Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2024-09-15
Words:
2,885
Chapters:
1/1
Hits:
33

Wizja

Summary:

Ginny Weasley i Harry Potter nigdy nie poznali się twarzą w twarz, ale można powiedzieć, że dorastali u swojego boku. Dziwne, niekontrolowane wizje, które o sobie widzieli, były ich codziennością, której nie dało się wytłumaczyć nauką.

Pewnego dnia do domu Ginny, zapukały dwie panny. Okazało się, że było więcej takich osób jak ona - potrafiących sczytać przeszłość i przyszłość. Zaproponowały jej zamieszkać w społeczności wróżbitów i wieszczek, co dla niej było marzeniem wyjętym ze snów. Dni upływały jej szczęśliwie, bo w końcu czuła, że przynależy do jakiejś grupy, lecz z czasem w końcu zaczęła łączyć fakty, okazało się, że z nieznanego powodu, wszyscy wokół niej bezwstydnie kłamali.

Czy Ginny może komukolwiek zaufać? Szczególnie, że w miejscu, w którym ma być ponoć bezpieczna, musi dokonać wiele specyficznych poświęceń "dla dobra" społeczności. Cały czas nie może się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak, a ona sama jest wykorzystywana do dziwnych celów.

Ponadto, mimo tego że znała Harry'ego praktycznie od dziecka, to osobiście poznała go dopiero w siedzibie organizacji, bo wcześniej był tylko jej niewidzialnym przyjacielem. Niby się znali, ale dopiero dowiedzą się czy mogą na sobie na prawdę polegać

Work Text:

— Dzien dobry! — Nauczyciel języka angielskiego, Andrew Ramirez przywitał dziarsko swoich uczniów. — Dzisiaj będziemy pracować trochę inaczej niż zwykle, ale nie wydaje mi się, aby był to dla was problem. — Pokazał im egzemplarz "Yermy", który właśnie do niego przyjechał zza granicy. — Wiem, że wszyscy uwielbiają czytać dramaty...

Wypowiedź przerwało mu ciche, lecz kolektywne "O, nie!" z ust wszystkich uczniów.

— Jak powiedziałem — odchrząknął znacząco — wiem, że wszyscy uwielbiają czytać dramaty, zatem uznałem, że podzielę się tym, co ja czytałem w szkole piętnaście lat temu, gdy jeszcze uczyłem się w Segowii.

Uniósł wysoko oburącz cienką książeczkę o brązowo-beżowej okładce z dużym tytułem i długim nazwiskiem autora.

— Uważam, że każdy powinien przeczytać to chociaż raz, a przy okazji, skoro zbliża się Dzień Kobiet, wy drogie panie, także powinnyście się z tym tekstem zapoznać, aby uświadomić sobie jakie konsekwencje miało społeczeństwo i patriarchalny lud na życie waszych przodkiń.

Powiedziawszy to, Andrew Ramirez wyszedł na moment z sali i wrócił z około trzydziestoma egzemplarzami, rozrzucając je swoim uczniom na ławki.

— Przeczytać do piątku, nie jest to długie. Proszę zapoznać się z tekstem uważnie, wiecie, że nie robię wejściówek, ale coś mi się zdaje, że pojawią się ze dwa pytania na egzaminie końcowym!

Ginny z ciekawością obejrzała książeczkę, którą przed chwilą podrzucił jej nauczyciel, a gdy ją przekartkowała uznała, że faktycznie, było to dość krótkie. Zatrzymała się na stronie osiemdziesiątej i palcem przejechała po pożółkłym papierze. Nagle, niespodziewanie odcięła się od teraźniejszości i przed jej oczyma pojawił się obraz chłopaka, którego bardzo dobrze znała.

Kruczoczarne włosy, okrągłe okulary i tą bliznę na czole byłaby w stanie wszędzie wychwycić.

Z tego co potrafiła odgadnąć, nastolatek znajdował się w sali, prawdopodobnie w liceum i wykłócał się z nauczycielką. Reszta klasy wyglądała na znudzoną i rozmawiali cicho między sobą. Ginny zmusiła się, aby wyostrzyć słuch i podsłuchać konwersację:

- Nie uważasz na moich lekcjach, odpływasz myślami nie wiadomo gdzie. Czasami masz taki wyraz twarzy, że wydaje mi się, że przychodzisz tutaj naćpany. - Nauczycielka wyjęła swój wskazujący palec i, jak małemu dziecku, zaczęła mu nim machać przed nosem.

