Work Text:
baekhyun nigdy nie patrzył na mnie z tym światłem emanującym prosto z palących w samo serce źrenic, o którym wszyscy mówią. chyba nigdy nie uśmiechnął się szczerze w moją stronę, nie dotknął z uczuciem, nie spojrzał jak na coś, co do końca chciałby już mieć przy sobie, ani nie rozmawiał ze mną pod nagim księżycem, kiedy oboje nie byliśmy w stanie zasnąć; całą swoją uwagę wydawał się woleć skupiać na usłanym ciemnością niebie, jakbym tylko istniał gdzieś obok bez znaczenia, bez przywiązania, co łączyłoby nasze kruche serca nawzajem. tak, by nie zgubiły się w nicości wokół. miałem wrażenie, że gdybym uniósł się po cichu w gwiazdy, on by nawet nie zauważył. nie sięgnąłby po mnie, żeby przytrzymać na twardej ziemi. pozwoliłby ulecieć, jak kolejnej przemijającej myśli w jego życiu, bo nie jestem wystarczająco ważny na ruch w stronę nieskończoności, która mogłaby mnie pochłonąć, a on nawet by nie mrugnął.
nie było dnia, w którym o tym nie myślałem. zanim ciepło spowodowane osobą, która nie widzi we mnie prawdopodobnie niczego więcej niż znośnego towarzystwa do zabijania czasu na tej rozdrabniającej się planecie zdążyło się we mnie roztopić, krótkie spojrzenie na rzeczywistość tłumiło je natychmiast, chociaż nigdy w stu procentach. bo lubiłem baekhyuna. milczące wieczory, kiedy nie otulało nas nic więcej od zimna na skórze oraz leniwe popołudnia spędzane w jego pokoju, kiedy zamiast uczenia się na jutrzejszą klasówkę, nie robiliśmy dosłownie nic. nie potrzebowałem dużo z jego strony. nie zwracałem uwagi na to, że nie angażował się w tą przepraną znajomość, która opierała się na nudnawej monotonii, z której żadnemu z nas chyba nie chciało się wychodzić. nigdy nie inicjował spotkań, potrafiących dlużyć się do późnego wieczora, ani nie sugerował że woli moją obecność od jakiejkolwiek innej, ale sam fakt że nigdy nie powiedział mi nie i wszystkie najgłupsze rzeczy mogliśmy robić razem był wystarczający.
co mnie dalej przy nim trzyma? nie mam pojęcia. może jego sposób bycia, może coś w moim naiwnym środku, co nie może dać spokoju. ciągnie mnie do niego. wmawia, że bez niego nie potrafię istnieć i chyba bez niego obok tego nie robię. pragnę jego oczu na swoich, nawet jeśli nic mi nie mówią. chcę jego głosu wypranego z emocji, dotyku chłodnego jak lód i ciszy, kiedy niemo pytam czy cokolwiek dla niego znaczę, bo za bardzo boję się odpowiedzi, ponieważ tylko tak mogę czuć go przy sobie.
-----
nie wiem skąd mógłbym znać jego imię zanim w ogóle miałem okazję je usłyszeć, ale tak głupio wydawało mi się, że znałem je od zawsze. tak jak to spojrzenie bez jednoznacznego wyrazu oraz ekspresję, aurę, co wprowadza mnie tylko w burzę nieścisłości, bo nigdy nie mogę wiedzieć, czy ma mnie dosyć czy ma dosyć świata, czy przeszkadzam mu w patrzeniu na niebo jak na jedyne, co piękne w istnieniu czy tak naprawdę moja obecność nie robi różnicy, bo czuję że mnie tam chyba nie ma. jest tylko on; jego wzrok, w którym tylko w takich chwilach widzę coś więcej niż puste nic, jego chłód na twarzy i jego zimno wokół, gorzka obojętność i jakaś niepojęta przeze mnie tęsknota, która daje się mi pokazać na kilka sekund, zakim głuche kaszlnięcie ją zabije.
nie wiem czy baekhyun miał serce z kamienia. jeśli tak, to nawet nie starał się tego chować. jeśli nie, byłem ciekaw czy kiedykolwiek płakał. ile łez pozwalał sobie wypuścić, zanim ta obojętność, co nosił ze sobą zawsze go ogarnęła, jak długo i dla kogo. czy do księżyca i nostalgii w nim, co dusiła serce, czy do poduszki, żeby świat nie słyszał szlochu, który tłumi ze wstydu. byłem ciekaw czy czasami czuje się brudny i byłem ciekaw kogo za to obwinia. co truje mu duszę, wysysa życie, co wypełnia go czymkolwiek innym niż monotonia, a co sprawia że pała w nim ogień, żeby za chwilę zgasnął jak nudne istnienie każdej rzeczy tutaj.
