Actions

Work Header

Posrebrzane wiosny

Summary:

You'll never get away from the sound of the man that loved you

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

– To, co teraz?

 

Devon wraca do tego wspomnienia jedynie podświadomie, najczęściej w formie koszmaru sennego.

Zwykle nie przywiązuje uwagi do tak prozaicznych szczegółów, jak kolor koszuli, czy sposób, w jaki światło padało na twarze ludzi w pomieszczeniu. W tym przypadku jednak było nieco inaczej, ponieważ jakieś licho przymusiło go, by mu zapamiętać wszystko nad wyraz dokładnie.
Jak najgorsze przekleństwo, mógł przypomnieć sobie we śnie niemalże całą scenę od początku do końca, klatka po klatce; tę ciszę, wrastającą w skórę i ciężkie powietrze, lodowate spojrzenie Jasona, uciążliwy zegar, tykający na ścianie i odcień tapety przypominający marazm.

 

I bandę smarkaczy wręcz drących się do utworu Fleetwood Mac gdzieś daleko za oknem. 

Cóż za piękna ironia i idealne podsumowanie opłakanej rzeczywistości.

 

Mendal, po tym, jak wręcz kazał mu w końcu wstać z kolan i otrzepać się z resztek godności, nie mówił już zupełnie nic.  Może właśnie to było w tym wszystkim najgorsze. Niebieskooki poskąpił nawet sarkastycznego uśmiechu czy kąśliwej uwagi — mimiki mogliby mu pozazdrościć najlepsi pokerzyści w kraju, a ślepia przewiercały duszę od dobrych minut. Cisza. Absolutna cisza.

 

Well, I know I could have loved you,

But you would not let me

 

W tamtej chwili przez jego umysł przeleciało tysiąc przekleństw naraz, a i tak nie opisałyby tak dobrze zaistniałej sytuacji. Devon koncertowo puścił z dymem wszystko, co udało się wspólnie zbudować przez lata. Najśmieszniejsze, że nie nie od razu — stopniowo, tak, by przyzwyczajać do bólu i oswajać z myślą, że to runie z ogłuszającym hukiem.

 

Trzeba było wysłać tego jednego maila z reprymendą, zamiast fatygować się do biura posrebrzanego bruneta jak ostatni kretyn. Może by do niczego nie doszło?

 

– Jason…

 

Tamten nawet nie mrugnął. Pożerał go wzrokiem dalej.

 

– Proszę cię, powiedz coś…

 

– Wydaje mi się, że powiedziałem już wystarczająco – brunet zmrużył oczy, głos miał przepełniony szczerą obojętnością. Nie załamał się, chociaż na chwilę, a pięknej, naturalnie barytonowej barwy nie zatruła choćby kropelka jadu.

 

Paradoksalnie, Okere błagał w myślach o ten cholerny jad. Żeby się pojawił, przedarł przez skórę i dotarł prosto do serca. Może wtedy padłby trupem na miejscu i miałby wreszcie spokój.

 

– Przepraszam, ale chcę zabrać swoje rzeczy. Pierścionek możesz sprzedać, oddać do lombardu… Nie obchodzi mnie to. Zrób z nim, co chcesz – może ci się przyda gotówka, by podratować tą twoją żałosną firemkę. – Jason prychnął, po czym wyminął ciemnoskórego, by przejść do innego pokoju.

 

Przez szybę w pomieszczeniu przedarły się kolejne krzyki. Zabawne, jak całą piosenkę było dobrze słychać aż na piętrze.

 

You will never get away!

Never get away!

 

Ktoś tam rzucił najwyraźniej bardzo głośną uwagę o spotykających się spojrzeniach i złamanych sercach, a potem w głowie Devona odbijały się jedynie odgłosy krzątającego się po mieszkaniu Jasona.

Finalnie usłyszał trzask drzwi.

 

You could be my silver spring

Blue-green colors flashin'

Notes:

Tak, wiem. "Springs" to też źródełka wody, samo słówko nie odnosi się tylko do wiosny itd, itd...

Ale cholera, jakoś mi to nie pasowało. Ten utwór zawsze kojarzył mi się głównie z byciem z kimś do późnej starości (wiele wiosen).

Proszę się nie czepiać, tylko grzecznie przeczytać i zostawić moją inwencję twórczą, (Nawiasem też dodam, że wcisnęłam i nawiązanie.)

Wyszło trochę inaczej niż zakładałam (może krótsze?).

Wina Seledine

(PS: Mogę i "machnąć" drugą część ;))