Actions

Work Header

Miłość to pragnienie szczęścia ukochanej osoby, nawet gdy to oznacza poświęcenie siebie.

Summary:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

Wszystko zaczęło się — jak zwykle w tego typu wypadkach – przypadkiem.


Sprawa porwania małego dziecka, zakończona szczęśliwie jego odnalezieniem. Inspektor spoglądający na niego z tym dziwnym spojrzeniem, mówiącym mu jasno i wyraźnie, że zło może dziać się wszystkim, bez wyjątku, ale nie małym dzieciom.
Nigdy dzieciom.
Mateusz obserwował, jak komendant kucał na ziemi, trzymając w objęciach płaczące dziecko i z delikatnym uśmiechem na ustach, ścierał mu kciukiem łzy z policzka. Rodzice już byli w drodze, podejrzany został dawno temu odprowadzony w kajdankach i pilnowany w radiowozie pod czujnym okiem sierżantów. I to właśnie w tym momencie to poczuł. Małe ukłucie gdzieś w centrum klatki piersiowej. Takie niby nic – każdy kiedyś doświadczył randomowych ukłuć w ciele to tu to tam, więc tak szybko jak się pojawiło, tak też zniknęło.
Uczucie przeminęło, sprawa się rozwiązała i ich życie mogło choć na chwilę wrócić do normalności.
Kolejne ukłucie pojawiło się niedługo później.
Mateusz tego wieczoru odprawiał mszę dziękczynną w intencji służb mundurowych. Chciał podziękować za ich poświęcenie w celu ochrony mieszkańców Sandomierza. Chociaż tyle mógł zrobić. Stojąc przed ołtarzem jego wzrok wędrował po twarzach zgromadzonych – policjantów, policjantek, strażaków i ratowników medycznych, ich rodzin i wszystkich tych, którzy postanowili się dzisiaj zebrać w kościele.
W pewnym momencie, jego wzrok zatrzymał się na znajomej postaci inspektora który dumnie prezentując swój mundur galowy, z nieco nieśmiałym uśmiechem wsłuchiwał się w słowa modlitwy. Mateusz zawiesił na nim oczy na chwilę dłużej niż powinien i jego ciało przeszył kolejny skurcz. Ukłucie było nagłe i mocniejsze niż ostatnio, ale minęło równie szybko. Jego twarz wykrzywiła się w minimalnym grymasie bólu, który szybko zamaskował wznosząc kielich z winem podczas ofiarowania. Liczył na to, że nikt z zebranych tego nie zauważył.
Następnych kilka dni w Sandomierzu minęło we względnym spokoju – bez spraw, tajemniczych morderstw i wizyt na komisariacie. Mateusz spędził je na codziennych czynnościach i z czasem zapomniał o swoim problemie.
Do momentu, kiedy równowaga w mieście została zachwiana po raz kolejny, przez okrutną zbrodnie. Sam do końca nie rozumiał jak to się działo, że jego nogi za każdym razem kierowały go w stronę dokonanego zła i nieodmiennie na spotkania z inspektorem.
Nie żywili do siebie żadnych głębszych uczuć. Mateusz nie mógł nawet powiedzieć czy inspektor traktował go jako dobrego znajomego, czy jako zwykłego natręta, przeszkadzającego mu w pracy. Ksiądz wiedział, że jest akceptowany tylko dzięki swojej profesji i że ogólnie nie wypada odmawiać duchownym. Ale przy tym nie był głupim i wiedział, że są osoby dla których postać księdza nie ma wielkiego znaczenia. Dlatego z jednej strony był wdzięczny, że mimo wszystko zostaje dopuszczony tak blisko do spraw policji. Nigdzie indziej nie miałby szans zapoznać się z wszystkimi informacjami, aby pomóc zagubionym duszom. Z drugiej strony za każdym razem kiedy się tak wtrącał, czuł się głupio – kim on w końcu był, aby mieszać się do policyjnego śledztwa? Nie był detektywem, nigdy nawet do głowy mu nie przyszło, że przyjdzie mu sprawdzać poszlaki, czy szukać i przesłuchiwać świadków.
Chciał tylko – albo i aż – czynić dobro. Nie ważne z kim, nieważne gdzie. W tym jednym się pocieszał. Jako ksiądz z reguły wzbudzał w ludziach zaufanie i to właśnie to pomagało mu docierać w głąb dusz innych ludzi. Tam, gdzie policja nie mogła, Bóg zsyłał jego.
Inspektor Możejko znosił jego obecność wręcz z anielską cierpliwością i Mateusz był mu dozgonnie wdzięczny, że jeszcze nie wyrzucił go z komisariatu. Sprzeczne emocje kotłowały mu się w głowie, kiedy mógł stać obok niego, a opinie, które wygłaszał wychodziły naprzeciw zwykłemu przewróceniu oczami i kilkoma celnymi ripostami, określającymi współpracujących z nim policjantów – w szczególności Mietka – mianem ministrantów.
Uśmiechał się wtedy delikatnie, unosił dłonie w geście pojednania i wycofywał się, pomagając z ukrycia.
Sprawa okazała się bardziej skomplikowana niż zakładali na początku, ale kiedy w końcu udało im się pojmać podejrzanego, inspektor obdarzył Mateusza jednym ze swoich nielicznych, szczerych uśmiechów – takich, które serwował tylko wtedy, kiedy czuł prawdziwą ulgę i wdzięczność, że praca została dobrze wykonana. Ten uśmiech skierował wyłącznie w jego stronę i wtedy ksiądz poczuł jak coś w nim pęka. Ból przeszywający jego płuca był silniejszy niż kiedykolwiek i Mateusz, aż zgiął się lekko w dół, łapiąc za poły sutanny. Grymas na twarzy nie umknął uwadze Możejko, który momentalnie znalazł się przy Mateuszu.
— Prosze księdza, wszystko w porządku? — Inspektor położył dłoń na ramieniu Mateusza. Jego oczy wręcz biły zaniepokojeniem i kiedy ksiądz to zauważył, ból się tylko nasilił, pozbawiając go tchu. Starał się wyprostować i uśmiechnąć, zbywając troskę.
— T-Tak. To zwykła kolka.
Mateusz wiedział, że im dłużej przebywa pod czujnym okiem policjanta, jego problem tylko przybierze na sile. Musiał wyjść, a jego umysł szukał wiarygodnej wymówki.
— Na pewno?
Mateusz pokiwał tylko głową w odpowiedzi.
— Muszę iść. — zaczął, próbując nabrać w płuca głęboki oddech. — Zrobiło się dosyć późno i znowu mi się oberwie, jak nie wrócę na czas na plebanię. Wie pan, jaka jest Natalia.
Możejko przez chwilę wahał się, ale końcowo uśmiechnął się lekko i pokiwał głową na zgodę.
— Fakt. Miałem już okazję poznać, jaka potrafi być… konsekwentna. Odwieźć księdza?
— Dziękuję, ale myślę, że spacer dobrze mi zrobi.
Robiąc wszystko co w swojej mocy by nie obejrzeć się za siebie, opuścił budynek.
Ból nie zniknął, jednak stracił na swojej sile.
Mateusz spojrzał w górę, przyglądając się na sekundę chmurom pędzącym po popołudniowym niebie.
Co chcesz mi przekazać? — zapytał, wiedząc że nie ma co liczyć na odpowiedź.
Pokręcił głową i udał się znajomymi ścieżkami prowadzącymi na probostwo, licząc że to, co zaczynało nawiedzać jego ciało, szybko odejdzie w zapomnienie.

