Work Text:
Planeta Ziemia zdecydowanie nie jest mała. Większość ludzi powiedziało by wręcz, że jest dość... no, duża. Wielka. Ogromna. Masywna. Oczywiście w porównaniu z, dajmy na to, Jowiszem czy Saturnem nasza kochana Ziemia wypada raczej marnie. My jednak nie jesteśmy tutaj by rozwodzić się nad rozmiarem Jowisza czy innych Neptunów - interesuje nas tylko i wyłącznie nasza rodzinna planeta.
Ziemia jest, w rzeczy samej, duża. Jakoś musi przecież pomieścić wszystko co się na niej znajduje.
Oddalmy się na chwilę od Ziemi, wypływając umysłem w przestrzeń kosmiczną. Teraz przyjrzyjmy sie jej. Co widzimy? Wielka, zielono-niebieska kula, gdzieniegdzie zabarwiona żółcią lub bielą. W większej części zakryta przez chmury, wygląda niezwykle... no, po prostu niezwykle. Unosi się w przestrzeni, obracając powoli wokół własnej osi, spokojnie, majestatycznie i cierpliwie.
Ziemia z tej odległości jest niewatpliwie piękna. Co, gdyby zmienić perspektywę?
Przybliżmy się więc nieco do owej planety, na tyle blisko by widzieć poszczególne kontynenty, poczym systematycznie przysuwajmy sie z każdą chwilą trochę bliżej.
Widzimy lądy i oceany. Skupiamy się na jednym z najpiekniejszych miejsc - Europie. Widzimy wyspę Wielkiej Brytanii, Włoskiego kozaka i wiele małych wysepek Grecji. Widzimy góry, morza i lasy wielu pięknych państw.
Zbliżamy się coraz bardziej, tak że jesteśmy już w stanie odróżnić poszczególne jeziora i rzeki. Skupiamy się na na średniej wielkości państwie leżącym między Niemcami a Białorusią. Polska, moi drodzy - to dzisiaj obiekt naszego zainteresowania.
Im bardziej sie zbliżamy, tym więcej szczegółów ukazuje się naszym oczom. Widzimy pagórki, doliny, pola, miasta i wsie. Po chwili jesteśmy w stanie odróżnić poszczególne domy i bloki, szkoły i sklepy, urzędy i kina. Wszystko na co ludzie wpadli wiele tysięcy lat tamu i do tej pory uparcie kultywują. Jednym slowem - cywilizacja.
Nasz wzrok skupia się na wschodzie Polski - Warszawa. Stolica.
Spośród wielu osiedli i blokowisk w mieście i na jego obrzeżach, wybieramy jedno, a z niego - jeden tylko blok. Teraz to na nim skupia się nasz wzrok.
Brzydki, szary, siedmiopiętrowy budynek, nie różniący sie od innych typowych przedstawicieli polskich osiedli. Tynk odchodzi od ściam gdzieniegdzie pobrudzonych graffiti, ławeczki nieopodal okupowane są przez niekoniecznie trzeźwych starszych panów, a na balkonach mieszkań dumnie wisi wysychające pranie. Nic ciekawego - ot, zwykly blok jakich wiele.
Opisaliśmy to co na zewnątrz. Warto było by zająć się więc tym, co znajduje się w środku.
Bkisko pięćdziesiąt mieszkań, o numerach od 1 do 49, ponumerowanych od tyłu — mieszkanie numer jeden znajduje się na najwyższym piętrze, a czterdzieści dziewięć na parterze.
Każde z mieszkań zajęte jest przez kogoś innego. Miła starsza pani spod czterdziestki szóstki, posiadająca chyba więcej kotów niż niektórzy widzieli w całym życiu. Małżeństwo w średnim wieku z pod dwudziestki których często odwiedzają wnuki. Rodzina z dwójką dzieci spod trzydziestki czwórki, ktorych prawie nigdy nie ma w domu przez częste wycieczki. Długo by wymieniać.
To, co nas interesuje znajduje się na najwyższym, siódmym piętrze. Drzwi numer sześć - prawdopodobnie najbardziej dziwne i tajemnicze mieszkanie w całym bloku, a może i osiedlu. Dlaczego? Cóż, jest wiele powodów.
Mieszkanie nie jest zbyt duże, zaledwie pięć mało przestronnych pokoi. Kuchnia, łazienka, salon i dwie sypialnie, jedna przemieniona w swego rodzaju pracownię.
