Work Text:
Okolica, w jakiej spotykała się grupa wsparcia, wyglądała jakby sama potrzebowała pomocy. Cienie tańczące na ścianach, rozrzucone śmieci i rozbite butelki — wszystko to w pewnym sensie przypominało straceńcom ich dawne życie. Trudno było uwierzyć, że w takim miejscu ktokolwiek może chcieć wyciągnąć pomocną dłoń.
Z ciężkim sercem pociągnął za klamkę. Kilku obecnych zwróciło na niego swoje zagubione spojrzenia i zanim zdążyłyby się nawet skrzyżować, znów zaczęły wpatrywać się w odrapane ściany. Zajął miejsce na środku, pozwalając innym schować się w mroku. Chociaż nie miał pewności, czy powinien był przychodzić, nie chciał krzątać się bo kątach. Miał w sobie wystarczająco dużo odwagi z dawnych lat by wyjść do przodu i pokazać swoją twarz.
Naprzeciw niego znajdowała się młoda kobieta. Z potarganymi włosami, niechlujnym ubraniem i niemal zwierzęcym strachem w oczach wzbudzała różne emocje, sądząc po pogardliwych postawach niektórych z członków grupy. Jednak dla niego nic się nie zmieniło, w ciągu swojego długiego życia widział wiele podobnych osób, zawsze wywołujących w nim tylko współczucie. Jaka była jej historia? Czy świat wystarczająco mocno ją skrzywdził, jeśli jeszcze szukała pomocy?
Uśmiechnął się do niej nieśmiało. Tak niepozorny gest mógł przełamywać pętlę i udowodnić, że nie wszyscy w tym niesprawiedliwym świecie są kompletnie wyprani z uczuć. Spanikowana dziewczyna nerwowo założyła nogę na nogę i spuściła wzrok. Ktoś potrzebujący pomocy nie zaufa obcym z dnia na dzień i Rogers to rozumiał.
Przyjrzał się pozostałym. Osobliwości nie brakowało: od uzależnionych, którym używki odebrały całe dotychczasowe życie, przez ludzi z zaburzeniami, po zwyczajnych, samotnych ludzi, łaknących cudzego towarzystwa. Wydawało się, że wystarczy parę czułych gestów, miłych słów, obietnic, że wszystko będzie dobrze, a niezbędna do ruszenia dalej nadzieja zatli się w sercach potrzebujących. Niezależnie od natężenia i natury konfliktu, obecni mieli jedną wspólną cechę - chcieli wzajemnie dać sobie wsparcie, by zmobilizować się i pójść dalej.
Ostatni raz drzwi zaskrzypiały, wpuszczając do pomieszczenia długowłosego mężczyznę i spotkanie rozpoczęło się.
Głos wziął chłopak pod oknem. Nie wyglądał, jakby był tam pierwszy raz, szeptem rozmawiając z sąsiadami. Miał wystarczająco dużo odwagi by zacząć opowiadać, co tylko umocniło Steve'a w przekonaniu o długiej walce.
Następnie swoją historią podzieliła się uzależniona kobieta. Później samotny mężczyzna wyznał, że dzieci zostawiły go i nie miał już nawet do kogo się odezwać. Pewien chłopiec, gimnazjalista, może nawet młodszy, nie radził sobie z atakami ze strony starszych kolegów. Nieśmiała dziewczyna siedząca naprzeciwko okazała się być ofiarą przemocy domowej.
Steve milczał, nie wiedząc, czy powinien się odezwać. Chociaż zdawał się być anonimowy, używając nieprawdziwego nazwiska i skrywając się za okularami, swojej historii nie mógł sfałszować. Czy tego chciał, czy nie, był emerytowanym superbohaterem, ukrywającym się pod granicami Nowego Jorku. Dawne zajęcie pozostawiło po sobie wyraźne ślady i nie dawało zapomnieć mu o wszystkim, co było.
Kolejna osoba zrzuciła z siebie emocjonalny ciężar i nastała chwilowa cisza. W oczekiwaniu wodzili wzrokiem po pozostałych twarzach - obcych i znajomych, młodych i pełnych doświadczenia, dzielnych i przerażonych - chcąc dodać odwagi do wykonania pierwszego kroku. Steve musiał przyznać, że stawianie czoła wrogim armiom przychodziło mu z większą łatwością niż wyznanie grupie nieznanych ludzi swoich największych lęków i obaw.