 

***


Nie odeszło.
Zamiast tego z każdym dniem nawiedzało jego ciało, czasami w postaci zwykłego ukłucia, innym razem niczym pocisk przeszywający jego serce.
Przez pierwszy tydzień skrycie liczył, że wszystko to samo przejdzie. W końcu ogólny stan swojego zdrowia mógł określać mianem niezłego. Kilka miesięcy wcześniej miał wykonany komplet badań, wykluczający jakiekolwiek nieprzyjemne choroby mogące mu zaszkodzić.
Dlaczego więc teraz, po tak krótkim czasie jego własny organizm zdawał się zaczynać go zdradzać?
W drugim tygodniu, nie mogąc już wytrzymać bólu mającego swoje ognisko w klatce piersiowej umówił się do pobliskiego szpitala na prześwietlenie płuc.
— W skali od jeden do dziesięć, jak bardzo jest on uporczywy? — zapytał młody lekarz, gestem dłoni pozwalając mu ubrać koszulę.
— Teraz? Wydaje mi się że obraca się w granicach czwórki. — odparł Mateusz, zapinając guziki. — Ale w ciągu dnia zdarza się, że rośnie do szóstki.
— W jakich warunkach ma to miejsce?
— Cóż… — zaczął niespokojnie bawić się palcami. — Wydaje mi się że nie ma jednego… Na plebani, w kościele, na komendzie
— Rozumiem… — lekarz zanotował coś w notesie, a następnie zatrzasnął go. — W takim razie zapraszam do sali obok. Tam będzie musiał ksiądz się znowu rozebrać. Proszę również o zdjęcie wszystkich metalowych biżuterii. Chcemy mieć czysty obraz.
— Tak, tak. Oczywiście. — Mateusz podniósł się na nogi.
— Księże Mateuszu? Proszę się nie martwić na zapas. Myślę że to po prostu efekt niedoleczonego zapalenia płuc. — lekarz posłał w jego stronę delikatny uśmiech. — Wyniki powinny być jutro. Od razu dam księdzu znać.
Mateusz skinął głową, nie do końca wierząc w zapewnienia lekarza. Miał dziwne przeczucie, że to co rozwija się w jego ciele tak łatwo nie da mu spokoju.


