Chapter Text
— Z Bogiem — pożegnał się, opuszczając dom jednej z wiernych. Rześkie, zimowe powietrze zmuszało ludzi do szybkiej ucieczki w jakieś cieplejsze miejsce, ale nie Mateusza. Może chłód na dłuższą metę nie był przyjemny, ale kiedy tak szczypał go w policzki, przynajmniej czuł, że żyje. Poza tym w takich warunkach o wiele lepiej mu się myślało – refleksje wydawały się bardziej trafne i bezpośrednie niż zwykle, choć przecież i tak nie mógł narzekać na mało lotny umysł.
Wiele spraw przelatywało mu przez głowę, głównie trosk innych ludzi, którzy licznie mu się zwierzali, chociaż w głębi serca trzymał też swoje problemy, którym co prawda trochę umniejszał, mimowolnie porównując je do wszystkich posłyszanych zwierzeń, ale to nie sprawiało, że znikały. Wręcz przeciwnie, czasem uporczywie dawały o sobie znać, nawet zakopane pod stosem bieżących obowiązków i przesadzonego poczucia odpowiedzialności za innych.
Tak stało się właśnie wtedy, gdy wszechobecny ziąb nieprzerwanie kradł ciepło, a zachodzące słońce tworzyło na niebie piękną paletę barw. Wyglądało to tak ujmująco, że mimowolnie przystanął. Westchnął głęboko, reflektując się, że powinien ruszać do kolejnego wiernego. Kolęda sama się nie obejdzie.
Ruszył w kierunku niskiego bloku. Jego wzrok od razu powędrował do okien pewnego mieszkania. Powinien się cieszyć, że najpewniej zobaczy właściciela lokalu, ale zakopane uczucia dawały o sobie znać. Gorzki smak miała świadomość, że nigdy nie będzie mógł mu powiedzieć o tym, co do niego czuje. W końcu jest księdzem, ale nawet, gdyby nim nie był, czy istniała jakakolwiek szansa na to, że on również…
Pokręcił głową, zły na siebie, że znowu do tego wraca. Temat był nie do ruszenia i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Powinien skupić się na tym, co ma teraz, czyli jego przyjaźń. Dzięki niej i tak często się widywali, rozmawiali ze sobą, razem się śmiali… a przez jego instynkt wpadał w sam środek spraw kryminalnych, którymi akurat Orest się zajmował. Chcąc nie chcąc musieli ze sobą współpracować. Teraz bardziej chcąc, ale Mateusz dobrze pamiętał, jak na samym początku sama jego obecność wywoływała u Możejki reakcję alergiczną.
Uśmiechnął się na te wspomnienia. Może wtedy nie było mu lekko ze świadomością, że może kogoś aż tak irytować, ale smykałka do rozwiązywania zagadek kryminalnych i chęć pomocy innym były silniejsze niż rozsądek. I były jedyną motywacją, aby pojawiać się w okolicach komisariatu. Wtedy jeszcze podinspektor Możejko był dla niego tylko cholerycznym szefem pana Mietka. Dopiero kolejne lata znajomości sprawiły, że stał się dla niego kimś więcej.
------
— Niech ksiądz poczeka! A koperta? — zawołała za nim kobieta, wymachując w powietrzu opakowanymi, całymi na biało datkami na kościół. Mateusz zatrzymał się w pół kroku, w drodze do drzwi.
— Jestem pewny, że pani te pieniądze bardziej się przydadzą — powiedział z uśmiechem i troską w oczach, delikatnie zamykając dłoń parafianki w swoich ciepłych dłoniach w opiekuńczym geście. Staruszka spojrzała na niego ze zdumieniem, po czym wolną ręką otarła niechcianą łzę.
— Bóg zapłać, księże proboszczu, Bóg zapłać… — powtarzała, schylając z wdzięcznością głowę. Zaraz wysunęła dłoń z jego uścisku i ze stanowczością, o którą Mateusz by jej nie podejrzewał, rzuciła do niego, udając się w stronę małej kuchni: — W takim razie musi ksiądz wypić herbatę i zjeść kawałek mojego popisowego ciasta!
