Actions

Work Header

Rok Smoka

Summary:

Harry Potter wraca do Hogwartu na ósmy rok.
Na ósmy rok wraca też Draco Malfoy.
I jeżeli to nie jest najwspanialszy scenariusz z możliwych to nie wiemy, co nim jest.

Notes:

Rok Smoka to projekt, który pisałyśmy wspólnie przez prawie dwa lata. Pracowałyśmy razem nad krótkimi tekstami już w czasach szkolnych, ale nigdy nie stworzyłyśmy czegoś tak obszernego. Okazuje się, że pisanie we dwójkę jest możliwe i przynosi nieopisany ogrom radości x)
Niesamowite jest to, że za kilka lat miną dwie dekady od kiedy odkryłyśmy istnienie Drarry i wciąż cieszy nas tworzenie historii na temat tej pary.
Oddajemy ten tekst w Wasze ręce podczas, nomen omen, trwającego roku smoka. Miłego czytania i koniecznie dajcie znać w komentarzach jak Wasze wrażenia!

Love,
A&M

Chapter 1: ROZDZIAŁ 1.

Chapter Text

            Hogwart pachniał tak, jak zawsze – znajomo i ciepło. Był to zapach starych murów, pergaminu, soku z dyni i drzewa palonego w kominku. Zapach domu.

            Zachodnie skrzydło wciąż było w renowacji, ale Harry miał stąd doskonały widok na swoją ulubioną część zamku i roztaczające się w oddali błonia. Z tej perspektywy prawie nie było widać zniszczeń; można było wręcz pomyśleć, że nic się nie zmieniło. Że cztery miesiące temu wcale nie rozegrała się tu największa bitwa czarodziejów w ostatnim dwudziestoleciu. Można było niemal zapomnieć z jakim cierpieniem wiązały się te wydarzenia, ile krwi zostało przelanej i jak nieodwracalnie zmienił się później świat.

            Harry zamknął oczy, odganiając obrazy wojny. Nie mógł stać w miejscu z ranami rozdrapanymi do krwi bo doskonale wiedział, że szybko doprowadzi go to do szaleństwa. Był w Hogwarcie, cały i zdrowy, tak samo jak jego najbliżsi przyjaciele. I to liczyło się najbardziej.

            Decyzja o powrocie była dla niego wręcz oczywista. Nie czuł się gotowy do podjęcia żadnej pracy, nie miał też takiej potrzeby – zawartość jego skrytki u Gringotta starczyłaby mu na długie lata bezrobocia. Nie był też skłonny do mieszkania w samotności na Grimmauld Place. Przechodził go nieprzyjemny dreszcz na samą myśl o ponurych, ciemnych zakamarkach tego domu, wiecznie zgorzkniałym Stworku i bolesnych wspomnieniach związanych z Syriuszem, które odżywały za rogiem każdego pokoju.

            Przede wszystkim jednak Harry nie miał pojęcia czym chciałby się zająć. Jego wcześniejsze plany dotyczące kariery aurora teraz wręcz go bawiły; z całego serca nie chciał mieć już nic wspólnego z ciągłą walką i tropieniem czarnoksiężników, w tym resztek popleczników Voldemorta, którzy wciąż ukrywali się w Europie. Pewnie właśnie tego oczekiwałby od niego cały czarodziejski świat, ale on nie zamierzał dłużej nadstawiać karku. Chciał po prostu normalnie żyć.

            Wojna zabrała mu prawie dwa lata szkoły. Czuł, że ma braki, nie tylko w nauce. Poza nadrobieniem szkolnej wiedzy chciał zwyczajnie doświadczyć wszystkich tych rzeczy, które gdzieś mu umknęły zanim wszedł w dorosłość: beztroskich, wielogodzinnych imprez, na których mógłby słuchać nieskończonej ilości muzyki i próbować czarodziejskich i mugolskich używek, eksperymentowania ze swoim wyglądem, seksu i wszystkiego co się z nim wiązało, bycia z kimś – ale tak na poważnie. Brakowało mu tego. To, co łączyło go z Ginny szybko wygasło i nie miało przyszłości. Wojna mocno na to wpłynęła, ale tak naprawdę nigdy nie było między nimi szczególnej chemii, a dziewczyna już na siódmym roku zrozumiała, że bardziej pociągają ją kobiety. Harry nie miał do niej żalu – on sam też czuł, że potrzebuje czasu na zgłębienie własnej seksualności i cielesności, czasu, którego wcześniej tak bardzo nie miał. Może nawet nie miał go najbardziej ze wszystkich swoich rówieśników.  

            Na początku zarzucał sobie, że to zbyt egoistyczne, ale potem zrozumiał, że jest dokładnie na odwrót. Świat wymagał od niego przez ostatnie lata tak wielu rzeczy, w żadnym momencie nie pytając o zgodę. Teraz miał pełne prawo skupić się na sobie.

            Odetchnął i poczuł ulgę. Nie miał pojęcia jaki kierunek obierze, ale szczerze cieszył się, że tu jest. To był dobry początek.