- Ale ja jestem uważny, pani profesor - zaprotestował spokojnie.

- Jeśli tak, to... na następnych zajęciach rozegrasz mini scenkę z utworu, który omawialiśmy. Przy wszystkim. - Wskazała na całą klasę.

- Ale...

- Żadnych "ale". Weź się do roboty, Potter! - Popatrzyła na niego z dezaprobatą.

Tu się jej wizja na moment urwała i musiała kilkukrotnie zamrugać, aby wrócić do teraźniejszości. Sama starała się nie odpływać podczas zajęć, ale niestety nie potrafiła jeszcze kontrolować tych napadów myśli.

W tym samym momencie zadzwonił dzwonek na przerwę, więc zaczęła pakować zeszyt i długopis do plecaka. Opuściła salę bardzo szybko, rzucając przez ramię: "do widzenia" oraz pobiegła do pobliskiego sklepu kupić sobie zapiekankę. Chciała zdążyć przed tłokiem, który wytwarzał się przy sklepie na każdej przerwie.

Następnie miała matematykę i geografię aż w końcu mogła spokojnie wrócić do domu i obejrzeć serial, jaki jej poleciła kuzynka, w który, przy okazji, się ostatnio wciągnęła.

Otwierała drzwi do domu, gdy jej powieki nagle zamknęły się i za nimi zauważyła nowy obraz.

Harry rozmawiał z bibliotekarzem, coś mu tłumacząc: "Poproszę jakikolwiek klasyk literatury hiszpańskiej. Jakikolwiek, błagam! Tylko niedługi - jęknął z desperacją" Mężczyzna poszedł na chwilę na do magazynu, po czym przyniósł mu egzemplarz "Yermy". Harry ciekawsko spojrzał na tytuł, odebrał przedmiot z rąk staruszka i grzecznie podziękował.

Całą noc czytał, a potem powtarzał niektóre dialogi na głos aż w pewnym momencie wuj Vernon Dursley wtargnął mu do pokoju zrobić awanturę. Położył się spać o wpół do czwartej rano, zauważyła na jego zegarku obok łóżka. Jeśłi chodzi o rozpoznanie wuja, znała jego rodzinę z wizji - wychowywał się z siostrą jego matki, jej mężem i synem, po tym gdy Lily i James tragicznie zginęli w wypadku samochodowym.

Harry następnego dnia zaprezentował kilka scenek przy całej klasie, odgrywając wszystkie role samodzielnie i jednocześnie. Musiała przyznać, wyglądało to komicznie i odrobinę chaotycznie, lecz nauczycielka doceniła pracę, jaką w to włożył i z lekkim uśmiechem, zaczęła prowadzić zajęcia.

Ginny wypadła z transu, gdy nieumyślnie pociągnęła za klamkę i z tego powodu, w tamtej chwili potknęła się o próg drzwi wejściowych.

— Uważaj — zaśmiał się Arthur, jej ojciec.

Siedział centralnie przed nią, przymierzając nową parę butów, które do niego przyszły przesyłką. Od kiedy Molly poinformowała go, że zamawianie online oznacza, że przyślą mu rzeczy pod dom, popadł w lekki zakupoholizm.

Ginny zarumieniła się lekko, gdyż była trochę zawstydzona straceniem równowagi.

— Zamyśliłam się. — To była jej typowa wymówka, gdy dostawała wizje i musiała tłumaczyć się ze swojego chwilowego otępienia.

Do tej pory nie znała nikogo takiego jak ona.

No, z wyjątkiem tego Harry'ego Pottera, ale uznawała go za "wyimaginowanego przyjaciela" z dzieciństwa. Czasami się czuła odrobinę zawstydzona, bo taki "kolega" zazwyczaj odchodził w niepamięć, gdy dzieci szły do liceum, a tymczasem ona miała siedemnaście lat i wciąż o nim rozmyślała.

Wiedziała, że brzmiało to kiepsko, ale często czuła, że nawet nie robiła tego z wyboru - wizje o Harry'm przychodziły do niej bez względu czy tego chciała, czy też nie. Nie potrafiła tego kontrolować. On po prostu istniał w alternatywnej rzeczywistości.