Na te słowa ksiądz zaśmiał się, ale przystał na propozycję. Wiedział, że ludzie czasem muszą mieć poczucie, że mogą się o niego zatroszczyć, jako o sługę bożego, ale także po prostu o dobrodusznego człowieka, którego obecność zmienia ich dzień na lepsze. Kto jak kto, ale Mateusz potrafił sprawić, że ludzie czuli się po prostu lepiej, zaopiekowani, wysłuchani, pocieszeni, zrozumieni…
Ciężki był tylko fakt, że on nie mógł się spodziewać po ludziach tego samego w zamian. Był duszpasterzem, to on miał nieść bezpieczeństwo i wsparcie wiernym. Wielu ludzi zapominało, że mimo tego nadal był tylko zwykłym człowiekiem.
Gdyby nie przyjaciele, na pewno posługa byłaby bardziej przytłaczająca. To oni dawali mu siłę, rozpogadzali jego dzień, dostrzegali jego smutki nawet pod najszerszym uśmiechem.
Żałował, że istnieją tematy, na które nawet z nimi nie może porozmawiać. Co by o nim pomyśleli? Czy to zmieniłoby coś na gorsze w ich relacji i tym, jak go postrzegają? Czy mogliby go opuścić z tego powodu…?
Jego myśli znów zdradziecko spłynęły na niechciany temat, kiedy jadł pyszną babkę piaskową i popijał ją czarną herbatą. Podniósł oczy na parafiankę, powracając do rzeczywistości.
— Smakuje księdzu?
— Tak, jest przepyszne, pani Janino.
— Właśnie widzę, że się ksiądz delektuje — zaczęła z nieukrywaną dumą. — Wcale się temu nie dziwię. To przepis mojej prababki! — Mateusz uśmiechnął się do niej szeroko, rozbawiony. — Zresztą mam z nim wspólny mianownik. Tak jak ja jest wiekowy, ale…
I wtedy zgasło światło. Kobieta krzyknęła.
— Pani Janino, wszystko w porządku?! — zapytał ksiądz, zrywając się ze swojego miejsca. Trudno mu było tak szybko przyzwyczaić się do prawie całkowitej ciemności, ale udało mu się złapać staruszkę za rękę.
— Tak, tak… Uff… Przepraszam za ten krzyk. Wyrwało mi się… Ach, na starość mam nerwy jak królik… — tłumaczyła, zniecierpliwiona sobą.
— Myślę, że to zwyczajna reakcja, zresztą uzasadniona nagłym zdarzeniem. Gdyby stało się coś poważnego, pani krzyk mógłby naprowadzić służby na pani ślad — skontrował cierpliwie Mateusz.
— Lepiej, żebym oszczędzała głos właśnie na takie wypadki… — Pokręciła głową, co zauważył bez problemu. Udało mu się przyzwyczaić wzrok do lekkiej poświaty wpadającego przez okna światła ulicznych latarni.
— Może wyjdę i zobaczę, co się stało — zadecydował. Nie potrafił usiedzieć na miejscu. Takich ludzi, jak pani Janina, może być w tym bloku więcej. Wystraszonych, zdezorientowanych… Może ktoś potrzebuje pomocy.
— Nie wiem, czy ksiądz cokolwiek zobaczy, ale nie będę księdza zatrzymywać.
— Ma pani może latarkę?
— Tak, powinna być w ostatniej szufladzie kredensu…
— Proszę się nie fatygować, sam jej poszukam. Dzięki Bogu latarnie nadal działają…
— To chyba i tak z przeciwnej strony ulicy, proszę księdza. Na mojej są tak jasne, że przez tą, którą mam najbliżej, musiałam kupić grube firany, bo inaczej nie szło spać! Dlatego myślę, że ksiądz niczego nie zdziała. To musi być jakaś większa awaria.
— Bardzo możliwe, ale nie każdy ma takie mocne nerwy jak pani. I nie każdego to zdarzenie zaskoczyło jak nas, szczęśliwie podczas spokojnego siedzenia przy herbacie.
