Chapter Text
Zbliżała się ruja jego naczynia.
Sukuna to wyczuwał. Subtelna zmiana w manierach Yuji’ego, od nerwowego zachowania do sposobu, w jaki każdy mijający zapach utrzymywał się w jego nosie, aby go ocenić i jak przypuszczał Sukuna, ostatecznie odrzucić, bez względu na to, jak przyjemny był.
W końcu omega był praktycznie otoczony przez alfy.
Od czasu powrotu Yuji’ego z martwych, zarówno jego irytujący sensei, jak i jego łatwiej znośni koledzy z klasy, pilnowali go, jakby miał zamiar uciec i celowo dać się zabić po raz drugi. Sukuna zgodził się z tym poglądem dopiero niedawno, po długim namyśle, ale nie było tak, że Yuji miał zginąć, bez względu na to, jak bardzo jego poświęcenie mogłoby przekonać innych. Jasne, chłopak mógł umrzeć, ale to nie było nic, czego Sukuna nie mógł naprawić, skoro jego naczynie pochłonęło wystarczająco dużo palców, aby w ostatnim czasie stać się niezastąpionym.
Teraz, skoro już o tym mowa, najpierw zmusiłby Yuji’ego, aby przyczołgał się do niego i jeszcze raz błagał o pomoc. Może zapłatą byłaby kolejna wiążąca przysięga? Perspektywa kolejnej śmierci bachora, która miałaby przynieść korzyści Sukunie, była niemal kusząca w możliwościach, jakie mógłby z tego wyciągnąć. To, co pokonało początkową myśl o wcześniejszym zachęcaniu do takiego zachowania, był dziwny impuls przywiązania, który rozdzierał duszę klątwy, gdyby obrażenia bachora byłyby zbyt głębokie. Obraza klątwy, że jego własne naczynie tak łatwo ulegało uszkodzeniu - to byłoby ukłucie w jego dumę, tak właśnie Sukuna czuł.
To nie było nic więcej.
Przenosząc uwagę z powrotem na nastolatka, Sukuna nie miał wyboru, gdy jako alfa obserwował w milczeniu, jak bachor w końcu zorientował się we własnych procesach biologicznych, gdy zbyt długo wpatrywał się w koc w swojej dłoni. Po prawie czterech miesiącach spędzonym ze swoim naczyniem, ruja omegi musiała w końcu nadejść.
Yuji skinął w milczeniu głową i westchnąwszy, posprzątał swój pokój, zanim zabrał się do pracy, tworząc małe gniazdo, które mógłby nazwać swoim, wkładając wszystkie materiały, które uznawał za godne uwagi, do kąta między łóżkiem a ścianą. Koszule, bluzy, koce i poduszki były porozrzucane po małym prowizorycznym gnieździe, które dla siebie zbudował. Nic wyszukanego, czym mógłby się pochwalić. Cała ta aktywność ledwo zakłóciła jego plany nauki przez resztę wieczoru, który miał dla siebie i nie było nic więcej do zrobienia w tym temacie, gdy już to zrobił.
Co było… dziwne.
Sukuna przyznawał, że nie był zaznajomiony z zachowaniem związanym z gniazdowaniem. Jego czas z omegami w złotej epoki, z której pochodził, był niemal w całości napędzany eskapadami związanymi z okresem godowych w tylnej części jego domeny. Ładne zabawki, którymi można było się bawić i łatwo wyrzucić, gdyby Sukuna miał ich już dość. Bardzo mało wolnego czasu spędzał poza tymi interakcjami z omegami, ale tak samo można było powiedzieć o każdej innej drugorzędnej płci. Klątwa była samotna, a niewielu miało luksus stania u jego boku i nie wpadnięcia w krzyżowy ogień jego zniszczenia.
Ale z tego, co wiedział o omegach, wynikało, że potrzebują oddanego partnera lub wygody stada, gdy ten wyczerpujący i wrażliwy czas dawał o sobie znać. To było bardziej biologiczna sprawa niż cokolwiek innego. Alfy były z tego powodu naturalnie faworyzowane, ale omegi bez partnera miały tendencje do grupowania się, więc pewnym zaskoczeniem było, że Yuji nadal trzymał się na uboczu, nie dając nikomu znać, że zbliżała się jego ruja.