Nie ukrywała, że nawet próbowała znaleźć jego Facebooka, lecz zamiast konkretnej postaci, zawsze aplikacja wyświetlała jej pięćdziesiąt "Harry'ch Potterów" i żaden nie wyglądał jak on. Jak ten, którego widziała oczyma wyobraźni.

- - - -

Harry Potter zacisnął bukiet kwiatów w dłoni. Bardzo się denerwował, a głębokie wdechy nie dawały mu na razie zamierzonego odprężenia. Nigdy wcześniej nie był na randce, ale Sandy była bardzo atrakcyjną dziewczyną. Miała ładne, długie i rude włosy, brązowe oczy oraz piegi, które go bardzo czarowały.

Zacisnął usta w cienką linię. Musiał się wziąć w garść, nerwy  bytylko mu zaszkodziły. Wyciągnął chusteczkę ze spodni, po czym wytarł w nią dłonie. Bardzo nie chciał, aby Sandy pomyślała, że jest lepki.

Zawsze naśmiewał się ze swojego znajomego, Emetta, który bujał się w Rachel i dosłownie tracił dla niej rozum, jąkał się jak szalony przy niej, w międzyczasie w gronie męskim zawsze był najbardziej elokwentnym.

Czuł, że zamieniał się w takiego Emetta i bardzo mu to nie leżało.

— Hej! — Usłyszał za swoimi plecami wysoki głos.

— Cześć! — Przywitał się, wręczając jej kwiaty. — Wyglądasz olśniewająco.

Sandy wyglądała bosko.

— Dziękuję.

— Serio — dodał, a wtedy zapadła cisza, więc uznał, że powinni przejść się razem do kawiarni, a nie bezczynnie stać. — Co powiesz na ciastko? Słyszałem, że "Wendy's" sprzedaje dobre serniki.

"Wendy's" było popularne wśród uczniów szkoły Estern High, do której oboje chodzili.

— Jasne. Mają dobre wypieki — przyznała.

Harry, oczywiście otworzył jej drzwi, gdy wchodzili, na co dziewczyna uśmiechnęła się wdzięcznie. Zamówili słodkości przy ladzie i usiedli w stoliku dla dwóch przy oknie, ale nie tak blisko wejścia, aby chłodne powietrze nie dmuchało im w plecy za każdym razem, gdy ktoś nowy wchodził do środka.

— Gdy byłam mała — Sandy przegryzła wargę — co środę chodziłam z mamą i siostrami do cukierni na ciastka.

— Ach, tak?

Przytaknęła.

— To były fajne czasy, takiej beztroski: zero prac domowych, esejów, wrednych bab ze szkoły, tylko cukiernia, a potem jazda na sankach z babcią — dokończyła mówić z szerokim uśmiechem na ustach i splecionymi dłońmi pod brodą.

Harry mimowolnie uśmiechnął się.

— A ty? Często chodziłeś na słodkości z rodzicami?

Wiedział, że nie wiedziała, a ponieważ nie chciał psuć atmosfery nie wyprowadzał jej z błędu. Wszystko dlatego, że jego rodzice nie żyli od szesnastu lat, przez co wychowywał się z wujostwem, które w dupie miało jego zachcianki na sernik czy kremówkę.

A jeśli już jedli, to Dudley zawsze dostawał trzy gałki lodów w rożku, podczas gdy Potter mógł tylko patrzeć.

Nie mógł się doczekać chwili, gdy skończy pisać egzaminy, wyjedzie z tego zadupia i usamodzielni się, znajdując w końcu miejsce, do którego przynależy. Nie był związany ze swoją rodziną ani z tą szkołą. Zawsze trochę czuł, że odstawał od innych i niestety było to negatywne skojarzenie.

Miał jedną znajomą i wstyd mu było przyznać, że była to "przyjaciółka jego głowy" - bo poza nią nie istniała. Wiedział, co to było, tak zwane "maladaptive daydreaming", czyli dezadaptacyjne marzycielstwo i trochę się tego wstydził, choć i tak bez tego nazywano go "dziwakiem".

W swoich wizjach widział Ginny, która robiła przeróżne rzeczy, zazwyczaj były to codzienne czynności, czyli uczyła się do sprawdzianów, grała w siatkówkę (choć niezbyt dobrze, ale kim on był aby oceniać, gdy sam nie potrafił serwować przez siatkę), a nawet awanturowała się z braćmi.