— Muszę przyznać, że przy księdzu czuję się niemożliwie samolubna… Ani przez moment o tym nie pomyślałam. Gdyby tu księdza nie było, zostałabym w mieszkaniu, czekając, aż prąd wróci…
— Proszę się tym nie zadręczać. To ja pewnie martwię się na wyrost i wszyscy spokojnie siedzą w swoich domach…
Mimo to dłużej nie zwlekał. Wolał sprawdzić, czy naprawdę wszystko jest w porządku.
W pierwszej kolejności postanowił odnaleźć mieszkanie Możejki. W żadnym wypadku nie podejrzewał, że inspektorowi mogło grozić jakieś niebezpieczeństwo, ale potrzebował jego wsparcia. Może martwił się zaistniałą sytuacją na wyrost, ale przejście po wszystkich mieszkaniach, aby zapytać mieszkańców, czy nie potrzebują pomocy, wydawała się o wiele prostsza i szybsza, gdyby rozdzielili się i działali jednocześnie. Policjant i ksiądz, dwa zawody, które teoretycznie powinny wzbudzać najwięcej zaufania, a oni, zdecydowanie znani w Sandomierzu, jak najbardziej owe zaufanie posiadali.
Puk, puk.
— Chwileczkę! — usłyszał przytłumiony głos zza drzwi, a zaraz potem, po kilku zastanawiających, stukoczących odgłosach, ktoś nacisnął na klamkę.
Na progu stanął Orest ze świecą w ręku.
— O, widzę, że pan bardziej analogowo… — zauważył Mateusz. Możejko zerknął na latarkę księdza, a potem na swój tlący się ogarek.
— Zostawiłem latarkę na komisariacie… Zresztą, nieważne. Co ksiądz tutaj robi? — zapytał prawie tak, jakby byli na przesłuchaniu.
— Akurat byłem na kolędzie, kiedy w całym budynku zgasło światło i…
— Aha, czyli to nie moje korki szwankują… — wymamrotał zrezygnowany Orest. Gdyby nie ksiądz, pewnie nadal majstrowałby przy bezpiecznikach, choć wszystko wydawało się być tak, jak powinno, co z marszu wzbudzało w nim frustrację.
— Chciałbym sprawdzić, czy nikt z mieszkańców nie zrobił sobie krzywdy w tej ciemności. W końcu ktoś mógł w tym momencie stać na drabinie albo nalewać sobie wrzątek…
Możejko zatrzymał go przed dalszym ciągiem pełnym najczarniejszych scenariuszy. Podniósł rękę, marszcząc brwi.
— Dobrze, dobrze… Niech ksiądz to sprawdzi, a ja pójdę do rozdzielni. Może uda mi się coś zdziałać… A jak nie, trzeba będzie wezwać pogotowie elektryczne…
— Ekhm… Może wolałby pan latarkę? — rzucił Mateusz, kiedy Orest, zamknąwszy mieszkanie, mijał go na korytarzu. Nie oczekiwał takiego obrotu spraw, ale czego mógł się spodziewać po policjancie? Jest problem, więc należy go rozwiązać. No cóż, właściwie pomoc komukolwiek w takich ciemnościach nie byłaby łatwą sprawą, dlatego przywrócenie prądu w pierwszej kolejności brzmiało rozsądnie.
Możejko nie miał ochoty korzystać z pomocy księdza. Jak zwykle w takich momentach czuł, jakby musiał przyznać, że z czymś nie daje sobie rady, a to nieszczególnie przyjemne uczucie. Mimo to wiedział, że głupotą byłoby iść na akcję ze świecą, zamiast z latarką.
— Niech będzie… — przytaknął, szybko i chaotycznie dokonując wymiany. Poczuł się trochę skrępowany, jak prawie zawsze, kiedy stał zbyt blisko Mateusza. Szybko ruszył korytarzem, jakby za nim co najmniej się paliło. Zanim wyszedł na klatkę schodową, zawołał jeszcze przez ramię: — Jak ksiądz skończy obchód, to spotkamy się pod moim mieszkaniem!
-----------
— Panie Podolski! Wszystko w porządku?! — krzyczał jeden z lokatorów bloku, krzepki facet o tubalnym głosie, waląc pięścią w drzwi kolejnego mieszkania.
