął i uśmiechnął się delikatnie do kobiety. – Mam nadzieję, że twój wieczór też będzie dobry.
W odpowiedzi Adelinde zachichotała, chowając uśmiech za uniesioną dłonią. Jej oczy błyszczały w sposób, którego Diluc jeszcze wcześniej nie widział. Poczuł, że się czerwieni, zawstydzony. Nigdy nie interesował się życiem osobistym swoich podwładnych i tym razem też powinien był trzymać język za zębami.
– Och, na pewno będzie, dziękuję, paniczu – Adelinde odpowiedziała i dygnęła. – Jeśli panicz pozwoli, dołączę do pozostałych. Proszę pamiętać, że… – zawahała się przez chwilę, cień zmartwienia przeszedł przez jej twarz, lecz szybko się opanowała i powróciła do szczerego uśmiechu. – Wszystko będzie dobrze. Nikt nie oczekuje, że będzie panicz swoim ojcem. Cieszymy się, że jest panicz znów pośród nas i… I naprawdę mam nadzieję, że uda się paniczowi bawić choć trochę dobrze.
Diluc skinął głową, a gdy został sam, potarł twarz lekko drżącą dłonią. Nikt nie oczekuje, że będzie swoim ojcem..? Być może. Jednak on sam chciał być taki jak Crepus, z naturalnym wdziękiem i otwartością, zawsze gotowym, by bawić się i radować z najbliższymi mu ludźmi. Od swojego powrotu do domu Diluc cały czas porównywał się ze zmarłym ojcem w każdej możliwej dziedzinie. Tym razem nie było inaczej, drżał na myśli, że zawiedzie, że zabraknie mu słów, że popsuje zabawę współbiesiadnikom. Słowa Adelinde nie pomogły, wręcz przeciwnie. Otwierając drzwi, wiodące na podwórze, Diluc musiał siłą woli i determinacji zmusić swoje ciało do ruchu. Jego niepokój wzmógł się, gdy wyszedł przed rozradowany tłum.
Powitały go okrzyki i oklaski, kilka głośnych toastów. Speszył się przez moment, zastygł w bezruchu, myśląc intensywnie, co by zrobił Crepus.
Przywitaj się, powiedział sobie, biorąc głęboki wdech. I uśmiechnij, pokaż, że też się cieszysz.
Łatwiej powiedzieć niż zrobić, lecz myśl o ojcu, o jego ciepłej, kojącej obecności, podziałała kojąco. Diluc zamknął za sobą drzwi, uśmiechnął się tylko trochę sztywno. Wziął kolejny wdech i spojrzał na zebranych, patrzących na niego w pełnym nadziei oczekiwaniu. Nie mógł ich zawieść.
Gdy przemówił, jego głos brzmiał pewnie i niósł się daleko w dół zbocza.
– Dobry wieczór, dziś zebraliśmy się, by świętować Beltane, święto nowych początków – zaczął i na moment zabrakło mu słów. W momencie wahania znów powiódł wzrokiem po świętujących i jego uwagę przykuła dziwna postać, której nie rozpoznawał, stojąca w cieniu. Zmarszczył brwi, obiecując sobie, że za moment się tym zajmie. Najpierw powitanie. Im krótsze, tym lepsze.
– Początki bywają trudne – kontynuował, a kilka osób w tłumie pokiwało głowami. – Więc aby było nam łatwiej - częstujcie się winem! Dziś nie znamy umiaru.
Krótkie, konkretne słowa zdawały się działać jak magiczne zaklęcie. Tłum zawiwatował i nim Diluc się obejrzał, wszyscy rzucili się do stołów, by uzupełnić płyny i nałożyć porządne porcje potrawek i mięs. On też ruszył z nimi, kiwając głową witającym go pracownikom. Pomimo początkowych obaw, świąteczny nastrój szybko zaczął mu się udzielać, a gdy pierwszy kubek wina wylądował w jego dłoni… Zawahał się tylko przez moment. Choć zarządzał winnicą, sam nigdy nie pił, więc już po paru łykach zaszumiało mu w głowie i prawie zapomniał o zmartwieniach. Bez dłuższego namysłu ruszył ku atrakcjom.
