Work Text:
Erwin Knuckles niekoniecznie był znany z tego, że podejmował najlepsze decyzje w swoim życiu. Cholera, jeśli miałby się przyznać do czegokolwiek – a unikał szczerości jak plagi – musiałby w końcu dojść do wniosku, który wszyscy wokół wyciągnęli już dawno, dawno temu.
Był idiotą. Niezaprzeczalnie skończonym i do granic możliwości… Idiotą.
Pozwolił sobie na chwilę słabości, chowając twarz w dłoniach, westchnął tak głęboko, jakby siłą własnych płuc mógł odepchnąć najaktualniejszą z głupot, które popełnił i lekko pochylony bujał się, być może z odległości wyglądając, jak pierdolony wariat. Nie dziwił się przechodniom, spoglądającym na niego z niepewnością, pewnym głuchym zagubieniem, tym, które przychodziło tylko po pijaku, tuż po wyjściu z dusznego klubu, z hałasu wspólnej zabawy na miejsce powietrze, głośne w zupełnie inny sposób.
Nie znaczył nic w ich życiach, nie miał dla nich sensu, siedząc na wciąż jeszcze rozgrzanym krawężniku, spięty, zmęczony i podjudzony naraz. Niebezpieczna mieszanka chlupotała w jego wnętrzu, gdy raz po raz przeczesywał siwe loki, nieco już za długie, by dały się utrzymać w pionie i zmierzwione nerwowym ruchem, którego Erwin nie potrafił sobie odmówić, kiedy cały jego świat implodował kolejny raz.
Nie był szczególnie cierpliwy, ani zbyt skupiony na otoczeniu, a chociaż chciał czuć coś innego niż zawód, naprawdę trudno było o to w tych warunkach. Nie mógł uciec, skończyłoby się to tragicznie, pozostanie w miejscu jednak nie leżało w jego naturze. Trwał gdzieś pomiędzy, kiedy jedna z jego stóp tupała mimowolnie w rytm muzyki dochodzącej zza co rusz otwieranych drzwi, dźwięk gitary i tamburynu echem rozlatywał się po jego jestestwie, tak uroczo nieprzygotowanym na to, że piosenka, której latami unikał, dopadała go niemal wyłącznie wtedy, kiedy sięgał dna.
Ironia nie pozwalała się ignorować. Erwin był przynajmniej na tyle rozsądny, by nie próbować tego robić. Przejechał językiem po wewnętrznej części swojej dolnej wargi, a ostry smak zaschniętej krwi na nowo go zdziwił. Syknął, naruszając przerwaną skórę, a ból doprowadził go nieco do porządku.
– No dobra, Knuckles, wstajemy – zapowiedziała kobieta o brązowych włosach, lichej posturze i oliwkowej skórze, twarda w tonie, kontrastującym z jej delikatnym wyrazem. – Nie mam całej nocy.
Erwin chciał z nią dyskutować, chciał spróbować się jakoś wyplątać z tego bałaganu, wiedział jednak, jak blisko balansował od przepaści. Ucieczka, kiedy został rozpoznany, nie wchodziła w grę.
Prędzej jednak by piekło zamarzło, niż on pozwolił na doprowadzenie do celi bez walki.
Podniósł się, nieco chybotliwie, bowiem wciąż kręciło mu się w głowie od nadmiaru alkoholu, który wlał w siebie tego wieczoru. Postanowił właśnie niezliczone shoty winić za zbyt lotną cierpliwość i zbyt lekką rękę. Sam zadecydował, żeby pójść do baru i zapić się niemal na śmierć. Sam ubrał się niezbyt cnotliwie, w obcisłe jeansy i niemal przezroczysty top stworzony z dziesiątek nitek kryształów. Sam prosił się o komentarze, które nie miały nic z flirtu, a jedynie z pogardy, która była nieodłącznym elementem jego życia. Nie miał niczego i nikogo, kto mógłby powiedzieć mu, jak złą decyzją było pójście do akurat tego baru i wybieranie najgorszego z facetów w środku, by próbować owinąć go sobie wokół palca. Mógł być miejscowym, ale na pewno nie pasował do tego środowiska.
Mógł mieć całe hektary farm, dziesiątki koni i krów i nieskończone połacie sadów, ale w momencie, kiedy zakładał cokolwiek niemieszczącego się w teksańskim rozumieniu męskości, był tylko łatwym celem do zgniecenia gdzieś w zaułku.
W głowie kręciło mu się bezlitośnie, wycie policyjnych syren i czerwień raniąca jego nadwrażliwe oczy były nie do zniesienia, ale i tak ruszył w odwrotnym do zamierzonego pierwotnie kierunku, posuwiste ruchy jego jakże ciężkich nóg nie zaprowadziły go aż tak daleko, jak tego pragnął.
Skute z przodu nadgarstki wcale nie pomagały w utrzymaniu sensownej postawy w trakcie śmiesznego biegu, w jakim próbował się oddalić.
Policjantka westchnęła tylko głośno, dając wyraz beznadziei, jaką był Erwin Knuckles.