            Kiedy wracał do pokoju wspólnego, zdał sobie sprawę jak przyjemnie było bez poczucia winy myśleć o prozaicznych rzeczach. Zastanawiał się, jakie ubrania kupi sobie przy kolejnej wizycie w Hogsmeade, miał też ochotę przekłuć sobie uszy. Od dawna o tym myślał – zawsze bardzo podobały mu się kolczyki, które nosił Bill. Włosy rosły mu w niemożliwie szybkim tempie i Harry celowo nie podcinał ich przez ostatnie miesiące; teraz były już na tyle długie, że mógł wiązać je w krótki kucyk. Przestał też się tak często golić i wydawało mu się, że naprawdę nieźle wygląda z kilkudniowym zarostem. Hermiona też tak uważała.

            Profesor McGonagall zadecydowała, że wszystkim, którzy wrócili do szkoły na dodatkowy, ósmy rok, zostanie przydzielony jeden pokój wspólny, w odosobnionej części zamku. Było sporo sensu w tym rozwiązaniu: liczba ósmoklasistów była niewielka, a charakter ich edukacji mocno różnił się od standardowych lekcji przewidzianych na ten rok. Poza tym, każdy z nich brał udział w bitwie o Hogwart i wszyscy dzielili wspomnienia, które odmieniły ich na zawsze. Harry dobrze rozumiał potrzebę stworzenia im oddzielnej grupy i miejsca w zamku. Nie wiedział czy dałby radę znieść wypytujących o wszystko i gapiących się na niego młodszych uczniów, więc w duchu był bardzo wdzięczny Minerwie za ten pomysł. Tu będą w swoim gronie i miał pewność, że nikt nie będzie zaczynał tematów, do których brunet nie miał najmniejszej ochoty wracać.

            Pokój był przytulny i przestronny. W jego centralnej części, w ogromnym, okrągłym oknie umieszczono witraż z herbem szkoły, a ściany i meble zostały udekorowane w barwy wszystkich czterech domów. Harry nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale dopiero teraz do niego dotarło, że szkarłat, zieleń, błękit i złoto zadziwiająco do siebie pasują. Że tworzą całość.

            Usiadł przy kominku razem z Ronem, Hermioną i Luną i patrzył, jak Dean i Seamus taszczą z korytarza skrzynkę z piwem kremowym, a Neville biegnie za nimi z wielkim pudłem z logo Miodowego Królestwa. Po chwili dołączyli do nich Krukoni i Puchoni.

            Sączył piwo i jednym uchem słuchał tego co Ron opowiadał o nadchodzących mistrzostwach Quidditcha, trochę nieobecny, mile rozkojarzony atmosferą, jaka panowała w zamku. Patrzył, jak ich grupa powoli się powiększa, a w pokoju zaczyna panować przyjemny gwar. Dobrze było widzieć znajome twarze i czuć, jak schodzi z niego napięcie ostatnich tygodni.

            Kiedy kątem oka zobaczył znajomą sylwetkę, kompletnie stracił zainteresowanie tym, co mówił jego przyjaciel. Zakrztusił się piwem.

            Draco Malfoy też postanowił wrócić na ósmy rok.

            I Harry nie mógł oderwać od niego wzroku.

            Ślizgon szedł przez pomieszczenie jak duch; nikt nie powitał go ani nie zaproponował mu butelki kremowego piwa. Podekscytowani uczniowie w roztargnieniu usuwali mu się z drogi, ale nie komentowali jego obecności. W spokoju zajął więc miejsce przy wciśniętym w najdalszy kąt pokoju stoliku i całą uwagę poświęcił jakiejś opasłej księdze, która zmaterializowała się nagle w jego rękach.

            Harry w skupieniu studiował profil drugiego chłopaka, szukał śladów zmęczenia i desperacji, które tak dobrze pamiętał z sali rozpraw w Wizengamocie. Ile to czasu minęło od kiedy patrzyli na siebie z wahaniem i podejrzliwością, od kiedy zeznania Harry’ego pozwoliły na uniewinnienie Malfoya i jego matki? Cztery tygodnie? Sześć? Ślizgon wyglądał dokładnie tak samo, może jego jasne włosy były odrobinę dłuższe. Ale coś w jego postawie kazało myśleć, że lato potraktowało go łaskawie. Wydawał się spokojniejszy, pewniej osadzony we własnym ciele.

            – Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Harry? – Ron ze zniecierpliwieniem szturchnął go w ramię, wytrącając mu tym samym z dłoni nadgryzioną czekoladową żabę. – Próbuję przekonać Seamusa, że jednoosobowe dormitoria są najlepszym pomysłem McGonagall od czasu zajęć z tańca na czwartym roku.

            – Pragnę ci przypomnieć, że te zajęcia…

            – A co z poczuciem wspólnoty? – uderzył w stół Seamus. – Co z zacieśnianiem relacji i budowaniem niezniszczalnych więzi?

            – Nie wiedziałem, że Malfoy postanowił wrócić na ósmy rok – wyrwało się nagle Harry’emu. Kątem oka widział jak Ślizgon rozpuszcza włosy i pozwala srebrnym kosmykom swobodnie spłynąć na ramiona.

            Ron zmarszczył brwi i rozejrzał się po pokoju. Gdy jego spojrzenie odnalazło Malfoya, skrzywił się z niezadowoleniem.