Odetchnął lekko i pozwolił kotłującym się w jego głowie myślom wydostać się na zewnątrz, w postaci kilku chaotycznie skleconych zdań.
Na tyle ile to było możliwe, chciał przekazać pozostałym prawdę, by może to choć trochę ukoiło jego szalejące nerwy. Wyrzucając z siebie to, co od miesięcy spędzało mu sen z powiek, powrócił myślami do najodleglejszych wspomnień i coraz bardziej czuł się jak dzieciak z Brooklynu, o szarym i codziennym nazwisku, niż obrońca narodu, symbol nadziei i zwycięstwa. Czasy, kiedy gotów był stanąć w obronie najbliższych czy zupełnie obcych mu osób, przeszły już do historii. W dniu, w którym Ameryka straciła bohatera, Steve utracił swoją jedyną i tak chętnie wypełnianą powinność. Nie mogąc walczyć o innych, stracił poczucie stabilności. Po tylu latach bycia żołnierzem, nie mógł przyjąć do wiadomości, że to długo wyczekiwany koniec wojny. Nie chciał przestać walczyć.
Przeobraził obraz Kapitana Ameryki w pracę, w której się spełniał. Najbliższych przyjaciół, gotowych wskoczyć dla niego niegdyś w ogień, w wiernych współpracowników. Brutalnie krwawe, szczere i bezduszne bitwy w codzienną rutynę. Odpowiedzialność za każdą żywą istotę i bezinteresowny obowiązek chronienia słabszych, jaki sprawiał, że czuł się potrzebny, w zwyczajny pracoholizm. Poczuł, że wcale nie skłamał.
Kiedy skończył opowieść, salę wypełniła cisza oczekiwania. Napięcie towarzyszące każdemu zwieńczeniu historii ostatnim, pełnym goryczy, nadziei, pozbawionym emocji lub wręcz nim przepełnionym komentarzem, było bardziej namacalne. Ogromny ciężar, z jakim nadal nie potrafił się pogodzić, odnalazł częściowe ujście. Pierwszy raz od dawna odniósł wrażenie, że niczym nie różnił się od obecnych na spotkaniu. Tak samo bezsilny, zagubiony, liczący na jakieś szczęśliwe zakończenie.
Odkąd zaczął mówić, spóźniony mężczyzna nie przestawał go obserwować. Kiedy inni nerwowo uciekali wzrokiem od jednego punktu do drugiego, on w skupieniu słuchał, jakby słowa Steve'a mogły go dotyczyć. Kiedy uchwycił jego spojrzenie, w zdumieniu zdał sobie sprawę. Znał tą zagubioną parę zielonych oczu.
Jego historia nie doczekała się światła dziennego. Nim kolejna osoba rozpoczęła swój monolog, wyszedł. Skonsternowany Rogers wahał się tylko chwilę, dopóki nie wybiegł za nim.
Nie wiedział, co powinien zrobić. Obawiał się, że po rozpoczęciu rozmowy emocje mogą wziąć nad nim górę. Po tylu latach samotności, widząc znajomą twarz, nawet ukrytą w cieniu, słowa zwyczajnie go opuściły. Uczucia, jakie nim targały, niby niespokojny wiatr zrywający liście z drzew, były nie do opisania.
To wrażenie nie było jednostronne. Dawny przyjaciel przystanął w miejscu i przez dłuższą chwilę nie był zdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Stali przed wejściem do jednego z lepiej utrzymanych budynków w okolicy, przy akompaniamencie podmiejskich odgłosów, przetwarzając to, co się działo, dopóki osłupienie nie minęło. Oboje sobie obiecali, że zostawią przeszłość za sobą, chociaż ich relacja była jedną z najpiękniejszych części dawnego życia.
— Długo się nie widzieliśmy.
— O wiele za długo.
Steve wypowiedział te słowa niepewnym tonem. Atmosfera nie opadała, a on, reflektując się, spróbował przejść do bardziej rzeczowych spraw. To była jego decyzja by nie spotykać się z Buckym, dlatego nie mógł teraz przy nim tego żałować.