I gdy tak się zamyślił, stało się dokładnie to.

Dostał wizję.

Ginny stała na szkolnym korytarzu ze zmartwieniem czytając plakat, który ogłaszał bal gimnazjalny.

— No to, z kim idziesz?

Ginny odwróciła się do nieznanego jej głosu, ale szybko odsunęła się na bok, gdy dotarło do niej, że dziewczyna nie zwracała się do niej, tylko do swojej psiapsi.

Sama chciała mieć "psiapsi", ale jej koleżanka - Miranda - wyjechała na wymianę do Australii w zeszłym tygodniu, a że nie kolegowała się z nikim innym, Weasley czuła, że została osamotniona w tym małym miasteczku.

— Przepraszam — nieśmiało przecisnęła się przez dziewczyny idąc w stronę stołówki.

Niestety na samą myśl, że miałaby na bal pójść sama, zrobiło jej się niedobrze. Wzięła głęboki wdech i wydech, aby się trochę uspokoić, bo ostatnie czego chciała, to rozpłakać się na szkolnym korytarzu.

Życie było dla niej zbyt skomplikowane. Nienawidziła tego etapu dorastania.

— Halo? Harry?

Harry zamrugał kilkukrotnie.

Cały czas był w kawiarni "Wendy's", a Sandy spoglądała na niego z lekkim zmartwieniem.

— Słucham? — Zapytał słabo.

— Odpłynąłeś, gdy rozmawialiśmy — wytłumaczyła zdziwiona. — Płaczesz? — Nachyliła się z drugiego krańca stołu w jego stronę.

— Co? Nie. — Nawet nie zauważył, że faktycznie jego oczy były wilgotne. — Zamyśliłem się.

— Wszystko w porządku? Przepraszam za to pytanie.

— Jakie pytanie?

— O twoich rodzicach. Dudley rozpowiada głupoty i byłam ciekawa, ale to było mega nietaktowne z mojej strony— jej głos zadrżał, była ewidentnie zawstydzona.

— Nic nie szko... Ej, co Dudley wygaduje?!

Sandy spuściła wzrok i złożyła usta w dziubek. Wzruszyła ramionami.

— Nie... wiem... — odparła niewinnie.

— Cokolwiek mówi, jest nieprawdą. Nie chrzczę Szatana w zaciszu mojego pokoju, nie mam uszkodzonego mózgu ani nie jestem gejem — powiedział trzy główne kłamstwa, których był pewien, że jego kuzyn rozpowiada o nim w szkole.

— O! — Jej autentyczne zaskoczenie, jeszcze bardziej go zirytowało.

— Nie zaprosiłbym cię na randkę, gdybyś nie była w moim typie — rzekł zgodnie z prawdą. — Mam obsesję na punkcie rudych dziewczyn, piegów i brązowych oczów.

Sandy zarumieniła się. Nie oczekiwała takiej szczerości na pierwszej randce.

— Nie mam też uszkodzonego mózgu. Ciotka takie rzeczy opowiada, bo chce aby jej głupi Duduś poczuł się mądrzejszy, gdy okazało się, że ma problem z odróżnieniem papryki od pomidora, ale kto się dziwi, jak on pewnie nigdy na oczy nie widział warzywa... — burknął pod nosem. — Nie chrzczę Szatana, jestem ateistą, choć wierzę w nadprzyrodzone zjawiska — wyznał trochę ciszej, zrobiwszy się nagle nieśmiały.

— O, tak? — Sandy zrobiła wielkie oczy.

Potter wzruszył ramionami.

— To tylko dlatego, bo nie potrafię czasem wyjaśnić tego, czego doznaję w codziennym życiu. A może to mechanizm przetrwania... Nie wiem.

— Przepraszam. Powinniśmy porozmawiać raczej trochę na lżejsze tematy. — Posłała mu uśmiech. — Jaki jest twój ulubiony kolor?

Harry parsknął, ale w głębi duszy cieszył się ze zmiany kierunku rozmowy.

— Brązowy, taki jak twoje oczy.

- - - -

Dziesięć lat później...

Harry Potter podniósł się z miejsca, od razu gdy rozbrzmiały syreny alarmowe. Podszedł szybkim krokiem do szafy, w której trzymał swój kask i udał się na zewnątrz. Tam już wsiadali do dużego, czerwonego pojazdu jego koledzy, Harry był ostatni, szósty.