Uwierz mi, kochana, wiem to doskonale.
Krzywił się, a jego niezdarność pogłębiona alkoholem i złością, dała się we znaki, kiedy potknął się o nieistniejącą przeszkodę i jedynym, co powstrzymało go przez rozwaleniem sobie twarzy, były ręce kobiety tuż za nim. Złapała go za barki i przytrzymała, natychmiast przyciągając go z powrotem do radiowozu, pod którym wcześniej siedział. Wypuścił z ust powietrze, zirytowany, choć wcale nie zaskoczony, nie miał bowiem szans w swojej desperacji. Nie miał pojęcia, co nim kierowało, gdy bez dalszej walki pozwolił kobiecie na przekucie jego rąk z przodu na tył, w o wiele bardziej niewygodną pozycję.
Jakiś cichy głos podpowiadał mu, że zasłużył na to i że powinien siedzieć cicho, nie wkurwiać już ani policjantów, ani samego siebie.
Nie, to również nie leżało w jego naturze.
Jako że był masochistą, doskonale świadomym, z jakiego powodu wybrał ten bar i dlaczego akurat wybrał go tego wieczoru, nie potrafił się powstrzymać przed wypowiedzeniem całej pierdolonej prawdy, z którą siedział zwykle zupełnie sam.
– Czuję się zaszczycony, że tym razem pakujecie mnie do Chargera – mruknął, kiedy kobieta upewniała się, że jego kajdanki są zapięte odpowiednio. Uśmiechnął się, zaznajomiony nieco zbyt dobrze z procedurą. – Lepsze to niż alternatywa.
Skrzywił się, gdy niechciane wspomnienie zaatakowało jego zmysły. Za wszelką cenę walczył ze sobą i ze swoim umysłem, i tęsknotą, byle tylko nie mogło się rozwinąć i kolejny raz go torturować.
– Oficer trzeciego stopnia, Emily Brown, numer odznaki 423. Czy ma pan przy sobie coś niebezpiecznego? – zapytała, ignorując jego wynurzenia.
Erwin zamrugał, otworzył usta, próbując odpowiedzieć, nie potrafił jednak wydusić z siebie nawet słowa.
– Ma pan przy sobie coś niebezpiecznego, panie… – Zatrzymał się, po czym parsknął. Patrzył pewnie na jego dowód osobisty. – Co to za nazwisko w ogóle?
Erwin żachnął się, opierając wygodniej o maskę rozgrzanego radiowozu. Zaciskał zęby, a górna warga mimowolnie uniosła mu się, odsłaniając kieł. Czuł złość, czuł zawód, ale przede wszystkim – i wbrew sobie – czuł przyciąganie.
– Dumne, oficerze. To samo, które nosił mój ojciec, a przed nim jego ojciec. To samo, dzięki któremu istnieje to miasto, a pan ma za co kupić sobie koszulę z flaneli i gotowca do podgrzania w mikrofali.
Nie widział twarzy policjanta od momentu, kiedy siłą został wyciągnięty ze swojego Jeepa, ale potrafił sobie wyobrazić, jak ten przewraca oczami. Erwin sam by nimi przewrócił. Co on w ogóle robił, próbował imponować jakiemuś podrzędnemu facecikowi, który potrzebował odznaki, żeby poczuć się ważny?
Miał ochotę samego siebie kopnąć.
– Cóż, wielkie pierdolone dzięki, panie Knuckles. Ukłoniłbym się, ale jestem z lekka zajęty – parsknął kolejny raz, tym razem bliżej, a jego oddech połaskotał kark Erwina. – A teraz proszę odpowiedzieć na moje pytanie, zamiast puszyć się jak najsmutniejszy kogut w kurniku.
Erwin otrząsnął się natychmiast.
Pokręcił głową, niezdolny do udzielenia werbalnej odpowiedzi, beznadziejnie zatopiony kolejną falą złości.
– Przeszukam teraz pana szybko – poinformowała, akceptując jego milczenie.
Jej dłonie błyskawicznie przesuwały się po jego ciele cal po calu, a on zastygł, co bowiem miał innego zrobić, zupełnie bezbronny wobec swojego pijackiego umysłu? Czuł, jak warga mu drży, niegotów na kolejną falę żalu.
Jego dłonie były duże, znacznie większe niż Erwina, zdecydowanie cieplejsze i spokojniejsze. Poczuł je najpierw na swoim nagim karku, zdecydowanie nieuzbrojonym, chociaż dla policjanta nie miało to szczególnego znaczenia. Poruszał nimi w dół kręgosłupa Knucklesa, nie robił tego w żadnym innym celu, jak tylko upewnić się, że na plecach Erwina nie znajduje się pas na broń, to była dość standardowa procedura.
Nic jednak nie powstrzymało ciała Erwina przed najbardziej zawstydzającym i intensywnym dreszczem pod żarzącym teksańskim słońcem. Zacisnął zęby, gwałtownie się prostując, w szoku, że coś tak przyziemnego i denerwującego mogło go… pobudzić. Nie odwracał się do oficera, wypuścił jednak z ust powietrze, niczym wściekły byk.
