Actions

Work Header

Cztery Akty Człowieczeństwa

Summary:

Od rozstania Crowleya i Azirafala minął ponad rok. Po braku kontaktu z byłym przyjacielem, Crowley postanawia wyprowadzić się na drugi koniec Europy, by spróbować nowego życia. W momencie, gdy mu się to udaje, delikatne fundamenty spokoju zostają zburzone przez ponowne spotkanie anioła. W jakim celu wrócił na Ziemię i czego może chcieć od Crowleya?

Opowieść w czterech aktach, bez większych dramatów, słodsza niż lody czekoladowe. Bez masła.

Chapter 1: AKT I

Chapter Text

AKT I

Tego dnia padał deszcz. Jak przez ostatnie osiemdziesiąt procent dni w roku na wyspach brytyjskich.

Zaangażowany mieszkaniec tego regionu świata potrafił rozróżnić kilkanaście rodzajów deszczu - mżawkę, ledwo odczuwalny kapuśniaczek, zwyczajne opady, siąpawice, pluchy, oberwanie chmury i inne, mniej przyjemne warianty pogodowe. Tym razem jednak nad Londynem rozciągnęła się zwykła, zimna ulewa, która zamieniała późną wiosnę w szarą masę.

Crowley zatrzasnął drzwi bagażnika. Nie potrzebował i nie posiadał zbyt wielu rzeczy - kilka roślin, manuskryptów i szkiców cenionych przez siebie artystów. Zwitki, które pewnie rozpadną się w przestrzeni kolejnych pięciuset lat. Fiolka perfum. Nieco biżuterii, którą mu kiedyś wciśnięto jako łapówkę.

Poza zgromadzonymi na koncie pieniędzmi nie był to duży inwentarz - jak na kilkaset lat mieszkania w Anglii i kilka tysięcy lat samego istnienia. Westchnął. Od kiedy zrobił się taki smętny?

- Panie Crowley! - dobiegł go krzyk młodej, zadyszanej od biegu osoby. Krzyk z wieloma wykrzyknikami - Niech pan nas nie opuszcza! - znowu te wykrzykniki ekscytacji w głosie

Muriel dobiegła do jego auta, potykając się o własne, nie do końca dobrze dobrane do pogody buty. W jej oczach szkliły się łzy.

- Przecież nie znikam z powierzchni ziemi - odburknął demon, otwierając drzwi. Nie miał ochoty dłużej moknąć - Ba, nawet nie wyjeżdżam poza granice Europy - zastanawiał się, jak bardzo na geografii zna się dziewczyna - Poza tym, skąd, do licha, wiedziałaś, kiedy wyjeżdżam?

Że wyjeżdżam w ogóle.

Muriel wbiła wzrok w swoje przemoczone trampki.

- No… Widziałam raporty. Z Góry. Że planował pan wyprowadzkę… - zaczęła się wiercić w miejscu, po czym znowu wybuchła - Londyn bez pana nie będzie taki sam! - dziesięć wykrzykników

Irytacja, którą odczuwał Crowley na widok dziewczyny, nieco złagodniała. Zamiast odpowiedzieć jej sarkastyczną ripostą na temat tęsknoty za demonem, ściągnął ciemne okulary i wbił w nią wzrok.

- Mi też będzie brakować wielu rzeczy - i osób - Nie maż się już, przecież nie będziesz płakać za starym capem wyklętym przez Piekło.

- Zmoknie pan, panie Crowley - wydukała cichutko - Niech pan na siebie uważa… Dobrze?

Crowley uniósł rękę, żeby rozczochrać dziewczynie włosy, ale w ostateczności cofnął dłoń. Tego typu gesty nie powinny leżeć w naturze demona, nawet, jeśli ten był dawno temu aniołem.

Opiekuńczość, tęsknota, miłość - te emocjonalne atrybuty niekoniecznie trzymały się aniołów czy demonów. Crowley często myślał, że wszystkie te uczucia i postawy cementują świat ludzi. Człowiek budował społeczności, rodzinne i przyjacielskie, a Piekło i Niebo to kopiowało, nie zawsze w zdrowy sposób. Czy to właśnie dlatego byli tak rozdrobnieni?

Jego myśli przerwała Muriel, gdy nagle, bez uprzedzenia, go objęła.

- Panie Crowley, niech pan się do mnie odzywa! - pociągnęła nosem - Ja… Nie dałabym tutaj rady bez pana! - Crowley spiął się pod wpływem obcego dotyku, ale poklepał dziewczynę po plecach. Było to co najmniej niezręczne, ale… Sympatyczne.

Przez ostatni rok obydwoje pomagali sobie wzajemnie. Crowley pokazywał młodemu aniołowi świat, jak prowadzić dobrze księgarnię (czyli jak nie sprzedawać książek i odstraszać potencjalnych klientów). Ona zaś dotrzymywała mu towarzystwa, gdy pijany czekał wśród zakurzonych książek na Jego powrót. A czekał wystarczająco długo. Za długo.

Z każdym kolejnym dniem, tygodniem, miesiącem - księgarnia pustoszała, mimo, że książek nie ubywało. Ubywało za to aury poprzedniego właściciela sklepu, jakby czas ścierał jego obecność i zapach z mebli, kartek, powietrza.

- Przecież nie wyjeżdżam stąd na zawsze - przewrócił oczami Crowley i podał zasmarkanej Muriel paczkę chusteczek, zanim zdąży ubrudzić jego czarną koszulę - Dasz sobie radę, o ile będziesz pamiętać o niesprzedawaniu niektórych pozycji - Czyli prawie wszystkich.

Tuż obok nich z głośnym warkotem przejechał piętrowy autobus, omal nie rozpryskując wielkiej kałuży.

- Uciekaj, anielico - stanowczo odkleił Muriel od siebie i, starając się na nią nie patrzeć, wsiadł z powrotem do Bentleya. Przekręcił kluczyk w stacyjce. Auto zamruczało, gotowe do drogi. Na horyzoncie powoli się przejaśniało, deszcz przestawał padać.

Skinął dziewczynie na pożegnanie i docisnął wściekle pedał gazu. Może za horyzontem jest miejsce dla niego.