Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 4 of Slytherinada
Collections:
The absolutely best fanfiction there is from different fandoms
Stats:
Published:
2012-11-21
Completed:
2012-11-21
Words:
22,604
Chapters:
2/2
Comments:
2
Kudos:
45
Bookmarks:
4
Hits:
1,683

Hapy Niu Jer, albo pojedynek czarnych charakterów

Summary:

O tym, jakie dramatyczne przygody mogą mieć Severus Snape i Syriusz Black w czasie Sylwestra, na Grimmauld Place i nie tylko.

Chapter Text

Hapy Niu Jer, albo pojedynek czarnych charakterów

 

Moja jest tylko racja i to święta racja, bo nawet jeżeli jest i twoja, to

moja jest mojsza niż twojsza, i zaprawdę powiadam wam, że to właśnie moja

racja jest najmojsza!

 

Kiedy Severus po raz pierwszy zobaczył wnętrze domu pod adresem Grimmauld Place 12, widok przyprawił go o lekki wstrząs estetyczny. Nie żeby miał coś przeciwko srebrnej farbie (obłażącej), rodzinnym konterfektom (ponuro zezującym ze wszystkich ścian) albo wężom. Tych ostatnich było jednakże stanowczo zbyt wiele, nawet jak na gust członka Domu Slytherin. Po wizycie w toalecie, gdzie był zmuszony pociągnąć za spłuczkę w kształcie kobry, Snape miał już wrażenie, że wszystko wokół niego pełza. Sacrebleu! Wszyscy Blackowie byli najwyraźniej szurnięci, nie wyłączając Syriusza Blacka - z tym, że on był szurnięty jakby w drugą stronę.

Snape ograniczał wizyty na Grimmauld Place do niezbędnego minimum. Z pewną ulgą zauważył, że wygląd domu poprawiał się, głównie dzięki wysiłkom Molly Weasley. Kiedy jednakże obowiązki przygnały go do siedziby Blacków tuż po Bożym Narodzeniu, znów doznał szoku, który sprawił, że omal nie przewrócił się w progu. Ponury i zaniedbany dotąd hall został odnowiony. Ściany pokrywała nowa tapeta w girlandki różyczek, tudzież złote gwiazdki. Ponure gęby portretów zasłonięto wizerunkami pyzatych Mikołajów oraz wieńcami z choiny i kiściami różnorodnych bombek. Severus zauważył, że rodowa kolekcja głów domowych skrzatów została ubrana w krasne czapeczki oraz sztuczne brody, i przeklął w żywe kamienie swoją spostrzegawczość. Wszystko to jednak bladło w obliczu clou programu, czyli schodów oplecionych masą migających kolorowych lampeczek i różowych kul. Na każdym schodku stał już to podświetlony krasnalek, już to czerwononosy renifer albo bałwanek w cylinderku. Natomiast w samym środku tego varietes bezguścia siedział sam pan domu, jako wielki czarny pies w czerwonej czapce z reniferowymi rogami.

Snape jeszcze raz potoczył osłupiałym wzrokiem po świątecznie przyozdobionym hallu, następnie stwierdził z niesmakiem:

- Black, tym razem przegiąłeś ostatecznie.

Czarne psisko zrobiło lekceważącą minę, wywieszając język i ostentacyjnie podrapało się tylną łapą w szyję.

- Gdzie Albus? – burknął Snape.

- Whuf – odparł Black, wskazując nosem wejście do kuchni.

Kuchnia na szczęście wyglądała normalnie. Dekoratorskie zapędy gospodarza nie dotarły tutaj, a w każdym razie nie zdołały się w pełni rozpanoszyć. Poza kolorowymi skarpetami, wciąż jeszcze wiszącymi na gzymsie kominka i pękami jemioły na belkach pod sufitem, nie było tu świątecznych akcesoriów. Chyba, że liczyć Albusa Dumbledore’a, który miał na sobie czerwony szlafrok w białe niedźwiadki, a na tiarze wieniec z ostrokrzewu. Dyrektor Hogwartu z błogą miną sączył kremowe piwo przez słomkę i rzucał strzałkami w mugolską fotografię Ministra Magii, zawieszoną na drzwiach kredensu.

- Witaj Severusie. To prezent od Syriusza – wyjaśnił, celując starannie. – Znakomita rozrywka.

Lotka utkwiła dokładnie pośrodku melonika Knota. Severus obrócił w palcach rzutkę, wziętą ze stołu, po czym cisnął nią błyskawicznie, trafiając ministra w ucho.

- Rzeczywiście – zgodził się. – Ale byłoby ciekawiej, gdyby się ruszał.

- Albo gdyby był żywy – dodał z paskudnym uśmieszkiem.

Dumbledore machnął ręką.

- Już i tak pani Weasley utyskuje, że demoralizujemy z Syriuszem jej dzieci. Chociaż co do bliźniaków mam odmienne zdanie. A co u naszego ulubionego wroga, pana Zadziwiającego Voldiego Zaklinacza Węży? – dyrektor zmienił nagle temat, jednocześnie robiąc dziurę w drugim uchu Korneliusza Knota.

- Mam wrażenie, że nie traktuje pan tej wojny szczególnie poważnie – rzekł Snape chłodno.

- Drogi chłopcze, mam sto pięćdziesiąt lat, czy coś koło tego, i gdybym usiłował wszystko traktować śmiertelnie poważnie, to zapewne skończyłbym ze sobą już za czasów Grindelwalda.

Na twarzy Mistrza Eliksirów pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu odwróconego do góry nogami.

- Och, przepraszam, Severusie! – stropił się Dumbledore.

- Mam wrażenie, że Bydlak jest jednak gorszy od Grindelwalda – powiedział Snape, udając, że niczego nie słyszał.

- Owszem – mruknął Dumbledore. – Stary Grindelwald był, z przeproszeniem, solidnym Prusakiem, ze wszelkimi konsekwencjami tego faktu. Przejawiał zdrowe zainteresowanie władzą nad światem i działał logicznie. Natomiast Voldemort to obłąkany geniusz, a przewidywanie jego posunięć jest równie proste jak...

- Wróżenie z fusów herbacianych – dopowiedział Syriusz, pojawiając się w kuchni już w ludzkiej postaci. – Trelawney ma na to prostą metodę: starczy przepowiedzieć wszelkie możliwe nieszczęścia, a zawsze na coś się trafi. O jakich tym razem nieszczęściach przybył donieść nasz ubóstwiany Mistrz Eliksirów?

Snape spojrzał na niego spode łba, a jedna strona ust zadrgała mu, odsłaniając przez chwilę pożółkłe zęby. Przypominał chudego psa, który bardzo chce gryźć. Opanował się w porę.

- Dyrektorze...?

- Mów, Syriusz jest wtajemniczany we wszystko – rzekł Dumbledore.

Mina Snape’a świadczyła, że ma gruntownie wyrobioną opinię zarówno o Blacku, jak i beztroskim wtajemniczaniu go w cokolwiek.

- Tym razem niewiele da się powiedzieć. Bydlak przyczaił się na okres świąteczny, jakby i on zrobił sobie urlop. Zapewne chodzi o to, że nawet Śmierciożercy mają rodziny i byłoby podejrzane, gdyby nie spędzali z nimi Bożego Narodzenia. Wszelkie akcje wymagające udziału większych grup zostały przełożone na styczeń. Co jednak znaczy, że samotni mogą być wyciągani z łóżka o drugiej nad ranem i wysyłani na jakieś mini krucjaty – Snape skrzywił się z rezygnacją. – Bydlak odbył prywatną konferencję z MacNairem i Malfoyem w polu Silencio. Starałem się czytać z ust, ale ciągle odwracali głowy.

- To żeś się strasznie dużo dowiedział – mruknął Black ironicznie, otwierając przedpotopową lodówkę w drewnianej obudowie i wyjmując z niej jakiś garnuszek.

Snape znów łypnął na niego wilkiem.

- Zdołałem wyłowić słowo „dementor”. Cokolwiek planują w najbliższej przyszłości, będzie miało prawdopodobnie związek z Azkabanem. Dostałem też nowe zlecenie na eliksiry, ale zestaw jest zupełnie typowy: trucizny, antidota, środki uśmierzające i veritaserum. Czysta rutyna, mam już takie zapasy, że mógłbym otworzyć sklep...

- Sklepik „Pod Śmierciożercą” – zamruczał Syriusz pod nosem, a Severusovi zrobiło się czerwono przed oczami. Z wysiłkiem wziął głębszy oddech i postanowił jeszcze tym razem nie dać Blackowi po pysku.

- Żadnych torturujących? – upewnił się Dumbledore.

- Rzadko je zamawia. Woli rękodzieło – odparł Severus ponuro. – Poza tym zafundował nam zwykłą przemowę polityczną o pognębieniu wrogów, sukcesach i świetlanej przyszłości dla wszystkich czarodziejów czystej krwi.

- Bla, bla, bla... jakbym znów słyszał starego, poczciwego Adolfa – skomentował Dumbledore, rzucając lotką w nos Knota.

- Kogo? – zdziwili się obaj młodsi mężczyźni (o dziwo, zgodnie).

- Jakie wy mieliście stopnie z mugoloznawstwa? – spytał dyrektor z lekkim niesmakiem.

Snape wzruszył ramionami, zapalając papierosa, a Black gwałtownie zamieszał łyżką w naczyniu i wpakował sobie do ust kopiastą porcję specjału, przypominającego zmielony lód. Przez chwilę kontemplował smak z przymkniętymi oczami, po czym gwałtownie przełknął i chuchnął.

- Co to jest? – zainteresował się Dumbledore.

- Mrożona wódeczka – odrzekł Syriusz z wniebowziętą miną, szczerząc się w olśniewającym uśmiechu.

- Alkoholik! – prychnął Snape pogardliwie.

- A ty narkoman! – odgryzł się Syriusz natychmiast w dwójnasób. – Ślizgońska Pyntia! Tyle, że zamiast wizji masz zęby żółte jak wątroba Chińczyka.

- Pythia, dyletancie. Chętnie bym porównał kolor twojej wątroby z chińską – wycedził Severus. – A co do zębów, to przynajmniej mam tyle godności, żeby nie reklamować tak nachalnie magicznej protetyki.

Black żachnął się gwałtownie. Po długoletnim pobycie w Azkabanie musiał poddać się gruntownemu remontowi uzębienia i był na tym punkcie przeczulony.

- Mnie przynajmniej stać na tę protetykę!

- Zaiste! Odezwał się świątobliwy sponsor gryfońskiej drużyny quidditcha.

- Bardziej świątobliwy niż sponsor Slytherinu!

- Nas sponsor przynajmniej ma jakąś prezencję.

Black z hukiem postawił garnek na stole i zaczął zakasywać rękawy. Snape tylko włożył rękę do kieszeni płaszcza.

- Zrób krok w moją stronę, a przyprawię ci te rogi do głowy na stałe – warknął złowrogo.

- Pax! Pax,* chłopcy! – wmieszał się dyrektor Hogwartu. – Bo odejmę punkty obu Domom.

- Przydałoby się – powiedziała pani Weasley, pojawiając się w drzwiach. – Zupełnie jakbym słyszała swoich młodszych synów. – Znaczącym gestem uniosła trzymaną w ręku ścierkę. – Syriuszu, panie Snape, czy wy nie możecie przynajmniej udawać, że jesteście dla siebie uprzejmi?

- Mógłbym, gdyby mnie brutalnie nie atakowano w moim własnym domu – oznajmił naburmuszony Syriusz.

- Ja też mógłbym, gdyby mnie tu traktowano jak gościa, a nie pomiatano jak domowym skrzatem – rzekł ozięble Snape.

- Idę o zakład, że ty byś jeszcze na własnym pogrzebie wygarnął coś złośliwego żałobnikom. O ile ktoś by przyszedł – prychnął Syriusz.

- Proponuję zacząć od twojego pogrzebu – warknął Severus.

Dumbledore i Molly wymienili znaczące spojrzenia. Osobno każdy z tych panów był całkiem rozsądnym, sympatycznym (Syriusz) oraz inteligentnym (Sever) człowiekiem, natomiast zetknięcie ich powodowało efekt podobny do wlewania wody do kwasu – wszystko się gotowało i wybuchało.

- Właściwie... to całkiem niezły pomysł – rzekł powoli dyrektor.

- Jaki pomysł? – zainteresował się Black.

- Żebyś się założył z Severusem, że umiałbyś być dla niego grzeczny.

Syriusz wzruszył ramionami.

- O co? O forsę? Pensje w Hogwarcie, bez obrazy, nie są szczególnie wysokie. Biedny Snivellus musiałby oddać buty do lombardu.

Severus zrobił się lekko siny.

- Są wystarczające dla ludzi, którym nie uderza do głowy woda sodowa i nie wyrzucają pieniędzy na miotły wyścigowe! – Miotła Pottera leżała mu na wątrobie od dwóch lat.

- Jeżeli... – głos Albusa Dumbledore’a nagle nabrał głębokich tonów, a w niebieskich oczach pojawiły się stalowe błyski. – Jeżeli wytrzymacie ze sobą tydzień, dokładnie od teraz do drugiego stycznia... wtedy, Severusie, podniosę ci pensję o sto galeonów, a ciebie, panie Black, zacznę wypuszczać na akcje.