Samo w sobie, jest ono dość... no, dziwne. Kolorowe. Chaotyczne. Nie dość że małe, to zagracone. Ciężko byłoby opisać to miejsce w jakikolwiek sensowny sposob. Mimo to podejmiemy próbę.
W tym mieszkaniu można znaleźć niemal wszytko, jednak nic nie zdaje się mieć wyznaczonego miejsca. Wydaje się, że ktoś kto wiele lat temu kupił to miejsce, zebrał na kupę wszystko co było mu potrzebne do życia - i wiele wiecej - poczym nie chcąc by rzeczy leżały tak na środku pokoju, porozrzucał je w losowych miejscach. Jest to jedyne wytłumaczenie faktu, że stolik na kawę znajduje się w łazience a mikrofalówka w pracowni.
Każde krzesło, każda poduszka i każdy talerz zdają się być kompletnie z innej parafii. Na ścianie w kuchni wisi koło od roweru a z sufitu gdzieniegdzie zwisają papierowe ptaki origami, przymocowane na żyłce wędkarskiej. Na samych ścianach dzieje się więcej niż można opisać - wszędzie poprzyklejane są notatki, rysunki, plakaty i zdjęcia, a w łazience na ścianie można zobaczyć kilka ususzonych kwiatów przymocowanych taśmą klejącą.
O dziwnym wystroju tego mieszkania można powiedzieć jeszcze wiele, na przyklad to to że na lodówce ktoś magnesami w kształcie liter napisał brzydkie słowo, lub że w przedpokoju dumnie stoi słoik wypełniony wypisanymi długopisami. Po tak długim i szczegółowym opowiadaniu, czytelnik mógłby się jednak zdekoncentrować i znudzić, z tego też powodu pominiemy opis lampek choinkowych na żyrandolu i przejdziemy do kluczowego pomieszczenia - pracowni.
Pokoj nazywany pracownią, gabinetem, lub - głównie przez jego użytkowników - dziurą, był małym, prostokątnym pomieszczeniem o ścianach i podłodze których nie bylo prawie widać spod kartek papieru. Krąży legenda, że zanim ktokolwiek tu zamieszkał ściany te pomalowane były ma żółto. Stoi tu biurko, szafka, fotel i fortepian, oraz sztaluga malarska i manekin krawiecki.
Na biurku kłębi się więcej zapisanych ukośnym pismem kartek niż w całym mieszkaniu razem wziętym, oraz więcej kubków po herbacie, kawie i kakao niż przeciętny człowiek trzyma w domu. Szafki oraz stolik nie przedstawiają się lepiej, tak samo jak parapet. Jedyną płaską powierzchnią wolną od jakichkolwiek kartek czy śmieci jest fortepian stojący pod oknem i to tylko dlatego, że gdy jeden jedyny raz ktoś odważył się cokolwiek na instrumencie postawić, jego właściciel bez wachania wyrzucił owy przedmiot przez okno.
Obecnie w pokoju tym panuje nienaturalny półmrok. Żaluzje zostały zasunięte już jakiś czas temu, a ten kto je zasłaniał nie miał najmniejszej ochoty przywracać ich do poprzedniego stanu.
W całym pomieszczeniu słychać tylko energiczne skrobanie długopisu o kartkę, od czasu do czasu przerywane siorbaniem zimnego napoju z kubka lub dźwiękiem zwijania kolejnej strony w kulkę i wyrzucania jej na drugi koniec pokoju - to dlatego podłoga wyglądała tak a nie inaczej.
Nie trzeba być wybitnym obserwatorem czy mistrzem dedukcji, by zauważyć że postać przy biurku pracuje. Intentywnie pracuje. I najwyraźniej nie jest zadowolona z wyników tej pracy.
Od jak dawna trwa ten stan? Cóż, żeby to stwierdzić trzeba znać mężczyznę przy biurku trochę lepiej. Ktoś, kto jako-tako zaznajomił się ze zwyczajami i charakterem owego osobnika bez trudu stwierdzi, że ten siedzi już tak od przynajmniej kilku dni. Można to poznać po ilości kubków i papierów, ale także po niezwykłym zaduchu panującym w pomieszczeniu oraz zmęczonym i niezbyt świeżym wyglądzie mężczyzny.
Rozlega się zirytowane warkniecie i kolejna kartka, tym razem zapisana do połowy, ląduje na podłodze.
Mężczyzna pierwszy raz od kilku godzin odkłada długopis i odchyla się lekko na krześle, prostujac plecy. Kości strzykają głośno i boleśnie, jednak on nie zwraca na to szczególnej uwagi.