Mateusz czuł się znacznie pokrzepiony tym, jak toczyła się sytuacja. Chodząc tak od domu do domu i tłumacząc swoje obawy, zbierała się wokół niego coraz większa grupka tych, którzy również chcieli pomóc, zamiast siedzieć bezczynnie w ciemnościach. Bądź co bądź oni lepiej znali swoich sąsiadów, dzięki czemu akcja przyspieszyła.
— Jezus Mario, kto się tak du mnie dobijo!? — usłyszeli starczy głos, zanim mężczyzna otworzył im drzwi.
— Jak dobrze, że nic panu nie jest! — zawołał uprzejmy sąsiad, oddychając z ulgą. — Z pana sercem wszystko w porządku?
— Po to mnie pon budził, żeby o to zapytać? — wypalił oburzony staruszek. — I co to w ogóli za ciemnica? Panuwie jak zbiry w drzwiach stanoły… światła nie szło zapalyć?
— No właśnie sęk w tym, że prądu zabrakło i my… — młody mężczyzna zaczął tłumaczyć, Mateusz już chciał go poprzeć, kiedy nagle lampy rozbłysły. Wszyscy zgodnie zasłonili oczy, porażeni tą nagłą zmianą. Starszy pan z kwaśną miną zaciskał powieki, powoli kodując, co się wokół niego dzieje.
— I problim z głowy. Dobrynoc… — powiedział, jakby to przybyli przyszli do niego po pomoc, a nie na odwrót. Kiedy zatrzasnął im drzwi przed nosem, sąsiad nie mógł wyjść ze zdziwienia, a Mateusz chrząknął, aby się nie roześmiać.
— Wychodzi na to, że rzeczywiście nasz problem się rozwiązał… Dziękuję wszystkim za pomoc! Jesteście wspaniali. A teraz udajcie się bezpiecznie do domów. Z Panem Bogiem!
Bilans szkód był zdecydowanie niższy niż przewidywał: jeden zbity dzbanek, dwójka zapłakanych dzieci pod opieką mamy, jedno zbite kolano, zaatakowane przez mściwą szafkę. Czuł niewysłowioną ulgę, która sprawiała, że jeszcze szybciej pokonywał korytarze, aby tylko spotkać Oresta i przekazać mu uspokajające wieści. Może gdy się rozstawali nie wyglądał na przejętego, ale musiało mu zależeć na bezpieczeństwu mieszkańców. W końcu sam wziął na barki najtrudniejsze zadanie i, jak się okazało, najpewniej musiał mu podołać.
Już wyobrażał sobie, jak chwali wyniki jego pracy, jak żegnają się ze sobą z uśmiechami na twarzach… Tyle, że kiedy dotarł pod jego drzwi, nikogo tam nie było. Zapukał, potem szarpnął za klamkę. Odpowiedziała mu głucha cisza. Ogarnął go niepokój.
Nie, na pewno wszystko jest w porządku, po prostu nie zdążył jeszcze przyjść z rozdzielni.
Prawda?
— Przepraszam pana, wie pan może, gdzie w tym budynku znajduje się rozdzielnia? — zaczepił spieszącego do domu z późnej zmiany mężczyznę w garniturze. Ten nie rozumiał, skąd pytanie, ale po kilku głębokich westchnięciach pokiwał niepewnie głową.
— Chyba wiem… Przejdę z księdzem kawałek i pokażę, w którym kierunku to będzie. A po co księdzu rozdzielnia? — zapytał podejrzliwie, kiedy już szli przez korytarz. Ba, prawie biegli, kiedy Mateusz narzucił tempo wprost proporcjonalne do swojego poziomu podenerwowania.
— Była awaria i mój przyjaciel poszedł to sprawdzić, ale jeszcze nie wrócił.
Mężczyzna skinął głową w milczeniu, nie dociekając. Sam miał sporo swoich zmartwień na głowie, poza tym był już zmęczony po całym dniu, ale uznał, że zrobi chociaż tyle, ile może.
— Widzi ksiądz tamte drzwi? Za nimi jest korytarz, a rozdzielnia to chyba ostatnie pomieszczenie po lewej.