Zapadła głęboka cisza. Molly Weasley stała wciąż z uniesioną ścierką do kurzu, bojąc się choćby poruszyć, tylko wodziła oczami między oboma adwersarzami. Powietrze wręcz zdawało się wibrować od kłębiących się w kuchennej przestrzeni ogromnych namiętności.

- Mam obowiązki w szkole – jęknął Snape. – I mogę być w każdej chwili wezwany do...

- Stąd będzie ci łatwiej się aportować, niż z Hogwartu – przerwał mu dyrektor.

- Nnie wiem...

- Zakupimy nowoczesny sprzęt do pracowni eliksirów. Dużo szklanych rurek i takich tam... i podciśnieniowy ekstraktor Flamella-Bormana – kusił umiejętnie Dumbledore.

Snape zamknął oczy, by nie widzieć Blacka, który właśnie zaczął ciągnąć za sznurek u czapki, co powodowało, że pluszowe rogi klapały o siebie. Wziął baaardzo głęboki oddech. Pal diabli te sto galeonów, miał wystarczające oszczędności, ale ten ekstraktor...

- I maszynę co robi „ping” – mruknął Black cicho.

Severus gwałtownie otworzył oczy.

- Co..?

- Nic. Mnie tam wsio rawno, ale jak ty się łamiesz? – powiedział Black lekceważąco. – Stawiam tylko jeden warunek: nie będziesz tu palił.

- Okej! – wybuchnął Snape. – W takim razie też stawiam warunek! Ty nie przełkniesz w tym czasie ani kropli alkoholu.

- W porządku – zgodził się Syriusz i zamachał wesolutko reniferowymi akcesoriami.

Molly Weasley odetchnęła.

- To ja obiorę więcej ziemniaków! – zaszczebiotała sztucznie optymistycznym tonem, porzucając ścierkę na rzecz różdżki. Zza kredensu wylewitował kosz z kartoflami, po czym obierki zaczęły fruwać po całej kuchni. Podniecona pani Weasley nieco przesadziła z zaklęciem.

- Podajcie sobie ręce – polecił Dumbledore, mimochodem usuwając obierzynę z ucha. Nakreślił nad połączonymi dłońmi obu panów skomplikowany symbol i wymruczał w siwe wąsy jakieś niezrozumiałe zaklęcie. – Teraz zakład jest wiążący. Jeśli któryś z was będzie oszukiwał lub użyje słownictwa obraźliwego, konsekwencje będą wyraźnie widoczne.

Snape’owi i Blackowi miny zrzedły jednocześnie. Zapewne obaj już kombinowali, jak w dyskretny sposób ominąć (nagiąć albo złamać) zasady, zmusić przeciwnika do żałosnej rejterady, a jednocześnie samemu nie ucierpieć. Black odchrząknął.

- No to ja... znajdę ci jakiś pokój... Severusie – powiedział słabo.

- A  ja wyślę sowę do szkoły, żeby skrzaty przysłały mi trochę rzeczy. Masz sowę... Syriuszu? – zapytał Snape posępnie.

- Pożyczymy sowę Harry’ego, Severusie.

- Dziękuję, Syriuszu. Prowadź.

- Goście przodem... – Black wykonał zapraszający gest w stronę drzwi i dodał: - ...mój drogi -  a w jego głosie zabrzmiała nuta satysfakcji, że udało mu się wymówić tak trudny zwrot.

- Dziękuję, stary druhu – wykrztusił Snape, zdobywając w pięknym stylu punkt dla Slytherinu.

Obaj panowie jeszcze przez moment robili Wersal przy drzwiach kuchennych (pod ubawionym wzrokiem Dumbledore’a i zdumionym pani Weasley), po czym wynieśli się do hallu. Stary czarodziej zakneblował się własną brodą, by nie ryknąć homeryckim śmiechem.

- Czy pan na pewno wie co robi? – spytała Molly z powątpiewaniem, wyjmując jednocześnie z lodówki kotlety na obiad. – Przecież oni się pozabijają.

- Och, może nie będzie aż tak źle. Od incydentu z wierzbą minęło jednak sporo czasu. Przemówiłem im do ambicji, do chęci posiadania i co tam jeszcze... Molly, przecież na pewno stosowałaś to samo w wychowaniu swoich dzieci.

- Ale to nie są dzieci, to jest dwóch dorosłych facetów.

- Czasem wydaje mi się, że nie. Doskonale ich pamiętam jako chłopców. Syriusz chyba w ogóle nie chodził normalnie, zawsze biegał i wiecznie był podrapany. A Severusowi kieszenie się obrywały od książek i był ciągle głodny – Dumbledore uśmiechnął się z nostalgią do wspomnień.

Molly pokiwała ze zrozumieniem głową i dołożyła do puli jeszcze trzy kotlety dla Mistrza Eliksirów. A potem zatrzymała rozpędzone zaklęcie, które naobierało już górę ziemniaków i zaczęło zestrugiwać koszyk.

Z hallu dobiegł stłumiony łomot i przekleństwo. A potem:

- Przepraszam, Severusie. Zapomniałem, że ten schodek się zapada.

- Nic... nie... szkodzi.

- Bardzo się potłukłeś?

- Nie.

- Naprawdę mi przykro. Pamiętaj, to ten schodek, nad którym stoi sarenka.

- Zapamiętam, że to jedyny, na którym NIC nie stoi, Syriuszu.

- Jak ci wygodniej, Severusie.

Molly Weasley i Dumbledore słuchali w milczeniu tej konwersacji, póki głosy nie oddaliły się. Molly pokręciła głową.

- To będzie masakra.

pax (łac.) – pokój

 

*

Pokój gościnny nie zrobił na Severusie żadnego wrażenia. Sypiał już w znacznie dziwniejszych miejscach, więc zmatowiałe srebrne obicia w czarne lilie herbowe, albo kolekcja fajek do haszyszu na etażerce zajmowała bardzo niską pozycję w Severusowym rankingu osobliwości. Zmumifikowana głowa pod przykurzonym kloszem na gzymsie kominka zdawała się dumać nad tajemnicami wszechświata. Snape z umiarkowanym zainteresowaniem odczytał zmatowiałą tabliczkę na podstawce. „Horatio Secundus Black, 1823-1876. Requiescat in pace.”* Pod spodem ktoś dopisał żółtą kredką „i reszta niech też”.

- A gdzie jest reszta? – powiedział Severus w zamyśleniu i drgnął, kiedy niespodzianie tuż obok odezwał się melancholijny bas:

- Niestety, to bardzo smutne, ale nie wiadomo.

O złoconą ramę wiszącą nad kominkiem opierał się dystyngowany dżentelmen w kasku korkowym.

- Oczywiście, nie mogę tego pamiętać, ale podobno zostałem zjedzony przez krajowców w Nowej Gwinei – ciągnął z ubolewaniem portret. – Moją głowę ocalił Orion Canis Black. Bardzo obowiązkowy i oddany rodzinie młodzieniec. Rezyduje w sali muzycznej. Szkoda, że zginął potem w Egipcie. Rozumie pan, to był duży krokodyl... Ach, co za nietakt z mojej strony! Nie przedstawiłem się. Horacy Black.

- Severus Snape – odrzekł Severus dość ozięble. Nie lubił rozmawiać z portretami, a ten w dodatku robił wrażenie nieznośnie gadatliwego.

- Snape..? – powtórzył Horacy Black z namysłem.

- Z TYCH Snape’ów – podkreślił Severus bez drgnienia powieki.

- Oczywiście! Tak, tak... rzeczywiście, Snape! Co za ulga, że ten nieznośny chłopiec zaczął przyjmować ludzi z towarzystwa – zakrzyknął portret, obrzucając skonsternowanym spojrzeniem biały kołnierzyk i czarną marynarkę gościa. Poprawił swój kask i ukłonił się lekko.

- Proszę wybaczyć, obowiązki wzywają – po czym zniknął pospiesznie za krawędzią ramy. Można było założyć, że właśnie wędruje przez inne obrazy, daremnie usiłując zebrać jakieś informacje o  arystokratycznym rodzie Snape’ów.

Snape zmarszczył brwi i natychmiast odwrócił obraz do ściany. Po sekundzie namysłu to samo zrobił z wysuszoną głową. Po czym metodycznie zaczął rozpakowywać walizkę. Ze szczoteczką do zębów w ręku podszedł do drzwi, które według wszelkich prawideł powinny prowadzić do łazienki. Otworzył je... i zacisnął gwałtownie powieki. Przez głowę jak błyskawica przemknęła mu myśl, że właśnie się dowiedział, jakie są doznania człowieka, któremu w twarz wybucha półmisek budyniu. Bardzo ostrożnie zerknął jednym okiem, a potem drugim... Łazienka była różowa. Różowa w odcieniu tak koszmarnym, że o wstrząs przyprawiłaby nawet człowieka o dużo mniejszej wrażliwości kolorystycznej. Gdyby Severus był lepiej zorientowany w mugoloznawstwie, przyrównałby to pomieszczenie do piekła Barbie.

Tylko jeden przedmiot w łazience nie był utrzymany w jakimś odcieniu różu – na mydelniczce siedziała niebieska gumowa kaczka, mierząc Mistrza Eliksirów beznadziejnie debilnym spojrzeniem żółtych ślepek. Były Śmierciożerca kurczowo przełknął ślinę.

- A więc gramy nieczysto, Black? – warknął retorycznie.

Ze skrajnym obrzydzeniem chwycił kaczkę przez ręcznik i runął z powrotem do sypialni, gdzie z furią cisnął oba przedmioty do kominka. Z wściekłości nie zauważył przy tym, że wśród trzaskających wesoło pomarańczowych płomieni kilka jest charakterystycznie zielonkawych.

Requiescat in pace (łac.) – niech spoczywa w spokoju

*

Dziesięć sekund później i około stu kilometrów dalej Alastor Moody wyjrzał ostrożnie zza fotela. Błyskawiczny refleks już wielokrotnie uratował mu życie i zdrowie. Tym razem zamachowcy użyli kominka, a narzędzie mordu zostało dla niepoznaki ucharakteryzowane na dziecięcą zabawkę. Na wielkiego Merlina! Chyba żaden z tych zamaskowanych idiotów nie myśli, że Alastor „Szalonooki” Moody nabierze się na niebieską kaczuszkę, okręconą częściowo ręcznikiem koloru lawendy.

Moody wycelował różdżkę i wygłosił:

- Arrrdent Magnum!

W jednej chwili z dywersyjnej kaczki i podejrzanego ręczniczka została dymiąca dziura w podłodze.

- Nie ze mną takie numery, Malfoy! – rzekł Moody z pogardą, nonszalancko poprawiając sobie oko.

*

Severus zużył sporo energii i nerwów, by doprowadzić łazienkę do stanu, w którym mógłby jej używać. Zaklęcia Blacka trzymały się mocno, to musiał przeklętemu kundlowi przyznać. Cholernik już w szkole miał talent do tego przedmiotu. Jednak Snape nie dawał za wygraną, w perspektywie mając totalny brak higieny (do różowej wanny nie wszedłby nawet pod Imperiusem) albo korzystanie cichcem z cudzych łazienek. Black pękłby ze śmiechu! Niedoczekanie!

Severus ponawiał próby z antyzaklęciami i w rezultacie pomieszczenie wyglądało trochę jak wernisaż oszalałego abstrakcjonisty amatora, któremu skończyła się większość farb, a trochę jak wojskowa płachta maskująca. Wszystko pokrywały łaty brudnozielone, pleśniowoszare, zdechłojagodowe albo błotnobrązowe, w każdym razie nie pozostało NIC różowego, co napełniło Snape’a niejaką satysfakcją. Zmęczony i głodny postanowił wreszcie zejść na dół, zwłaszcza, że niosły się stamtąd domowe zapachy smażeniny, a ktoś (chyba Molly Weasley) walił w gong obiadowy.

*

Wydawało się, że kuchnia jest zatłoczona, chociaż tymczasowo przebywało w niej tylko siedem osób, czyli młodszy przychówek Weasley’ów, ich matka, Harry i gospodarz domu. Za to tyle było rozmów przy jedzeniu, śmiechu i przekomarzania, że pomieszczenie zdawało się pękać w szwach. Święta spędzone z rudowłosą gromadą były najprzyjemniejszą rzeczą, jaka przydarzyła się Syriuszowi od lat. Młodzież, która dopiero co wróciła z forsownego spaceru, wcinała z apetytem.

Black zastanawiał się, czy Snape odkrył już różową niespodziankę. Była to decyzja podjęta pod wpływem chwili, w nagłym natchnieniu - kawałek uczciwej, acz nieskomplikowanej magii. A do tego całkiem bezpiecznej, gdyż odnowienie łazienki ku wygodzie gościa mieściło się idealnie w kategorii „uprzejmość”. A że gościem był Severus Snape – typ, który wydawał się być reinkarnacją nietoperza - to już jakby inna bajka.

- Smacznego – odezwał się pozbawiony emocji głos.