Omegi zwykle miały w swoim gnieździe coś więcej niż tylko własny zapach. Sukuna był pewien, że to była to standardowa sprawa, ale Yuji niemalże zrobił wszystko, aby upewnić się, że tak nie było.
Bez powrotny punkt nadszedł, gdy Megumi zapukał tego wieczoru do drzwi Yuji’ego, informując go, że zarówno on, jak ich sensei otrzymali nocną misję. Misja Megumi, w szczególności, polegała na przeszukiwaniu budynku o niskim ryzyku, co nie mogła mniej obchodzić Sukunę. Misja ich sensia była tajna, a potrzeba wsparcia została odrzucona dla obu tych zadań. Żaden z alfów nie wróci aż do późnego ranka, czemu Yuji nie sprzeciwiał się, życząc swojemu koledze bezpiecznej podróży.
Jego pozostali koledzy z klasy również byli zajęci swoimi bzdurnymi sprawami. Akademik chłopców był pusty. Ani jedna dusza nie była w zasięgu krzyku, a jego naczynie nie było ani trochę zmartwione, gdy kończył swoją wieczorną rutynę.
Czy Sukuna coś przeoczył? Nie słuchał paplaniny bachora przez cały dzień, ale był pewien, że będzie świadomy wszelkich planów, jakie jego naczynie miało na dzisiejszy wieczór. Jeśli miał kogoś na myśli, kto by mu pomóc, ten ktoś powinien już się pokazać.
Kiedy Yuji zaczął układać się wygodnie w swoim gnieździe, owijając się kocykiem, który zebrał i chowając twarz w najbliższej poduszce przy głowie, Sukuna mógł tylko wywnioskować, że jego naczynie będzie przechodziło samotnie tę ruję. Z pewnością było to bardziej wyczerpujące zadanie. Jego ruja trwałaby dłużej bez partnera, a wiedząc, jak jego naczynie było pod wpływem tych obrzydliwych emocji, ruja, przez którą będzie przechodził, tylko sprawi, że wszelkie te uczucia, które posiadał, staną się bardziej intensywne.
Czy ten bachor próbował udowodnić, przechodząc samotnie przez swoją ruję?
Nie żeby Sukuna chciał mieć do czynienia ze swoim naczyniem rozpaczliwie czepiającym się kogoś innego z powodu szalejących hormonów. Cały ten uległy pokaz wymagałby od Sukuny całej mentalny siły, by zablokować swoje zmysły.
W rzeczywistości alfa uważał, że miał szczęście, że tak się nie stanie. Sukuna przyłapał się na tym, że rozważał zalety odcięcia dla zasady głowy ich senseiowi, gdyby ten próbowałby czegokolwiek. Zainteresowanie klątwy zdolnościami Megimi’ego nie wystarczyłoby, aby przekonać go, że jego naczynie powinno zbliżyć się do swojego kolegi z klasy. Obie te opcje rozwścieczyło Sukunę w sposób, którego nie potrafił do końca zdefiniować. A z czasem było tylko gorzej.
Choć Yuji nie był tego świadomy, jego sensei dawał wystarczająco subtelne wskazówki, że jego zainteresowanie omegą wykraczało poza zainteresowanie osoby będącej autorytetem dla kogoś innego. Reakcja Megumi’ego na to był znacznie bardziej jawna, czepiając się częściej Yuji’ego, korzystając ze swojego przywileju jako równych sobie, aby pozostać blisko, nie wzbudzając podejrzeń do swoich zamiarów wobec obiektu cichej wojny, którą toczyła dwójka alfów.
Wszystko to było godne pożałowania.
Najwyraźniej bachor nie był zainteresowany żadnym z nich, w przeciwnym razie byliby tu z nim w tym momencie.