Bezwstydne dłonie przejechały przez jego żebra, stamtąd w dół pleców, długie palce wodziły przez ubranie po jego ciele, a Erwin był o krok od zazgrzytania zębami. Czuł ciepło, zupełnie inne od zwykłego upału i ani trochę nie podobało mu się to, jak reagował.
Rozsądek podpowiadał mu, że to zupełnie normalna reakcja na bliskość, a on dawno już nie miał okazji być nikłe cale od drugiego człowieka. Ignorował go jednak na poczet rodzącej się złości, powodowanej stratą czasu i energii na coś tak bezużytecznego, jak kontrola prędkości.
Którą zawalił dość koncertowo, trzykrotnie przekraczając przepisową szybkość.
Na swoją obronę miał to, że jedna z jego klaczy zaczynała właśnie rodzić, a on był w sąsiednim mieście. Potrzebował dotrzeć na czas na farmę, bowiem nigdy wcześniej nie przegapił narodzin swoich stworzeń.
Obrona ta jednak nie brzmiała najrozsądniej w obliczu sztywnego policjanta, który nadal trzymał na nim swoje pierdolone ręce, doprowadzając go cal po cal do szału. Erwin chciał mu przywalić, wsiąść do jego radiowozu i pospieszyć na Vanilla Farm tak szybko, jak tylko mógł, ale gdyby to zrobił, mógłby nie zdążyć na żadne następne narodziny źrebiąt swojej rodziny.
Nie pomogło na pewno też to, że użył tak wielu obelg wobec policjanta, że ten nie patyczkował się nawet, wyciągając go siłą z samochodu. Pewnie na to zasłużył, zachowywał się koszmarnie.
Ale miał dość, wszystkich i wszystkiego, chciał jedynie dożyć dnia, kiedy samotność wreszcie nie będzie mu przeszkadzać.
Oddech mu się urwał, gdy dłonie wylądowały na jego pośladkach, nieco szybciej zjeżdżając ku udom, jak gdyby tam była granica, której policjant nie chciał przekraczać. Erwin przewrócił oczyma.
Teraz nagle się powstrzymuje?
– Nie mam w majtkach żadnej broni, ja pierdolę – wysapał wściekle, modląc się, by oficer wreszcie odpuścił.
– Muszę się upewnić – dostał w odpowiedzi. Głos policjanta był twardy, nieznoszący sprzeciwu. – Nie takie rzeczy widziałem.
– Są lepsze sposoby, żeby mnie poderwać.
Jego słowa nie doczekały się riposty, a mężczyzna podniósł się z przysiadu, by obrócić Erwina w swoją stronę. Przez trzy absurdalnie długie sekundy przyglądali się sobie, mrugając w szoku, kiedy ich losy wiązały się bezpowrotnie.
Kobieta przestała go dotykać, szybko recytując mu jego prawa, nie była ani szczególnie zaangażowana w dalszą wymianę, ani ciekawa potencjalnej reakcji Erwina. Traktowała go jak każdego innego rozrabiakę w tym mieście: krótko i bez ceremoniałów.
Wiedziała, kim jest. Każdy wiedział. Tym razem powstrzymał się przed zadarciem nosa i nieudolną próbą sprowadzenia jej na dno, w którym sam szamotał się od cholernie długiego czasu.
Dla Emily Brown, oficer trzeciego stopnia, numer odznaki 423 był tylko pijakiem, awanturnikiem, który mimo trzydziestu pięciu lat na karku wciąż nie znał swojego miejsca. Przyszedł do tego baru, żeby się upić i pokrzyczeć, a im bardziej inni próbowali go uciszać, tym głośniejszy był. Im mocniej tłamszono jego ból, tym silniej dawał mu wyraz. Jego cierpienie było problemem każdego mieszkańca tego miasta, Erwin tyle przynajmniej mógł.
Zagryzł wargę, po czym skrzywił się, bowiem sam kolejny pierdolony raz naruszał poranioną skórę. Ale przyjmował ten ból niejako z ulgą, preferował go ponad to, co działo się w jego wnętrzu, gdzie aktualnie serce czyniło największe zniszczenia, a wątroba walczyła z nadmiarem alkoholu, jaki w siebie wlał.
Nadal kręciło mu się w głowie, kiedy z asystą zasiadł na tyle radiowozu.
Policjantka przepięła kajdanki z tyłu jego ciała, pozwalając mu na nieco więcej wygody. Przypięła jego prawą rękę do uchwytu do przedniego siedzenia i zapięła mu nawet pasy. Położyła mu na kolanach jego skórzany kapelusz, ten sam, który…
Erwin zamrugał ze zdziwienia. Nie spodziewał się częściowej wolności, zwłaszcza po nieudolnej próbie ucieczki. Ludzka sympatia, z jaką go potraktowała kobieta, była mu… Nieco obca.
Niemal tak, jakby Emily mu współczuła.