***


Po wyjściu ze szpitala nie czuł się uspokojonym. Mało tego, pesymistyczne wizje tak niegodne jego profesji zagościły w jego głowie, i pomimo wszelkich prób nie chciały odejść.
Wsiadał już na swój rower, gdy na parking podjechał radiowóz, kierowany przez zbyt znajomą siwą czuprynę.
Ból umiejscowiony w klatce piersiowej momentalnie wezbrał na sile, sprawiając że Mateusz musiał zrezygnować z szybkiego oddalenia się. Zamiast tego oparł plecy o pobliski filar i zamknął na kilka sekund oczy, prosząc Boga o zlitowanie się nad jego zmęczonym ciałem.
— Proszę księdza! Wszystko w porządku?
Mateusz wiedział że musi skłamać, ale nie potrafił się do tego zmusić. Nie chciał go zamartwiać. Miał za dużo własnych problemów na głowie, by dokładać mu kolejnych.
— Inspektorze. Co pana tutaj sprowadza? — zapytał zamiast tego, zmuszając się do spojrzenia w jego pełne obawy i zaniepokojenia oczy. Kiedy zdał sobie sprawę, że uwielbia ich kolor?
— Niech nie odwraca ksiądz kota ogonem. Mam sprawne oczy, widzę że coś się dzieje.
— To naprawdę nic…
W tym momencie Możejko postanowił położyć dłoń na jego ramieniu. Mateusz miał wrażenie jakby żywy ogień zagościł w jego płucach, pozbawiając je tchu. Odsunął się, i zasłonił usta dłonią, zaczynając kaszleć.
— Nic poważnego, tak? — mężczyzna odparł cierpko, po czym złapał za rower księdza i bez pytania wpakował go do bagażnika radiowozu. — Odwiozę księdza na plebanię. Bez dyskusji.
Mateusz spojrzał na niego błagającym spojrzeniem modląc się, by ten postanowił mu odpuścić, jednak wiedział że niewiele da radę tu wskórać. Gdy kaszel minął, zacisnął dłoń w pięść obawiając się tego, co może ujrzeć na jej powierzchni.
— No już, idziemy. — Możejko pojawił się u jego boku. W następnej sekundzie złapał go pod ramię i pomógł dostać się do samochodu.
— Naprawdę, inspektorze nie wydaje mi się by…
— Już już. Mam się powtarzać?
Mateusz nie odpowiedział. Słowa, których mógł użyć by przekonać inspektora do pozostawienia go samemu sobie nie chciały przejść przez jego gardło. A z drugiej strony, widząc jego spojrzenie wiedział, że samemu wiele nie da rady ugrać.
Przez całą podróż wpatrywał się w okno, robiąc wszystko by ignorować pytające spojrzenia Możejki.
— Wie ksiądz że wszyscy się martwimy? — zapytał w końcu, przerywając ciążącą mu ciszę. — Mietek chodzi od kilku dni struty, zastanawiając się co się dzieje. Natalia wpada na komendę susząc mi głowę, że mam chociaż raz w tygodniu zadzwonić i pozwolić księdzu wtykać nos tam, gdzie nie powinien. A ja… — zacisnął mocno dłonie na kierownicy. — Mam nieodparte wrażenie że to moja wina.
— To nie jest pana wina. — odparł krótko. — To nie jest nikogo wina. — wyszeptał i odetchnął głęboko. — To coś, z czym muszę sam...
— Czy ksiądz nie widzi że ma wśród siebie przyjaciół którzy chcą pomóc? — przerwał mu gwałtownie. — Ludzi którzy się martwią?
Mateusz otworzył usta, jednak przez ból nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa.
Wiedział że ma dookoła siebie ludzi którym mógł zaufać. Którzy pomogą bez pytania, rzucą się za niego w ogień jeżeli było to konieczne. Ale właśnie to było problemem. Nie chciał, by ludzie poświęcali się w jego imieniu.
Nie wiedział kiedy dotarli pod plebanię.
Inspektor najpierw pomógł mu wydostać się z samochodu, a następnie wyciągnął rower z bagażnika, nie odzywając się nawet słówkiem.
Mateusz również w milczeniu wpatrywał się w jego sylwetkę, zastanawiając się kiedy w myślach zaczął traktować go jak jednego z bliskich przyjaciół. Nie powinien nigdy przekroczyć tej cienkiej granicy. Teraz musiał mierzyć się ze skutkami tej decyzji.
— Proszę pamiętać o czym mówiłem. — po raz kolejny to Możejko przerwał ciszę. — Jakby zmienił ksiądz decyzję, to proszę o telefon. Ma ksiądz mój numer. — nie czekając na odpowiedź schował się w radiowozie a następnie odjechał.
Mateusz dopiero wtedy pozwolił sobie na otwarcie dłoni i spojrzenie na to, co wydostało się z jego gardła.
Fiołek? — podniósł wzrok, spoglądając na oddalający się samochód. Co się ze mną dzieje?
Ból tego dnia wzrósł do poziomu szóstki. I nie ważne co Mateusz robił, jak wiele tabletek przeciwbólowych by nie zażył, nie miał zamiaru odejść.