            – A, tak. Jest jedynym byłym śmierciożercą, który się na to zdecydował. Albo jest bardzo odważny albo bardzo głupi.

            – Albo bardzo zdesperowany – dodał Dean Thomas, zerkając w stronę blondyna.

            Hermiona odkaszlnęła i spiorunowała obu chłopaków wzrokiem.

            – Myślę, że wszyscy powinniśmy pamiętać, że Malfoy ostatecznie opowiedział się po właściwej stronie. Zasługuje na drugą szansę. Prawda, Ron?

            Ron zaburczał coś pod nosem, ale nie sprzeciwił się opinii swojej dziewczyny. Nadal miał trudności z zaakceptowaniem Malfoya jako kogoś więcej niż dawnego wroga.

            – Cóż – wtrącił Ernie ze swojego miejsca po prawicy Luny, – na szczęście dawanie drugiej szansy nie znaczy, że musimy go lubić.

            Harry’emu nie podobał się ton Puchona i jego pełen samozadowolenia uśmieszek. Był mu wdzięczny za ratunek podczas bitwy, ale nie potrafił wykrzesać z siebie sympatii dla upartego i sztywnego w swoich przekonaniach chłopaka.

            Na szczęście, nie musiał go lubić.

            – Porozmawiam z nim – oznajmił Harry i podniósł się z fotela.

            – Z kim?

            – Z Malfoyem.

            – To bardzo miły pomysł, Harry – orzekła rozmarzonym tonem Luna i uśmiechnęła się. – Musi mu tu być bardzo samotnie bez żadnych przyjaciół.

            Harry wątpił czy po wojnie i ciągnących się od lata procesach zostało Malfoyowi wielu przyjaciół. Podobno jego zeznania przyczyniły się do skazania na Azkaban całej rodziny Goyle’ów.

            – Mogę pójść z tobą – zaproponowała Hermiona, ale Harry pokręcił głową. Trudno było mu przewidzieć jak Malfoy zareaguje na jego towarzystwo, miał jednak absolutną pewność, że nie chce komplikować sytuacji obecnością dodatkowych świadków. Wyciągnął ze stojącej pod stołem skrzynki dwie butelki kremowego piwa i udawał, że nie czuje na sobie zaniepokojonego spojrzenia Rona.

 


 

            Z bliska Malfoy wyglądał na pogrążonego w rozmyślaniach. Przez długi czas wpatrywał się w tę samą stronę książki i w roztargnieniu przeczesywał palcami włosy. Zdawało się, że panujący wokół chaos i sącząca się ze szczelin sufitu muzyka nie robią na nim żadnego wrażenia.

            Harry zdecydowanym krokiem podszedł do zajmowanego przez niego stolika i z impetem postawił na blacie butelkę kremowego piwa.

            – Malfoy.

            Ślizgon zamrugał i położył na księdze otwartą dłoń. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Harry znowu pomyślał o zmianach przyniesionych przez minione lato. Szare oczy Malfoya straciły gdzieś po drodze większość swojego zimna, nabrały nowego blasku. Wyglądał zdrowo, a tajemnica czająca się w kąciku jego uśmiechu intrygowała zamiast złościć.

            – Harry – odpowiedział uprzejmie i Gryfon poczuł jak grunt wymyka mu się spod stóp. To było zupełnie jakby schodził po schodach i trafił na fałszywy stopień; zakręciło mu się w głowie, coś zakuło go pod żebrami. Malfoy nigdy wcześniej nie zwracał się do niego po imieniu, a już na pewno nigdy nie zwracał się do niego takim tonem – spokojnym, pozbawionym złości, arogancji i rozżalenia.

            Malfoy łamał reguły.

            Reakcja Harry’ego była wręcz odruchowa. Długie lata ich burzliwej relacji sprawiły, że zupełnie bezwiednie wypracował w sobie pewne zachowania. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, to zawsze instynkt brał górę nad jego rozsądkiem.

            Co powinien teraz zrobić?

            Cóż, to było oczywiste.

            Malfoy łamał reguły, a Harry musiał je łamać razem z nim.

            – Przyniosłem ci piwo – oznajmił pewnym głosem i usiadł w fotelu naprzeciw blondyna.

            – Dziękuję – Draco się uśmiechnął i Gryfon poczuł, że ten prosty gest robi coś bardzo dziwnego z jego głową. Chyba pierwszy raz w życiu widział jego uśmiech, a szare oczy chłopaka były dziwnie jasne. To było… nieoczekiwane.

            Harry’emu trudno było oderwać od niego wzrok. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że patrzy na zupełnie inną osobę; że to w żadnym wypadku nie może być Malfoy. Obserwował w milczeniu jak Ślizgon odkłada księgę na parapet, otwiera swoją butelkę i bierze łyk piwa.

            – Moja mama chciałaby cię zaprosić na obiad w trakcie przerwy świątecznej. Prosiła, żebym cię od niej pozdrowił – powiedział Draco tak, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Harry był wdzięczny, że akurat nie przełykał piwa, bo najprawdopodobniej znowu by się zakrztusił.

