Work Text:
Louis nie pisze listów. Nie żegna się, nie wita z entuzjazmem. Bierze swoje życie-nieżycie takim, jakim jest, bo wie, że to w zawiedzionych oczekiwaniach kryje się największy ból.
Chociaż jest wieczny, nie wierzy w Wieczność. Łatwiej mu udawać, że te wszystkie tragedie - odrzucenie krewnych, śmierć Claudii, rozstanie z Nim - się nigdy nie wydarzyły i były częścią teatru, sztuką podbitą fantazją, daleką od prawdy, od rzeczywistości.
Gdy Louis siedzi w fotelu, tuż przed wschodem słońca, czekając na powrót Armanda, odnosi wrażenie, że jego jedynym złudzeniem było zawierzone towarzyszowi zaufanie. Tak, jak nie dopuszczał do siebie promieni słońca przez ciężkie, zakurzone zasłony, tak nie dopuszczał do siebie możliwości kłamstwa. Chociaż wiedział, wiedział dotkliwie, że za ciemnym materiałem rozkwita słońce, tak wiedział, że za zamkniętymi powiekami czyha wilk - choć ze schowanymi kłami.
Odgłosy deszczu tłumiły dźwięki kroków na korytarzu. Stąpanie Armanda było lekkie, skradające się, lisie. Choć Louis mógł oszukać oczy, nie potrafił zwieść zmysłu słuchu, wyczekując ciężkich i pewnych siebie kroków, znanych przez serce.
Odpędził od siebie widmo, na nic zda się roztrząsanie przeszłości, chociaż ta powracała jak zapętlona. Noc w noc, w refleksach sztucznego światła, dźwiękach, zapachach krył się zawsze okruch wspomnień, tego, co było. Nikt nie był nigdy dla Louisa autorytetem, lecz to do Lestata modlił się w ciszy niczym do milczącego Boga, modlił się, by coś się zmieniło i by nie zmieniło się nic. Louis miał doskonały gust, więc jego więzienia były równie szykowne i wyrafinowane co on sam, a miłość była jego kratami.
- Nigdzie nie wychodziłeś? - zapytał go Armand, unosząc brew na widok Louisa siedzącego w fotelu jak dziesięć godzin wcześniej.
Strażnicy jego więzienia uwielbiali zamykać się w celi razem z nim.
Louis odpowiedział bladym uśmiechem, nie przerywając niemej modlitwy do tego, którego już nie ma.
Może kiedyś odnajdzie klucz, by uciec od samego siebie.