Często mrugał tej nocy. Alkohol mieszał mu w głowie bardziej niż zwykle, zamiast wyciszać to, przed czym Erwin uciekał, zdawał się to wzmagać. Jego ubranie lepiło się od drinka, którego na niego wylano, co przeszkadzało mu podwójnie. Wolną ręką próbował poprawić jakkolwiek swoją sytuację, było to jednak zbyt trudne, gdy w ciemności pojazdu ledwie dostrzegał kontury swojego ciała. Niezdolny do poprawienia swojego aktualnego stanu, oparł tylko głowę o zagłówek i westchnął nieco żałośnie.
Patrzył w szary sufit, miękki i irytująco znajomy, jak zwykle nieznośnie smutny.
Potrzebował podzielić się tym smutkiem, nie mógł być z nim sam.
– Zakochałem się kiedyś – odezwał się, zaburzając ciszę, w której do tej pory trwali.
Podniósł głowę, nie mógł już patrzeć na szarość, która przypominała mu te oczy. Wolał coś bardziej rzeczywistego, coś, co istniało wciąż i było namacalne. Policjantka drgnęła lekko, chyba zdziwiona tym, że zatrzymany próbuje podjąć rozmowę. Szybko jednak zaskoczenie zniknęło za maską profesjonalizmu.
„Ten pierdolony profesjonalizm kiedyś cię wykończy.” Słowa, które kiedyś wypowiedział w twarz człowieka, za którym z uporem maniaka podążał, odbijały się teraz od jego serca. Poczuł znowu ból.
– Każdy kiedyś się zakochał, złotko – odpowiedziała kobieta, nie racząc go nawet spojrzeniem w lusterku wstecznym. – To nic wyjątkowego.
Erwin uśmiechnął się smutno, stukając palcami wolnej dłoni po skórzanej tapicerce, rytm prześladującej go piosenki sam znowu go odnajdował. Oczywiście, że tak.
– To było, proszę mi wybaczyć bluzgi, całkiem, kurwa, wyjątkowe – odparł cicho. Odchrząknął, gdy jego gardło znowu go zdradzało. – To, co mieliśmy.
Nigdy nie był specjalnie sentymentalny po alkoholu, dlatego po niego sięgał. Co zatem się zmieniło?
– Warto było to zrujnować?
Prychnął. Zacisnął dłoń w pięść. Poczuł pieczenie pod powiekami. Wziął głęboki wdech. Otwarta rana na ustach znowu zabolała. Jego pierdolone zdradzieckie serce zaskrzypiało, kiedy jego bramy otwierały się na oścież, zapraszając do krainy cierpienia każdego, kto był choć trochę ciekawy.
– Może panienka nie uwierzyć, ale ten jeden raz to nie ja spierdoliłem sprawę.
Wiele mógł sobie zarzucić, nie był człowiekiem idealnym, ani szczególnie mądrym, ale to jedno nie było jego winą. Nie potrafił wciąż i wciąż wybaczyć sobie, że zakochał się akurat w tym człowieku i akurat w tym czasie, ale nie on podjął decyzję, by podpalić absolutnie wszystko, co mieli i obserwować z daleka, jak zamienia się w kupkę popiołu.
Nie, on po prostu wcześniej sabotował ich relację za każdym razem, kiedy tylko mógł.
– Znam pana tylko z daleka i wiem, jak załatwia pan sprawy. Kimkolwiek był ten człowiek, na pewno przyjął pańską pomoc w autodestrukcji.
Jej słowa cięły go jak nóż, zapewne głównie dlatego, że nie dość, że były szczere, to jeszcze prawdziwe. Nie przyznawał się jednak do tego, tak jak udawał, że ścisk w jego gardle spowodowany jest alergią na zbytnią otwartością.
– Minęło już sporo czasu, odkąd opowiadałem komukolwiek tę historię, więc jeśli panienka pozwoli, muszę się skupić – wymamrotał, zmieniając kompletnie kierunek rozmowy. W jego głowie buzowało, a on sam z jakiegoś powodu czuł, że być może wyrzucenie tego wszystkiego pozwoli mu wreszcie zostawić za sobą przeszłość, której powidoki oślepiały go każdego dnia.
Ciemność radiowozu zdecydowanie pomagała. Szum radia policyjnego sprawiał, że cisza nie była tak zgrzytliwa.
Emily nie oponowała, westchnąwszy tylko cicho, zmieniła bieg i skręciła ostro w prawo.
– Zna panienka zapewne Gregory’ego Montanhę – zaczął, oczekując prostej odpowiedzi.
Pierwszy raz jej oczy spotkały się z oczyma Erwina w lusterku, malowało się w nich zaskoczenie. Uśmiechnął się nieznacznie, choć jedynie gorzko, spodziewał się tej reakcji. Nikt miał nie wiedzieć i przez długi czas zupełnie nikt nie wiedział, Montanha już się o to postarał.
– Głównie z opowieści – odparła z jawną niewygodą w głosie. Wszyscy znali wersję tej opowieści z perspektywy Montanhy. – Ale nigdy nie miałam… przyjemności.