Zatrzasnął za sobą drzwi i od razu samochód szybko ruszył z miejsca. Potter musiał wyciągnąć ręce przed siebie, aby przypadkiem nie upaść na jednego z innych strażaków, ale w końcu zauważył wolne miejsce między Nickiem a Brianem, więc wcisnął się między nimi, na ławeczce i w ciszy jechali na miejsce zdarzenia.

Pojazd strażacki pędził na syrenie alarmowej, zwinnie zmieniał pasy i omijał pojazdy, a kierowca - Ryan z wdzięcznością przytakiwał kierowcom aut osobowych, którzy przepuszczali i zjeżdżali mu z drogi.

W tym zawodzie każda minuta była istotna. Po upływie siedmiu, Ryan oznajmił, że są na miejscu, więc jak jeden mąż, wszyscy zaczęli zakładać kaski, a gdy Ryan wrzasnął: "Już!" - Nick otworzył drzwi i wszyscy wypłynęli z pojazdu niczym woda.

Przed sobą mieli stary, drewniany domek jednopiętrowy, otoczony puszczą. Płomienie pożerały drewno, a czarny jak smoła dym wydostawał się przez wszystkie okna budynku.

— Kobieta z 911 powiedziała, że dom ma dwa wejścia, jedno od przodu, a drugie z tyłu — zaczął mówić Jeff. — Fry, Potter, Henderson idźcie na tyły i wtargnijcie tylnym wejściem, a McRhys i Uder biegniecie ze mną! — Krzyknął i podbiegł do przedniego wejścia. Próbował przekręcić klamkę, ale drzwi pozostawały zamknięte, więc sięgnął po specjalny młotek i walnął nim w witrażową szybę drzwi. Następnie włożył rękę do środka i przekręcił zamek. Drzwi otworzyły się ze skrzypem, a wtedy Jeff, McRhys i Uder zniknęli w zadymionym domu.

Tymczasem, Harry, Fry i Henderson mieli łatwiejsze zadanie, bo okazało się, że tylne wejście było otwarte i wystarczyło tylko pociągnąć za klamkę.

— Dobra, chłopaki — powiedział Fry odwracając głowę za siebie — musimy znaleźć panią Betty, podobno miała metr czterdzieści wzrostu, więc nie trzeba jej szukać wysoko, trzymajmy się raczej podłogi.

Weszli po kolei do środka, idąc gęsiego. Zauważyli, że Jeff, McRhys i Uder penetrowali dół, a skoro schody na piętro znajdowały się bliżej tylnego wejścia, Fry krzyknął im, że jego zastęp będzie wybierać się na górę.

Gdy dostali zgodę od Udera, skipem przeskakiwali po schodach. Harry oddychał powolnie, próbując nie stresować się,  bo wiedział, że potrzebuje tlenu.

Mimo tego, że pracował w tym zawodzie parę dobrych lat, strażactwo wciąż podnosiło mu ciśnienie i nierzadko dostawał zastrzyk adrenaliny, podczas gdy słyszał jak jego własna krew szumiła mu w uszach.

Dotarli na górę, całe szczęście, schody były jeszcze nienaruszone przez ogień, więc nie załamały się pod ciężarem ich ciał.

Mimo że zawsze wydaje się, że ludzie giną od ognia (co jest prawdą, mogą się spalić na węgiel), tak na prawdę najczęściej najpierw duszą się przez dym i otruci umierają. I to właśnie tym się teraz martwili - że pani Betty leżała ukryta w szafie, nieprzytomna, a tym samym w ogóle nie zareagowałaby na wołania strażaków.

Na piętrze znajdowały się trzy pary drzwi - zajrzeli kolejno do wszystkich i na szczęście, znaleźli kobietę stojącą przy oknie, z głową wychyloną na zewnątrz.

Harry dotknął ją delikatnie w plecy, na co zaskoczona, prawie przewróciła się o własne nogi.

— Proszę się nie martwić! — Harry nachylił się do jej twarzy i wskazał na swoich towarzyszy. — Mój kolega da pani maskę z tlenem, którą pomożemy założyć. Prosimy o kooperację.

Fry wyjął maseczkę i przerzucił pętelkę za jej szyję, a ustnik pomógł wsadzić między wargi, po czym plastikową gumkę zahaczył o jej głowę, wszystko po to, aby maska nie spadła.