            Po zakończeniu procesów w Wizengamocie Gryfon nie miał okazji rozmawiać z żadnym z Malfoyów. Podejrzewał, że Narcyza chciała mu się w ten sposób odwdzięczyć – niewiele osób poza nim zjawiło się na rozprawach i był niemal pewien, że jego zeznania najmocniej przyczyniły się do pozytywnego wyroku dla Draco i jego matki.

            Na samą myśl o wizycie w domu Malfoyów przeszedł go dreszcz. Prawda była jednak taka, że on też nigdy nie porozmawiał z Narcyzą i nie podziękował jej za to, co zrobiła w Zakazanym Lesie. W tej sytuacji ich spotkanie wydawało się czymś naturalnym.

            – Chętnie was odwiedzę – odpowiedział krótko i zdał sobie sprawę, że się uśmiecha.

            Draco wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale w tym samym momencie z grupki uczniów siedzącej nieopodal dobiegł ich głośny śmiech; kiedy Harry na nich spojrzał, zobaczył, że patrzą ukradkiem w ich stronę. Blondyn pokręcił głową i zawiesił wzrok na butelce z piwem.

           Cholerni Puchoni, pomyślał Gryfon i dotarło do niego, że pokój wspólny może jednak nie być najlepszym miejscem na rozmowę. Co jakiś czas zwracał uwagę na szepczących i spoglądających na nich kątem oka ludzi. Nie podobało mu się, że traktowali ich jak jakąś wybitną atrakcję.

            I wtedy coś przyszło mu do głowy.

            – Chcesz pójść polatać?

            Coś zmieniło się w spojrzeniu Ślizgona, tak, jakby Harry wypowiedział słowo–klucz.

            – Chcesz latać? Ze mną? – zapytał z niedowierzaniem w głosie.

            Z jakiegoś powodu Gryfonowi zebrało się na śmiech.

            Oczywiście, że chciał. Na powietrzu będą mogli normalnie porozmawiać, poza tym… To był ich żywioł.

            – Tak – odpowiedział beztrosko, dopijając swoje piwo.

            Miał wrażenie, że Malfoy wpatrywał się w niego swoimi cholernie jasnymi oczami całą wieczność zanim udzielił mu odpowiedzi.

            – Dobrze. Chodźmy.

 


 

            Kiedy zmierzali w stronę wyjścia z pokoju wspólnego, Harry czuł na sobie ciężar spojrzeń innych uczniów. Ktoś nawet wykrzyknął z zaskoczeniem jego imię, ale Gryfon nie miał zamiaru odwracać się i poświęcać natrętowi uwagi.

            Był już skupiony na czymś zupełnie innym.

            – Jeśli chcesz się wycofać, to ostatnia szansa – mruknął za jego plecami Malfoy.

            Nawet gdyby chciał, Harry nie byłby w stanie zignorować dźwięczącego w głosie drugiego chłopaka wyzwania. Uśmiechnął się.

            – Tylko jeśli ty wycofasz się pierwszy.

            Malfoy zaśmiał się. Jeden ze stojących obok Puchonów sapnął z zaskoczenia.

           Tylko poczekajcie, pomyślał z nieoczekiwaną zawziętością Harry. Ja wam jeszcze dam powody do zdziwienia.

 


 

            Wieczorna szarówka łatwo ustępowała przed sączącym się z ich różdżek światłem, trawa miękko uginała się pod stopami. Ciemne chmury zasnuły niebo, ale zdawało się, że wciąż jeszcze mieli czas zdążyć przed deszczem.

           Nie mam teraz własnej miotły, wyznał mu Draco kiedy kilka chwil wcześniej przemykali obok zasypanego korytarza prowadzącego do lewego skrzydła zamku. Rok wcześniej zachowałby taką informację dla siebie, uznałby konieczność korzystania ze szkolnego sprzętu za coś uwłaczającego godności.

            Rok temu nie wymykałby się z Harrym na pogrążone w ciemnościach błonia.

            Jakże szybko życie potrafiło się zmieniać.

 


 

            Boisko do Quidditcha, jak można się było spodziewać, było zadbane i dobrze oświetlone. Harry nie pamiętał już kto najbardziej naciskał na włączenie tego miejsca do grupy pierwszych obiektów podlegających renowacji, ale w pełni popierał tę inicjatywę.

            – Prawie jakby nigdy nie było zniszczone – zadumał się Malfoy.

            Harry wyciągnął różdżkę i przyzwał dla nich dwie miotły. Sam też postanowił skorzystać ze szkolnego sprzętu; z jakiegoś powodu podkreślanie jakichkolwiek różnic między nim a blondynem wydawało mu się teraz nieodpowiednie. Tak dobrze im szło. Może chociaż raz przetrwają w swoim towarzystwie bez wikłania się w spektakularny konflikt.

            Miotły zawisły w powietrzu tuż przed nim, odrobinę zużyte, ale w pełni gotowe do lotu. Odwrócił się do swojego towarzysza i uśmiech zamarł mu na ustach.

            Ślizgon wpatrywał się w zaciśniętą w dłoni Harry’ego różdżkę z bardzo dziwnym wyrazem twarzy. To nie była ani złość ani zazdrość. Ciekawość? Czego Malfoy miałby być ciekaw?