HA.
Erwin nie odpowiedział od razu, bowiem instynkt podpowiadał mu jedynie zgryźliwe i niekoniecznie przydatne w tamtej chwili teksty. Chciał zrobić to po swojemu, zamknąć za sobą etap życia, w którym tkwił już tak długo. Duch jednego cholernego roku prześladował go od tak dawna, że nie wiedział już, jak funkcjonować, ale ta jazda radiowozem stanowiła dla niego ostatni alarm.
– Był początek lipca, kilka tygodni przed pierwszymi zbiorami. Spieszyłem się cholernie na poród moich źrebiąt i wtedy trafiłem na niego. Pech chciał, że poznałem go kilka dni po przyjęciu do lokalnej jednostki policji. Był wtedy nowym oficerem, świeżo po rekrutacji, którą przeszedł bez problemu, taki z niego był już ideał – westchnął bez energii. Wbił się głębiej w fotel i spojrzał przez okno. Zmieniający się co rusz krajobraz poprzecinany był światłem i nocą, drewnianymi palami, między którymi wiły się metalowe zasieki, na tyle wytrzymałe, by powstrzymać hordy wściekłych krów. Czuł, że podobne owijają powoli jego ciało, zaciskając się na nim tak, by stał się wyłącznie żałosnym łkaniem. – Jeździł nowiutką Crown Victorią, niemal identyczną do tej, którą dostałem lata wcześniej od mojego ojca na osiemnastkę. To była bestia, z gatunku tych, które nie poddają się nigdy. Lubiłem ten samochód – mówił dalej. Zatrzymał się na chwilę i zamyślił się. – Był niemal niezniszczalny. Miał charakter. I moc, jakiej nigdy wcześniej nie znałem.
Kobieta odchrząknęła niegrzecznie, a Erwin zmierzył ją równie niegrzecznym spojrzeniem.
– Czy ta historia dokądś zmierza? – zapytała.
Zacmokał lekko, ignorując ukłucie bólu wargi, oblizał ją tylko, napawając się tym, że, pomimo wszystko i na przekór absolutnie każdemu, wciąż żył.
– Oczywiście, bo wie panienka, takich samochodów się nie zapomina – odparł spokojnie, choć jego serce biło szaleńczo i tak mocno, jakby chciało z niego wyskoczyć. – Tak samo jak ludzi, którzy je prowadzą.
Zamruczała coś pod nosem, Erwin ją zignorował. Nie zamierzał teraz przerywać, kiedy domykał klamrą doświadczenie, które zdawało się go rozgrzewać i mrozić zarazem, zatrzymywało go w miejscu i dodawało mu tempa.
– Widzi panienka, tamtego dnia, kiedy go poznałem, zatrzymał mnie do kontroli. Od słowa do słowa nazwałem go brzydko, a on złapał mnie za poły i wytargał z mojego cudeńka, żeby nauczyć mnie dobrych manier. – Erwin pokręcił głową, doskonale pamiętając, jak to wszystko potoczyło się dalej.
– Nie wyszło mu chyba zbytnio – zauważyła policjantka.
Erwin uśmiechnął się lekko, choć uśmiech nie miał tyle mocy, by dosięgnąć jego zmęczonych oczu. Zatrzymał się gdzieś w połowie, a wraz z nim rozrzewnienie Knucklesa.
– Na obronę Gregory’ego Montanhy – choć Erwin nie wierzył, że mógłby go kiedykolwiek obronić – nigdy nie należałem do zbyt posłusznych.
Emily zwolniła znacząco, wreszcie nieco zaangażowana w historyjkę, którą próbował zabawić ją Erwin. Przez krótki moment miał szansę nie czuć się sam na świecie, porzucony przez człowieka, któremu prawie oddał serce. Nie miał rodziny, odeszła już jakiś czas temu, miał tylko konie, krowy i szum drzew. W szumie za głośno słyszał swoje myśli i żadna ilość pracy nie potrafiła ich odegnać.
– Uczył mnie ich, odczytując mi moje prawa – kontynuował, by nie dać im wygrać i tym razem. – Przeszukał mnie, skuł i wrzucił do swojej Crown Victorii, pachnącej jeszcze świeżością, nietkniętej zapachem zepsucia. Myślę, że mogłem być pierwszą osobą, którą aresztował.
– Za przekroczenie prędkości? I obrazę funkcjonariusza? – zdziwiła się kobieta.
Erwin wzruszył ramionami. To było doskonałe pytanie.
– Przyznam się bez bicia… – Chyba pierwszy raz w życiu, co, Erwin? – Że użyłem całkiem kreatywnej wiązanki, trochę po to, żeby przetestować jego cierpliwość.
– I jak?
Erwin zaśmiał się chrapliwie na wspomnienie reakcji Gregory’ego, który natychmiast poczerwieniał, napiął się i wyprostował tak, jakby połknął kij. Później dowiedział się, że Montanha przez dziesięć lat służył w wojsku, więc jego reakcja na brak posłuszeństwa nie była naturalna, a wyuczona. Nowa rola i brak szacunku wobec munduru policyjnego musiały działać mu na nerwy.