chciałem o nim wiedzieć. dużo, za dużo, zbyt wiele niż na to, na co powinienem był sobie pozwolić, ale kiedy pierwszy raz spojrzałem na baekhyuna, miał w sobie coś innego niż cała reszta świata i nie musiałem rozmyślać nad tym, co to było, bo wiem że nigdy się nie dowiem. nie odkryję, co chowa pod powiekami ani co skaleczyło na tyle jego ręce, sprawiając że nigdy nie wyciągał ich w stronę nieba. jedynie patrzył, a ja okłamywałem po cichu samego siebie, że kiedyś będę w stanie podarować mu jedną z gwiazd, nawet jeśli żadnej z nich nie rozumiałem. nawet jeśli każda wydawała się taka sama; bez wyrazu, uczucia i było ich na tej czerni pełno, ale może było w nich coś z nas. nie wiem czy trzymały w sobie wiarę bądź jakieś obietnice na coś lepszego niż ta ziemia, ale mógłbym przysiąc, że trzymały serce baekhyuna. może przez to z czasem chyba zacząłem widzieć coś więcej. może przez to nauczyłem się podzielić miłość do odrobinę większego kawałka wszechświata. może myślałem, że bez tego on nawet na mnie nie spojrzy. nawet nie w ten sposób, jak na nie, ale jakkolwiek, byleby bez tego krzyczącego 'nikim dla mnie nie jesteś', które truje mi serce za każdym razem, kiedy odważę się skierować wzrok w jego kierunku.
-----
skóra baekhyuna jest chłodna, kiedy przypadkiem ocieram się o nią wierzchem swojej dłoni. jego ręce są chłodne, blade a mimo tego delikatne w świetle muskającego je promieni słońca.
dotykały nieba i ziemi, czerni i bieli płynącej nad naszymi głowami i może to jeden z powodów, dla których trzymanie ich w swoich własnych wydaje się dla mnie czymś, czego mógłbym doświadczyć jedynie, gdyby te moje nie były tak brudne. nie czuję, że moje chude palce idealnie wpasowałyby się w te chłopaka o kruchych oczach obok; nie wplątałyby się idealnie nawzajem jakby przynależały tylko i wyłącznie do siebie, perfekcyjnie, bo zbyt wiele je różni.
baekhyun miał w sobie coś, co przyciągało do niego jak magnes. co prawda tylko mnie, bo przypominał czarnego kota, co wędruje przez życie samotnie i po cichu, bez zbędnych spojrzeń i dotyku na grzbiecie, ale tłumił w kamiennych oczach coś, co chciałem dotknąć i poczuć. może pewnego dnia rozkruszyć, by widzieć w nich coś więcej poza niczym.
-----
słowa baekhyuna od zawsze były ciężkie. zwłaszcza wtedy, kiedy udawałem, że mi nie zależy; wtedy były niczym kotwica, ciągnąca mnie w dół. nisko, na dno, do samej rzeczywistości, od której uciekałem co wieczora z myślą o nim w swoich ramionach, czy w chwilach takich jak te, kiedy milczenie przejęło wszystko wokół, pozwalając odgłosom naszych kroków gubić się tuż za nami. jedno zdanie z jego ust potrafiło zepchnąć mnie z przepaści, nad którą siedziałem ze zwisającymi nogami; z głową w chmurach i sercem możliwe że jeszcze wyżej, marząc o spojrzeniu co może jeden jedyny raz mogłoby patrzeć na mnie z tą czułością której tak pragnąłem. lubiłem sobie mydlić tym wzrok. lubiłem iluzje, ładne kłamstwa, których nigdy mi nie mówił(wmawianie sobie ich chyba mi wystarczało) i brudzenie sobie głowy czymś, co nigdy nie mogłoby mieć miejsca.
byun był zbyt daleki, by go przy sobie utrzymać. nie uciekał, nie próbował chodzić innymi ścieżkami, kiedy los kreślił nam ten sam szlak, a ja byłem niezmiernie wdzięczny, bo chyba niczym sobie nie zasłużyłem, ale wciąż nie pozwalał mi na więcej niż kilka kroków w jego stronę, które i tak za moment muszę cofnąć, bo nigdy nie jestem pewien co jest stosowne.
boję się go dotknąć. powiedzieć, że znaczy dla mnie tyle co całe niebo i szepnąć, że jeśli chciałbym końca, to tylko z nim. nie wiem w jaki sposób niczego nie zepsuć, ani nie wiem jak sprawić, by poczuł do mnie cokolwiek, ale dopóki jest obok... chyba mi to wystarcza. nawet jeśli baekhyun zawsze będzie kochał księżyc bardziej ode mnie.