            Harry czuł, że umyka mu jakiś istotny element układanki. Nie chciał jednak naruszać tego kruchego porozumienia, jakie udało im się nawiązać. Odchrząknął więc i schował różdżkę za pasek.

            – Ścigamy się?

            – Nie – Malfoy pokręcił głową. Na jego twarzy znowu zagościł wyraz spokoju, w głosie zadźwięczało wyzwanie. – Wypuść znicza.

            Gryfon poczuł, że się mimowolnie uśmiecha. Nie trzeba było go namawiać.

            Otworzył niewielką skrytkę w skrzyni z akcesoriami do Quidditcha i wydobył z niej znicz. Drobne, srebrzyste skrzydełka rozwinęły się i poruszyły delikatnie, jakby tylko czekały na zaproszenie do gry.

            Harry uniósł brwi, wciąż widząc niegasnące wyzwanie w spokojnym spojrzeniu Malfoya.

            – W takim razie do dzieła – szepnął, rozłożył dłoń ze zniczem i wyciągnął ją przed siebie. Skrzydełka zaczęły wirować w niemożliwym do zarejestrowania tempie, złota kulka podniosła się na parę centymetrów i po sekundzie zniknęła z ich pola widzenia, pędząc w sobie tylko znanym kierunku.

            Obaj natychmiast wsiedli na miotły i wystrzelili w powietrze.

           Jak ja za tym tęskniłem, pomyślał od razu Harry, czując pęd wiatru we włosach. Nie latał od wielu miesięcy, najpierw całkowicie pochłonięty chaosem wojny, a potem zbyt zaangażowany w próby naprawienia tego, co zostało z jego życia. Jego stara Błyskawica leżała w którymś z ciemnych kątów Grimmauld Place, zakurzona i zapomniana, czekająca na lepsze czasy.

            Czuł, jak wypełnia go czysta, niczym niezmącona radość i miał ochotę się śmiać. Wrześniowe powietrze pachniało ziemią, liśćmi i dymem, a chłodny wiatr przyjemnie smagał skórę. Gryfon przyspieszył, wymijając zachodnie trybuny i kątem oka widząc, jak Draco zawraca po drugiej stronie. Trzymali jednakowe tempo, wypatrując znicza i wznosząc się coraz wyżej.

            Ślizgon chyba czuł się podobnie; bardzo się ożywił, a z jego twarzy nie schodził lekki uśmiech. Leciał pewnie i zwinnie, tak, jakby też tylko czekał na okazję do gry.

            Harry pomyślał, że latanie z Malfoyem na dwóch jednakowych i wysłużonych szkolnych miotłach, bez tłumu skandującego ich imiona i trybun wypełnionych barwami domów Hogwartu to był obraz, który nigdy by mu nawet nie przeszedł przez myśl. Był zbyt abstrakcyjny.

            A jednak, byli sami na boisku, zwyczajnie ubrani, bez nienawistnych spojrzeń rzucanych w swoją stronę, bez zawziętej rywalizacji i wzajemnego obrażania się.

            To było niespodziewane i zaskakujące, ale brunet nie mógł pozbyć się wrażenia, że mu się to podoba. Jak zresztą wiele rzeczy tego popołudnia.

            – Kiedy ostatnio graliśmy przeciwko sobie mecz? – zawołał, wyhamowując tuż przed najwyższą z trybun.

            – Dawno temu. Chyba na trzecim roku? – Malfoy zawisł w powietrzu, rozglądając się dookoła.

            – Tak, to chyba był trzeci rok – potwierdził Gryfon i spojrzał z lekkim niepokojem na coraz ciemniejsze chmury przetaczające się nad boiskiem. Nie był pewien czy zdążą przed deszczem, ale w sumie czemu się tym aż tak przejmował? Najwyżej po skończonej grze użyją zaklęcia osuszającego. Nic prostszego.

            Zmartwienia dotyczące pogody przerwał mu znajomy, metaliczny trzepot. Kątem oka zobaczył złoty błysk daleko po swojej lewej stronie. Popędził w tamtym kierunku, a Ślizgon za nim.

            W tym samym momencie zaczęło padać.

            Sądząc po zaciętym wyrazie twarzy Malfoya, deszcz nie robił na nim żadnego wrażenia. Znicz błyskał złotem coraz bliżej nich, czasami skręcając nagle w którąś ze stron i bez ostrzeżenia zmieniając trajektorię lotu. Ulewa przybierała na sile.

            Przez dłuższą chwilę pędzili za zniczem, coraz szybciej i w coraz większym deszczu. Harry był niemal pewien, że go złapie – był tak blisko. Problem w tym, że jednocześnie – i zdecydowanie zbyt często – patrzył na Malfoya. Kiedy zauważył, jak coraz ostrzejszy wiatr podwija jego bluzę mocnymi podmuchami, stracił gdzieś całe swoje skupienie.

            Najpierw poczuł lodowate ukłucie w okolicach serca i coś ścisnęło mu gardło. Przez kilka długich sekund widział liczne blizny przecinające brzuch Malfoya wyraźnymi liniami, których początek i koniec ginął pod ubraniami; Harry mógł się tylko domyślać, jak daleko się ciągnęły.