– Nie najlepiej, proszę panienki. Okazało się, że pan Montanha nie zna tego słowa. Co jeszcze gorsze, mnie też nie do końca można nazwać cierpliwym. Niech sobie panienka wyobrazi, że dwa płomienie spotykają się gdzieś pośrodku. Gdy je połączyć, zawsze któryś będzie chciał wygrać, zawsze jeden spróbuje połknąć drugi. Będą walczyć o przewagę, nawet jeśli z daleka wyglądać będą jak wielki pożar.
– Bardzo poetyckie powiedzenie, że się pan sparzył – podsumowała Emily.
Knuckles pokręcił głową, jego palce stale wystukiwały ten sam rytm, a w gardle pojawiła mu się gula, której tak nienawidził. Alkohol tej nocy nie był zupełnie jego sprzymierzeńcem, doprowadzając go na skraj płaczu.
Jak wytłumaczyć złamane serce tak, by drugi człowiek pojął ciężar tego uczucia?
– Nie, proszę drogiej panienki, sparzyć można się gorącym kakao, może świeżą kawą, my… My się nie sparzyliśmy. My… – Zatrzymał się. Ucisk w zatokach robił się nieznośny. – My spłonęliśmy. Gregory nas spalił. Pewnie powinienem się spodziewać, jak to się skończy, skoro zaczęło się tak, a nie inaczej. Chociaż doceniam ten piękny środkowy palec, który świat właśnie mi wystawia.
– To znaczy? – dopytała, zdecydowanie zaangażowana Emily.
Erwin uśmiechnął się smutno, gotów pożegnać część siebie.
– Bo widzi panienka, zaczęło się od bluzgów, aresztowania i wrzucenia mnie do radiowozu. Od tamtego czasu nie miałem wątpliwej przyjemności dać się przewieźć jednym z waszych wspaniałych pojazdów. Złe wspomnienia i tak dalej – wyjaśnił bezceremonialnie. Patrzył jej w oczy, odbite w lusterku i zaciekawione. Dawno już zauważył, że jeździła z nim w kółko, zamiast dowieźć go na komendę, bo chciała poznać niesławnego Gregory’ego Montanhę, człowieka, który uchodził za jedno, a okazał się być – ku najszczerszemu zadziwieniu Erwina – kompletnie kim innym. Wciąż był pijany, rozżalony i gdyby mógł wszystko zmienić, pewnie by to zrobił. – Bo ostatnio, jak jechałem radiowozem, proszę panienki… Właśnie wtedy się zakochałem.
*
Był irytująco piękny. Z gatunku tych, którzy stanowili zawsze inspirację dla powstania najpiękniejszych rzeźb, ożywione miał oczy, szarobrązowe i tak głębokie, że Erwinowi wydawało się, że mógłby w nich utonąć. Policzki miał zarysowane dość ostro, oprószone kilkudniowym zarostem, ich centrum stanowił zakrzywiony lekko nos. Zadarty nieco i pochylony stanowił dla Erwina niezwykle ważną informację, że policjant kiedyś musiał oberwać.
To Erwina zaskoczyło najbardziej: jego własna złość, nagła i niespodziewana, kiedy uświadomił sobie, że ktoś inny kładł rękę na twarzy tego człowieka.
Natychmiast po złości przyszedł szok. Brzydka emocja, wyzwalająca nowe pokłady uszczypliwości w jego drobnym ciele.
Patrzyli sobie w oczy, równie zaskoczeni swoimi reakcjami.
Gregory Montanha najwyraźniej nie był obojętny na to, jak wyglądał Erwin. Wodził wzrokiem po jego ciele, wzrokiem ciemniejącym z każdym calem, który przemierzał.
Co się właśnie działo?
– Wciąż jestem aresztowany, czy może mnie wypuścisz? – warknął, tracąc resztki cierpliwości. Pomiędzy grubym spóźnieniem na poród a oczyma, które zdawały się go chłonąć w trakcie zatrzymania, niewiele jeszcze w sobie miał. Był trzy westchnięcia od wybuchu, jeszcze gorszego, niż ten, przez który znajdował się pod radiowozem w kajdankach. – Jestem cholernie spóźniony, a twoja sesja pożerania mnie wzrokiem może poczekać, aż będę wolny. – Dla efektu zgromił policjanta twardym spojrzeniem. – Później.
Gregory Montanha wydawał się niezwykle zbity z tropu, jak gdyby nigdy wcześniej nie spotkał się z tak otwarcie chętnym mężczyzną. Przypominał nieco zwierzątko, stojące na drodze rozpędzonego samochodu. Toczone wścieklizną zwierzątko. Coraz bardziej rozjuszone i coraz szybciej oddychające zwierzątko. Trzymał w dłoni jego dowód osobisty i prawo jazdy, spojrzał na nie jeszcze raz, po czym jego oczy wbiły się w Erwina Knucklesa, widziały go pierwszy raz, a wydawało się, że zdążyły go już posiąść.