***

Nie mógł spać tej nocy. Ból w klatce piersiowej i kaszel skutecznie mu to uniemożliwiały.
Drugą kwestią były myśli kotłujące się w jego głowie.
Wiedział że nie był sam i mógł poprosić o pomoc najbliższych.
Jak jednak mógł to zrobić, gdy nie wiedział co do końca się z nim działo? Nie chciał martwić ich na zapas. Nigdy tego nie robił i nie miał zamiaru tego zmieniać.
Pozostawała jeszcze kwestia samego inspektora.
Mateusz nie wiedział dlaczego, ale przypuszczał że wszystko to co obecnie działo się w jego życiu miało z nim większy aniżeli mniejszy związek.
Uwielbiał jego towarzystwo. Sarkazm wylewający się z jego ust. Tylko on widział w nim człowieka, a dopiero później księdza. W czasie trudnych spraw, podczas których Mateusz nie dbał o swoje bezpieczeństwo był jego hamulcem bezpieczeństwa, ograniczającym nie do końca przemyślane działania. Gdyby nie on, już dawno jego truchło stałoby się pożywieniem dla robaków.
Nie potrafił nazwać uczucia które towarzyszyło mu ilekroć miał okazję podziwiać go podczas pracy. Po prostu lubił na niego patrzeć. Na jego metodyczne ruchy, delikatne zmiany w mimice twarzy gdy próbował zrozumieć tok rozumowania sprawcy. Na zmarszczki znajdujące się w okolicy ust i oczu, jasno mówiące, że uwielbiał się śmiać.
Zakaszlał, a kolejny fiołek postanowił wyskoczyć z jego ust.
Złapał go w locie, by następnie poświęcić kilka sekund na przyglądanie się drobnym, czarnym plamkom tworzącym delikatny wzór.
Był piękny.
W innych okolicznościach na pewno poświęciłby więcej czasu na zachwycanie się dziełem, jakie stworzył Bóg w celu upiększenia świata. Dzisiaj jednak nie miał na to siły.
Spojrzał na wiszący w pomieszczeniu krzyż.
— Tato… — wyszeptał, walcząc ze łzami gromadzącymi się w kącikach jego oczu. — Nie wiem jaki plan dla mnie przygotowałeś; dlaczego postanowiłeś zesłać tą chorobę na moje barki. Jednak… Chcę żebyś wiedział, że ufam Ci jak nikomu innemu na tym świecie. Pilnuj mnie, strzeż moich kroków. Trwaj obok, jak robiłeś to do tej pory. Kocham Cię, i wiem że ty też mnie kochasz. Amen.


***

Cały poranek spędził na wpatrywaniu się w ciemny ekran telefonu obawiając się, że jeżeli odwróci chociaż na sekundę wzrok, przegapi połączenie mogące być jednym z najważniejszych w jego życiu.
Stres uniemożliwiał przełknięcie choćby grama jedzenia, a sam żołądek zaciskał się boleśnie, ilekroć zapach potraw gotowanych przez Natalię docierał do jego nozdrzy. Nawet herbata z miodem, będąca jego słodką pokusą podczas jesiennych wieczorów straciła swój smak, pozostawiając po sobie na języku tylko mdłe wspomnienie tego, czym wcześniej dla niego była.
Gdy finalnie dźwięk telefonu przegonił panującą w pomieszczeniu ciszę, Mateusz dalej wpatrywał się w niego niczym zaklęty. Dopiero po kilku sekundach zamrugał, orientując się że nie tyle musiał, co powinien przesunąć w prawo zieloną słuchawkę, by dowiedzieć się co kwitło w jego płucach.
— Ksiądz Mateusz Żmigrodzki. — wypowiedział do słuchawki, mocno zaciskając na niej swe palce.
— Tomasz Majewski, dzwonię ze szpitala w Sandomierzu. Mam już wyniki badań…
— Tak?
— Ja… — przerwał na sekundę. — Nie jest tak kolorowo jak myślałem na początku. To, co zaatakowało pańskie płuca bardzo szybko się rozwija. Swoją strukturą przypomina roślinę żywiącą się nimi. Wydawać by się mogło, że są to…
— Fiołki… — przerwał mu, spoglądając w stronę szafki na której dumnie spoczywało kilka kwiatów.
— Skąd ksiądz…
— Patrzę na nie. — westchnął. — Gdy wróciłem na plebanię, kilka z nich postanowiło wyskoczyć z mych ust.
— Proszę księdza… Będę mówić wprost. Nigdy wcześniej nie miałem z czymś takim doczynienia. Nikt z naszego personelu nie miał.
— Rozumiem… Czy… w takim razie… — Mateusz zaczął się plątać, nie do końca wiedząc jak zapytać, czy ma jakąkolwiek szansę na wyzdrowienie. — Da się coś zrobić?
— Ja niestety nie jestem w stanie księdzu pomóc.
Dokładnie tych słów obawiał się przez cały czas oczekiwania na wyniki. Jakaś mała cząstka jego duszy łudziła się, że wszystko będzie dobrze. Że wróci do zdrowia. Wraz jednak z wypowiedzeniem tych słów przez lekarza i ona umarła.
— Co mogę zrobić?
— Pozwoliłem sobie wysłać księdza wyniki do profesora Witkacego. Jest ksiądz proszony o jak najszybszą wizytę w szpitalu w Kielcach. Najlepiej jeszcze dzisiaj.
— Dobrze, dziękuję za pomoc…
Odsunął telefon od ucha w celu zakończenia połączenia, jednak powstrzymał go głos lekarza.
— Proszę księdza? Proszę się nie martwić na zapas. Profesor Witkacy jest specjalistą jeżeli chodzi o choroby płuc. Jestem przekonany, że znajdzie wyjście z tej sytuacji.
— Oby, panie Majewski. Oby.