            Kiedy otrząsnął się z początkowego szoku i przerażenia – to musiały być blizny po Sectumsemprze, jego cholernej Sectumsemprze – zdał sobie sprawę, że czuje coś jeszcze.

            Dopiero teraz zauważył, że blondyn musiał coś przez ten czas ćwiczyć, a może nigdy wcześniej aż tak mu się nie przyglądał? Pod bliznami było widać wyraźnie rysujące się mięśnie i Gryfon z jakiegoś cholernego powodu nie mógł oderwać od nich wzroku.

            A potem wiatr się zmienił, bluza Malfoya wróciła na swoje miejsce i Harry zganił się w myślach, klnąc pod nosem. Co się z nim działo?

            Dostrzegł znicza, którego na chwilę stracił z oczu i przyspieszył, widząc, że Draco go wyprzedza.

            Nie mógł jednak odzyskać wcześniejszego skupienia. Było za późno. Pędził przed siebie, próbując się już nie rozpraszać, ale jego wzrok uparcie wędrował w stronę drugiego chłopaka.

            Zdał sobie sprawę, że gapi się na jego cholernie zgrabny tyłek w momencie, w którym Ślizgon wyprzedził go dosłownie o pół metra i zacisnął palce na zniczu, robiąc dość spektakularny zwrot. Blondyn krzyknął coś z entuzjazmem i niedowierzaniem, a Harry wyhamował, wyrównując oddech.

            Potrzebował dłuższej chwili, żeby dotarło do niego to, co się stało.

            Nie był w stanie złapać znicza bo gapił się na tyłek Dracona Malfoya.

            Na Merlina, to było tak absurdalne, że zaczął się śmiać.

            – Wracamy? – zawołał głośno, tak, żeby było go słychać przez nasilającą się ulewę, a Malfoy tylko pokiwał głową.

            Kiedy wchodzili do szatni, byli kompletnie przemoczeni.

            – Gratuluję wygranej! Kiedy rewanż? – zapytał wesoło Gryfon, odkładając miotłę do schowka i odgarniając z twarzy mokre włosy. Sięgnął po różdżkę, żeby rzucić zaklęcie osuszające.

            Blondynowi jednak z jakiegoś powodu nie było do śmiechu. Patrzył zajadle na Harry’ego, ściskając w dłoni złoty znicz. Woda skapywała z jego jasnych włosów.

            – Zrobiłeś to tylko dlatego, że ci mnie żal, prawda? – zapytał, a ton jego głosu był chłodny i gorzki.

            – C–co? – wykrztusił Harry, marszcząc brwi i czując, jak coś znowu ściska go za gardło.

            – Specjalnie dałeś mi wygrać. Widziałem to, Harry. Widziałem, jak zwalniasz. Doskonale wiem, jak latasz, zawsze byłeś lepszy i szybszy ode mnie.

            – Malfoy, co… Draco, to kompletna bzdura – Gryfon czuł, że zaczyna panikować; naprawdę nie chciał zaprzepaścić tego, co udało im się tego dnia wypracować. Cokolwiek to było.

            – Jeżeli to był twój plan od samego początku… Wolałbym przegrać. Nie potrzebuję twojej ani niczyjej litości. Zacznijcie traktować mnie normalnie, do cholery – warknął Ślizgon, odkładając znicz na jedną z półek. Obrócił się na pięcie i wyszedł z szatni, nawet nie rzucając na siebie zaklęcia osuszającego.

            – Malfoy! Draco! Czekaj! – zawołał za nim Harry.

            Jak coś tak prostego mogło pójść tak bardzo nie tak?

 


 

            Wracając do zamku czuł jak złość i frustracja zjadają go od środka.

            Co za fatalne nieporozumienie. Absolutnie beznadziejna sytuacja. I jak niby miał teraz z tego wyjść?

            Mógł to rozwiązać tylko w jeden sposób.

            Musiał porozmawiać z Malfoyem, i to jak najszybciej.

            Nie znalazł Ślizgona w pokoju wspólnym; nie miał pojęcia, które dormitorium jest jego, ale Luna wskazała mu ukradkiem właściwe drzwi.

            Zapukał, czując, jak szumi mu w głowie.

            Po dłuższej chwili Draco uchylił drzwi. Miał na sobie szlafrok w barwach Slytherinu, a jego włosy wciąż były mokre. Rozdrażnienie w jego oczach mieszało się ze zdziwieniem. Uniósł brwi.

            – Mogę wejść? – zapytał Gryfon, siląc się na obojętny ton.

            Malfoy nie odpowiedział; odsunął się tylko, wpuszczając go do pokoju.

            Harry wszedł do środka i zamknął drzwi, zdając sobie nagle sprawę, że są zupełnie sami na kilku metrach kwadratowych. Że to pokój Draco, jego prywatna przestrzeń. Przestrzeń, do której tak po prostu wszedł.

            Przez krótką chwilę był wręcz boleśnie świadom miętowego zapachu szamponu, który unosił się w pomieszczeniu. Domyślił się, że blondyn musiał dopiero co wyjść spod prysznica.  

            Dziwnie się z tym czuł. Nie to było jednak teraz najistotniejsze.

            Malfoy stał obok z zawziętą miną i ramionami skrzyżowanymi na torsie.