Były naprawdę piękne.
Erwin nie miał na to czasu.
– Więc? – zapytał jeszcze, unosząc brew.
Gregory otworzył tylne drzwi radiowozu i bez słowa wepchnął do środka Erwina, zirytowanego tym, jak niewielką miał władzę nad nieposłusznym funkcjonariuszem i zawiedzionego samym sobą. Pierwszy raz miał nie zdążyć na poród młodych i wszystko tylko dlatego, że świeżynce zachciało się patrolować akurat główną z dróg, tę, której nikt miał nie pilnować.
Drzwi trzasnęły głośno tuż przy jego głowie, a on podskoczył na siedzeniu, krzywiąc się. Szybko wbił się w skórę, mieląc przekleństwa, którymi nie chciał pogarszać swojej sytuacji i ryzykować, że utknie w areszcie na pełne czterdzieści osiem godzin. Jego prawnik śmiałby się z niego zbyt długo i wypominałby mu to nawet na łożu śmierci.
Bo świat nigdy nie jest szczególnie sprawiedliwy.
– Co z moim Jeepem? – zapytał, przytomniejąc wreszcie.
– Będzie do odbioru z parkingu policyjnego po tym, jak odsiedzisz swoje – poinformował go Gregory głosem nieznoszącym krztyny sprzeciwu.
– Od kiedy jesteśmy na ty? – prychnął Erwin.
Montanha spojrzał na niego w odbiciu lusterka wstecznego, a szarobrązowe oczy przyszpiliły Erwina w miejscu, nie pozwalając mu na żaden ruch. Czas płynął inaczej, chociaż na zewnątrz minęły jakieś trzy sekundy, wymiana między nimi zajęła trzy pokolenia, utknęli, a powietrze wokół nich elektryzowało się.
Co się, kurwa, działo?
– Ty mi powiedz – odburknął Gregory, przerywając komunię pierdolonych dusz, która zadziewała się mimo wolni Erwina. – Ty zacząłeś pierwszy.
Knuckles zaśmiał się w głos.
– Ja zacząłem pierwszy? Czy my jesteśmy w przedszkolu?
– Zważywszy na twoją wcześniejszą gadkę, strzelałbym, że jesteś rozwydrzonym nastolatkiem urodzonym na pieniądzach swojego tatusia – mruknął z toną szyderstwa, a Erwin miał ochotę mu przyłożyć.
Co na pewno nie poprawiłoby jego sytuacji. Poprzestał zatem na ostrym:
– Ja rządzę tym miastem, ty jesteś tu przejazdem. Nie jesteśmy tacy sami.
Montanha skinął głową, a obrzydzenie wymalowało się na jego absurdalnie pięknej twarzy. Erwin żałował, że to zauważył, teraz nie mógł już odwidzieć tego, jak atrakcyjny był ten idiota.
– Masz rację, ja próbowałem załatwić to w cywilizowany sposób, a ty nazwałeś mnie, cytat dla potomnych i oskarżyciela, „głupią kurwą bez honoru”.
Erwin mógł lepiej to rozwiązać, było jednak za późno.
– To takie powiedzenie w tych stronach.
– Jestem z Austin, nie z kosmosu, Knuckles – odwarknął policjant. Nie dało się zignorować akcentu, który wybrzmiewał w jego złości. – Za obrazę funkcjonariusza jest grzywna, którą zapłacisz.
– Mogę zapłacić ci nawet teraz, bylebyś mnie stąd wypuścił. – Natychmiast, gdy to powiedział, pożałował. Niestety jego impulsywność była szybsza. Nie zdążył ugryźć się w język.
– Próba przekupienia funkcjonariusza jest karana pozbawieniem wolności – odpowiedział bezbarwnym tonem Gregory.
– Nie próbuję cię przekupić, oficerze – próbował się wybronić Erwin. – Nie tak tutaj się rozwiązuje sprawy.
Gregory nie zaszczycił go myślą, która go widocznie naszła, chmurząc wyraz jego twarzy i pociemniając jego wzrok. Erwin oddałby wszystko, by przez ten jeden moment usłyszeć wszystko, o czym myślał policjant. Cokolwiek aż tak go denerwowało, było istotne.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł aż takie przyciąganie. Miewał chwile słabości, kiedy szukał ciepła drugiego człowieka, były one jednak łatwe do rozwiązania, szybki numerek tu i tam, zero niepotrzebnych zobowiązań i rozproszeń, które każdego dnia mogły go słono kosztować.
Ojciec nauczył go, że szacunek rzadko zdobywa się uśmiechem, a zaufanie jest czymś, co dla wielu nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Łatwo było je sprzedać, łatwo było je sponiewierać, łatwo było je stracić. Wielu ceniło sobie bardziej sekrety jego rodziny i pieniądze, które przywiodły im wszystkie wpływy, z których latami korzystali.