Syriusz rzucił okiem w stronę drzwi. Twarz Snape’a była kamienną maską, za to oczy ziały nienawiścią, co mogło oznaczać, że istotnie zetknął się był już z kaczuszką.

- Jak ci się podoba pokój, Severusie? – zapytał Black z niewinną miną.

- Idealny – odparł jego ex kolega szkolny, uśmiechając się jak hiena. Usiadł na wolnym miejscu i sięgnął po półmisek z ziemniakami puree. Przy stole zapanowała lekka konsternacja. Rozmowy przycichły. Mistrz Eliksirów wielokrotnie był zapraszany na posiłki (grzecznościowo) ale zawsze odmawiał, jakby hołdując zasadzie „w domu wroga nawet szklanki wody”. Nagła zmiana była dziwna i niepokojąca.

- Dzień dobry, uczniowie – odezwał się Snape, kładąc nacisk na słowo „uczniowie”.

Młodzież ocknęła się.

- Dzień dobry, panie profesorze – ozwał się nieskładny chórek.

„Biedne dzieciaki” - pomyślał Syriusz, a głośno powiedział:

- Sn... pan Snape przyjął moje zaproszenie i spędzi tutaj ferie świąteczne.

BUM!

Bliźniakom opadły szczęki, Ginny omal nie wydłubała sobie oka widelcem, a Ron zbladł między piegami jak trup. Harry jeszcze przez moment żuł mechanicznie, po czym cały ogrom nieszczęścia dotarł do niego przez opar pierwszego szoku. Brwi ułożyły mu się w żałośliwy daszek, a potem popatrzył w oczy swego ojca chrzestnego z takim rozżaleniem i urazą, że Syriuszowe sumienie podniosło raban. No ale już było za późno... Trudno, przynajmniej wykorzysta czas trwania zakładu maksymalnie.

- Jeszcze kotlecika? – spytał kusicielsko i nie czekając na odpowiedź, ulokował na talerzu Snape’a ociekający tłuszczem kawał baraniny.

Mistrz Eliksirów miał refleks.

- Syriuszu, podać ci jarzynkę? – skontrował.

- Ależ dziękuję – odparował Syriusz, który miał głęboko zakorzeniony wstręt do marchewki. – Nie fatyguj się.

- Ależ to żadna fatyga! – Snape niebezpiecznie przechylił nad jego talerzem salaterkę marchewki z groszkiem.

- Nie!! – wrzasnął Black, po czym wycedził przez zęby, wyszczerzone w kurczowym uśmiechu: - Już to jadłem. Dziękuję.

- Powinieneś jeść dużo witamin, drogi Syriuszu. To świetnie robi na zęby.

- I na włosy! I na cerę! – przyświadczył radośnie Syriusz i brawurowo przeszedł do ofensywy.

- Sosu? Jeszcze ziemniaków? Serwetkę? O właśnie, nie masz serwetki, na brodę Merlina, jestem strasznie zapominalski.

Wyczarowana serwetka spadła Mistrzowi Eliksirów na głowę.

- O, najmocniej przepraszam.

- Nie szkodzi. Syriuszu, przecież ty nic nie jesz. Chciałbyś jakiś eliksir na poprawę apetytu? – zatroszczył się Snape.

Punkt dla Domu Węża. Ale Gryffindor nie powiedział ostatniego słowa.

- Severusie, nie śmiałbym ci zawracać głowy. Wystarczy, że na ciebie patrzę i czuję się pokrzepiony na duchu oraz ciele – oświadczył Syriusz kurtuazyjnie, a na dowód swego pokrzepienia wypchał się ziemniakami.

Kafel w obręczy.

Niestety, ziemniaki miały nieco zbyt suchą konsystencję i zawodnik Gryfonów zaczął się dławić, co dało przeciwnikowi okazję do walenia go między łopatki - z wielką satysfakcją i siłą, która omal nie wytrząsnęła z ratowanego płuc. Rozgrywka nabrała brutalności. Zaraz potem strona gryfońska odpowiedziała kontratakiem, próbując zdobyć kolejne punkty za pomocą maselniczki i zestawu przypraw. Jednakże zawodnik Węży karkołomną robinsonadą zdołał obronić bramkę, opowiadając dowcip („Przychodzi Knot do Ollivandera kupić nową różdżkę...)*, co zmusiło Gryffindor do wycofania się na z góry upatrzone pozycje, z powodu lekkiego wstrząsu nerwowego.

Młodzież już całkiem przestała jeść, obserwując te zmagania w niebotycznym zdumieniu. Pani Weasley miała dość.

- Proszę jeść i nie gapić się! – parsknęła gniewnie. – Myślałby kto, że nigdy nie widzieliście, jak dwóch ludzi rozmawia ze sobą w cywilizowany sposób.

Spojrzała przy tym na Snape’a tak, jakby mu jednak odmawiała przynależności do ludzi cywilizowanych.

- Jak usłyszę, że któryś z was powtarza ten kawał, to rzucę na was Silencio na tydzień – syknęła do ucha Fredowi, bo był bliżej. Syn spojrzał na nią boleśnie, gdyż dowcip był dobry (nie podejrzewał dotąd warzyciela-dręczyciela o takie umiejętności) i miał zamiar sprzedać go ojcu. Pocieszył się jednak, że zrobi to na pewno Syriusz. Ginny, która siedziała najbliżej Mistrza Eliksirów, odsunęła się lekko, przyglądając mu się podejrzliwie.

Tymczasem szermierka słowna obu panów przeszła na wystrój domu, a następnie na bibliotekę. Severus Snape z pozorną obojętnością spytał o jej zawartość. Skoro miał przebywać aż tak długo „w tym uroczym miejscu”, chciał wiedzieć, czy będzie mógł zaspokoić w nim „potrzeby intelektualne”.

- Niech pomyślę... – zastanowił się Syriusz. – O eliksirach raczej niewiele, o Czarnej Magii sporo, ale chyba niczego odkrywczego dla ciebie, Severusie... – snuł na głos dywagacje. – Zastanawiam się, czego mogłeś jeszcze nie czytać. A prawda! – zakrzyknął radośnie. – Po Regulusie zostały jakieś powieści przygodowe i mnóstwo romansów po mojej nieodżałowanej mamusi. Najbardziej lubiła „Klątwę Morderczego Lotosu”... Może...

- Dziękuję – przerwał mu Snape. – Coś sobie wybiorę. Może niekoniecznie z literatury bulwarowej. 

Posiłek skończył się wreszcie, a obecni skrycie odetchnęli z ulgą.

*

Severus po raz kolejny przewrócił się z boku na bok. Poszedł spać wyjątkowo wcześnie, już o jedenastej wieczorem, by nie znosić dłużej towarzystwa Blacka, który jak na złość postanowił go torturować swoją obecnością i postawą jowialnego gospodarza. Było około północy, kiedy Snape’a wyrwały z płytkiego snu gniewne protesty Horacego Secundusa Blacka, który wrócił na swoje miejsce i stwierdził, że zasłonięto mu okno na świat. A teraz Severus nie mógł sobie znaleźć wygodnej pozycji, było mu za ciepło, materac był za miękki ( i ogólnie za bardzo „blackowy”), a do tego biednemu Mistrzowi Eliksirów bardzo brakowało rytuału w postaci papierosa podczas spaceru po Hogwarcie. Na dobitkę głód nikotyny poparł beznadziejnie trywialny głód cielesny. Do przyciszonych, mamrotanych protestów sir Horacego Blacka, skonsumowanego na Nowej Gwinei, dołączyły protesty Severusowego żołądka, który stwierdził, że dostał za mało na kolację. Niestety, Snape sam był sobie winien, gdyż skrócił posiłek do niezbędnego minimum. Z westchnieniem pełnym rezygnacji Severus wyciągnął różdżkę spod poduszki i wstał z łóżka. Sprężyny materaca skrzypnęły cicho.

- Czy mógłby mnie pan odwrócić przodem? – zapytał kwaśno Horacy Black, dając dowód wyostrzonego słuchu.

- Niestety, nie uważam, że jeden mężczyzna powinien oglądać drugiego w niewymownej bieliźnie, nawet jeśli obaj są dżentelmenami - odparł Snape z godnością i nacisnął delikatnie klamkę. „Niewymowna bielizna” w tym wypadku oznaczała bawełnianą piżamę, ale to stwierdzenie zamknęło przodkowi Blacków malowane usta.

Korytarz tonął w mroku, portrety przodków pochrapywały z cicha pod całunem świątecznych dekoracji. Severus na bosaka sunął bezgłośnie przez Syriuszowe terytorium, oświetlając sobie drogę wątłym światełkiem na czubku różdżki. Jego żołądek wysyłał do mózgu sygnały, które po deszyfracji zamieniały się w wyraźny komunikat: kanapka-z-szynką-i-majonezem. Mistrz Eliksirów nieufnie zmierzył wzrokiem wystawę plastykowych zwierzątek na głównych schodach, a następnie zjechał po poręczy, lądując miękko jak kot na dywanie w hallu. W kuchennym kominku jeszcze tlił się żar, oświetlając najbliższe otoczenie czerwonawym blaskiem. Ceglana podłoga ziębiła stopy, wszystko wyglądało swojsko i bezpiecznie. Gdyby jeszcze unosił się tu zapach kwasu solnego, piołunu i lekkiej stęchlizny, Severus poczułby się jak w domu. W znacznie lepszym nastroju zabrał się do penetrowania kredensu i lodówki. Ku swemu zadowoleniu, znalazł nie tylko szynkę, ale także ser pleśniowy, słoik z majonezem i drugi z czarnymi oliwkami. Nocna przekąska zapowiadała się na ucztę. Kiedy z produktami w objęciach kierował się do stołu (zamykając za sobą kopniakiem drzwiczki), raptem usłyszał cichy chrobot. Blackowie, jak każda arystokratyczna rodzina, miała drzwi główne oraz drzwi dla dostawców, znajdujące się właśnie w kuchni. I do tychże drzwi właśnie ktoś się dobierał. Severus, wciąż piastując w objęciach jedzenie, wycofał się do mrocznego kąta za lodówką i wycelował w drzwi różdżkę. Za późno było na robienie alarmu, ktokolwiek grzebał w zamku, miał się znaleźć w środku za kilka sekund. Snape usłyszał przytłumione przez warstwę drewna zaklęcie Alohomora, po czym drzwi uchyliły się, a w ciemnej szczelinie zamajaczyły dwa mroczne, złowrogo przygarbione kształty. Severus Snape, nabrał powietrza, by rzucić zaklęcie rozbrajające, gdy niespodzianie jeden z włamywaczy potknął cię w progu, zaklął dziwnie cienko, a sekundę później w kuchni rozszalało się piekło...

*

Syriusza obudził huk. Zerwał się z łóżka na równe łapy, w pierwszej chwili oszołomiony, z nosem już wietrzącym czujnie, a ogonem jeszcze w krainie marzeń sennych. Kolejna seria trzasków i łomotów otrzeźwiła go ostatecznie. Dobiegała wyraźnie z parteru. Nie tracąc czasu, Syriusz skoczył na klamkę i wypadł na korytarz. Przesadził jednym susem poręcz, nie zawracając sobie głowy schodzeniem po schodach. Wylądował sprężyście na czterech łapach piętro niżej, obnażając z gniewnym warkotem ostre kły. Przez otwarte drzwi zobaczył, jak we wnętrzu kuchni fruwają w powietrzu błyskawice zaklęć i różnobarwne wiry klątw, pozostawiające w oczach świetliste powidoki. Wrzała tam zażarta walka, słychać było urywki rozpaczliwie wykrzykiwanych zaklęć. Zawstydzony Syriusz zorientował się, że przecież przybiegł tu tak jak stał... to znaczy spał, czyli w psiej postaci i bez różdżki. Czym prędzej zamienił się w człowieka i wyciągnął rękę, wołając: „Accio, różdżka!” Za jego plecami właśnie aportowali się, zbiegali po schodach (lub spadali z nich) wystraszeni i rozmamłani od snu goście.

- Co się tu dzieje?! – krzyknął Arthur Weasley, który poprzedniego wieczora dołączył do rodziny. Wycelował różdżkę w otwarte drzwi kuchenne.

- Dręt..!

Syriusz szybko zatkał mu usta dłonią.

- Nie! Jeszcze trafisz kogoś z naszych!

- Kogo!? Na Miłość Boską, kogo?! – wrzasnęła z przerażeniem pani Weasley, licząc wzrokiem dzieci. – Ron?! Harry...!?

- Jesteśmy – najmłodszy z synów pokiwał jej uspokajająco ręką. – Harry też.

Tymczasem w kuchni jeszcze dwa razy coś błysnęło, huknęło, po czym zaległa głucha cisza i ciemność.

- Różdżki na podłogę, ręce na głowę i wyłazić! Jesteście otoczeni! – rozkazał stanowczo Syriusz.

- Otoczeni czym? – odezwał się z ciemności sarkastyczny glos Snape’a.

- Wszystko w porządku? – spytał z niepokojem pan Weasley.

- Niezupełnie. Upuściłem majonez. LUCIFER!!

