Chapter Text
Szesnastoletni Mikael Osmond Pedersen przemknął niezauważony przez tłum hałaśliwych uczniów w różnym wieku zmierzających do szkolnych karoc ciągniętych przez Testrale - inaczej nazywanych Strasznymi Końmi, wychudzonymi tak bardzo że jeśli tylko pozwolą komukolwiek podejść wystarczająco blisko, bez trudu dałoby się policzyć wszystkie ich kości - i dołączył do gromadki jedenastolatków którzy po kolei wsiadali do starych, drewnianych łodzi aby odbyć swoją pierwszą podróż do Hogwartu, jedynej w Wielkiej Brytanii Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Mikael należał do jednej ze starszych i mniej aktywnych politycznie rodzin, z czego z przyjemnością skorzystał by niemal anonimowo udać się na szósty rok studiów aby dopełnić osobistej zemsty którą poprzysięgła jego rodzina. Nie żeby którykolwiek ze sprawców miał o tym pojęcie, ponieważ większość z zarzucanych im rzeczy jeszcze się nie wydarzyła.
Jednakże, jego matkę - Opeline Allurę Pedersen z domu Malfoy - nie bez przyczyny nazywano Największym Jasnowidzem w Dziejach Magii. I, tak, Mikael mógł być nieco niesprawiedliwy, przyszłość wszak była rzeczą zmienną i plastyczną, i gdyby się naprawdę mocno postarał, mógłby zmienić jej bieg.
Cóż, Mikael był leniwy i miał nieco niecodzienne pomysły, które pojawiały się w jego głowie w losowych momentach, zazwyczaj podczas nauki nowych zaklęć, choćby tych najbardziej podstawowych.
Dlatego uznał iż dziewięć zabójstw na terenie Hogwartu byłoby łatwiejsze niż zapobieganie całej wojnie.
***
Mikael nie poczuł zapierającego dech w piersi zachwytu który, zdaje się, wszystkie otaczające go dzieci odczuwały, gdy po raz pierwszy ujrzał Hogwart na antyklimatycznej, magicznie utrzymanej kupie spróchniałego drewna, boleśnie powoli przemierzając Czarne Jezioro, i nie przeszła mu przez głowę ani jedna radosna myśl, gdy przydział do jednego z czterech domów zbliżał się wielkimi krokami. Nienawiść do zamku była w nim silna, niemalże czuł jak jego krew buzuje pod skórą podczas przekraczania progu budynku - jego rodzina znała sekrety Hogwartu, znali liczbę niepotrzebnych śmierci które wydarzyły się w jego murach, znał nazwiska dzieci które umarły w cichych korytarzach czy opuszczonych łazienkach, tylko dlatego że nauczyciele nie zwracali na nie wystarczającej uwagi lub świadomie ignorowali zgłaszane problemy. Znał imię każdej osoby która była za to odpowiedzialna, a aż dziewiątka z nich znajdowała się w tej chwili w Wielkiej Sali i radośnie popijała obrzydliwy w smaku sok dyniowy, czy cokolwiek co takie wywłoki lubiły pijać.
Jego pierwsze kroki w Wielkiej Sali sprawiły że żołądek zaczął mu się powoli buntować, gdy jego szkarłatne oczy spotkały się z kilkoma uczniami, którzy w ciągu zaledwie roku lub dwóch mieli umrzeć. I z tymi, których rodzeństwo już umarło. Albo miało. Albo członkowie dalszej rodziny. A potem odszukał wzrokiem oprawców, kilkoro jeszcze błogo nieświadomych własnych przyszłych występków, a kilkoro innych w pełni zadowolonych z braku konsekwencji swoich działań.
Mikael poczuł jak robi mu się niedobrze gdy siadał na zbyt małym taborecie, tuż przed stołem prezydentialnym, a Tiara Przydziału opadła na jego długie i jasne jak srebro włosy. Słyszał o rozmowach z Tiarą Przydziału, oczywiście że tak, ale nie usłyszał nawet szeptu z jej strony. Najwyraźniej nie była w nastroju do pogawędek gdy ujrzała jego umysł.
Hufflepuff, pomyślał intensywnie, ponieważ będąc przydzielonym gdziekolwiek indziej jego szanse na nawiązanie kontaktu z ofiarami będą bliskie zeru. Slytherin wykluczał numer trzy, cztery, siedem i osiem. Gryffindor wykluczał numer jeden, pięć, sześć i dziewięć. Ravenclaw wykluczał je wszystkie, poza numerem pięć, z racji tego, że Krukoni zwykle nie nawiązywali kontaktu z innymi domami, pozostając bezpiecznie zamknięte w swoim książkowym świecie. Hufflepuff był idealny - przyjazny, lojalny, bez skłonności do przemocy, zazwyczaj przeciętnie inteligentny.
- HUFFLEPUFF!
Natychmiast osiem z dziewięciu jego ofiar straciło nim zainteresowanie. Idealnie.
***
Mikael dał sobie całe dwa tygodnie na zapoznanie się z harmonogramem zajęć swojego kuzyna, nim znalazł dogodną okazję na zrealizowanie swojego wspaniałego planu.
Dracon Malfoy codziennie, równo kwadrans przed ciszą nocną, wysyłał list przez sowę z Wieży Astronomicznej, gdzie nikt ze sporadycznych odwiedzających Sowiarnię nie był w stanie go zobaczyć, będąc tam zupełnie sam.
- Pójdę wysłać list do Ojca, nie czekajcie na mnie. - Mikael usłyszał cichy głos Ślizgona kierowany do kilku innych szesnastolatków, stojąc pod zaklęciem kameleona przy ścianie korytarza, co niwelowało możliwość, że ktokolwiek na niego wpadnie i zdemaskuje. Rzucając na swoje buty niewerbalne Silencio nie musiał martwić się o dźwięki swoich kroków, które mógłby wydać, gdyby szedłby zbyt szybko, i bez większego stresu zaczął podążać za swoim kuzynem, dokładnie na najwyższą wieżę Hogwartu.
Rozmyślnie pozwolił blondynowi na wysłanie listu, ponieważ im mniej podejrzeń ze strony osób trzecich, tym lepiej dla niego, i poczuł jak jego serce przyspiesza, gdy sowa odleciała, a jego cisowa różdżka została wycelowana w sam środek pleców chłopca.
- Alarte Ascendare. - Zaklęcie bliżej niesprecyzowanego koloru popędziło do celu, gwałtownie wypychając Dracona przez barierki Wieży i Mikael mógł przysiąc, że widział przerażenie i druzgocące zrozumienie wyryte na twarzy swojego kuzyna, gdy Malfoy zorientował się w swojej sytuacji. Expelliarmus, a różdżka w czerwonych iskrach, ostatnia deska ratunku Dracona, wyleciała z zaciśniętych dłoni i rozbiła się o ścianę Wieży.
Mikael nie wysilił się na tyle by podejść do poręczy i spojrzeć na swoje dzieło - byłby zbyt widoczny dla przypadkowych uczniów, którzy wracali - skądkolwiek - i pospiesznie przemierzali korytarze w kierunku swoich Pokoi Wspólnych, dlatego zadowolił się jedyne własną wyobraźnią, prawdopodobnie nieco bardziej barwną niż rzeczywistość mogłaby kiedykolwiek być.
Rzucił Appare Vestigium, usuwające wszelkie ślady magii z okolicy, oraz Deletrius, które usuwało z jego różdżki "historię używania", która mogłaby go zdradzić, po czym wycofał się do swojego dormitorium, by z uśmiechem na ustach zagadać do Cedrica Diggory'iego.
_