Dreszcz przebiegł przez ciało jego naczynia, co skłoniło Yuji’ego do ciaśniejszego opatulenia się kocem i mruczenia czegoś niezrozumiałego pod nosem. Kiedy w końcu uderzyła w niego ruja, idealnie skonstruowany kokon wokół jego naczynia został zniszczony przez nagły kopniak, inicjując atak szamotaniny, który zakończył się tak szybko, jak się zaczął. Wybuch niepokoju ustał, a Yuji opadł z powrotem w gnieździe, jęcząc i dysząc, ponieważ jego nerwy odmówiły ustabilizowania się w spokojnym stanie, w którym kiedyś był.
Proces ten powtarzał się, drażniąc psychikę Sukuny coraz bardziej za każdym razem.
Dopiero gdy zaczął kaszleć, niepokój wkradł się do dawno martwego serca Sukuny.
To nie była normalna ruja. Sukuna nie musiał być ekspertem, żeby to przyznać.
Ciało jego naczynia odrzucało ruję na każdym kroku. Yuji, płonący od gorączki, chwycił swoją pulsującą głowę i schował się tak głęboko w gnieździe, jak tylko mógł, aby zablokować wszelkie ślady światła, które przesączały się przez szpary jego zasłoniętego okna.
Ulga Yuji’ego nie trwała długo, ponieważ był zmuszony się ruszyć, wyciągnąć rękę i złapać kogoś, kogo tam nie było. Zamiast tego jego palce chwyciły jedną z większych poduszek, na którą się rzucił, ściskając ją tak mocno, że gdyby to była osoba, nacisk by ją zmiażdżył. Chociaż klątwa wątpiła, że jego naczynie w ogóle zdawało sobie sprawę z tego, co robiło.
To wszystko było takie żałosne.
Choć Sukuna chciał odwrócić wzrok i poczekać, aż to wszystko minie, klątwa nie mogła całkowicie zignorować swojego naczynia. Nie, kiedy Yuji powstrzymywał takie żałosne jęki, które docierały do jego uszu. Niezależnie czy było to celowe czy nie.
Sukuna niechętnie przycisnął policzek do kostek swojej dłoni, pochylając się do przodu na tronie w swojej domenie, zwracając się do omegi, w której był uwięziony.
— Umrzesz, jeśli będzie to ciągnął dalej.
— Nie, nie umrę. — Czuł, jak jego naczynie przewróciło oczami, gdy obróciło się na plecy. — To mit. Omegi nie umierają, gdy same przechodzą przez ruję.
— Nie o to mi chodziło. To nie jest normalna ruja. Ta choroba, na którą zapadłeś, będzie się tylko pogarszać, jeśli nic z tym nie zrobisz.
— Wydajesz się prawie zaniepokojony, ale jest dobrze, dzięki.
— Bacho…
— Możesz mnie już zostawić w spokoju — warknął Yuji, potrząsając głową i zwijając się w kolejną ciasną kulkę. — Obiecuję, że wspaniale cierpię bez twojego udziału.
Sukuna nie ugiął się pod kaprysami swojego naczynia.
— Dlaczego nie wezwiesz swoich alfów, żeby wrócili? Albo kogokolwiek innego ze swojego stada?
— Oni nie są moimi… — Bachor zamilkł, cedząc przez zaciśnięte zęby. — Zamknij się. Świetnie sobie radzę.
— Najwyraźniej nie. Jeśli będziesz jęczał jeszcze głośniej, ktoś na pewno przyjdzie zbadać sprawę i zakłóci ten twój mały wyczyn. To z pewnością zniszczy twoje sprzeczne pragnienie pozostania samemu.
— Przestań gadać! — Trzęsące się dłonie zakryły uszy Yuji’ego, by zagłuszyć wszelkie słowa. Jego naczynie powinno już wiedzieć, że dźwięk głosu Sukuny nie dochodził z zewnątrz. Ten czyn był bezcelowy.
— Yuji. — Sukuna wydał z siebie głębokie warknięcie, zmuszając omegę do uznania go, niezależnie od tego, czy mu się to podobało, czy nie. — Twoja upartość nie dotyczy tylko ciebie. Nie zapominaj z kim dzielisz swoje ciało. Znosiłem wiele z twojego powodu i moja cierpliwość się kończy.