Nagle na pomieszczenie chlusnęła powódź białego światła, jaskrawego niczym blask lampy łukowej. Oczom zebranych ukazał się obraz nędzy i rozpaczy: wszędzie walały się jakieś niezidentyfikowane strzępy, skorupy potłuczonych naczyń, porozrzucane garnki i rozmaite drobiazgi. W kącie za lodówką stał Snape, w jednej uniesionej ręce trzymał świecącą różdżkę, a w drugiej dzierżył słoik oliwek, jakby to był odbezpieczony granat. Natomiast spod stołu wyglądały ostrożnie dwie znajome fizjonomie – bardzo w tej chwili zakłopotane.

- Remus!??

- Tonks!??

- O kurczę – jęknęła Tonks, rozglądając się wokoło. – To miała być niespodzianka...

- I faktycznie była! – prychnął Severus, opuszczając wreszcie słoik. – Niespodzianka jak wszyscy diabli. Co wyście robili przy drzwiach kuchennych? Nie mogliście wejść normalnie jak ludzie? Mały włos, a wysłałbym was do Mungo.

- Sna... Sev, przestań już nas oślepiać – odezwał się Syriusz. – Incendio – wskazał różdżką na wielki świecznik, wiszący nad stołem. Świece zapłonęły. Snape zgasił różdżkę.

- Nie chcieliśmy wchodzić frontem, żeby nikogo nie budzić - tłumaczyła Tons. – Ta wariatka zawsze się drze... oj, przepraszam, Siri! – (Syriusz zrobił gest, mający oznaczać „nic nie szkodzi”) – No i... – Tonks bezradnie rozłożyła ręce.

- No i Ninny potknęła się w progu i upuściła pudełko z ogniami sztucznymi, które miały być odpalone dopiero na Nowy Rok. W zupełnie innych warunkach i na pewno nie jednocześnie – dokończył Remus Lupin, odplątując z szyi szalik.

- Do licha – powiedział Harry, wyglądając zza ramienia ojca chrzestnego i rozglądając się po zabałaganionej kuchni. – Gdyby były mugolskie, to nikt by tego chyba nie przeżył. Mieliście szczęście, Tonks.

- Będzie miała szczęście, jak jej nie uduszę – mruknął Syriusz. W hallu niosły się przygłuszone pluszowymi kotarami obraźliwe wrzaski portretu pani Black, a ze schowka pod bojlerem wyglądał skwaszony Stworek, bormocąc pod nosem swoje własne inwektywy. Na piętrze niespokojnie pokrzykiwał hipogryf.

Tonks popatrzyła uważniej na swego kuzyna i niespodzianie zaczęła chichotać.

- Co? – spytał Black nieufnie.

- Co ty masz... na sobie? – wykrztusiła Tonks, rżąc w ataku totalnej i bardzo zaraźliwej głupawki. Dopiero teraz najbliżej stojący skonstatowali, że dziedzic fortuny Blacków (czy też tego, co z niej zostało) ubrany jest wyłącznie w czerwone bokserki w liściasty wzorek, a na szyi ma psią obrożę.

- Cannabis indica – rzekł Snape, przyglądając się listkom. – Czyżbyś palił marihuanę, Syriuszu? Ładna biżuteria – dodał, przenosząc wzrok wyżej.

Black rzucił mu spojrzenie, które mniej odporną osobę posłałoby na oddział intensywnej terapii.

- Do twarzy ci w zielonym, Severusie – odbił piłeczkę, zdejmując obrożę. – Jak zawsze jesteś patriotyczny.

Severus ze skromną miną obciągnął zieloną piżamę. Mimo wszystko riposta była słaba i czuł się wygrany. No, ale Black sam się podłożył, durne psisko.

Molly Weasley tymczasem zaczęła biadać nad zrujnowaną kuchnią. Pełna skruchy i dobrych chęci Tonks zaczęła pomagać w porządkach, wprowadzając jeszcze więcej zamieszania. Rozweselone towarzystwo zaklęciami reperowało potłuczoną porcelanę, usuwało resztki wypalonych fajerwerków i rozdeptywało po podłodze majonez.

Severus wycofał się dyskretnie, z łupem w postaci oliwek i sera zachomikowanego w kieszeni piżamy. Obie rzeczy skonsumował we względnym zaciszu swojego pokoju. Potem położył się z rękami pod głową i wpatrywał w baldachim nad łóżkiem – pełen drobnych dziurek, wygryzionych przez pracowite pokolenia moli. Myślał o tym, że Black ma mnóstwo blizn, okropne przejścia za sobą i niepewną przyszłość przed sobą, a jest nadal kompletnie niepoważny. Obroża, majtki w liście marihuany i epatowanie owłosionym torsem... też coś... Tonks taka sama wariatka. I to mają być najlepsi ludzie Dumbledore’a.

- Dom wariatów – powiedział Severus do baldachimu.

- Wypraszam sobie – odezwał się Horacy Secundus Black znad kominka.

 

* Czytelnicy nie wybaczyliby mi, gdybym nie wyjaśniła, jaki to był dowcip.

„Przychodzi Knot do Ollivandera kupić nową różdżkę. Próbuje tej i owej, ale żadna nie pasuje. Zdesperowany Ollivander przeszukał cały sklep i żadna różdżka nie chciała się przyznać do pana Ministra. W końcu powiedział, że dla tak wymagającego klienta musi wykonać specjalną różdżkę i żeby szanowny pan Minister przyszedł jutro. Mile połechtany Knot zjawił się następnego dnia i faktycznie – tym razem różdżka zadziałała. Ollivander zamknął za nim drzwi i westchnął z ulgą: - Trzynaście cali, lipa, rdzeń z papieru toaletowego. Jaki minister, taka różdżka, jedno i drugie do dupy.”

*

Utarło się, że życie rodzinne w Norze koncentrowało się w kuchni. Było więc całkiem naturalnym zjawiskiem, że przy Grimmauld Place działo się tak samo, zwłaszcza, że kuchnia w rezydencji Blacków była wystarczająco obszerna, by pomieścić wszystkich Weasleyów. Dwudziestego ósmego grudnia o godzinie wpół do dziewiątej rano Remus Lupin przebywał w sercu domu i nasiąkał weasleyowską atmosferą. Pił drugi już kubek herbaty, usiłując nie zakrztusić się ze śmiechu, gdy jego przyjaciel wyjawiał mu szczegóły zakładu.

- Stary podpuścił nas artystycznie – podsumował Syriusz. – Teraz ja mam szlaban na piwo, a on na pety.

- Biedacy... – uśmiechnął się Remus.

Spojrzał na drzwi kredensu, gdzie wisiały dwa rysunki, wykonane kredkami. Jeden przedstawiał czarnego psa w czerwonych gatkach, a drugi zielonego krokodyla w oklapłej peruce. Przychówek Weasleyów pomagał matce przygotowywać typowe angielskie śniadanie z tostami, marmoladą i kiełbaskami, które tym różniły się od mugolskich wyrobów, że zrobione były z mięsa.*

- Severus jako krokodyl? Ciekawe...

- Dokładnie to kajman – wyjaśnił Bill Weasly, który tego dnia pracował w banku na popołudnie i postanowił rano odwiedzić matkę. – Kajmanki, kajmanki... – zanucił, a reszta rodzeństwa podchwyciła ochoczo:

- Kajmanki, kajmanki, zjadają firanki i to co się tylko da... z doniczek kwiatki, szmatki, krawatki - taki apetyt się ma.

- Gawiale, gawiale, nie martwią się wcale, w gryfońskim salonie polują na słonie... – zaśpiewał Harry, któremu dobrze znany był weasleyowski repertuar.

- W gryfońskim salonie polują na słonie, a potem przynoszą je mnieeee... – dośpiewał Fred, balansując półmiskiem, a jego brat podchwycił melodię:

- Kajmanki, kajmanki... Niech żyją kajmanki, lecz jeden tu problem jest – kajmanki nie piją ze szklanki...

- I mają kłopot barmanki... – podjął Remus.

- I łapią kajmaki w szklanki... – dodał Ron, pękając ze śmiechu.

- Bo kajmanki wszystkie zamawiają w misce...

- A gdzie nasz naczelny kajman, czyli Snape? – spytał Bill, podczas gdy „kajmanki” rozszalały się dokoła na dobre.

- Jeszcze śpi. Albo siedzi i poleruje swoją różdżkę – odpowiedział Syriusz beztroskim tonem.

Bill zrobił okropny grymas, zerkając szybko na Molly, pilnującą patelni.

- Syriuszu, tylko nie powtarzaj tego głośno przy mojej mamie. Obawiam się, że teraz określenie „polerować różdżkę” znaczy coś zupełnie innego – wyszeptał.

Remus omal nie udusił się herbatą.

- Tak, Siri, jesteś zapóźniony, jeśli chodzi o slang.

- Cóż rzec o biednych kajmankaaaach, co siedzą złapane w szklankaaaach... – wył George z ekspresją. – Siedzą cicho jak myszkiii i gryzą szkło ciszkieeem...

- Kajmanki, kajmanki nie piją ze szklanki... a co by zrobił biedny Severus, gdyby nie mógł pijać porteruuuu..? – zaintonował Syriusz żałobnie.

- Zadzwoniłby na policję i ogłosił prohibicję – odparł Snape do rymu, wyglądając zza futryny jak diabeł z pudełka. – Czemu miałbym męczyć się sam? Dzień dobry.

- Dzień dobry. Omal nie zaspałeś na śniadanie.

- Jestem na nogach od siódmej – sprostował Snape. – Trenowałem w salonie.

- Salonowca? – zażartował Remus.

- Zaklęcia, Lupin, zaklęcia obronne... – odparł Snape pobłażliwie, siadając do stołu. – Do salonowca potrzeba partnerów* – tu spojrzał drapieżnie na Rona i Harry’ego, którzy sprawiali wrażenie, że usiłują być niewidzialni. „Kajmanki” odeszły w siną dal, a towarzystwo zajęło się jedzeniem w grzecznym milczeniu.

- Kiełbaskę, Severusie? – zaatakował Syriusz. – Musztardy? Sera? Owsianki?

- Owsianki, proszę.

Wszyscy z zainteresowaniem wlepili oczy w Mistrza Eliksirów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie reflektował na owsiankę, mając do wyboru obsmażane kiełbaski, tosty i dżem pomarańczowy. „Z tym, że kwestia zdrowych zmysłów Snape’a zawsze była sprawą otwartą”, pomyślał Bill, obserwując rytuał, odprawiany przez Snape’a nad talerzem nieapetycznej mlecznej brei. Oczy rosły mu coraz bardziej, kiedy widział, jak lądują w niej kolejno: cukier, cynamon, węgierska papryka, pieprz cayenne, gałka muszkatołowa, imbir, rodzynki oraz coś, co wyglądało jak mielony kardamon (lub proszek z pasikoników). „Jeżeli dorzuci cebulę, zwymiotuję pod stół” - pomyślał Bill z desperacją. Podczas pracy w Egipcie zetknął się z rozmaitymi niespodziankami kulinarnymi, ale nigdy nie widział, by ktoś torturował w ten sposób poczciwą, najbardziej angielską z angielskich owsiankę! 

Tymczasem Snape pochmurniał coraz bardziej i bardziej, aż w końcu wybuchnął z irytacją:

- Na Merlina, jeżeli aż tak bardzo nie odpowiada obecnym moje towarzystwo, zjem u siebie w pokoju! – i zrobił ruch, jakby chciał wstawać.

Remus szybko położył mu rękę na ramieniu.

- Ależ skąd! Po prostu... czy to jest jadalne?

Snape spojrzał w swój talerz.

- Oczywiście. Skoro to jadam i jeszcze żyję, to chyba jest, nieprawdaż? Trochę logiki, Lupin.

Miny słuchaczy zdradzały, że ta logika niekoniecznie do nich dociera. Ktoś taki jak Severus Snape, równie dobrze mógł żywić się tłuczonym szkłem i popijać kwasem siarkowym bez szkody dla zdrowia. Wciąż pod czujną obserwacją, Snape zamieszał swoje śniadanie. Pierwsza łyżka uniosła się do góry (Bill, który podświadomie oczekiwał reakcji chemicznych, syczenia i dymienia, mile się rozczarował), po czym zniknęła w ustach Mistrza Eliksirów.

- Mógłbym spróbować? – zapytał Remus nieśmiało, a jednocześnie z ciekawością, nie dostrzegając tajemniczych znaków, jakie dawała mu Tonks. Snape wzruszył ramionami i nałożył mu łyżkę swojej owsianki na talerz. Lupin skosztował ostrożnie. Syriusz gapił się na niego, z miną człowieka, który ogląda czyjeś samobójstwo.

- I co!? – wyrwało mu się.

Lupin mlasnął z namysłem.

- Jadalne. Słodkie i trochę pikantne... – w tym momencie przerwał i poczerwieniał gwałtownie, dotknięty wtórną reakcją organizmu. Zerwał się od stołu, rzucił do zlewozmywaka i zaczął zachłannie pić wodę prosto z kranu. Mistrz Eliksirów nadal konsumował swoje śniadanie z obojętną miną. Bill upuścił widelec, jego młodsze rodzeństwo zamarło z wrażenia, natomiast Harry wymamrotał, przysłaniając usta dłonią:

- Mówiłem, że to nie jest człowiek.