Zamyka zmęczone oczy, jednak za chwilę znów je otwiera i po chwili namysłu wraca do poprzedniej pozycji skrobiąc coś nowego.
Spędza w ten sposob następną godzinę. Za oknem powoli zaczyna się ściemniać, mężczyzna jednak nie ma czasu ani ochoty tego zauważać.
Ten stan skupienia zostaje brutalnie przerwany po kolejnej godzinie.
Drzwi do pokoju otwierają się gwałtownie, wpuszczając do środka kolejną osobę. Na tak głośny dźwięk mężczyzna przy biurku podskakuje, długopisem kreśląc niefortunną linię przez całą długość kartki. Spogląda zdenerwowany na intruza, jednak gdy rozpoznaje w nim swojego dobrego przyjaciela i jednego ze współlokatorów, wraca wzrokiem na kartkę.
Nie dane mu jednak kontynuować pracę.
— Jasna cholera, Mickiewicz! — Słyszy nad uchem zrzędliwy głos — Jak tutaj smierdzi!
Przybysz rozgląda się po pomieszczeniu, w myślach oceniając jak zła jest sytuacja w skali od jeden do dziesięć. Wyszło mu siedem i pół.
Mickiewicz nawet nie ponosi głowy znad kartki, przyzwyczajony do ciągłych narzekań przyjaciela.
— Nie przeszkadzaj. — Mamrocze tylko. — Pracuję.
— Właśnie widzę.
Przybysz wzdycha - niezbyt głęboko, z uwagi na odór pomieszczenia - i podchodzi do biurka by chociaż trochę je oczyścić. Bierze w ręce tyle naczyń ile potrafil unieść, i już ma je zabrać gdy powstrzymuje go ręka łapiąca za jeden z kubkow.
- Ten zostaw. — Protestuje mężczyzna patrząc na przyjaciela. — To moje śniadanie.
Ten spojrzał na drugiego z konsternacją.
— Pływa w nim kawałek kartki i martwa mucha. — Uświadamia go łagodnie przyjaciel — Poza tym jest pora kolacji.
Ta informacja najwyraźniej wyrywa mężczyznę z transu pracy. Podrywa się z krzesła i depcząc po kartkach na podłodze, dopada do okna. Odsuwa rolety i jakież jest jego zdziwienie, gdy zamiast nieprzyjemnie jasnego światła dziennego do jego oczu dociera tylko ciemność nocy. Odwraca się do przyjaciela z nie wyraźną miną.
— Ups. - Śmieje się nerwowo.
Mężczyzna z kubkami w rękach wzdycha ciężko, ubolewajac nad nieogarnieciem życiowym przyjaciela.
— Adam, kiedy był ostatni raz gdy jadłeś coś porządnego? — Pyta powoli i wyraźnie, ni to zmartwiony ni to rozbawiony.
— Um... - Adam wyraźnie zamyśla się. — W niedzielę. Tak, przed twoim wyjazdem zjadłem obiad. To nie było znowu tak dawno.
— Jest wtorek wieczór.
- Oh.
— Do cholery, musisz coś zjeść! Od tego można umrzeć. — Stwierdza odpowiedzialnie mężczyzna. — Normalnie jak z dzieckiem... — Dodaje ciszej. — Otworz okno i idź się umyć bo śmierdzisz gorzej niż ten pokój. Zrobię ci coś do jedzenia.
— Dzięki Frycek, przyjacielu — Adam uśmiecha się wdzięcznie, udając że nie usłyszał uwagi. — Zawsze można na ciebie liczyć.
Gdy tylko przyjaciel wyszedł, Frycek udał sie do kuchni gdzie przez następne kilkanaście minut zeskrobywał z naczyń zaschnięte resztki napojów. Potem zrobił tosty i jak troskliwy przyjaciel jakim jest, zaparzył nawet herbatę. Postawił wszystko na stole akurat w momencie w ktorym dzwi łazienki otworzyly się i w salonie pojawil się o wiele lepiej wyglądający Mickiewicz.
— Masz tosty. — Chopin wskazuje na stół. — Włóż potem talerz do zlewu.
Przez jakiś czas, podczas którego Adam zajadal się tostami a Fryderyk zdążył sobie samemu zrobić herbatę i usiąść przy stole, w mieszkaniu panuje cisza.
Chopin wzdycha, patrząc na przyjaciela z politowaniem.
— Tak właściwie, — Odzywa się — gdzie są Zygmunt i Cyprian?
Mickiewicz wzrusza ramionami przełykając trochę herbaty.