***

— Cieszę się, że ksiądz dał radę tak szybko przyjechać.
Niski, starszy mężczyzna poprawił na nosie swe okulary i wskazał Mateuszowi krzesło.
— Choroba, z którą pan się mierzy jest jedną z najrzadszych na świecie. W polsce jest pan drugim znanym mi przypadkiem.
— Więc skąd…
— Kilka lat temu brałem udział w kongresie lekarzy w kraju kwitnących wiśni. Tam po raz pierwszy o niej usłyszałem. — profesor odwrócił monitor w stronę Mateusza, pokazując mu skan zdjęcia jego płuc. — Te drobne mazy to korzenie. Jeżeli dobrze się ksiądz przyjrzy, to da radę dostrzec również łodygi i pąki kwiatów.
— Ale skąd ona w ogóle się wzięła? — zapytał, spoglądając na ekran z niedowierzaniem. — Nie wydaje mi się, by wąchanie kwiatów mogło spowodować jej rozwój.
— To, proszę księdza jest jedną wielką tajemnicą. — mężczyzna westchnął, wyłączając monitor. — Nikt nie wie skąd się wzięła i dlaczego. Mamy jednak pewne przypuszczenia co do tego, co może ją wywoływać.
Zdjął okulary i oparł łokcie o blat biurka, przyglądając się Mateuszowi z uwagą.
— Zadam teraz księdzu ważne pytanie. Proszę odpowiedzieć na nie szczerze. Obiecuję również, że wypowiedziane przez księdza słowa nie opuszczą ścian tego pomieszczenia.
Mateusz zmrużył oczy, nie do końca wiedząc w jakim kierunku zmierza przeprowadzana rozmowa. Wiedział jednak, że tylko profesor był w stanie mu pomóc, dlatego też kiwnął głową w odpowiedzi.
— Dobrze. Proszę mi powiedzieć kogo ksiądz kocha?
— Tooo… — zamrugał, nie do końca wiedząc jak odpowiedzieć na zadane pytanie. — Na pewno w grupie tej znajdują się moi przyjaciele. Natalia, Emilka, Piotr…
— Nie, nie o ten rodzaj miłości mi chodziło.
— Nie wydaje mi się by był ktoś taki. — poprawił nerwowo sutannę, uciekając spojrzeniem w bok. — Jestem księdzem. Nie mogę pozwolić sobie na takie uczucie.
— Człowiek stworzony jest do miłości. To, że człowiek jest księdzem nie sprawia, że nagle jest w stanie wyłączyć to uczucie. Ono rozwija się w nas niezależnie od naszej woli. Kto jak kto, ale ksiądz powinien zdawać sobie z tego sprawę.
Mateusz milczał, nie dopuszczając do siebie nawet możliwości że mężczyzna siedzący przed nim może mieć rację.
Od początku swojej posługi starał się uważać. Robił wszystko, by nie dopuścić do swojego życia kobiety która mogła zniszczyć drogę którą obrał wiele lat temu. Nie spodziewał się, że jego słaby punkt okaże się kimś innym. Kimś, o kim pozwalał sobie marzyć tylko podczas snów.
Bursztynowe tęczówki pojawiły się przed jego oczami, i nie ważne jak bardzo chciał pozbyć się ich widoku, nie potrafił tego zrobić. Ból w piersi wzrósł, powodując kolejny tego dnia napad kaszlu.
— Wydaje mi się, że zna ksiądz odpowiedź na to pytanie. — profesor schylił się po butelkę z wodą i nalał ją do stojącej na biurku szklanki, przesuwając ją w stronę kapłana. — Nie musi mi ksiądz mówić imienia. Chodzi mi o samą świadomość, że pacjent wie kim ona jest.
Żmigrodzki wiedział. Nie mógł stwierdzić jak długo, ale podświadomie przypuszczał że miłość dopadła go w momencie, w którym pierwszy raz usłyszał głos, spojrzał w te piękne oczy. Tyle lat rozkwitała w jego sercu, zdając sobie sprawę że nie powinna istnieć.
Złapał za szklankę i niemal od razu wypił całą jej zawartość.
— Wiem… — wyszeptał, gdy kaszel minął. — Jednak dalej nie do końca rozumiem, jaki związek ma to ze mną i tym… czymś.
— Przypuszczamy, że choroba zaczyna rozwijać się w momencie, w którym pacjent zakocha się w osobie, która wydaje się nie odwzajemniać jej uczuć. Skrywana głęboko w sercu miłość jest tak silna, że pacjent zdaje się umierać przez brak możliwości fizycznego kontaktu z nią, czy brak nadziei na to, że uczucie może być odwzajemnione.
Bezpieczny grunt coraz bardziej zaczynał usuwać się spod stóp Mateusza. Kochał, chociaż uczucie to było dla niego niedostępne. Gdyby nie dowody malujące się przed jego oczami, wyśmiałby podejrzenie lekarza.
— Da się coś zrobić?
— Najprościej i najbezpieczniej byłoby, gdyby ksiądz porozmawiał z tą osobą. Jeżeli uczucie jest odwzajemnione, choroba sama odejdzie.
Mateusz pokręcił głową.
— To nigdy się nie wydarzy. Jestem tego więcej niż pewnym.
— W takim razie pozostaje operacja. Chirurgicznie usuniemy kwiaty znajdujące się w księdza płucach. Jednak… — uniósł dłoń by rozmasować skronie. — Wiąże się to z poważnymi efektami ubocznymi. Pacjent traci wspomnienia związane z kochaną osobą, jak i możliwość ponownego zakochania się w niej. Istnieje również obawa, że utraci się bezpowrotnie możliwość kochania.
Niezliczona ilość sztyletów zdawała się w jeden chwili wbić w mocne serce Mateusza. Cały otaczający go świat skurczył się gwałtownie, zabierając mu wszystko, poza wizją zadbanych dłoni, siwych włosów, szerokiego uśmiechu i łagodnych oczu. Operacja nie wchodziła w grę. Nie mógł tego zrobić. Był księdzem. Nie mógł sobie pozwolić na zatracenie najważniejszego w kapłaństwie uczucia.
— Co jeżeli nie zdecyduję się na operację? — zapytał cicho, pomimo tego że znał odpowiedź na zadane pytanie.
— Kwiaty dalej będą rosnąć. Próba oddechu stanie się niemożliwą do wygrania walką.
— Uduszę się.
— Tak.
— Ile… czasu mi zostało?
— Trudno powiedzieć. Może kilka tygodni. Im silniejsze uczucie, tym choroba szybciej się rozwija. Operację należy przeprowadzić jak najszybciej. Dzięki temu powinno udać się ochronić księdza serce, a co za tym idzie, miłość.
Mateusz milczał, starając się jakkolwiek ułożyć słowa wypowiedziane przez profesora w swojej głowie. Im dłużej jednak myślał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Nie potrafił wyobrazić sobie świata bez inspektora zaprzątającego jego myśli; świat. Tak samo jak i utracenia możliwości kochania świata stworzonego przez Boga.
— Muszę odpowiadać już teraz? — zapytał, zaciskając dłonie w pięści.
— Nie, oczywiście że nie. Wybór przed którym ksiądz stoi… — pokręcił głową, a następnie wstał i podszedł do okna, wyglądając przez nie. — Nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Nie chcę.
— Ten drugi pacjent… Co wybrał?
— Wiedza ta pomoże księdzu podjąć decyzję? — oparł się o parapet.
— Nie, wydaje mi się że nie.
— Nie będę w takim razie nic mówić… Tak będzie lepiej dla księdza. — wrócił do biurka i sięgnął ku szufladzie, wyciągając z niej małą wizytówkę. — Nie ważne jaką ksiądz podejmie decyzję, proszę dać mi znać.
— Oczywiście, dziękuję.
Mateusz złapał za kawałek papieru i schował go do tylnej kieszeni spodni. Nie chciał zdradzać, że decyzję podjął w momencie, w którym usłyszał o możliwych skutkach ubocznych.