„Buahahahhahahahhah...” roześmiał się Severus demonicznie, oczywiście w duchu.

 

* Skład angielskich parówek jest tajemnicą państwową, lecz na pewno nie ma on nic wspólnego z żadnym zwierzęciem.

* Salonowiec – wbrew nobliwej nazwie, jest to barbarzyńska gra, polegająca na tym, że jeden z graczy zasłania oczy i usiłuje zgadnąć, kto aktualnie trzepnął go w wypięty tyłek. Zasady gry w salonowca według Snape’a byłyby zapewne bardzo... jednostronne. I bardzo brutalne.

*

Podczas przymusowego urlopu na Grimmauld Place, Severus zauważył, że mało kto wchodzi głównym wejściem, zapewne z powodu powitań, gotowanych wszystkim przez panią Black. Albus Dumbledore również korzystał z drzwi kuchennych, więc kiedy wreszcie zjawił się w kwaterze głównej Zakonu, trafił na sielski obrazek Molly Weasley czytającej „Proroka”, a jednocześnie nadzorującej zaklęcie dziewiarskie, tworzące kolejne włóczkowe arcydzieło. Było cicho i spokojnie. Na ścianie tykał zegar, kuchnię wypełniała nieokreślona atmosfera pogody, która zawsze otaczała Molly Weasley jak rodzaj magicznego pola. Nieopodal Severus pożywiał się kanapką z szynką (i majonezem).

- Dobrze wyglądasz, Severusie – zagaił Dumbledore po przywitaniu. – Domowa atmosfera wyraźnie ci służy.

Snape spojrzał na niego, jakby dyrektor nagle przemienił się w stepującego gumochłona. Domowa atmosfera, wypełniona setkami Weasleyów, śpiewający pod prysznicem Black, oraz jego gadatliwy przodek, składający się wyłącznie z głowy – zaiste, to by każdemu dobrze zrobiło.

- Mam wrażenie, że nieźle sobie radzicie? – ciągnął Dumbledore, gładząc brodę z zadowoleniem.

- Świetnie – mruknął Severus i dyplomatycznie zapchał się resztą kanapki.

Wszystko szło cudownie, poza mało ważnymi drobiazgami: nie mógł palić, więc zaczął obgryzać paznokcie – po raz pierwszy od lat szkolnych; nocami miewał koszmary, w których atakowały go wiewiórki, a w dzień był ciągle głodny, najprawdopodobniej na tle nerwowym. Poza tym nudził się śmiertelnie. Poprawka: musiał wynajdywać sobie zajęcia. Od niepamiętnych czasów Severus przyzwyczajony był do tego, że praca sama go znajduje. Lekcje, nadzorowanie szlabanów, warzenie eliksirów, sprawdzanie wypracowań... w ostateczności stosy zaległych lektur. Tak więc Hogwarcki Mistrz Eliksirów, wyrwany ze swego naturalnego środowiska, czuł się co najmniej nieswojo, nagle zalany morzem wolnego czasu, z którym nie bardzo wiedział co robić. Mugolski psycholog rozpoznałby u niego typowe objawy pracoholizmu. Szczęśliwym zrządzeniem losu Snape jednak nie znał żadnego psychoterapeuty (na szczęście również dla psychologa) i nie miał pojęcia, że mu coś dolega.

- A co porabia Syriusz?

Snape przełknął.

- Maluje obrazy – odrzekł sucho.

Na twarzy Dumbledore’a odmalowało się łagodne zdumienie.

- Nie miałem pojęcia, że Syriusz ma jakiś talent w tym kierunku. A nawiasem, w jakim stylu tworzy?

Molly, przysłuchująca się rozmowie, mruknęła coś niewyraźnie, robiąc minę pełną potępienia.

- Można to określić jako abstrakcje – odpowiedział Snape po krótkim namyśle. – Zresztą niech pan sam zobaczy.

Skinął różdżką w stronę drzwi, prowadzących do hallu.

- Finite incantatem.

I wtedy buchnęła stamtąd lawina dźwięków, jakby ktoś raptownie włączył radio. Słychać było  gwar wielu głosów, krzyki i wybijający się ponad nie wrzask rozwścieczonej kobiety. Zaintrygowany Dumbledore wyjrzał do hallu i jego oczom ukazała się nader interesująca scenka rodzajowa. Syriusz Black tkwił na szczycie drabiny malarskiej, w pozie himalaisty zdobywającego Mount Everest. Dokoła zgromadziła się cała młodzież, z ciekawością i podnieceniem obserwująca poczynania Syriusza. Remus Lupin przytrzymywał drabinę. Natomiast Black właśnie zasmarowywał czarną farbą jeden z rodzinnych konterfektów. Szereg czarnych prostokątów, ciągnących się od przedsionka, świadczył, że zajmuje się tym już od pewnego czasu. 

Zrozpaczony skrzat domowy podskakiwał u podnóża drabiny, od czasu do czasu walił głową w dolne szczeble, wprawiając konstrukcję w dygot i jęczał przeraźliwie, szarpiąc się za uszy.

- Moja biedna pani! Moja biedna pani!!

Na zamalowywanym aktualnie obrazie szalała Eleonora Beatrice Black (1942-1985), natomiast reszta oszołomionych protoplastów tłoczyła się w ramach na zasadzie puszkowanych sardynek.

- Przeklinam cię! Przeklinam! Żmija wyhodowana na łonie! Precz z mego domu, hołoto! Mugolski podnóżek! Wyrzekam się ciebie! Nie jesteś moim synem, nie jesteś Blackiem, ty parszywy..!

- Nic nowego, mamuśka! – odkrzyknął Syriusz urągliwie, machając pędzlem i pokrywając najbliższe otoczenie deseniem czarnych kropek. – Wyrzekasz się mnie co najmniej trzy razy dziennie. Zmień płytę.

W jego głosie brzmiała wściekłość pokryta cienką politurą nonszalancji. Twarz miał bladą i ściągniętą. Dumbledore pomyślał, że Syriusz jest jednak podobny do matki, co uwidaczniało się zwłaszcza teraz, gdy stał twarzą w twarz z jej wizerunkiem. Mieli takie same czarne włosy, podobny kształt brwi, czarne oczy w kształcie migdałów, oraz identycznie wybuchowe temperamenty.

- Jakoś zdołała się wydostać z obrazu w przedsionku – mruknął Snape za plecami Dumbledore’a. – I to przedstawienie trwa już dobre dwie godziny. Najpierw ganiali ją po całym domu, a teraz ten desperat usiłuje ją zlikwidować w ten żał... tą metodą. 

- Sama się wydostała? – rzekł Dumbledore półgłosem.

Snape wzruszył ramionami.

- Pełno dzieciaków się tu kręci. Kto wie, co nabroili.

- O ile pamiętam, założyłem tam całkiem przyzwoitą blokadę. Severusie, łżesz tak marnie, że czuję się urażony. Mógłbyś się dla mnie bardziej postarać  – powiedział cicho stary czarodziej, porozumiewawczo mrużąc oko.

Tymczasem Syriusz zamalował płótno do końca, natomiast jego matka natychmiast przeprowadziła się na obraz sąsiedni, wypełniając go w znacznym procencie zwałami czarnego welwetu i swoim wybujałym ego. Ściśnięte jeszcze bardziej towarzystwo z innych portretów (dalsi przodkowie bronili zażarcie swoich terytoriów) podniosło znowu chóralny wrzask protestu.

- Jak wam się nie podoba, to ją zepchnijcie z powrotem na miejsce. Inaczej zasmaruję wam wszystkie okienka na świat, jak leci. Będziecie siedzieć po ciemku z ta jędzą. Serio! – zagroził Syriusz.

To wreszcie zmusiło olejną część rodziny Blacków do energiczniejszego działania. („Boże miłosierny! On to zrobi! Panowie, trzeba działać! Eleonoro, przykro mi ale... Zbzikowany bachor, gdyby był moim synem to... Razem, na trzy! Raz, dwa... yyyyp!!”) Pani Black została zepchnięta zjednoczonymi siłami sąsiadów poza obszar widzialny i tylko jej obelżywe krzyki nadal było słychać przez warstwę świeżej farby. Dumbledore dałby głowę, że tuż nim zniknęła za krawędzią ramy, jakaś krewna przyłożyła jej w koafiurę pieczonym kurczakiem, zgarniętym pośpiesznie z pobliskiej martwej natury. Szybko wyjął różdżkę i odnowił zaklęcie blokujące.

- No, przynajmniej nie będę musiał jej oglądać – rzekł Syriusz z ogromną satysfakcją. – Ciekawe, dlaczego wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Witam szanownego pana dyrektora! – ukłonił się nisko na drabinie, zachwiał się i omal nie zleciał.

Skrzat przestał wyć, za to kucnął przed szeregiem czarnych prostokątów w posrebrzanych ramach i wpatrywał się w nie z taką rozpaczą, jakby był to rząd nagrobków.

- Szkoda tylko, że Silencio na nią nie działa – powiedział Syriusz.

- Możemy spróbować wygłuszyć ją styropianem – rzekł zachęcająco Harry.

- Niezły pomysł! – ucieszył się jego ojciec chrzestny. – To jakiś eliksir? Severusie, potrafiłbyś go zrobić w warunkach domowych?

Snape rozciągnął wargi w sztucznym uśmiechu.

- Ja wszystko umiem zrobić – stwierdził bez krztyny skromności.

Harry wpierw spojrzał na niego ze zdumieniem i rozbawieniem, ale potem zagryzł wargi i wbił wzrok w podłogę.

- Ekstra! To i owo z wyposażenia zostało jeszcze po ojcu. W ostateczności możemy kupić „Małego Warzyciela” – Syriusz tryskał optymizmem.

Severus sklęsł z lekka jak nakłuty balon, po czym, wciąż z uśmiechem przylepionym do ust, zwrócił się do Dumbledore’a:

- Cudownie się z Syriuszem rozumiemy. Naprawdę. Bardzo... ehm... przyjemnie spędzam tu czas, jak pan widzi.

*

Severus Snape z ponurym (czyli w zasadzie normalnym) wyrazem twarzy wpatrywał się w płomienie. Od czasu do czasu opuszczał wzrok na książkę, którą trzymał na kolanach, odczytywał jedno zdanie, a następnie wyrywał kartkę, składał z niej gołębia i puszczał w powietrze. Większość lądowała w ogniu.

- „Cassandra załkała, kładąc białą dłoń na dziewiczej piersi” – odczytał z obrzydzeniem. – Na Merlina...

Następny papierowy ptak obleciał pokój i skończył żywot na stosie całopalnym w kominku Blacków. 

- Nudzę się – poskarżył się Severus melancholijnie, patrząc na pająka w rogu pod sufitem. Pająk nie miał nic do powiedzenia, a do tego na wszelki wypadek schował się do dziury w obiciu.

Snape jęknął boleśnie, z niedowierzaniem patrząc w książkę. W prywatnym zaciszu swej sypialni mógł sobie pozwolić na jęki.

- „Ukochana, nigdy cię nie opuszczę, póki słońce nie zagaśnie, a księżyc nie stoczy się z nieba – rzekł z mocą Rodrygo.”

- Czyli mniej więcej do trzeciej nad ranem – skomentował Severus, zatrzaskując owo porażające dzieło literackie.

Któraś z panien Black musiała być obdarzona naprawdę zdumiewającym gustem, a do tego wielką namiętnością do romansów. Dwie półki w bibliotece ciasno zapchane były tomami w czerwonych, szafirowych i szmaragdowo zielonych okładkach ze złoceniami. Tytuły mówiły same za siebie: „W piekle miłości”; „Saga o ludziach Lawy”; „Okowy namiętności”; „Na bezdrożach uczucia”... a także zachwalana przez Blacka „Klątwa Morderczego Lotosu”. Cała reszta literatury (spasione tomy w czarnej skórze), opatrzona smakowitymi tytułami w rodzaju „Klątwy, groby i nekromancja” lub „Podręczny leksykon trucizn” (autorstwa Perdity Aqua Toffany) straszyła pustymi stronicami. „Musisz zrozumieć, drogi Severusie, musiałem to jakoś zabezpieczyć, skoro spędzają tu ferie dzieci” – tłumaczył Black ze zbolałą miną i obrzydliwym samozadowoleniem w orientalnych ślepiach. Snape nie mógł mu nie przyznać racji. Dopuszczenie bliźniaków do tak niebezpiecznej wiedzy spowodowałoby zapewne, że aż do drugiego stycznia musiałby jeść konserwy i pić chyba tylko wyłącznie wodę z kranu. Ale to z kolei znaczyło, że jego jedyną strawą duchową pozostawały owe nieszczęsne arcydzieła, gdzie bohaterowie nosili imiona typu: Sebastian, Rodrygo, Ewelizarda albo Beatrycze, oraz bardzo pouczające broszury o tematyce „Czego panienka wiedzieć nie powinna” (Severus i tak doskonale wiedział, czego nie powinny wiedzieć panienki) lub „Przystoyne prowadzenye skszata w domye przyswoitem” (mieszkańca szafki z bojlerem najchętniej „przystoynie” umieściłby na deseczce w hallu). „Prorok”, którego codziennie przynosiły Snape’owi sowy, z zakamieniałym uporem ignorował sprawy faktycznie ważne, a zajmował się bzdurami. Natomiast „Zaawansowany Warzyciel” był miesięcznikiem i nowy numer miał wyjść dopiero na początku przyszłego roku.