— Od jak dawna chodzisz na spotkania?
Bucky zapatrzył się w jakiś oddalony punkt po drugiej stronie ulicy. Jego wyraz sugerował, że próbuje sobie przypomnieć odległy pierwszy dzień, lecz słowa zaprzeczyły temu. Potrzebował pomocy od dawna i dopiero dziś zdobył się na odwagę by wyjść do ludzi i podzielić się swoją możliwie zmodyfikowaną historią.
Nie udało mu się nic wykrztusić. Przez spotkanie Steve'a powróciły wspomnienia, zarówno te dobre, jak i te przynoszące ze sobą ból, poczucie winy i okazje do tworzenia nowych nieprzyjemnych sytuacji.
Zawahanie nie mogło trwać w nieskończoność. Barnesowi pozostawały dwie opcje: zostać z osobą, której obiecał nie wchodzić więcej w drogę i definitywnie wejść w drogę albo skłamać o głodnym kocie czy innym pozostawionym żelazku i ponownie zniknąć na wieki.
Razem z ciężko wypuszczonym powietrzem chciał pozbyć się wątpliwości. Wiedział, że rozmowa z tak godną zaufania osobą będzie najskuteczniejszą terapią. Steve dostrzegł jego oczywistą wewnętrzną walkę i sam zabrał głos. Mogły minąć lata, wszystko, co dobre i znane wywrócić się na drugą stronę, a mimo to Steve wciąż czułby się zobowiązany do pomocy. Ruch z jego strony wydawałby się zbyt pochopny, gdyby nie rozsadzające go emocje i chęć zrobienia czegokolwiek, byle ruszyć do przodu.
Posługując się bardziej instynktem niż myśląc, zaproponował mu kawę, która była tylko przykrywką dla rozmowy. Czy Bucky pił kawę? Ostatni raz gdy się widzieli nie potrzebował kofeiny by utrzymywać się cały czas na nogach, a smak zwyczajnie do niego nie pasował. Z drugiej strony, podczas ostatniego spotkania nie wymagał też psychicznego wsparcia i nie zabrakłoby mu odwagi na coś tak - z perspektywy czasu - banalnego jak wyznanie swoich obaw dobrze znanej osobie. Ciekawe co powiedziałby Sam, gdyby ich teraz widział.
Steve nie wiedział jakiej reakcji mógł się spodziewać. Odrzucenie propozycji wydawało się najtaktowniejszym wyjściem z sytuacji. Nie był przygotowany na zwrot pytania, jakie uderzyło go z siłą odbitego pocisku.
- Zabawne, że chciałem zapytać cię o to samo. Powiesz mi, co naprawdę cię dręczy? Oni nie zrozumieliby nas, ale ja chyba mogę usłyszeć nieocenzurowaną wersję?
Nie chodziło o to, że ktoś mógłby go źle zrozumieć. Gorzej. Chodziło o to, że ktoś mógłby go rozpoznać. Co zrobiłby, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że Steve Rogers mieszka na jego ulicy? Nie byłoby dnia bez wypominania najdrobniejszych błędów. Bo największe zasługi zawsze odchodzą w niepamięć, gdy zostają zastąpione przez cokolwiek równie wielkiego, ale niekoniecznie dobrego.
Pierwszy raz po opuszczeniu sali zwierzeń zagubione spojrzenie Bucky'ego spoczęło na twarzy Steve'a i nie zanosiło się, by znów zostało skupione w innym miejscu. Jak nigdy wcześniej, oczy te były podobne do zimnych i pustych, należących do Zimowego Żołnierza.
Była wystarczająca wczesna godzina by móc porozmawiać bez możliwości podsłuchania przez wychodzących. Nastawiając się na długą opowieść zawierającą nie tylko sprawozdanie z ostatnich lat, ale również nigdy nieopowiedziane historie z czasów ratowania świata w niebieskim mundurze, z lekką nonszalancją Steve oparł się o ceglaną ścianę.
Bucky przygotowany był na każdą odpowiedź. Zdziwił go jedynie fakt, że odczucia odnośnie zawieszenia działalności przez obu mężczyzn były tak skrajne.