— Dla wzmożenia bezpieczeństwa, proszę jedną dłoń przyłożyć do maseczki i trzymać ją do czasu opuszczenia domu.

Być może kobieta przytaknęła, być może w ogóle nic nie zasygnalizowała, bo dym zaczął docierać do ich pokoju. Czasem, gdy człowiek znajdował się w kryzysowej sytuacji, jego mózg zamieniał się w galaretę i trudno przyswajał, co się do niego mówiło. Tak mogło być i w tym przypadku.

Szybko, na tyle ile pozawalały nogi staruszki, opuścili górną część domu kierując się schodami na dół. Fry sprowadzał panią Betty po schodach, podczas gdy Harry chwycił gaśnicę i zaczął gasić płomienie, które zawadzały im drogę.

Zeszli na dół, gdzie spotkali drugą część swojego oddziału i po krótkim rozeznaniu się, okazało się, że wszyscy byli w komplecie.

— Mamy ją! — Ktoś krzyknął w tym samym czasie, a następnie wszyscy udali się na zewnątrz.

Zauważyli, że Nick i Jeff operowali powozem strażackim i polewali dom dużymi zasobami wody. Ich robota była skuteczna, chociaż wymagała czasu, więc Harry wiedział, że na miejscu spędzą jeszcze kilka godzin, aby ugasić wszystkie płomienie.

W oddali usłyszeli kolejną syrenę alarmową, prawdopodobnie należącą do karetki, która jechała tutaj wezwana przez operatora 911. Nawet, jeśli kobieta była teraz przytomna, istniało duże ryzyko, że w pewnym stopniu otruła się dymem, więc koniecznie musiała teraz znajdować się pod opieką medyczną.

— Dobra robota. — Uder poklepał Fry'a po plecach, a cały zastęp uśmiechnął się szeroko.

Kolejna misja zakończona sukcesem.

- - - -

Ginny Weasley siedziała w ciemnozielonym fotelu przed lustrem. Przyglądała się swojemu odbiciu. Musiała przyznać, stylistka bardzo bobrze potrafiła dobrać jej ubrania, makijaż i fryzurę do jej urody.

Była przebrana za Yermę z hiszpańskiego dramatu Frederico Garcii Lorki. Założyła brązową perukę, która została spięta w niechlujny kok, sukienka była biała z brązowym, wypłowiałym, ale kwiecistym nadrukiem.

Do końca swoich dni będzie pamiętać pierwszy raz, gdy przeczytała tę sztukę. Było to w liceum, na lekcji angielskiego, którą prowadził pół-Hiszpan, pół-Anglik. Tyle razy czytali to w klasie, a nawet odgrywali szkolne przedstawienia, że Ginny czuła, że była to nieodzowna część jej lat dorastania.

To właśnie rozbudziło w niej marzenie o pozostaniu aktorką - z początku filmową, a potem także i teatralną. Wczucie się w postać jej ulubionych pisarzy i pisarek było jak wejście do samego środka książki i zżycie się z wyimaginowaną postacią.

Gdy miała siedemnaście lat zaliczyła swój debiut jako Anna z Avonlea, tak zwanej kontynuacji przygód "Ani z Zielonego Wzgórza" w lokalnym teatrze obok wsi, na której się wychowywała. Dostała co prawda mieszane recenzję, ale jak na jej doświadczenie i wiek, była bardzo z siebie dumna i traktowała to jako naukę do stania się jeszcze lepszą.

Dziewięć miesięcy temu przyszła na casting do teatru "Pod sceną", który z okazji rocznicy zamordowania Lorki, wystawiał trzy sztuki - "Yermę", "Krwawe gody" i "Dom Bernardy Alby". Ginny celowała właśnie w pierwszą inscenizację, ale na wszelki wypadek także pojawiła się na przesłuchaniu dwóch pozostałych. Dostała wymarzoną rolę, oddzwonili do niej jeszcze tego samego dnia.

— Ginny! — Jej koleżanka, Melanie, zapukała do drzwi przebieralni. — Już pora!

— Idę — odpowiedziała nie odrywając wzroku od lustra, stale przypatrując się swojemu wyglądowi.

Czas na przedstawienie już nadszedł! Poczuła przypływ adrenaliny i nieujarzmioną ekscytację.