            – Czy przyszedłeś dalej wciskać mi kit?

            – Nie, Draco – powiedział Gryfon, czując nagle, że jest zmęczony i że nie ma ochoty na żadną kłótnię. – Chcę powiedzieć tylko jedną rzecz, więc po prostu mnie posłuchaj.

            Ślizgon utkwił w nim swoje jasne oczy, nie zmieniając wyrazu twarzy.

            – Chcesz prawdy? Oto ona. Nie złapałem znicza bo patrzyłem na ciebie, rozumiesz? Gapiłem się najpierw na twoje blizny, a potem na twój tyłek. Pierwszy raz w życiu coś innego niż dementorzy czy cholerny psychol pragnący mojej śmierci odwróciło moją uwagę od znicza. I byłeś to ty. Zadowolony?

            Malfoy zamarł. Jego szare oczy przybrały kształt i średnicę galeonów.

            – To było tak długie wyjaśnienie, że zgubiłem się po pierwszym zdaniu. Mógłbyś powtórzyć?

            – Mógłbym – potwierdził Harry, delektując się szokiem drugiego chłopaka i próbując jednocześnie uspokoić własne serce – do którego dotarła właśnie powaga sytuacji, w jaką sam się wpędził. Kropelki wody skapujące z końcówek włosów Ślizgona wcale mu w tym nie pomagały. – Chociaż wydaje mi się, że bardzo dobrze mnie słyszałeś.

            – Harry.

            – Patrzyłem na ciebie, Draco. Na blizny, które sam na tobie zostawiłem. I na twój tyłek. I szczerze mówiąc, to nie jedyna część twojego ciała, która przyciągnęła dzisiaj mój wzrok.

            Blondyn przełknął ślinę – czyżby to cień rumieńca zagościł na jego policzkach? – i dalekim od nonszalancji ruchem poprawił poły szlafroka. Który to, zanotował z uwagą Harry, pozostawiał na widoku znaczną część jego łydek.

            Bardzo kształtnych łydek.

            Doskonałych, można by rzec.

            – Nie sądziłem, że mój tyłek mógłby leżeć w strefie twoich zainteresowań.

            – No to jest nas dwóch.

            – Nie musisz brzmieć na takiego zdegustowanego.

            – Nie jestem… – pospiesznie zaczął się tłumaczyć Harry; kolejna sprzeczka była ostatnim czego teraz potrzebowali. Jednak widok uśmieszku na twarzy Malfoya kazał mu w pół słowa zmienić kierunek myślenia i wypowiedzi. – Drażnisz się ze mną!

            Cholerny Ślizgon miał czelność się roześmiać.

            – Może usiądziesz?

            Gryfon, nadal lekko skonsternowany, rozejrzał się po pomieszczeniu. Była to dokładna kopia jego własnego dormitorium – mały pokój z oknem wychodzącym na błonia, wyposażony w solidny drewniany stolik, fotel z wysokim oparciem i osłonięte kotarami łóżko. Harry uśmiechnął się i zerknął na Ślizgona z uniesionymi brwiami.

            Malfoy prychnął z rozbawieniem; machnął różdżką i transmutował jedną z leżących na podłodze książek w proste wiklinowe krzesło. Kolejnym zaklęciem przywołał z czeluści kufra butelkę Ognistej Whisky i dwie szklanki.

            Ach. Więc zanosiło się na tego rodzaju wieczór.

            Harry nie miał nic przeciwko.

 


 

            – Więc jak wygląda sytuacja między tobą a tą małą Weasleyówną?

            Pytanie brzmiało niewinnie, ale Harry zawahał się z odpowiedzią, zaskoczony własnym dyskomfortem. Zdecydowanie wolał kiedy trzymali się bezpiecznych tematów – Quidditcha i harmonogramu zajęć, które czekały na nich w tym semestrze. Jeśli zaczną dyskutować na temat związków, Merlin jeden wie do czego to może doprowadzić.

            Do kłótni. Albo do czegoś zupełnie innego.

            – Przyjaźnimy się.

            Malfoy uniósł brwi i upił długi łyk whisky. Wyraźnie czekał na jakąś opowieść, na pełną dramatyzmu historię, która pasowałaby do ognistego gryfońskiego temperamentu. Harry wiedział, że musi go rozczarować i w przedziwny sposób czuł z tego powodu zawstydzenie.

            Tuż za którym pojawiła się irytacja. Nie było powodu, dla którego miałby próbować zaimponować temu cholernemu Ślizgonowi.

            – Okazało się, że potrzeba spokoju i bezpieczeństwa połączona z lękiem przed śmiercią to nie najlepszy fundament do budowania związku.

            Nie wspomniał o odkrytym w ostatnich miesiącach zainteresowaniem Ginny innymi przedstawicielkami płci pięknej – ten sekret nie należał do niego. Przynajmniej tyle przyzwoitości mógł okazać względem byłej dziewczyny. On sam też by nie chciał, żeby szeptano po korytarzach o jego rozterkach miłosnych.

            – Więc co jest według ciebie dobrym fundamentem?

            – Hę?

            – Fundamentem do budowania związku.