Ale czy cokolwiek mogło go jeszcze zaskoczyć? Przecież znał Steve'a. I to dłużej niż ktokolwiek inny. Lepiej wiedział, jak odebranie mu jego najważniejszego zadania wpłynie na bohatera, który nie mógł dłużej walczyć. Od zawsze było wiadome, że Steve stworzony jest do czegoś wielkiego i pakowanie zakupów w sklepie osiedlowym zwyczajnie obrażało jego potencjał. Zwłaszcza, gdy większość ludzi bała się powierzyć siatki w ręce obcego człowieka i bezpodstawnie osądzała go o kradzież. To absurd. Jak ktokolwiek mógłby wziąć Kapitana Amerykę za złodzieja?
Bucky natomiast miał problem zupełnie innego rodzaju. Nie czuł się bezużyteczny, mało tego, w ruinach miasta mógłby nawet znaleźć sobie miejsce, gdyby tylko nie powracający przy każdej możliwej okazji lęk i uczucie osaczenia. Może nawet nie był już nękany przez strach - to raczej w ciągłym przerażeniu zdarzały się tylko chwile spokoju. Każdy cień był dla niego oznaką zbliżającego się wroga, wszyscy mijani ludzie nosili za pasem broń, a najdelikatniejszy odgłos wydawał się demaskującym skrytobójcę potknięciem. Posiadał kiedyś kota, dopóki w środku nocy ten nie zrzucił na podłogę kluczy, fundując sobie nagły atak ze strony pana, a całemu blokowi zawał serca.
Niezależnie od tego, co ich dręczyło, historia obu prowadziła do najgorszego możliwego zakończenia. Nowy Jork, prawdziwy amerykański sen, miejsce, gdzie można spełnić swoje marzenia, zdobyć karierę i przyjaciół. A oni, wyidealizowani bohaterowie, spadli na samo dno i żyli ramię w ramię z wyrzutkami społeczeństwa, w slumsach, codziennie spoglądając na miasto, które mieli zostawić za sobą.
Zrzucenie ciężaru doświadczeń było tym, co w kilka chwil w zdesperowanych emerytów bez dachu nad głową tchnęło chociaż odrobinę dawnego superbohaterskiego animuszu. Nie więcej jak dwadzieścia minut, a ślepe uliczki zaczęły wydawać się znajome w bardzo przedwojenny sposób. Powrócił śmiech, trochę ostry i zardzewiały, niesłyszany od wieków. Nigdy niezadane pytania ponownie nasunęły się na myśl, otwierając niejedno zakopane pudełko z pamiątkami.
Tak nie powinno wyglądać życie. Beznamiętne wegetowanie w jednym miejscu nie jest tym, na co zasłużyli po latach - wciąż niewystarczająco długich i zdecydowanie zbyt ciężkich - walki w imię dobra świata. Nie zasłużyli na wyobcowanie przez tych, za których kiedyś gotowi byli poświęcić życie, bo z biegiem czasu to życie zaczęli cenić coraz bardziej. Nie zasłużyli na strach, cierpienie i bezradność, jakich obiecali się pozbyć raz na zawsze. Nie zasłużyli na to, by codziennie rano budzić się w ogromnie pustym mieszkaniu, nawet jeśli tak miało być lepiej.
Bo odrzucenie tego, kim jest się naprawdę, nigdy nie wychodzi na dobre. Bojownicy w imię wolności, uwięzieni przez swoje własne lęki. Nietykalni bohaterowie, co opadli na samo dno. Uparci kochankowie, niezdolni do wyznania prawdy drugiej osobie. Dlatego spychając priorytety na dalszy plan, nie osiągnęli szczytu. Przez demony przeszłości nie zdobyli przyszłości, o jaką się starali, nawet jeśli cała ludzkość mogła żyć w swoim wyimaginowanym, bezpiecznym świecie. Ale czy nie taki był ich zamiar? Dać innym to, czego sami podświadomie pragnęli, nawet jeśli te definicje szczęścia znacznie się od siebie różniły. Poświęcili więcej niż mogli dać. Dla wolności ojczyzny i podtrzymujących ją ludzi. Chociaż czasy się zmieniły, a dobrzy ludzie odeszli.
Po latach świetności, wypalili się.