— Dziękuję — wyszeptał Mateusz w pośpiechu i zbiegł po schodach w kierunku wskazanych drzwi. Widząc to mężczyzna pokręcił głową i zawrócił do siebie. Ha, jakby ktoś tak się o niego martwił i do niego ktoś tak biegał, niczym na skrzydłach, jak ksiądz do tego swojego przyjaciela…
--------
To nie było ostatnie pomieszczenie po lewej.
Na szczęście Możejko nie zamknął za sobą drzwi, dlatego otwarty na oścież pokój naprzeciwko od razu przykuł uwagę Mateusza.
— Panie inspektorze? — zawołał, zbliżając się do celu, jednak nikt nie odpowiedział. — Panie Oreście?! — krzyknął mocniej, już z korytarza dostrzegając leżącego na podłodze policjanta. Wpadł do pomieszczenia niczym wiatr i upadł na kolana tuż przy nieprzytomnym Możejce.
Ręce mężczyzny ewidentnie wyglądały na poparzone.
— Panie Możejko? — wołał desperacko, potrząsając za jego ramiona. — Orest!
Nie odpowiadał, a Mateusz poczuł, jakby coś ściskało go w gardle.
Zachowując trzeźwość umysłu, na ile potrafił w takiej sytuacji, odchylił głowę inspektora, żeby jego drogi oddechowe na pewno były drożne. Musiał sprawdzić, czy w ogóle…
Pochylił się nad nim, policzek tuż przy jego ustach, i uważnie obserwował jego klatkę piersiową.
Dziesięć sekund minęło, a ona nie uniosła się ani razu.
Przeszedł go dreszcz. Szybciej, niż zdążył pomyśleć, już dzwonił pod sto dwanaście.
------
— Proszę przystąpić do resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Karetka już jest w drodze — usłyszał głos dyspozytora.
Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Orest nie oddychał, a Mateusz nie miał pojęcia, jak długo już tak leżał bez tchu.
A co, jeśli było za późno?
Strach musiał odrzucić na bok, szybko podejmując się dobrze znanych czynności ratunkowych. Mimo zdecydowanych ruchów, co chwila musiał odganiać od siebie coraz czarniejsze myśli.
Kolejne trzydzieści uciśnięć klatki piersiowej, kolejne dwa wdechy.
Czemu nie oddycha?
Dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa… Zaczynały go boleć ręce, ale ani myślał przestawać. W desperacji miał ochotę jeszcze mocniej naciskać jego serce, aby w końcu zaczęło bić. Wiedział, że nie powinien, bo może mu przypadkiem złamać żebra.
Co więcej mógłby dla niego zrobić?
Kolejne uciski, kolejne wdechy. Czuł się, jak na przerażającym zapętleniu. Walczył o życie, ale nie widział żadnych rezultatów, co przyprawiało go o rosnącą we wnętrzu rozpacz. Oczy zaszczypały go od nagłych łez.
Dwadzieścia dziewięć, trzydzieści, pierwszy wdech, drugi…
I wtedy Orest łapczywie zaczerpnął powietrza. Wyglądało na to, że w panice nie potrafił na powrót spokojnie oddychać.
Nie miał pojęcia, w jakim jest stanie. Czy go widzi, jakie szkody wywołało porażenie, jeśli zatrzymało bicie jego serca?
Położył dłoń na jego ramieniu i ścisnął mocno, starając się dodać mu otuchy. Złapałby go za rękę, gdyby nie była tak fatalnie poparzona.
— Spokojnie, jestem tu. Już wszystko dobrze. Proszę głęboko oddychać — mówił do niego swoim głębokim, spokojnym głosem, który widocznie działał, bo Możejko odzyskał skupienie w oczach, jakby panika odpuszczała. Mateusz cierpliwie instruował go o oddechu, demonstrując na swoim przykładzie wszystkie głębokie wdechy i wydechy. Nie chciał, żeby Orest zaczął zastanawiać się nad swoim stanem, aby znów nie spanikował.
Czekali jeszcze chwilę na przyjazd karetki, ale Mateusz był już spokojniejszy. Miał wrażenie, że mógłby czekać nawet dłużej, teraz to nie miało znaczenia. Przyjaciel wrócił do żywych, nic innego bardziej się nie liczyło.