Musiał zaszczepić w swoim naczyniu trochę poczucia winy, ponieważ gdy tylko jego wypowiedź została zakończona, waleczność Yuji’ego zniknęła. Omega nie rozluźnił się, ale również nie miał już takiego bojowego nastawienia.
— Przepraszam.
Oczywiście, że przepraszał. Tak jak powinien.
Ale Sukuna zachował to dla siebie.
— Jeśli nie będziesz szukał rozwiązania swojego problemu gdzie indziej, to przynajmniej pozwól alfie się pojawić, niezależnie od twojej potrzeby odosobnienia. — Sukuna odchylił głowę do tyłu i wziął głęboki oddech, wpatrując się w sufit swojej domeny, ostrożnie dobierając słowa. — Nie powinieneś… pozbawiać się dotyku, którego twoje ciało wyraźnie pragnie. To niezdrowe.
— Nie potrzebuję tego.
— Potrzebujesz.
— Zwłaszcza od ciebie.
Może nie stali twarzą w twarz, ale Sukuna czuł intensywne spojrzenie swojego naczynia. W porządku. Nigdy nie byli w przyjaznych stosunkach. Uzurpowanie woli drugiego i naleganie na zabicie drugiego w odwecie nie było w żaden sposób najlepszym początkiem jakiegokolwiek związku.
Klątwa opadła z powrotem na tron, zastanawiając się nad omegą, której własne instynkty działało przeciwko niej, wymuszając to niepotrzebne uczucie niepokoju. Rozmyślając o krótkim czasie, jaki spędził ze swoim naczyniem, mógł przyznać, że takie zachowanie niekoniecznie było nowe. Kiedy nie był w ferworze walki, Yuji był zaskakująco niechętny kontaktowi z ludźmi, chyba że to on go zainicjował. Aby uzyskać więcej. Aby udzielić pozwolenia na zbliżenie się. Nie żeby odpychał innych, gdyby niewypowiedziana zasada została złamana, ale była wyraźna negatywna reakcja, która pojawiała się w postaci drgnięcia lub nagłego szoku, gdy czyjaś ręka zbliżyła się zbyt blisko niego.
Jego naczynie pragnęło uczucia i ledwie wiedział, jak je otrzymać.
Żałosne.
Nawet tragiczne.
Sukuna ścisnął grzbiet nosa, pozostając w tej pozycji, dopóki nie wymyślił sposobu, aby naprawić tę źle utkaną logikę. Mimo że żadne z nich nic nie mówiło, cisza również nie nastała. Jego naczynie nie było w stanie powstrzymać nasilającego się kaszlu i rozdzierającego bólu głowy atakującego ich obu.
— Dla dobra nas obu proponuję, żebyś pozwolił mi pojawić się u swego boku. Nie wyrządzę krzywdy tobie ani nikomu, kto się pojawi… Nawet nie wyjdę z pokoju. — Klątwa było więcej niż hojna w swojej ofercie. Wszystko, co musiał zrobić, to przywrócić poczucie bezpieczeństwa omedze, co powinno załatwić sprawę. — Będziesz miał wszelkie możliwości, żeby mnie odepchnąć, jeśli będziesz sobie tego życzył.
— To… — Głos Yuji’ego zanikł, zanim mógł w pełni odpowiedzieć.
Jego naczynie nie musiało tego robić.
Mocny uścisk, jaki Yuji trzymał wokół przeklętej energii Sukuny, rozluźnił się, dając przeklętemu duchowi możliwość realizacji swojej oferty, nawet jeśli omega wciąż była niechętna.
Nie chcąc marnować okazji, Sukuna szybko przejął kontrolę nad ramionami Yuji’ego i złożył jego dłonie, formując swobodnie znak dłoni wymagany, aby przywołał swoją domenę. Domeny były manifestacją czyjejś woli na świecie. Użył wrodzonej domeny. Ta iteracja jego techniki wyzwoliła cząstkę jego samego - namacalny obraz - a nie miejsce, w którym przebywał. Prawdziwa sztuka zginania i tkania przeklętej energii zgodnie z jego wolą i taka, którą miał nadzieję pozostać nienazwana, gdy to się skończy.