            Wydawało mu się, że srebrne oczy Malfoya śmieją się z niego ponad krawędzią szklanki. Poczuł się nagle jak głupi, niedoświadczony dzieciak. Ślizgon na pewno nie wpakowałby się w związek z siostrą swojego najlepszego przyjaciela, szybciej zorientowałby się, że są inne sposoby na uciszenie samotności. Zaraz przybierze ten wyniosły arystokratyczny ton i wytknie mu wszystkie błędy. Harry musiał zranić go pierwszy.

            Słodki zapach mięty mieszał mu w głowie.

            – Na pewno nie stopień atrakcyjności czyjegoś tyłka – wysyczał. I niemal natychmiast pożałował tych nieprzemyślanych słów. Twarz Malfoya spoważniała; chłopak odchylił się na oparcie fotela, zwiększył fizycznie dzielący ich dystans.

            – Oczywiście, Potter. Nie jesteś przecież taki płytki.

            Wrócili więc do punktu zero. Do drobnych złośliwości i grania na emocjach. I to z winy Harry’ego. A co jeżeli Ślizgon wcale nie próbował mu dokuczyć? Może jego pytaniem kierowała szczera ciekawość, chęć wymiany poglądów i zrozumienia siebie nawzajem?

            – Przepraszam – powiedział cicho Harry. – Nie miałem zamiaru cię urazić.

            Malfoy bez słowa dolał im obu whisky. Jego twarz była jak wyrzeźbiona z kamienia.

            – Wydawało mi się, że tym pytaniem próbujesz ze mnie zakpić. Może dlatego, że nasza relacja zawsze była zbudowana na takim fundamencie. Na złości. I rywalizacji.

            – Nie musiało tak być. To ty odrzuciłeś moją ofertę przyjaźni.

            Na to nie było dobrej odpowiedzi. Harry nie chciał wracać myślami do tamtego momentu w sklepie Madame Malkin, do wyciągniętej w zaproszeniu dłoni jasnowłosego chłopca. Zamiast tego skupił wzrok na rozrzuconych na podłodze książkach. Nigdy by się nie spodziewał, że Malfoy okaże się takim bałaganiarzem. Ilu jeszcze rzeczy o nim nie wiedział? Ile z jego wyobrażeń było opartych na pustych stereotypach i plotkach?

            – Ale nie, nie próbowałem z ciebie zakpić – podjął wątek Malfoy. – W gruncie rzeczy niewiele wiem o związkach. Byłem zwyczajnie ciekawy.

            Myśli Harry’ego, jeszcze chwilę wcześniej rozbiegające się szaleńczo we wszystkich kierunkach, gwałtownie wyhamowały.

            – Jak to niewiele?

            Draco westchnął i przewrócił oczami, wyraźnie pokazując, że uważa zatrzymywanie się na tym temacie za niepotrzebne i uciążliwe.

            Harry zdecydowanie się z nim nie zgadzał.

            – Nigdy nie byłem w związku.

            – Nie rozumiem – oznajmił Harry po niezręcznej chwili milczenia. – Każdy chciałby się z tobą umówić. Codziennie mógłbyś wychodzić na randkę z kimś innym.

            – Przyjmijmy, że mam wysokie standardy.

            Harry poczuł, że jego serce przyspiesza. Pochylił się w stronę Draco.

            – Jak wysokie?

            – Czemu cię to interesuje, Potter?

            – Wolałem, kiedy mówiłeś do mnie po imieniu.

            Draco otworzył usta i Harry wiedział, wiedział to z pewnością jaką mogą dać jedynie dwie szklanki whisky pite na prawie pusty żołądek, że kolejne słowa Ślizgona wywrócą świat do góry nogami.

            – MALFOY?! OTWIERAJ! WIEM, ŻE TAM JESTEŚ! – głos Rona, wzmocniony chyba jakimś zaklęciem, zadudnił zza drzwi dormitorium.

            – Twoi przyjaciele chyba nadal mnie nie lubią – zauważył z westchnieniem Draco. Przeczesał palcami wciąż wilgotne włosy i z niechęcią zerknął na drzwi.

            Moment minął. Cokolwiek wisiało między nimi w powietrzu, bezpowrotnie rozeszło się pod naporem wrzasków Rona.

            – LUNA POWIEDZIAŁA MI, ŻE HARRY SZEDŁ OSTATNIO DO CIEBIE! JEŚLI COŚ MU ZROBIŁEŚ, TO CI NOGI Z DUPY POWYRYWAM!

            – Chyba pora na ciebie.

            – Nie muszę robić wszystkiego, co każą mi moi przyjaciele.

            Obaj wiedzieli, że wyjątkiem od tej reguły była Hermiona, ale było to tak oczywiste, że nie wymagało wypowiedzenia na głos.

            – Jest już późno. Zobaczymy się jutro na zajęciach, prawda?

            – Prawda – potwierdził Harry i poczuł przyjemne ciepło na samą myśl, że to mogło faktycznie być takie proste. Nie żyli już w czasach, kiedy każda noc niosła ze sobą zagrożenie. Zobaczą się rano, zjedzą śniadanie i będą się uczyć. Jak normalni nastolatkowie.

            – MALFOY, NA BRODĘ MERLINA!

            – A więc dobrej nocy.

            – Dobrej nocy, Harry.