Work Text:
Adam Rozdrażewski był głupi. Najzwyczajniej w świecie nie potrafił dostrzec możliwości i jej wykorzystać. On chciał miłości - najlepiej Mickiewiczowskiej, do grobu, do stracenia wszelkich zmysłów. Gotowy spłonąć, skoczyć i rzucać się pod kopyta konia. W życiu to nie o miłość się rozchodziło, a rozgłos, pieniądze i dobrze wyglądającą partnerkę, zdrady, kontrowersje, ostateczny upadek człowieka. Kamila nie mogła zrozumieć, dlaczego to Ewa dosięga zaszczytu bycia u boku tego mężczyzny. Ona nie przyciągała wzroku, była zaniedbana, rozbiegana, przeraźliwie smutna. Kamila była zaraz obok młodsza, piękniejsza, bezdzietna, gotowa zabić za szansę.
Lecz Adam był oślepiony! Straszna to choroba, gdy się widzi, a nie dostrzega. Ta miłość zrobiła z niego wariata, świra, łamagę, idiotę. Stracił w oczach Kamili, gdy tylko dowiedziała się o jego dziwacznym zainteresowaniu Ewą. Niewybaczalny błąd wtedy popełnił, ale ona była w stanie mu wybaczyć. Istotą ludzką jest podejmowanie złych decyzji, to całkowicie normalne. Ale na litość boską! Podarować konia za sto tysięcy? Ile miała jeszcze upokorzeń znosić? Kamila miała swoje granice, a ten nieszczęsny Adam ciągle je przesuwał. Jednak ona go uratuje, on się wyleczy. Wszyscy będą patrzeć na nią z zazdrością, podziwem tak wielkim, jakby była boginią. Ewa przestanie wreszcie szukać szczęścia tam, gdzie go nie ma i znajdzie święty spokój w głowie i duszy.
Była też Monika, która gotowa była zrobić rzeczy najgłupsze, by tylko Adama przy sobie zatrzymać. Mogła być bardzo niebezpieczna w swojej niepohamowanej głupocie, ale wydawało się, że to Kamila trzyma jej decyzje w pięści. Dlatego trzeba ją doglądać i pielęgnować, tak aby wyrosła prosto, idealnie i po jej myśli.
Kamila, jednak nie przewidziała swojej własnej głupoty i do tej pory nieistniejących uczuć wyższych. Manipulując, kłamiąc, zatraca się bardziej w sobie, a nie Monikę, której to właśnie miało dotyczyć. Nie powinna lekceważyć jej wtedy, może teraz nie musiałaby walczyć z każdą myślą o pięknie i durnej miłości. I biła się w głowę, bo lekarstwa na tę chorobę nie było, a musiała je wykorzystać więcej niż raz. Tak niezdarnie poczuć coś do drugiej kobiety, nieprzemyślanie, nagle. Nawet nie zorientowała się, kiedy to wszystko przestało się kręcić wokół Adama.
A Monika zaczynała przybierać postać kogoś innego, jakiejś potężnej bogini, trzymającej jej własną nitkę życia. Kamila powoli, niezauważalnie uzależniała swoje szczęście od niej. Była przepiękna, gdy zapadała w dziwne marzenia o Malediwach, ślicznie się smuciła, gdy uświadomiła sobie, że to tylko jej wyobraźnia. A Kamila z jakiegoś niewyjaśnionego powodu chciała krzyczeć, że zabierze ją gdziekolwiek tylko pragnie, nawet jeśli miałaby zwiedzić cały świat pieszo. Była gotowa do poświęceń, których ani trochę nie potrafiła pojąć. Co tak nagle się zmieniło? Uśmiech Moniki stawał się wartością nadrzędną, wywoływanie go pozostawiało sytość, jakiej mogła się wstydzić. Była banalna, z głową na ziemi, mało co wychodziła poza sferę fizyczności. Nie chciała zaznać romantycznej metafizyczności, kiedy Kamila była niezwykle chętna do pokazania jej każdego uczucia. Monika naprawdę zasługiwała na rzeczy najlepsze, bo wtedy lśniła, niczym gwiazda, samo słońce. Twarz jej tak ślicznie błyszczała, Kamila chciała podarować jej cały świat. Tylko, że dla niej całym światem był Adam Rozdrażewski.
A Adam Rozdrażewski był głupi. Nie potrafił dostrzec pięknej Moniki zaraz obok. Szukał szczęścia w smutnych oczach Ewy i wciąż, jak idiota, błądził. Monika czekała z otwartymi ramionami, a Kamila miała dość naiwności w swoim życiu.
- On nie przyjdzie.
- Nie może być! On obiecał, miałam być żoną!
Monika tego dnia była zjawiskowa, niesamowicie rozświetlona. Pijana radością, jaką przynosił jej Adam. Wielka szkoda, że makijaż rozmył się podczas strumyku łez, a rozpacz ogarnęła całą tą jej światłość. Kamila ciągnęła ją do domu, lecz ona wciąż wracała, czy to we wspomnieniach, czy fizycznie, próbując się wyrwać. Kamila miała silne ręce i stalowe uczucia, nie pozwoliła jej zawrócić, już nigdy nie pozwoli.
Tak samo, jak na bawienie się Moniką, jak gdyby była widoczna tylko w sytuacjach kryzysowych. Nic nie znacząca, dopóki Adam znów nie przyjdzie zasmucony kolejnym odrzuceniem przez Ewę.
I Kamila nigdy nie mogła przysiąc, kiedy to usta Moniki mówiły prawdę, i czy może nie kłamały, gdy całowały jej własne. Kamila nie wiedziała, czy Monika nie wyobraża sobie Adama i czy nie robi z siebie pośmiewiska. Czy aby na pewno nie stała się po prostu takim samym zamiennikiem, jakim dla Adama była Monika. Bo miłość okazała się naprawdę ślepa, prowadziła przez ciemności do drzwi, za którymi nigdy nie powstało słońce. Wszystko było nowe, nieznane, pokryte nitką okrutnej rozpaczy. Nie pozwoliło dalej istnieć bez tego jednego uśmiechu, który nie wychodził jej z pamięci, aż do następnego ranka. Kamila nie bała się ciemności, ale tego, że Moniki może w niej nie być, kiedy leżały niedaleko. Zamurowane, zatrzymane we wszechświecie, zdane na osąd własnych umysłów. Traciła zmysły i siebie, nie potrafiła już chcieć Adama, widziała już w nim tylko wroga, przynoszącego wszelkie nieszczęścia za sobą, jak cień, ogromny i czarny, większy nawet od niego samego. Zarażał tym swoim złym zachowaniem i Kamila już nie mogła na niego patrzeć, obrzydzał ją. Nie pragnęła też, by robiła to Monika - dotąd Kamila nie wyleczyła żadnej osoby z miłości, ale Monika Wilczyńska nie mogła dalej cierpieć. Kamila zapewni jej wszystko, to czego nie potrafił Adam, a zacznie od pożyczenia pieniędzy na Malediwy.
Bo Adam Rozdrażewski był głupi.