***


Po powrocie na plebanię pierwszym co zrobił było zamknięcie się w murach kościoła.
Kochał tą ciszę, spokój niezmącony szuraniem krzeseł, uderzaniem talerzami czy odkurzaniem i rozmowami toczącymi się na probostwie. Mógł spokojnie zagłębić się w modlitwie, by poprosić o wsparcie Boga mieszkającego w murach starego kościoła.
Usiadł w pierwszej ławce i wyciągnął różaniec, jednak słowa modlitwy nie chciały wypłynąć z jego ust. Zamiast tego wpatrywał się w obraz Jezusa Ukrzyżowanego, zastanawiając się nie po raz pierwszy, co czuł przez całe swoje życie, wiedząc że zakończy się ono w ten sposób.
Nie zwrócił uwagi, kiedy łzy zaczęły płynąć w dół jego policzków.
Skulił się pod natłokiem wizji śmierci która zdawała się czyhać na niego tuż za rogiem.
Nie chciał umierać w samotności.
Miał tak wielu ludzi dookoła siebie, jednak w momencie ostatecznej próby wiedział, że będzie sam. Nie mógł wytłumaczyć swoim bliskim co się z nim działo. Zapewne namawialiby go na zabieg, niejako zmuszając go do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Nie chciał tego. Bez miłości stałby się niczym więcej jak pustą skorupą, której miejsce było na śmietniku. Jak mógł żyć, nie ciesząc się z darów zesłanych mu przez Najwyższego? Nie mógł również pozwolić sobie na utracenie wspomnień Inspektora. Był on najjaśniejszym punktem jego życia. Dowodem na to, że to co robi ma sens. Że swoją wiedzą i spostrzegawczością pomaga ludziom.
Nie chciał umierać.
Miał tak wiele spraw do załatwienia, tak wielu ludzi dalej potrzebowało jego pomocy.
Posiadał w sobie tak wiele miłości do całego świata.
Nigdy nie przypuszczał, że to właśnie ona okaże się jego zgubą.
— Tato. — wyszeptał, ocierając mokre policzki. — Bądź wola Twoja. Niedługo zobaczymy się twarzą w twarz.