— Ostatnio jak ich widziałem Zygi miał iść do którejś z dziewczyn na jakąś imprezę, więc wątpię żeby się wkrótce pojawił. — Mówi obojętnie. — A Cyprian powinien zaraz wrócić, miał się podobno spotkać z jakimś przyjacielem czy coś.
Fryderyk patrzy na niego dziwnie.
- Cyprian nie ma przyjaciół poza nami. — Uświadamia Adama, jakby podejrzewał że dieta kawy i batoników mussli wyżarła mu dziurę w pamięci. — Jesteś pewny że młody nie wcisnął ci kitu i poszedł znowu na cmentarz gadać do grobów?
Adam ponownie wzrusza ramionami.
— Nie wiem co ten emos robi w wolnym czasie, ale tym razem chyba serio ma przyjaciela. — Stwierdza. — W sumie nie zdziwił bym się gdyby miał w sekrecie własny gang alternatywek. Wiesz, jakie są dzieci. Pewnie siedzą cały dzień na ławeczkach w parku jak menele i piją energetyki.
Fryderyk wzdycha ze zrezygnowaniem kolejny raz tego dnia. Ma wrażenie że w ich małej grupce to on robi za matkę i średnio mu się to podoba.
Mężczyźni słyszą otwieranie drzwi wejściowych, a po chwili temat ich rozmowy stoi już w progu salonu. I ma zaskakujaco dobry humor.
Patrzą po sobie zdziwieni - Cyprian nie bez powodu nazywany jest żartobliwie emo dzieckiem. Rzadko kiedy można na jego twarzy zobaczyć uśmiech. Bynajmnjej nie dlatego ze nastolatek jest jedną z tych osób które ciągłe chodzą smutne psując nastrój innym - co to to nie. On po prostu uważa, ze uśmiech na twarzy średnio pasuje do jego, jak to ujął, looku. I ma rację, co udowadnia obecne zdziwienie dwójki mężczyzn.
— Coś ty taki wesoły? — Pyta Adam z zaciekawieniem przyglądając się koledze.
— O, Adam! — Wykrzyknął Cyprian ignorując pytanie przyjaciela. — Ty żyjesz!
— Też jestem zdziwiony.
— Dzień dobry. — Do rozmowy wtrąca się Chopin, jako jedyny pamiętając o przywitaniu. — Co robiłeś przez caly dzień?
— Znowu gadałeś do grobów? — Dorzuca pytanie Adam.
- Nie tym razem. - Cyprian jest chyba dumny z tego faktu. - Spotkałem się z kolegą.
— Oh, serio? — Pyta zaskoczony Fryderyk, patrząc na nastolatka podejrzliwie. — Którz to taki? Naprawdę istnieje, czy jest jak reszta twoich przyjaciół?
— Wy istniejecie. — Zauważa urażony Cyprian — Chyba. W każdym razie jego też sobie nie wymyśliłem, wydaje się całkiem realny. Poznałem go kilka dni temu jak dołączył do naszej klasy. Jest naprawdę fajny! Byliśmy w parku i wszędzie.
— Widzisz? — Adam patrzy na Chopina z zadowoleniem. — Mówiłem ze ten dzieciak ma gang alternatywek!
— Nie jestem alternatywką! - Oburza się Cyprian, poprawiając rękawy czarej bluzy z nadrukiem jakiegoś zespołu. - Pozatym nie mam gangu. Bylismy we dwoje.
— Uuuuu... — Stwierdza Mickiewicz, prezetujac mentalność trzynastolatka. — Dobra nie ważne, idę dalej pracować. Szczęścia, chłopaki!
Mężczyzna wstaje od stołu zabierając ze sobą do połowy pusty kubek herbaty i znikną za drzwiami pracowni.
Gdy zostali sami, Fryderyk wraca wzrokiem na przyjaciela.
— No więc, młody czlowieku. — Odzywa się ignorując fakt że między nim a Cyprianem są zaledwie trzy lata różnicy. — Może byś powiedział coś więcej o tym przyjacielu?
— Nie będę ci nic mówił, nie jesteś mają matką. — Sprzeciwia się Norwid.
— Przecież wiem że chcesz powiedzieć.
Milczą przez chwilę.
— No dobra. — Przyznał Cyprian, który od kilkunastu minut rzeczywiście czekał na okazję by opowiedzieć coś o nowym koledze.
Przez następną godzinę Fryderyk dowiedział się prawdopodobnie wiecej o nowym przyjacielu Cypriana niż owy przyjaciel wiedział o samym sobie.