Kiedy Sukuna powiedział Yuji’emu, że pojawi się u jego boku, miał to na myśli.
Nadal w formie swojego naczynia, klątwa pojawiła się tuż za gniazdem Yuji’ego, ku wielkiemu szokowi tego, którego starał się zobaczyć. Zamanifestowanie się w ten sposób było trudną rzeczą do zrobienia, ale zanim Sukuna mógł poczuć się komfortowo w tym ciele składającym się z przeklętej energii, słodki zapach z kwaśnym podtekstem brzoskwiń i śliwek wypełnił jego nos.
Och.
To było dalekie od nieprzyjemnego zapachu, ośmielił się powiedzieć, że nawet kuszący. Kwaśna nuta musiała być spowodowana złym stanem jego naczynia, pozostawiając Sukunie wyobrażającego sobie, jaki był zapach Yuji’ego w jego najlepszej kondycji.
Choć łatwo byłoby rzucić się na omegę, aby zaspokoić swoje rosnące pragnienie, Sukuna zachował odrobinę samokontroli i pozostał tam, gdzie siedział, patrząc na omegę przed sobą, by dała mu znak, by podszedł bliżej. To, co ujrzał, to głowa Yuji’ego znikająca pod kocem, zakrywając swoje ciało, szybko zaprzeczając temu, czego był świadkiem, ale zbyt wyczerpany, aby cokolwiek z tym zrobić.
— Zamierzasz mnie zaprosić?
Nawet ukryty przed wzrokiem, mamrotanie Yuji’ego wciąż docierało do uszu Sukuny.
— To nie jest twoja domena.
— Twoje gniazdo nie było w mojej domenie, czyż nie?
— Przemądrzały dupek. — Jego naczynie nigdy nie zawodziło, nadal odgryzając mu. Mimo to, Sukuna czekał przez pełną napięcia chwilę, zanim Yuji odpowiedział na jego pierwsze pytanie. — Możesz… wejść.
Sukuna skinął głową i podpełzł do przodu, uważając, aby nie naruszyć zbyt mocno zmasakrowanego gniazda, gdy przeszedł nad tym, co można było luźno uznać za zewnętrzną krawędź. Omega znów był napięty. Zamarł w chwili, gdy Sukuna się zbliżył, poruszając się tylko wtedy, gdy nie mógł już wstrzymywać oddechu.
— Nie możesz mnie zobaczyć pod tymi kocami, ale uprzedzam, że cię dotknę. Dotknę twojego ramienia. — Bez żadnych sprzeciwów, które mogłyby go odstraszyć, Sukuna wyciągnął rękę i zrobił dokładnie to, co powiedział. Nie mógł dotknąć Yuji’ego bezpośrednio przez gruby koc i koszulkę, ale to nie powstrzymało klątwę, aby zachowywać się tak, jakby to zrobił. — Czy to w porządku?
— Tak.
— Teraz pozostań nieruchomo.
Jednym szybkim ruchem Sukuna wsunął drugą rękę pod omegę i pociągnął, pozwalając kocowi pozostać jako kaptur nad głową Yuji’ego, podczas gdy on umieścił swoje zdezorientowane naczynie na sobie. Nie można było uniknąć owinięcia ramion wokół Yuji’ego, aby utrzymać go blisko. Głowa omegi znajdowała się pośrodku jego klatki piersiowej z obiema nogami po bokach klątwy.
Sukuna spodziewał się, że Yuji zacznie się wiercić i odepchnie od siebie alfę, ale było wręcz odwrotnie. Gdy tylko opadła nagła nerwowość Yuji’ego, omega przesunął się w ramionach Sukuny, zanim niepewnie znalazł dogodną pozycję. W zachowaniu chłopca dało się zauważyć wyraźną różnicę, gdy wtulił się w klatkę piersiową Sukuny, biorąc kilka głębokich oddechów, zanim wcisnął głębiej policzek w kimono klątwy.