Severus ze wstrętem jeszcze raz spojrzał na okładkę romansu, gdzie dwa złote gołąbki całowały się w złotym wianuszku, po czym z rozmachem cisnął nim o ścianę w ataku frustracji. Drewniany panel, obciągnięty spłowiałym obiciem w herbowe lelije, zadudnił głucho. Masywny obraz, na którym dwa zziajane ogary akurat zrobiły sobie przerwę w pogoni za zającem (zając tuż obok czyścił sobie uszy), przechylił się powoli i dostojnie do przodu, przy akompaniamencie jęku wysuwającego się z drewna haka, po czym runął, zrywając po drodze baldachim z łóżka.

- Potęga literatury – mruknął Severus, patrząc na tę ruinę. Wstał, by doprowadzić łóżko do porządku i podczas tej nużącej czynności zauważył coś, na widok czego serce zabiło mu mocniej. Na podłodze leżały DWIE książki. Jedna była oczywiście tym ohydnym, czerwonookładkowym romansidłem, natomiast druga była ciemna, dość cienka i bardzo zakurzona, ale nie na tyle, by nie dawało się dostrzec na niej wizerunku czaszki. Severus natychmiast rzucił się na tomik jak sęp. Książczyna musiała być ukryta gdzieś w fałdach baldachimu, a co pewniejsze – za obrazem. Cokolwiek jednak zawierała, z pewnością nie były to bombastyczne wyznania jakiegoś hrabiego de Fingerinarse. Snape z czułością przetarł rękawem czaszkę na okładce. Otworzył tomik... i zdębiał.

Zamknął książkę.

Otworzył znowu, patrząc z niedowierzaniem.

Jeszcze raz obejrzał okładkę, po czym znów zerknął do wnętrza, zastanawiając się, czy cała ta sytuacja nie jest przypadkiem podłą mistyfikacją, mającą na celu ponowne nadszarpnięcie jego skołatanych nerwów i jakiego tym razem zaklęcia użył przeklęty kundel. Oszołomione spojrzenie Mistrza Eliksirów bezwiednie zatrzymało się na jakimś wersie i zanim zdążył się powstrzymać, przeczytał go. To było bardzo nieostrożne z jego strony. Przeczytał wers po raz drugi.

- Hmmm...

- O...

- Coś takiego... Nigdy bym nie uwierzył.

Snape oderwał się od lektury i nadal nieco poruszony, skierował się w stronę kominka. Zapukał w ramę nadal odwróconego twarzą do ściany portretu.

- Nie ma mnie w domu – rozległ się nadąsany głos Horacego Secundusa Blacka.

Severus odwrócił go. Senior rodu Blacków prezentował sobą tyle urażonej godności, że starczyłoby jej na całą scenę rodzajową i jeszcze by zostało trochę na szkic buldoga.

- Czy od dawna pan tu wisi? – spytał Snape.

- Nie rozmawiam z panem – odparł ostro Horacy Black, prężąc olejne mięśnie i poprawiając monokl. – Dżentelmeni tak nie postępują.
- Z daty wnoszę, że długo – ciągnął Severus, nie zrażony. – Kto zajmował ten pokój jako ostatni?

Obraz milczał.

- Och tak, rozumiem... – mruknął Severus. – Syriusz był zapewne nieznośnym chłopaczyskiem i nie lubi pan o nim gawędzić.

- Na szczęście niewiele miałem z nim wspólnego! – wybuchnął posiadacz monokla i korkowego kasku. – Musiał przejąć te potworne maniery po kimś z rodziny Eleonory! Regulus jednak... – zamilkł nagle, zorientowawszy się, że mówi za dużo. Zmierzył Snape’a ostentacyjnie pogardliwym spojrzeniem i zadarł podbródek.

- A więc ten pokój należał do świętej pamięci Regulusa... – mruknął Snape w zamyśleniu, bezwiednie pukając się w brodę krawędzią książki. Teoria była wielce prawdopodobna. Łoże z baldachimem należało do wąskich mebli kawalerskich, a wystrój wnętrza sugerował, że zajmował je raczej mężczyzna. Książka więc prawdopodobnie również należała do niego... chociaż tu pewność Severusa zaczynała się chwiać w posadach. Pamiętał Regulusa Blacka mgliście ze szkoły. Chłopak był młodszy o dwa lata, dość spokojny i zamknięty w sobie, a że Severus miał tę ostatnią cechę rozwiniętą daleko bardziej, więc nawet w pokoju wspólnym omijali się starannie. Regulus miał niewielu znajomych i ani jednego bliskiego przyjaciela – tylko tyle Snape był w stanie stwierdzić.

Usiadł w fotelu z zamiarem powrotu do lektury. Tknięty pewną myślą, ponownie podniósł wzrok na Horacego Blacka.

- Szanowny panie, uprzedzam, że jestem wyjątkowo wyczulony na punkcie swej prywatności. Mam nadzieję więc, że absolutnie nic z tego, co dzieje się w tym pokoju, owego pokoju nie opuści – rzekł lodowatym tonem. – Czy mogę na to liczyć?

- No cóż, powiedzmy, że ma pan moje parole d'honneur* – odparł Black z przekąsem.

- W takim razie przyjmuję. Jeżeli zaś przekonam się, że postępuje pan au préjudice de sa parole*, to nie tylko pana odwrócę, ale zapewniam, że nie zawaham się użyć... styropianu! – oświadczył Snape stanowczo.

Pan Black zagryzł wargę ze złości, lecz zmilczał. Severus natomiast począł przewracać stronice tajemniczego znaleziska. Niebawem wyjął z kieszeni ołówek i zaczął podkreślać niektóre wersy.

* parole d'honneur (franc.) – słowo honoru; au préjudice de sa parole – wbrew danemu słowu
         *

Kiedy Hermiona weszła do przedsionka w domu Syriusza, spodziewała się natychmiastowego alarmu w postaci ochrypłego ze złości dyszkantu pani Black i nowej porcji wyzwisk, wśród których „szlama” była najłagodniejszym. Tymczasem w przedsionku panował miły spokój, a z dalszej części domu dobiegały śpiewy. Dziewczyna pytająco spojrzała na Tonks, która eskortowała ją na Grimmauld Place. Aurorka wyszczerzyła się w psotnym uśmiechu.

- Ano, bawią się panowie.

- Mała pirania zwiała ze słoooja... – Hermiona z pewnym zdziwieniem rozpoznała głos Remusa Lupina.

- ...na spacer poszła, myśląc o stroooojach – podjął nieco fałszywie Syriusz i ciągnął dalej. – Do Madam Malkin kieruje... co ona kieruje, Remmy?

- Płetwy kieruje, Siri – odrzekł Remus.

- Aha. No to od nowa. Mała piraaania zwiała ze słoja, na spacer poszła, myśląc o strojach... Do Madam Malkin kieruje płetwy, by kupić modne szaty i swetry!

Teraz już cały chór śpiewał pieśń o piranii:

- Nie żałuj sweterka piranii, nie żaaałuuuj... Tylko pocałuj rybeńkę, czule pocaaaaałuuuuj...

Hermiona zatkała sobie usta obiema rękami, by nie ryknąć śmiechem. Dusiła się przez chwilę, a potem szepnęła do Tonks:

- Wszystkim im odbiło?

- Większości. Zobaczysz, cały kredens jest zawieszony różnymi świstkami z twórczością tego rodzaju.

- A Snape nadal jest?

- Aha. Twardziel, zawziął się.

- Harry mi napisał o tym zakładzie. Jakoś wydaje mi się dziwne, że dwaj dorośli ludzie robią coś tak dziecinnego – mruknęła Hermiona.

- Jeśli chodzi o Syriusza i Snape’a, to trzeba brać na nich dużą poprawkę – odszepnęła Tonks.

Tymczasem repertuar w hallu zmienił się.

- Kajmanek uroczy zielone ma oczy, zielone ma łapki, a na nich ma klapki. Klapki w kolorku żółtym jak dynia, w ciapki całkiem różowe, a do tego kapelusz ze słomki włożył kajmanek na głowę. Założył kubraczek w bahamski szlaczek i zrobił sobie fotkę, w nadziei, że poderwie jakąś słodką idiotkę.

Przyczajone w przedsionku dziewczyny wymieniły znaczące spojrzenia, śmiejąc się bezgłośnie w półmroku. Wyglądało na to, że ów recital o dziwnych zwierzątkach może potrwać długo, więc postanowiły jednak wejść dalej.

- Kajmanek na Kajmaaanaaaach seksowny jest szaaleeenieee. W czapkach, ciapkach i klapkach straszne ma powodzeeeee... Hermiona!!! Cześć!! – wrzasnął Ron, który siedział na kolumience schodów, rozplątując wielki kłąb różnokolorowych wstążek. Zgromadziło się tu prawie całe młodsze pokolenie Weasleyów, Syriusz, Remus, pan Weasley oraz Kingsley Shacklebolt, który zapewne przybył na Grimmauld Place w sprawach Zakonu i został, by pomóc w przystrajaniu domu na powitanie nadchodzącego Nowego Roku.

- Urwałam się rodzicom z nart. Miałam dość śniegu, dość wycierania tyłkiem połowy tras w Norwegii, a przede wszystkim absolutnie dość instruktora, który twierdził, że jazda na nartach jest łatwa – opowiadała ze śmiechem Hermiona, ściskając wszystkich po kolei na powitanie. Spod klapy jej plecaka wyjrzał nieco zmiętoszony Krzywołap, ziewnął, po czym wylazł na zewnątrz w całej swej dziesięciofuntowej, ryżej i kudłatej postaci. Przeciągnął się i zaraz rzucił w pogoń za jednym z balonów, których całe hałdy poniewierały się po całym hallu.

- Super! – Hermiona rozejrzała się dokoła. Bożonarodzeniowe dekoracje zostały zdjęte, za to wszędzie było pełno złotych gwiazdek, kolorowych kokardek i serpentyn, a także pluszowych zwierzątek w dość jaskrawych i momentami niezbyt do siebie dopasowanych kolorach. Trollowa noga, służąca jako stojak na parasole, miała paznokcie pomalowane brokatowym lakierem, a w niej tkwił pęk rac na długich kijach (z wywieszką „Nie dotykać pod karą petryfikacji, Molly”). Natomiast na wyeksponowanym miejscu – rozpięty między wężoidalnym żyrandolem a ponurą mordą wypchanej mantykory na ścianie – wisiał gigantycznych rozmiarów transparent, głoszący różnobarwnymi literami: HAPY NIU JER !!

- Zgredek mi przysłał – wyjaśnił Harry, uśmiechając się z zażenowaniem.

Hermiona – prezeska i jednocześnie jedyna czynna członkini organizacji W.E.S.Z. – wpierw rozpłynęła się z rozczulenia, a potem natychmiast dodała surowo:

- No widzisz, biedny Zgredek jest półanalfabetą, bo skrzatom odmawia się dostępu do edukacji!

Ron i Harry wymienili znaczące spojrzenia i jednocześnie wywrócili oczami. Tymczasem bliźniacy zaofiarowali się, że aportują plecak Hermiony do jej dawnego pokoju, który zajmowała w lecie, a reszta towarzystwa postanowiła zrobić sobie przerwę na herbatę w kuchni. Hermiona jeszcze raz zerknęła na kuriozalny transparent i dopiero wtedy dostrzegła u szczytu schodów ciemną postać, niedbale opartą o rzeźbioną kolumienkę. Snape patrzył w dół, prosto na nią, jak zwykle nieżyczliwie. Nagle zmrożona nieprzyjemnym uczuciem, nie mogła oderwać wzroku od człowieka, który był tak bardzo nie na miejscu w tym bałaganiarskim i ostentacyjnie kiczowatym wnętrzu, że wydawał się wręcz nierealny. Dopiero po chwili otrząsnęła się na tyle, by zawołać (zbyt głośno i zbyt sztucznym tonem) „Dzień dobry, panie profesorze!” Snape nie odpowiedział, tylko skinął jej zdawkowo głową. Dopiero przy zatłoczonym stole, w cieple, nad kubkiem gorącej herbaty Hermiona zdała sobie sprawę, czemu widok Snape’a wydał jej się tak zaskakujący i dziwny. Po prostu Mistrz Eliksirów nie miał na sobie swojej powiewającej peleryny lecz zwyczajne (mugolskie!) dżinsy i koszulę. Zawsze tonął w swoich strojach, przypominając przerośniętego nietoperza, owiniętego skrzydłami, natomiast cywilna odzież tak bardzo zmieniała mu sylwetkę, że wydał się dziewczynie innym człowiekiem... od szyi w dół, bo w górę nic nie uległo zmianie.