W tańcach wokół słupów majowych nigdy nie lubił uczestniczyć, ale skoki przez ogień i bieg po rozgrzanych węglach to było coś, w czym się specjalizował. Pierwsze kroki skierował więc do huczących ognisk, przyciągnięty ciepłem płomieni i ich blaskiem. Po drodze znów kątem oka wychwycił zakapturzoną, zamaskowaną postać, przemykającą wśród cieni. Musiały to być zwidy... Nikt nie byłby tak głupi, aby zaatakować ich podczas święta. Diluc zrobił jednak mentalną notatkę, aby mieć się na baczności.
Gdy dotarł do ognisk, rozpalonych w bezpiecznej odległości od winorośli, zabawa była już przednia. Zdawało mu się, że wokół ognia zebrało się więcej młodych ludzi niż mieszkało w okolicy, ale nie było to nic zaskakującego. Nawet kilka lat wcześniej do winnicy ściągała młodzież z miasta, ciekawa lokalnych zwyczajów. Diluc i Kaeya również uczestniczyli zarówno w lokalnych jak i miejskich festiwalach, więc ani trochę ich to nie dziwiło. Młodzież ze stolicy i prowincji bawiła się przednio, a gdy tylko go zauważyli, ktoś wcisnął mu do ręki jeszcze jeden kubek wina. Gdy Diluc ustawił się w kolejce do skoku, był już w doskonałym nastroju.
Może to jednak nie był najgorszy wieczór.
Gdy przyszła jego kolej, Diluc był już nieco mniej zmęczony, a trochę bardziej rozluźniony, i nawet uciął sobie pogawędkę z sąsiadami z kolejki. Dwóch młodych rycerzy nie pamiętało go wprawdzie, ale słyszeli o nim historie i choć Diluc nie ukrywał swojej niechęci do rycerstwa, chłopcy nie wzięli tego do siebie. Przed skokiem poklepali go po plecach i życzyli powodzenia, a młody panicz spojrzał w wysoki, buzujący ogień.
To był pierwszy raz od lat, gdy będzie skakał sam.
Wziął głęboki wdech, zamknął oczy, jak to miał w zwyczaju. Pozwolił instynktowi nieść się ponad płomieniami i choć gorąc owionął jego łydki i rozgrzał nagie stopy, Diluc wylądował po drugiej stronie wśród radosnych oklasków.
Gdy otworzył oczy, tajemnicza postać przemykała właśnie za tłumem. To już nie mógł być przypadek
– Przepraszam, dajcie mi przejść! – na widok potencjalnego wroga Diluc momentalnie wytrzeźwiał i rzucił się w tłum zaskoczonej młodzieży. Zamaskowany człowiek ruszył do ucieczki, potrącając gapiów. Diluc krzyknął za nim, lecz ten nie zatrzymał się. Popędził prosto w kierunku jeziora.
Przeciwnik był szybki i zwinny, szybszy od Diluka, a na pewno bardziej trzeźwy, i pokonywał powalone pnie i dołki z zaskakującą gracją. Diluc warknął pod nosem, gdy musiał wyminąć głaz, który drugi mężczyzna sprawnie przeskoczył. Stracił cenne sekundy, ale nie poddawał się. Byle tylko dorwać intruza…
…lecz intruz ani myślał być dorwany. Pędził przed siebie w kierunku Kamiennej Bramy, nie oglądając się. Gdy w oddali zamajaczyło światło samotnego ogniska, Diluc pomyślał, że to jest to, że zaraz ktoś zatrzyma uciekiniera i pościg się zakończy. Jednak gdy dobiegli bliżej, w okolicy nie było nikogo, nawet zazwyczaj plączących się wzdłuż rzeki par, a człowiek, którego gonił, jednym susem przeskoczył płomień i zatrzymał się po drugiej stronie. Diluc ani myślał być gorszy, z impetem wybił się, skoczył… I wpadł prosto w ramiona przeciwnika, pachnącego znajomo bergamotką i chłodem.
– Kaeya..?