Jego naczynie coś szepnęło. Sukuna usłyszał końcówkę, ale nie mógł zgadnąć ogólnego sensu.
— Co to było?
— Powiedziałem, że… — Omega spojrzał na niego, rumieniąc się, zanim odwrócił wzrok gdzieś indziej. — Ładnie pachniesz. Jak drewno opałowe. Kadzidło lub coś w tym stylu.
— Och. — Komplement był nieoczekiwany. Nie wiedział, dlaczego opinia Yuji’ego miała jakiekolwiek znaczenie, ale nie dało się temu zaprzeczyć. Nawet gdy Sukuna odwrócił się, nie potrafiąc ukryć dumnego uśmieszku, który był teraz widoczny. — Twój zapach wcale nie wykrzywia mi nosa.
— Dobrze, bo będzie cię otaczał.
Zapach Yuji’ego stał się słodszy od samej tej prostej wymiany zdań. Jeśli bachor myślał, że Sukuna będzie na to narzekać, to się mylił.
— Chociaż jesteś stabilny w tym momencie, to wyjaśnij mi, jak to się stało? Czy ta lekarka, która zatrudnia twoja szkołą, wie coś na ten temat? Nie pomyślałeś, że byłoby najlepiej mieć kogoś w pobliżu na wypadek, gdybyś miał się jeszcze bardziej rozchorować?
— Jesteś tu teraz. — Omega ciasno owinął luźny koc wokół szyi. Jego odpowiedź nie była wystarczająco dobra, zwłaszcza że chwilę wcześniej Yuji oskarżał Sukunę o działania przeciwko niemu zamiast okazywania mu współczucia. — Zacząłem brać środki tłumiące, żeby moje ruje nie były problemem dla nikogo. Skończyły mi się tuż przed tym, jak wciągnięto mnie w sprawy zaklinaczy i zapomniałem wziąć ich więcej.
— Idiota. — Sukuna zabrał jedną rękę z pleców Yuji’ego. Omega preferencyjnie wzdrygnął się, ale Sukuna zachował spokój, delikatnie szturchając Yuji’ego w czoło. Nie warto było robić nic więcej, skoro i tak cierpiał. — Młode omegi nie powinny ciągle przyjmować środków tłumiących. Nic dziwnego, że tak się stało. Twoje ciało jest całkowicie rozsynchronizowane.
— Nie… nie sądziłem, że moja ruja będzie aż tak zła. Przechodziłem przez nie sam, kiedy po raz pierwszy się pojawiły. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, a w szkole nie zbliżyłem się do nikogo na tyle, żeby zapytać… Dzisiejszy wieczór nie miał być inny. Po prostu… — Yuji mocniej ścisnął materiał koca między palcami, nie mogą zaprzeczyć swojemu wstydowi. — Nie chciałem nikomu przeszkadzać.
— I obaj wiemy, jak to się skończyło.
— Przepraszam.
Sukuna poczuł, jak jego serce ścisnęło się, gdy Yuji znów ukrył się przed jego spojrzeniem. Poczuł potrzebę, by cicho przekląć samego siebie.
Wiele decyzji Yuji’ego opierało się na stawianiu własnego bezpieczeństwa na drugim miejscu. To było sedno jego naczynia. Przeciwieństwo egocentrycznej egzystencji Sukuny. Rezultatem takiego nastawienia była głupota. W jego ramionach znajdowała się jego naczynie, zniszczone i poobijane przez jego własne czyny i jakoś to wywołało gniew w Sukunie, podczas gdy wcześniej nie doznał żadnej urazy z tego powodu.
To zachowanie było problemem. Sukuna miał je zidentyfikować i naprawić, ale w tym momencie? Jego własne poczucie winy już go dręczyło i nie było powodu, aby Sukuna dokładał do tego więcej.
Klątwa położyła dłoń na głowie Yuji’ego, w milczeniu głaszcząc go kciukiem ponad kocem, nie mogąc zignorować kolejnego wstrząsu, który pochodził od omegi, całkowicie schowanej w jego uścisku.