Hermiona oglądała kolekcję wierszyków, zgromadzoną na drzwiczkach kredensu. Na najbardziej wyeksponowanym karteluszku wypisano najświeższe dzieło zbiorowe.

„Założył Severek czarny sweterek, przylizał oliwą włoski.

Spakował próbówki, proszki, parówki oraz futrzane bamboszki.

            Potem usiadł na swej walizce, by zamknąć ją należycie,

na urlop jedzie Mistrz Eliksirów – on też prywatne ma życie.

Marzą mu się Seszele lub Amazońska głusza,

niestety, nie tym razem - wczasy ma u Syriusza.

Gospodarz starań dokłada, by mu czas wolny umilić,

Dostarcza mu rozrywek i nieba by mu przychylił.

A Snape niezadowolony, starania Blacka olewa,

bo biedak nie ma co palić i z braku lektury – ziewa.”

- No proszę... – mruknęła Hermiona. – Zdolni jesteście. A co on na to?

- Tymczasem nic specjalnego – odpowiedział Syriusz wesoło, mieszając herbatę. – Snuje się po domu, biedaczek, silnie znudzony.

- Och, tymczasowo. Potem wróci do Hogwartu i da nam popalić za te wierszyki. Po co go drażnicie? Przecież to obraźliwe. Wiecie jaki on jest wyczulony.

George pochylił się ku Hermionie i rzekł konfidencjonalnie:

- Ale jest z tego kupa zabawy. Poza tym, rozumiesz, wciąż mamy nadzieję, że staremu nietoperzowi puszczą nerwy i nawrzuca Syriuszowi. W ten sposób przegra. Zwyczajna akcja sabotażowa, jak to na wojnie.

- Wy się bawicie, a potem najbardziej oberwie Harry, jakbyś o tym nie wiedział – odparła z lekkim potępieniem. Popatrzyła znowu na mebel wytapetowany „poezją”, a wtedy jej wzrok przypadkowo zaczepił o małą karteczkę, przyczepioną skromnie z boku. Pismo było bardzo znajome. Nie dalej jak dwa tygodnie temu widziała identyczne drobne litery na marginesie eseju z Eliksirów.

„Żaden z obecnych tu panów

nie pamięta o zjawisku szlabanów.

Podobnie łowców się nie docenia

– ku rozpaczy i szkodzie jelenia.”

„Aha...” – pomyślała dziewczyna. – „Snape już sobie ostrzy zęby. Dlaczego ja zawsze muszę mieć rację?”

Lecz nie powiedziała tego na głos. Atmosfera przy stole była tak radosna, jakby nad nikim nie wisiała groźba wojny i śmierci, a po domu nie włóczyły się obłąkane skrzaty ani złowrodzy truciciele. Nawet Syriusz, który latem tonął w depresji, teraz wydawał się całkiem innym człowiekiem – w jaskrawym t-shircie w tropikalne ryby i z długimi włosami egzotycznie posplatanymi w cienkie warkoczyki.

*

Podobnie jak hall, również salon prezentował się znacznie korzystniej. Co prawda ściany nadal pokrywały wypłowiałe i odłażące tapety, ale za to ostatecznie poznikały wszystkie odrażające przedmioty z oszklonych etażerek. Zasłony, z których w sierpniu pozbywali się bahanek, zostały wymienione na nowe – czerwone w złote chryzantemy. Gobelin z drzewem genealogicznym „szlachetnego i starożytnego rodu Blacków” przykrywała wielka wełniana makatka z zezowatym żółtym lwem na łące pełnej stokrotek. Wyglądało na to, że Syriusz urządza dom w całkiem nowym stylu, a chociaż był to styl psychodeliczny, i tak wszystko wyglądało lepiej niż przedtem.

Ron i Harry rozgrywali partię szachów, przy czym George i Fred żywiołowo kibicowali bratu (ku jego niezadowoleniu), a Syriusz i Ginny - Harry’emu (żeby było sprawiedliwie). Pan Weasley z Remusem zatopili się w pasjonującej dyskusji na temat mugolskich systemów grzewczych. Lupin przez jakiś czas wynajmował pokój w mugolskiej części Londynu i nie miał wysokiego mniemania o kaloryferach.

Tonks pokazała Hermionie, jak działa żaba-zabawka, wypuszczająca pyszczkiem utrwalone bańki mydlane, a teraz obie bawiły się, modyfikowanymi zaklęciami zmuszając żabę do produkowania różnobarwnych fantastycznych kształtów. Wkrótce niemal cały sufit był nimi pokryty.

Natomiast Snape zajął w salonie strategiczną pozycję na fotelu – twarzą do drzwi, tyłem do lwa z zezem, stolik z różdżką i filiżanką kawy w zasięgu ręki – i oddawał się lekturze. Zastali go w tym miejscu i nie ruszył się z niego od godziny, milcząc, szeleszcząc kartkami oraz ignorując (z wzajemnością) otoczenie. Hermiona obserwowała go ukradkiem. Snape czytał jakąś książkę z trupią główką na okładce, bawiąc się jednocześnie ołówkiem. Od czasu do czasu podkreślał nim coś w tekście lub notował na marginesie, ale najczęściej gryzł końcówkę – chyba nie zdając sobie z tego sprawy.

Tymczasem szachowa bitwa zakończyła się widowiskowo, gdy skoczek Rona zaszachował króla Harry’ego, a ten salwował się sromotną ucieczką poza granice szachownicy. Harry z pewnym trudem wydobył go z cukierniczki i otrzepał ze słodkich okruchów.

- Może teraz ty byś zagrał? – odezwał się zachęcająco do swego ojca chrzestnego. Syriuszowi błysnęło oko, a następnie zaprezentował reklamę stomatologiczną.

- Czemu nie? Ale... czy nasz drogi Mistrz Eliksirów nie czuje się samotny? Severusie, nie chciałbyś zagrać ze mną partyjki?

Snape podniósł głowę znad książki. Hermiona miała przez chwilę niemiłe wrażenie, że jego oczy są dwoma czarnymi wylotami luf rewolwerowych, celującymi w Syriusza.

- Niestety, gram dość słabo – odrzekł Mistrz Eliksirów łagodnym tonem, a dziewczyna znów doznała drobnego wstrząsu, gdyż spodziewała się jadowitego syku, ociekającego ironią.

- Ja też. Naprawdę gram fatalnie, nie będę dla ciebie zbyt trudnym przeciwnikiem – kusił Syriusz.

- I to ma mnie zachęcić? Lubię wyzwania – odparł Snape.

- No, może nie jestem aż tak beznadziejny. Nie daj się prosić, Severusie.

Snape wzruszył lekko ramionami, wstając z fotela.

„Bardzo dobrze wygląda w dżinsach” – pomyślała Hermiona i natychmiast skarciła się w duchu: - „Co ty bredzisz, Miona ?!”

Snape przez chwilę zdawał się zastanawiać, co zrobić z książką, wreszcie zatknął ją za pasek. W Hermionie obudziła się nieprzeparta ciekawość, co też takiego może kryć się w tej niepozornej książczynie, że profesor strzeże jej tak zazdrośnie, nawet na sekundę nie chcąc wypuścić z rąk. Złowiła równie zaciekawione spojrzenie Harry’ego i już wiedziała, że nie spoczną, póki nie zajrzą do tajemniczego tomika.

Syriusz grał czerwonymi figurami, a Snape białymi. Hermiona nie znała się na szachach zbyt dobrze, lecz nawet ona widziała, że obaj przeciwnicy prezentują jednakowy poziom – to znaczy okropny. Popełniali błędy, na widok których Ron zakrywał sobie oczy, mylili reguły, albo w ogóle je zmieniali „bo tak wygodniej”. A przy tym zwracali się do siebie z nieskazitelną uprzejmością, mówiąc rzeczy w rodzaju:

- Pozwól, drogi Syriuszu, że mój skoczek zbije twojego.

- Drogi Severusie, cała przyjemność po mojej stronie. Czy mogę wypruć flaki twojemu pionkowi? O temu tutaj. Chyba nie jest ci potrzebny?

- Ależ oczywiście, nie krępuj się. Czy ktoś mógłby przynieść nam piwa?

- Jeśli sobie życzysz... Ja na razie dziękuję. Weź sobie popielniczkę... och, przepraszam!

- Wieża na De pięć, no ruszże się, leniwe stworzenie...

Hermiona nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Syriusz i Snape ogródkami wsadzali sobie nawzajem szpile lub podpuszczali na siebie pionki. W końcu sytuacja na szachownicy nie przypominała już w ogóle gry, lecz bitwę pod Hastings, odgrywaną przez amatorski teatr ze szkoły podstawowej. Czerwony i biały król ganiali się dokoła ogłupiałej białej wieży, przy czym bardziej agresywny czerwony walił białego po koronie szczątkami swego tronu. Grupa białych pionków przewróciła czerwoną wieżę i pracowicie rozwałkowywała nią Syriuszowego gońca. Hetmani na samym środku szachownicy rozgrywali między sobą prywatny mecz bokserski, a czerwone pionki zawzięcie polowały na białego skoczka, bombardując go landrynkami za pomocą katapulty, zaimprowizowanej z łyżeczki do kawy.

Widzowie, zgromadzeni za plecami Syriusza głośno dopingowali czerwonych. Snape zagryzł wargi i popychając palcem figury, usiłował zaprowadzić jakiś ład na polu bitwy. Dopiero wtedy Hermiona zwróciła uwagę na ręce Mistrza Eliksirów. Jak zawsze szczupłe, blade, lekko zaplamione chemikaliami – a tym razem dodatkowo pokaleczone. Snape miał paznokcie obgryzione do żywego mięsa. Hermiona nagle poczuła się tak, jak by ktoś ją zepchnął ze schodów. Wewnątrz wzdrygnęła się nerwowo. Niespodziewanie dla siebie samej odniosła wrażenie, że cofa się i cofa (choć naprawdę nie ruszyła się z miejsca), patrząc z oddali na całą scenę w salonie. Rozpromieniony Syriusz po jednej stronie stolika, za jego plecami podnieceni chłopcy, komentujący sytuację na szachownicy, poklepujący go po ramionach. Ginny i Tonks, skandujące; „Czer-wo-ni! Czer-wo-ni! Gryf-fin-dor! Gryf-fin-dor!” A po drugiej stronie Snape – chudy, przygarbiony, brzydki (i znerwicowany) Snape – zupełnie sam.

„Przecież to niesprawiedliwe” – pomyślała. – „To jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Jasne, że on jest podły i obrzydliwie nas traktuje, ale... przecież my go traktujemy tak samo. Doprawdy, jakby był domowym skrzatem!”

Otworzyła usta...

- Dalej, biali! Dalej, Slytherin! Ruszcie się! Sly-the-rin... Sly-the-rin...

„Chyba zwariowałam. Bliźniaki mnie zjedzą.”

 Udało jej się zaszokować wszystkich tak, że zamilkli z otwartymi ustami, jak podduszone złote rybki. Snape również spojrzał na nią tak, jakby zwątpił w jej zdrowe zmysły. Hermiona poczuła, że oblewa się rumieńcem.

- Panno Granger, nie potrzebuję dopingu – odezwał się chłodno.

- Ale on potrzebuje – odparła Hermiona, wskazując białego króla, który przykucnął w cieniu wieży, nakrył głowę rękami i usiłował zrobić się jak najmniejszy, podczas gdy czerwony szturchał go mieczem. W następnej chwili biały król zerwał się, uciekł z pola walki i zagrzebał znowu w cukierniczce.

- Już nie – podsumował Snape kwaśno. Wstał i sztywno skłonił głowę przed Syriuszem. – Gratuluję zwycięstwa. Teraz pozwól, że zajmę się czymś poważniejszym. 

I aportował się z salonu.

- Hermiona... – odezwał się Ron dziwnym głosem.

- Ani słowa – mruknęła. – Lepiej nic nie mówcie. 

            *

- Rozumiesz, Syriusz zszedł na obiad w czerwonej koszuli, zaczarowanej tak, że latały po niej złote feniksy – opowiadał George. – Oświadczył, że to będzie od dzisiaj strój organizacyjny zak... no wiecie.

Dziewczyny parsknęły śmiechem.

- Cały Syriusz – powiedziała Ginny.

- Szkoda, że tego nie widziałam – dodała Hermiona z żalem.

- No... szkoda – zgodził się Fred. – Żebyś ty widziała minę Snape’a! Mało go szlag nie trafił...

- ...bo Syriusz... zaraz zaczął mu wpychać... taki sam ciuch w prezencie! – wtrącił Ron, rechocąc jak obłąkany.

- No i...?

- No i Snape powiedział, że noszenie strojów organizacyjnych to świetny pomysł. Aportował się od stołu, a za chwilę wrócił w płaszczu Śmierciojada i w masce – dodał Fred.

- I to już było o wiele mniej zabawne – odezwał się Harry bez entuzjazmu.

- Mama o mało nie zemdlała...

