Work Text:
Gdzieś po drodze ktoś popełnia błąd. Jeden malutki błąd, ale to wystarcza.
Ciała są dwa: młody mężczyzna i staruch o posklejanej zaschniętą krwią brodzie, w czerwonym kubraku i czapce z brudnym pomponem. Pierwszy z nich nie ma głowy (znaleźli ją wiele godzin wcześniej zatkniętą na metalowy pręt bramy), drugi leży twarzą skierowaną ku szaremu niebu, z rękoma powykręcanymi pod nienaturalnym kątem. Stary jest bosy, spomiędzy wysuszonych warg wystaje mu niewielki strzęp grubego, sztywnego materiału - fragment kombinezonu, jakie noszą pracownicy portu, a po środku pomarszczonego czoła, tuż nad krzaczastymi brwiami, straszy niewielki otwór o poszarpanych brzegach. Krew już dawno przestała sączyć się z pokrytej szronem rany.
Ameryka cuchnie, zauważa Piiparinen, cuchnie brakiem odpowiedzialności. Piiparinen nienawidzi nieodpowiedzialnych ludzi, bo brak odpowiedzialności to straty. W materiale, w towarze i pieniądzach.
McNulty, tak nazywa się idiota, stojący naprzeciwko nich. Idiota, który miał więcej szczęścia niż rozumu i powinien dziękować Bogu, że to oni byli tymi, którzy znaleźli go pierwsi. Facet jest blady, a jego oczy lśnią niezdrowym blaskiem. Takim samym, jaki pojawiał się późnymi, zimnymi nocami w oczach myśliwych, wypatrujących stada, które nigdy miało się nie pojawić. Tak lśniła beznadzieja tańcząca tango z wypalającą mózg gorzałą.
Facet drży. Z zimna, ze strachu, cholera go wie. Łokcie jego wymiętej kurtki umazane są błotem, a dżinsy na kolanach przetarte na wylot. W nie przestającej się trząść ręce ściska broń, służbówkę, i Piiparinen odruchowo szacując obrażenie, jakie pociski o tak niewielkim kalibrze mogłyby zadać rozpędzonej, wygłodzonej bestii. Dziesięć pocisków, dziesięć draśnięć. Zwierzyna nawet by ich nie poczuła.
- Cholerni amatorzy...
Aimo wyłania się zza rzędu kontenerów, taszcząc ze sobą kanister. Za nim pojawia się kilka osób, przygarbionych mężczyzn z plastikowymi kaskami w dłoniach i mieszaniną ciekawości i przerażenia wymalowaną na czerwonych od mrozu twarzach. Stojący na straży Pietari zatrzymuje ich zanim podchodzą zbyt blisko, łamaną angielszczyzną tłumacząc, że powinni pozwolić im zrobić swoje. Dobry dzieciak. Nawet jeśli nie słucha, kiedy mówi mu się, że na Zenitha wciąż jest za mały.
- Kończmy to i wynośmy się stąd – Aimo mówi, odkręcając kanister.
Przed nimi McNulty sięga do kieszeni, wyciąga z niej telefon i sztywnymi palcami wybiera numer.
- Bunk, nie uwierzysz, co znalazłem...
Śnieg tutaj to nic innego jak ciemna, gęsta breja, mieszanina błota i zmrożonej wody. Ta ziemia nie zasługuje na to, żeby pochować w niej jednego z ich Mikołajów, ale są daleko od domu i nie mają dużego wyboru.
- Nie, to nie następna dziwka, to... – blady idiota prycha. Jego dalsze słowa giną w huku, jaki nagle rozbrzmiewa, kiedy zapałka ląduje na odzianym w czerwony strój ciele, a płomienie strzelają w górę.
Przez długi, długi czas w powietrzu czuć jedynie zapach płonących świerków.