— Nie wiedziałem, że jesteś taki nieśmiały. Nigdy wcześniej się mnie tak nie bałeś, zawsze buntowałeś się, nawet w obliczu każdego zagrożenia, jakie ci rzuciłem. — Spostrzeżenie to wywołało pytanie, które pozostało niewypowiedziane. Ciekawy, ale i cierpliwy, Sukuna pozwolił swojemu naczyniowi jąkać się, dopóki nie odpowiedział w właściwy sposób.
— Eeee, wiesz. Poza tym, że jesteś morderczą klątwą, która rozdarła mi serce, jesteś delikatny i… miły… uch. — Yuji nadął policzki, sfrustrowany do tego stopnia, że nie chciał spojrzeć Sukunie w oczy. — Ruje powinny być… intymne. Nie jestem… gotowy na coś takiego.
Intymne.
Tak można było je opisać.
Z gardła Sukuny wydobył się chichot. Kiedy odrzucił głowę do tyłu, a dźwięk rozerwał powietrze, Yuji uderzył Sukunę w klatkę piersiową, nie mając wystarczającej siły, aby powstrzymać śmiech klątwy. Zanim druga pieść mogła uderzyć, Sukuna szybki wysunął rękę, aby złapać cios, trzymając dłoń Yuji’ego w swojej, nawet gdy bachor próbował się odsunąć.
— Nie śmiej się ze mnie! Nienawidzę, kiedy to robisz.
— To nie jest kpina, to jest… Twoje obawy są uzasadnione. Po prostu pozostaniemy tak, jak jesteśmy, tak długo, jak tego potrzebujesz. — Sukuna puścił dłoń omegi. — Nie jesteś w stanie robić niczego forsownego, dopóki twoje ciepło nie wróci do normy. Nie byłoby żadnej przyjemności w robieniu czegokolwiek więcej, dla żadnego z nas.
— Obiecujesz?
Śmiech Sukuny ucichł. Spojrzał na omegę w swoich ramionach i westchnął.
— Przysięgam, jeśli to cię uspokoi.
I tak było.
Zawarto między nimi tymczasowy rozejm, dając im obu wcześniej nie do pomyślenia możliwość prawdziwego relaksu w swojej obecności. Sukuna nie potrzebował dużo czasu, by wejść głębiej do gniazda, pomagając Yuji’emu w przenoszeniu wszystkiego, co było potrzebne, by obie strony czuły się komfortowo przez nadchodzącą noc.
Przyznanie się, że był to pierwszy raz, kiedy Sukuna gnieździł się z omegą, było prawie wstydliwe. Nikt nie odważyłby się go o to prosić, skoro istniały o wiele milsze istoty. Nigdy nie rościł sobie praw do partnera, który nie miałaby wyboru i musiałaby go wpuścić. Nigdy nie było takiej potrzeby. W swoim poprzednim życiu Sukuna naiwnie myślał, że posiada cały czas świata, zanim takie sprawy staną się istotne.
Teraz coś się w nim zmieniało.
Sukunie wciąż trudno było pojąć, dlaczego był tak delikatny dla swojego naczynia. Nie można było zaprzeczyć, że mając omegę tak blisko siebie, tak splecioną z nim, można było znaleźć błogość. Co, gdy już to zaakceptował, doprowadziło do bardzo szokującego uczucia wdzięczności, ponieważ gdyby jego omega poprosiłby kogoś innego, aby pomóc mu w jego rui, ta chwila nie byłaby możliwa.
Jego omega.
Sukunie spodobało się, jak to brzmiało.
Już zadowolony z pozostania tutaj tak długo, jak pozwalał mu na to jego naczynie, Sukuna poczuł rosnące poczucie dumy na myśl o tym, co mogło się wydarzyć następnego ranka, jeśli zostaną odkryci w tej pozycji. Oczywiście technika Sukuny zostanie odkryta i pojawi się cały szereg nowych problemów do rozwiązania, ale całkowity horror dwóch alfów, gdy wrócą, aby dowiedzieć się, jaką okazję przegapili?
To byłoby po prostu idealne.