Mężczyzna, wciąż trzymający go w mocnym uścisku, zachichotał. Dopiero wtedy Diluc zauważył jego granatowe włosy, związane w warkocz, ciemną skórę i to, że spod maski widać było tylko jedno oko. Uśmiechał się szelmowsko, a jego wzrok nagle złagodniał.
– Już się trochę przestraszyłem, że mnie nie poznałeś. Co ci odbiło, żeby tak się na mnie rzucać? Poza tym… – wziął głęboki wdech i mruknął zaskoczony. – Piłeś? Przecież ty nigdy–
– Zamknij się, dzisiaj wolno – młody panicz odchrząknął, czując jak jego policzki płoną. Spróbował wyślizgnąć się z ramion towarzysza, lecz wyższy i trzeźwy Kaeya trzymał go mocno. – Możesz mnie puścić? Trochę mi trudno oddychać.
– Już? Tak szybko? Stęskniłem się, pisałem ci. Ja tu wylewam emocje, a ty na mnie z mieczem…
– Nie miałem miecza! – Diluc zaprotestował i spróbował jeszcze raz wyrwać się z uścisku. Coś zaświtało mu w głowie, jakaś myśl, coś, co miał zrobić… – Pisałeś? Kie– Och.
Przed oczami zamajaczyła mu koperta, którą zostawił na łóżku, pachnąca bergamotką i chłodnymi kwiatami, z pieczęcią, którą znał aż za dobrze. List od Kaeyi, który miał przeczytać po powrocie do domu. Diluc spłonął jeszcze silniejszym rumieńcem i, zamiast uciekać, oklapł w ramionach byłego przyjaciela, opierając głowę na jego piersi.
– …nie przeczytałem… – przyznał cicho, a w odpowiedzi usłyszał jedynie smutne westchnienie.
– To wiele tłumaczy. Nie chciałem być natarczywy, ale… To twoje urodziny. Pierwsze, które możemy spędzić razem od… – zawahał się, szukając słów. – Od twojego powrotu. Myślałem, że…
– Za dużo myślisz – Diluc wtrącił się, ale nie było w tym jego zwyczajowego jadu. Był zmęczony, pijany, zbyt dużo uczuć buzowało w jego głowie, by mógł pozwolić Kaeyi na zbyt emocjonalne wynurzenia. Nie tej nocy. Jeszcze nie. Nie był na to gotowy, ale… Cieszył się, że jednak nie jest sam. – To… – zaczął niepewnie, przygryzł wargę z nerwów. Uniósł głowę, by spojrzeć w jedno widoczne oko mężczyzny, błyszczące w świetle ognia. – To… Może skoczymy razem?
Kaeya najpierw popatrzył na niego z dziwnym, bezbronnym wyrazem twarzy, gdy na moment wszystkie maski opadły i pozostał jedynie wciąż młody, wrażliwy chłopak, który nie oczekiwał niczego. Zaraz potem jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech i w końcu cofnął ramiona, puszczając Diluka wolno. Chwycił jego dłoń ostrożnie, jakby bał się zranienia, ale Diluc ścisnął jego palce zaskakująco pewnie. Przez moment mierzyli się wzrokiem, niewypowiedziane słowa wisiały między nimi niczym topór, który mógł albo opaść na ziemię, albo przeciąć ten kruchy rozejm. I wtedy Diluc uśmiechnął się, nieśmiało, niepewnie, i pociągnął Kaeyę w tył, by wzięli rozbieg.
Serce łomotało mu w piersi, gdy mocniej złapali się za ręce i zaczęli biec, tak jak wiele razy wcześniej. Dwóch przyjaciół przeciw płomieniom. Wybili się w tym samym momencie, perfekcyjnie, gorące powietrze znów musnęło stopy Diluka, a zaraz potem - wylądowali na ziemi, śmiejąc się zupełnie jak za dawnych lat. Kaeya znów wziął go w ramiona, a Diluc wtulił się w tak dobrze znajomy tors i westchnął.
– Dziękuję, cieszę się, że przyszedłeś – wyszeptał i wiedział, że te słowa były prawdziwe. Kaeya odpowiedział mu zduszonym, nieco nerwowym śmiechem, wsunął palce we włosy Diluka.
– Wszystkiego najlepszego… Przyjacielu.