***

— Przepraszam, można?
Wyraźnie zmartwiony Nocul zajrzał do jego gabinetu, trzymając w dłoni małą, szarą kopertę.
— Tak, pewnie. — Orest wskazał mu dłonią na krzesło znajdujące się przed biurkiem, samemu zajmując się porządkowaniem papierów. — Jak on się czuje? — zapytał jakby od niechcenia, nie dając po sobie poznać że stan w jakim Mateusz znajdował się od ponad tygodnia spędzał mu sen z powiek.
— Byłem wczoraj u niego. Wygląda… źle. Cały czas jednak stoi przy swoim, że...
— Nic mu nie jest… — dokończył za niego, rzucając na blat stertę papierów. — Ten człowiek… Dlaczego musi być tak upartym? — zapytał, krzyżując ręce na piersi. — Gdy przychodził na komendę marzyłem, by zajął się swoimi sprawami. Teraz jednak cały czas mam nadzieję że wpadnie tu, cały na czarno, i zacznie przeglądać akta spraw, a ja będę jak zwykle udawać że tego nie widzę.
— Orest… Przecież wiesz że robiłem to tylko po to…
— Tak, wiem Mietek. — posłał mu słaby uśmiech. — Po prostu, denerwuje mnie jego duma.
— A właśnie. — aspirant podał Możejce kopertę. — Prosił bym Ci ją dał.
— Mateusz?
— Yhym. Wspominał coś że ma jakąś sprawę do Ciebie? Nie znam szczegółów.
— Sprawę? Do mnie?
Przyjrzał się kopercie. Na jej powierzchni nie znajdowało się nic poza jego imieniem i nazwiskiem. Zmrużył oczy, nie mając pojęcia w jaką grę grał Żmigrodzki.
— To ja może zostawię Cię samego… — wstał, kierując się do wyjścia.
— Tak, tak. Dzięki.
Po zamknięciu się drzwi za Mietkiem jednym, sprawnym ruchem otworzył kopertę by zabrać się za czytanie słów Mateusza.

Drogi Inspektorze,
Nie wiem jak zacząć, by przelać na papier wszystkie myśli które kotłują się od dłuższego czasu w mojej głowie. Wydaje mi się, że nie jest to możliwe, jednak zna mnie pan na tyle dobrze, by wiedzieć że nigdy się nie poddaje, dlatego też spróbuję.
Zacznę od tego, że te minione lata spędzone na wtrącaniu się nie tam gdzie powinienem były i są jednymi z najlepszych w moim życiu. Wiem że nie miał pan ze mną łatwo, i zapewne spora liczba siwych włosów zdobiących pańską czuprynę jest spowodowana moim – często lekkomyślnym – zachowaniem. Nie zmienia to jednak tego, że patrząc na swoje czyny z dystansu przepełnia mnie nic więcej jak duma, biorąc pod uwagę jak wiele dobrego razem udało nam się osiągnąć.
Nie tak dawno powiedział mi pan, że mam obok siebie przyjaciół gotowych mi pomóc. Moim problemem jest jednak to, że nie potrafię tego zrobić. Uważam siebie za człowieka niosącego pomoc. Nie takiego, który o nią prosi. Od zawsze tak było, i do końca raczej się już to nie zmieni.


Orest wstał i z listem oraz kopertą w dłoni wybiegł z gabinetu, szukając wzrokiem Mietka.
Ten spojrzał na niego z paniką w oczach, chowając do kieszeni telefon.
— Orest…
— Jedziemy!
We dwójkę rzucili się w stronę wyjścia z komendy.
— Dlaczego nic nikomu nie powiedział? — Nocul usiadł za kierownicą radiowozu, momentalnie włączając koguty i sygnał dźwiękowy.
— Napisał mi list pożegnalny! — Orest machnął kartką papieru przed twarzą przyjaciela. — Rozumiesz? Do cholery, ksiądz i sam..
— Nie, to nie tak. — w sekundę odpalił silnik i z piskiem opon ruszył w stronę szpitala. — Od rana był z nim utrudniony kontakt. Gdy stracił przytomność Natalia zadzwoniła po karetkę. Od samego początku wiedziałem że nie jest to zwykłe przeziębienie. — uderzył dłonią o kierownicę, próbując w ten sposób rozładować złość na samego siebie budującą się w jego sercu. — Co napisał?
— Poczekaj, przeczytam Ci to na czym skończyłem…
Jestem chory, jak zresztą zdążyliście zauważyć. Starałem się jak tylko mogłem udawać że wszystko jest w porządku, jednak każdy najmniejszy oddech od dłuższego czasu wydawał się być walką z samym sobą. Najgorszy jednak nie był ból towarzyszący mu, lecz świadomość że nie istnieje nic, co mógłbym zrobić by go powstrzymać.
Zadziwiającym jest to, że kapłan cierpi w imię tego, czego postanowił się wyrzec podczas składanych ślubów.


— O czym on pisze?
— Nie mam bladego pojęcia. Nic z tego nie rozumiem!


Proszę przeprosić w moim imieniu aspiranta Nocula, Natalię i wszystkich tych których zapewniałem że wszystko ze mną dobrze. Nie mogłem zmusić się do wypowiedzenia prawdy, nie chcąc przysparzać im bólu jeszcze za mojego życia. Decyzja ta jest samolubna, przyznaję. Ale może dzięki temu odjąłem im kilku tygodni cierpienia.
Proszę jeszcze o jedną rzecz.
Emilka.
Nie wiem co z nią będzie, gdy mnie zabraknie. Byłem ostatnim członkiem jej rodziny, jednak wraz z pojawieniem się jej na plebanii, ta zyskała nową matkę którą jest dla niej Natalia. Proszę zrobić wszystko co w pańskiej mocy, by nie zabrali jej do domu dziecka. Natalia zasługuje na to, by zostać jej prawną opiekunką.