- Ale mama jednak ma klasę – ciągnęła Ginny z podziwem. – Powiedziała, że zak... że nie jest organizacją militarną, i że nikt nie będzie siadał w mundurze do stołu, póki ona gotuje. Czyli jeśli chcą jeść, to mają się przebrać.

- Aluzju poniali – podsumował jeden z bliźniaków. – Swoją drogą, Kajman ma naprawdę cool pelerynę, z czarnej wężowej skóry. Pomacałem, jak nie patrzył. Zacznę odkładać i kupię sobie coś podobnego. Ale nie czarne i nie takie długie, długie już niemodne.

Powyższa rozmowa toczyła się na rojnej londyńskiej ulicy. Po kataklizmie, jaki nawiedził Syriuszową kuchnię, stało się jasne, że aby godnie celebrować nadejście Nowego Roku, należało dokupić fajerwerków (a następnie otoczyć je ochronną strefą antytonksową). Bill domagał się większej ilości szampana i piwa kremowego. Zapowiadał też dostarczenie większej ilości polskiego porteru o morderczej mocy siedmiu „volt”, ku zgrozie swej matki i przy cichym przyzwoleniu ojca. Molly w ostatniej chwili odkryła również, że w jakiś niepojęty sposób zapasy szynki i majonezu zredukowały się do nędznych pozostałości. Było więc jasne, że trzeba wybrać się na ulicę Pokątną. Bill i Remus zadeklarowali chęć dokonania zakupów, a przy okazji dopilnowanie młodszego pokolenia.

W ten sposób całe towarzystwo mogło cieszyć się spacerem. Pogoda była dokładnie taka, jaka powinna być w dniu ferii zimowych: lekki mrozik i słońce, śnieg, jak to w mieście, istniał w postaci symbolicznej – na dachach i trawnikach, ale przyjmowany był z zadowoleniem jako symbol prawdziwej zimy. Remus otulił się szczelniej swoją podszytą wiatrem peleryną i poprawił szalik. Jego oczy czujnie, iście wilczo, przepatrywały tłum przechodniów, szukając oznak czegoś podejrzanego. Jednym uchem łowił jednocześnie paplaninę idących obok dzieci.

- Panie profesorze... – usłyszał głos Hermiony Granger.

- Tak..? – zerknął na nią przelotnie, by nie wydać się niegrzecznym.

- Chodził pan do szkoły z profesorem Snapem, prawda? Czy on zawsze był taki dziki?

Remus bezwiednie parsknął krótkim śmieszkiem. Słowo „dziki” bardzo dobrze określało Severusa.

- Słabo go znałem, był przecież w Slytherinie, ale jeśli chodzi o jego stosunek do ludzi, to... powiedzmy, że nigdy nie był szczególnie towarzyski.

- Dlaczego?

Remus spojrzał prosto na Hemionę. Oboje zwolnili, puszczając towarzyszy przodem, pod dyskretną ochroną Billa Weasleya.

- Tego nie wiem, ale... – powiedział cicho Lupin. - Mam wrażenie, że jego warunki domowe nie różniły się zbytnio od tego, jak żyje Harry. Jednych to hartuje, a drugich łamie. Snape nie miał szczęścia być bohaterem narodowym... o ile można nazwać takie coś szczęściem.

- No tak... – mruknęła Hermiona.

Nagle zatrzymała się jak wryta. Lupin błyskawicznie rozejrzał się, mocniej zaciskając palce na różdżce w kieszeni. Hermiona patrzyła na reklamę wystawioną w witrynie apteki.

- Muszę tu wstąpić. Dogonię was za chwilę.

- Ale...

- Profesorze, nikt mnie przecież nie zaatakuje w biały dzień na ulicy. Zresztą to nie na mnie polują... Newman może i jest beznadziejnym nauczycielem OPCM, ale ćwiczymy też poza lekcjami. W razie czego umiem się obronić.

- Chciałbym w to uwierzyć – odparł Remus. – Dobrze, idź. Zaczekamy na ciebie w „Dziurawym Kotle”.

*

Pukanie do drzwi oderwało Snape’a od pisania. Odczekał dłuższą chwilę, z nadzieją, że pukacz się zniechęci lub uzna, że nie ma go w pokoju. Niestety, kołatanie powtórzyło się, tym razem wykonane z energią, niosącą przejrzyste sygnały „wiem-że-tam-jesteś-i-zaraz-wejdę”. Severus sapnął z irytacją. Ta Tonks jest po prostu bezczelna. (Severusowi nie przychodził do głowy nikt inny, kto miałby tyle tupetu.) Czy ona nie rozumie, że człowiek czasami chciałby być sam? No, może nie czasami, może ciągle, ale to przecież nie zmienia faktu, że...

Severus otworzył drzwi, spodziewając się malinowej ofensywy na wysokości oczu, jednak z zaskoczeniem ujrzał tuż przed nosem chmurę brązowych loków, a niżej czekoladowe oczy o wejrzeniu inteligentnym i stanowczym.

- Dzień dobry, panie profesorze.

- Dzień dobry, panno Granger. Słucham.

- Mogę wejść?

W ciągu trzech sekund mózg Mistrza Eliksirów przyjął i zanalizował dane: tusz na rzęsach, szminka, figura uwolniona z workowatej szaty szkolnej – po czym wypluł informację zwrotną >kobieta<.

- NIE.

- W takim razie załatwię to w progu – zgodziła się Granger bez oporu, podając Severusowi jakieś pudełeczko. – To dla pana.

- Co to jest? – zainteresował się mimowolnie.

- Mugolskie lekarstwo dla palaczy. W plastrach. Przykleja się je do skóry, a nikotyna przechodzi do krwiobiegu i...

- Zapewniam, że nie musisz mi tłumaczyć zjawiska osmozy. A teraz żegnam – przerwał jej Snape brutalnie i zamknął drzwi. A raczej usiłował zamknąć, gdyż przeszkodził temu czubek damskiego buta, wciśnięty między skrzydło a futrynę.

- Grangerrrr...

- Proszę, niech pan to weźmie.

- Granger, odczep się! Skąd ci przyszedł do głowy tak idiotyczny pomysł? Jak chcesz zostać siostrą miłosierdzia, to ćwicz na kimś innym.

- Świetnie – powiedziała z przekąsem. – Tylko ciekawe, co będzie, jak już pan zje ostatni ołówek.

Snape prychnął pogardliwie, przybierając najbardziej odpychającą ze swych min. 

- Syriusz może się obyć bez whisky, ale panu jest ciężej – ciągnęła dziewczyna. – Kiedy mój tata odzwyczajał się od palenia, powiedział, że wolałby iść do piekła, bo tam przynajmniej by nie twierdzono, że wszystko to dla naszego dobra.

- Kolaborujesz z obozem wroga? – zadrwił Mistrz Eliksirów. – Liczysz na jakieś ulgi na lekcjach? Nie przyjmuję łapówek.

- Na nic nie liczę! – W końcu udało mu się ją rozzłościć. – Ciekawe, że nie odróżnia pan zwykłej życzliwości od próby przekupstwa. Wyrównuję tylko szanse w tym głupim zakładzie. A tak nawiasem, to nie jest prezent i jakby co, to liczę na zwrot galeona.

- Miooonaaa!!! Lunch!! – rozległ się na parterze głos Ginny Weasley. – Gdzie jesteś? Mama zrobiła galaretkę!

- Idę! – odkrzyknęła, po czym błyskawicznie przerzuciła pudełko nad głową Severusa, do wnętrza pokoju. Nim zdążył zareagować, już zbiegała ze schodów. Mimowolnie odczuł nadzieję, że potknie się na feralnym schodku, ale przeskoczyła go zręcznie i znikła mu z widoku. 

„Bezczelność” – pomyślał kwaśno, mając jednocześnie na myśli mugolski eliksir i schody. Wycofał się do zacisza swej sypialni, niczym borsuk, chowający się w norze.

*

- Dom urządzony, szampan kupiony, fajerwerki są... – wyliczał Syriusz, sięgając po galaretkę. – Mamy ostatni dzień roku, możemy niebawem zacząć świętować. Nawet ten cholerny skrzat gdzieś wsiąkł. Może mam szczęście i nie wróci.

Hermiona już otwierała usta, by wygłosić krótkie umoralnienie na temat traktowania skrzatów domowych, kiedy pani Weasley wrzasnęła przeraźliwie:

- Nie jedz tego!! – i złapała Syriusza za rękę.

Wszyscy podskoczyli nerwowo, a Black upuścił deser.

- Syrop do galaretki zrobiłam na sherry. Nie wiem czym cię Dumbledore obłożył, ale wolę się o tym nie dowiadywać przed czasem – wyjaśniła z zakłopotaniem, wręczając mu inną miseczkę. – Tu masz porcję z syropem karmelowym.

- Dzięki, Molly. Jestem naprawdę wzruszony twoją troską – mruknął Syriusz, oglądając swoje kolana, pokryte lepką słodyczą.

- Zaraz to załatwimy! – zakrzyknęła ochoczo Tonks, wymachując różdżką, nim Syriusz zdążył zaprotestować. – Chłoszczyść!

- Ekhm... – odezwała się górka mydlanej piany, odkładając na stół salaterkę i łyżkę. – Chyba jednak zrezygnuję z deseru. Ninny, serce moje, jakim cudem udało ci się zostać aurorką?

- Egzaminator nie kazał mi sprzątać – wyjaśniła Tonks z prostotą, otrzepując kuzyna z mydlanych baniek. Reszta biesiadników, usiłująca dotąd zachować resztki powagi, nie zdzierżyła. Hermiona omal się nie udusiła, Harry’emu spadły okulary, a rudowłose plemię zanosiło się iście weasleyowskim rechotem, waląc się nawzajem po plecach z dzikiej radości. Lupin naciągnął golf na twarz, wyjąc z uciechą przez wełnę. Syriusz zamienił się w psa i otrzepał się zamaszyście z piany, kłapiąc uszami. Udając śmiertelną urazę, zaczął obszczekiwać Tonks. Kichał przy tym co chwila, wzmagając jeszcze bardziej głupawkę przy stole.

- Was po prostu nie można trzymać razem – oświadczyła Molly Weasley, usiłując wytrzeć czarnego kundla ścierką do naczyń. – Zachowujecie się skandalicznie, po prostu skandalicznie... Kocham was wszystkich – wyrwało się jej od serca.

Śmiechy ucichły. Jak margerytki kierujące się do słońca - tak obróciły się ku niej rude głowy... i nie tylko rude. Chwilo szczęścia, trwaj... nigdy nie trwa długo, gdyż przestałaby być chwilą.

- Czy osoba nie objęta tą deklaracją może siąść do lunchu? – odezwał się cierpki głos od drzwi.

- Eeee... oczywiście – powiedziała Molly, lekko zmieszana. – Ser, szynka i majonez, jak zwykle? Ginny, podaj panu pieprz.

- Miło, że pani pamięta – powiedział Snape nieco cieplejszym tonem (około pięciu stopni powyżej zera). Dmuchnął na tęczową kulę, która próbowała osiąść na jego talerzu. Zachowywał się tak, jakby jedzenie lunchu w towarzystwie setek fruwających banieczek oraz psa, który właśnie zabierał się do wylizywania galaretki, należało do jego stałego rozkładu dnia.

- Syriuszu! – skarciła psa pani Weasley.

Syriusz z powrotem przyjął ludzką postać i wytarł galaretkę z nosa.

- Przepraszam, Molly.

- Na UA obniżyli wymagania? – zapytał Snape niby obojętnym tonem, obserwując, jak Tonks usiłuje zlikwidować inwazję latającego mydła. Dziewczyna o włosach koloru lawendy rzuciła mu złe spojrzenie, ale natychmiast rozpromieniła się w uśmiechu (nieco złośliwym).

- Nie, nie obniżyli. I wiesz, jest tu paru młodych ludzi, którzy również chcą wstąpić na mój stary, poczciwy uniwerek, więc pomyślałam, że skoro mamy tu w kupie dyplomowanego aurora, dwóch speców od Czarnej Magii i jednego animaga, to fajnie by było zrobić im podchody.

- Co..?

- Ćwiczenia ze skradania i klątw. W tej budzie... przepraszam, Siri... jest od metra zakamarków. Mamy przed sobą cały wieczór, moglibyśmy się trochę zabawić.

- Świetny pomysł! – ożywił się Syriusz. – Dobierzemy się w pary...

- Skradanie się w parach faktycznie jest bardzo efektywne – mruknął Snape z ironią.

- No to pojedynczo. Jakie zasady? Na full, czy na soft?

- Soft – orzekł stanowczo Remus. – Stare konie, chcecie rzucać tormenta na dzieci?

- Nie jestem dzieckiem! – zaprotestował Harry.

- Ale tormentem i tak byś nie chciał dostać, boli niemal tak samo jak cruciatus.

Harry’emu zrzedła mina.

- A więc wersja soft, rekreacyjny trening na miękko – podsumował Snape, patrząc znacząco w oczy Blacka. – Żadnych obrażeń... i żadnego rzucania evanesco* na odzież.

- Jasne – mruknął Syriusz, uśmiechając się drapieżnie. – Zbiórka w salonie o zmierzchu.

*evanesco – zaklęcie likwidujące