— Uduszę go, przysięgam. Gdy z tego wyjdzie daleko nie ucieknie. W dwie sekundy ponownie wyląduje w mur…
— Orest. — przerwał mu Nocul. — Gdyby nie był pewnym tego że odchodzi, w życiu tego listu byś nie otrzymał.
Zaparkował pod szpitalem i we dwójkę rzucili się w dobrze sobie znanym kierunku.
— Co z nim? — zapytał Orest, gdy dostrzegł zapłakaną Natalię stojącą na korytarzu.
— Nie… Nie wiem! On… Nie chciał karetki. Nie chciał tu traf…
Nocul jednym ruchem zamknął ją w swoich objęciach, pozwalając jej wypłakać się w swój mundur.
— Pani Natalio, co z Emilką?
— Babcia i Pluskwa pojechali po nią do szkoły. Za chwilę powinni przyjechać.
Orest usiadł na krześle, czując jak w jego sercu zaczyna kształtować się ogromna, czarna dziura.
Mateusz był dla niego ważnym, chociaż nigdy wcześniej nawet przed samym sobą nie potrafił tego przyznać. Uwielbiał jego dobroć. Jego serce, otwarte na pomoc każdemu człowiekowi. Nawet liczne oskarżenia kierowane pod jego adresem zdawały się nie zmienić tego, jak patrzył na świat. Jego oczy, mieniące się wszystkimi odcieniami niebieskiego. Usta aż świerzbiące by powiedzieć coś zabawnego. Dłonie stworzone by nieść spokój i ukojenie jednym, prostym dotykiem. Słowa, wypowiadane w celu pocieszenia. Uwielbiał go całego. Bo jako całość Mateusz był po prostu najlepszym człowiekiem, jakiego dane mu było poznać.
A teraz miało go zabraknąć.
Nie minęły dwie minuty, gdy na korytarzu pojawił się lekarz.
— Co z nim? — zapytał Mietek, jako jedyny z całego zgromadzenia potrafiący wydusić z siebie głos.
— Jest mi bardzo przykro…
Orest nie słyszał dalszej części jego wypowiedzi. Nie patrząc za siebie wpadł do pomieszczenia, by na własne oczy przekonać się, że osoba znacząca dla niego tak wiele odeszła.
— Mateusz… — wyszeptał, dostrzegając go bladego, bez życia leżącego na mdłej, szpitalnej pościeli.
Pielęgniarki widząc intruza tylko spojrzały na siebie i opuściły pomieszczenie, zostawiając inspektora samego.
— Ty idioto. — zaczął, zbliżając się ostrożnie do łóżka, by usiąść na jego krańcu i nachylić się nad martwym mężczyzną, by złożyć na jego czole ostatni pocałunek. — Ty ogromny idioto. Jak mogłeś nam… Jak mogłeś mi to zrobić? — zapytał, łapiąc jego jeszcze ciepłą dłoń w swoją. — Dlaczego nic nie powiedziałeś? Dlaczego… — odwrócił wzrok, walcząc ze łzami. — Dlaczego mnie zostawiłeś?
— Orest?
Możejko momentalnie podniósł się na nogi.
— Daj kluczyki.
— Ale…
— Mietek.
Aspirant nie odzywając się wykonał prośbę, samemu zajmując miejsce do tej pory zajmowane przez inspektora.
— Jak będziesz chciał wrócić zadzwoń po chłopaków. Ja muszę coś załatwić.

Nie wiedział jakim cudem tak szybko znalazł się pod znajomym kościołem. Było to jednak jedyne miejsce, które w tym momencie mogło ukoić jego złamane serce.
Wyciągnął z kieszeni spodni zapomniany list i usiadł na jednej z ławek.

Przysięgam, że jest to już moja ostatnia prośba.
Nie uważasz, że znamy się na tyle długo; na tyle dobrze, by przejść na Ty? Żałuję, że nie mogłem chociaż raz w Twojej obecności wypowiedzieć tego imienia.
Dlatego robię to teraz.
Orest.
Dziękuję Ci za te wszystkie lata.
Byłeś najlepszą osobą jaką miałem przyjemność poznać. Moja historia tu się zakończyła, Twoja jednak trwa. Obiecuję Ci, że będę nad Tobą czuwać każdej sekundy Twojego życia.
Mateusz.
Ps,
Fiołki to naprawdę piękne kwiaty, nie uważasz?

Orest wierzchem dłoni przetarł mokre od łez oczy.
Fiołki.
Dlaczego fiołki?
Wyciągnął pogniecioną kopertę, chcąc sprawdzić czy nie kryła jeszcze czegoś.
Na jego kolana wysypało się sześć małych, fioletowych kwiatów.
Fiołków.
Jednym ruchem złapał za telefon by w wyszukiwarce wpisać hasło: Fiołki, znaczenie.
Co oznaczają fiołki?
uczucia – jednym z najważniejszych znaczeń fiołków jest to, że reprezentują miłość.
To rodzaj, który możemy ofiarować prawie każdemu, kto jest nam drogi, przekazując ciepłe oraz miłe uczucia.

Następnie słowo fiołek zamienił na szóstkę.
Szóstka to liczba miłości, piękna i harmonii

— Ty największy na świecie idioto. Ja ciebie też kocham. Zawsze kochałem.


Orest skulił się i gorzko zapłakał.
Stracił kogoś więcej niż przyjaciela.
Stracił swoją bratnią duszę.

Notes:

Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.