Nawet teraz twardy głos z przeszłości zdawał się go przestrzegać przed szukaniem uwagi tego człowieka, do którego Erwin czuł nie tylko pociąg, co raczej… Czuł przyciąganie. Jakby Gregory Montanha był gwiazdą, wokół której Knuckles miał od teraz krążyć.
Idiotyczne, bezsensowne i niebezpieczne.
Coś, w czym Erwin był doskonale obeznany i po co sięgał zbyt często, by było dla niego dobre. Nic w nadmiarze nie służyło jego sercu, zwłaszcza przyjemność.
Westchnął.
Kolejny pierdolony raz.
Chciał przetrzeć dłonią twarz, ale był skuty z tyłu. Chciał krzyczeć, ale nie zamierzał oddać Gregory’emu Montanhie satysfakcji. Chciał rozpłynąć się w powietrzu, ale nie istniała na tym świecie żadna sprawiedliwość.
– Spieszyłem się do porodu moich koni – wyznał wreszcie, licząc na odrobinę współczucia. – Dlatego przekroczyłem prędkość.
Gregory nie odzywał się, jadąc przed siebie, prędkością idealnie mieszczącą się w granicach prawa. Oczywiście, nawet w tym musiał być idealnym przykładem dla toczącej się rany na ego Erwina.
– Na drodze mogła stać krowa, której byś nie zauważył, jadąc z tą prędkością – przerwał ciszę. – Masz trzydzieści lat, za dużo, żeby nie mieć świadomości, jak śmiertelna jest brawurowa jazda.
– Ta droga nie jest używana przez nikogo innego – odparł, mając doskonałą świadomość, jak ułomny jest ten argument. Nie zamierzał jednak odpuścić. – To moja prywatna droga.
– Och, bo Knucklesowie mają w posiadaniu całe drogi, tak? – parsknął Gregory, a kiedy Erwin nie dołączył do niego z humorem, spoważniał natychmiast. – Pierdolisz w tym momencie.
Knuckles pokręcił głową, patrząc na niego uważnie i z tą wyniosłością, której nauczył go ojciec. Respekt zdobywało się powagą i siłą, uporem i pracą.
– Moja farma to moje życie, oficerze. Scheda moich przodków to najważniejsze, co mam – wyjaśnił, siląc się na ton tak szczery, jak tylko mógł sobie na to pozwolić. Omijał wszystko to, czego nienawidził w swoim zadaniu, samotności, która była cieniem życia, które wiódł. Chciał jedynie zapomnieć o wszystkim, co nie było ważne. – I te konie… Są dla mnie jak rodzina. Nie darowałbym sobie, gdybym nie zdążył przyjąć na świat młodego, który ma służyć mi przez lata jak przyjaciel.
To było niskie z jego strony, grać na wrażliwych strunach Teksańczyka, ale jeśli miał dotrzeć dzisiaj do domu, to tylko tyle mógł. Wydął lekko usta, patrzył z błaganiem przed siebie, prosto w to lusterko, gdzie miał nadzieję zobaczyć zaraz szarobrązowe oczy o głębokości całych oceanów. I wkrótce tak właśnie się zdarzyło. Wymienili spojrzenie pełne tego, co niewypowiedziane i Erwin poczuł, jak kolejny dreszcz przepływa przez jego kark, kiedy Gregory Montanha zdawał się topnieć pod wpływem jego słów, słodkiego tonu i jeszcze słodszego spojrzenia.
Knuckles naprawdę dawał z siebie wszystko.
Policjant nie zmieniał jednak zdania, przynajmniej nie dawał takiego znaku werbalnie.
Co zaskoczyło Erwina, na następnym napotkanym skrzyżowaniu Gregory zakręcił w lewo, nie w prawo, kierując się w stronę farmy. Knuckles nie dziękował mu, nie wiedział bowiem, czego powinien się spodziewać, gdy dotrą na farmę, jedyne miejsce docelowe w zasięgu wielu, wielu mil w tamtym kierunku. Kilka następnych minut upłynęło w akompaniamencie gitarowej piosenki o pijackiej miłości, która w przyszłości miała zostać hymnem smutnego życia Erwina Knucklesa. Wtedy tego nie wiedział, wsłuchując się w słowa uważnie, z lekkim uśmiechem schowanym w kąciku ust.
– To nie przysługa, a ty nadal jesteś aresztowany – poinformował Erwina Montanha tym samym sztywnym tonem. Zatrzymał się przy bramie wjazdowej Vanilla Farm. Wysiadł z samochodu, szybko znalazł się przy jego drzwiach i je otworzył. Patrzył na niego, wcale już nie chłodno, i westchnął ciężko. Przepiął kajdanki tak, by jedna z nich zapięta była na jego nadgarstku. Erwin spojrzał na niego głęboko zdziwiony. – Ale jeśli cokolwiek w twoim życiu jest dla mnie zrozumiałe, to właśnie te zwierzęta i twoja miłość do nich.
W słowach Gregory’ego kryła się prawda, skrupulatnie związana uczuciami, do których Erwin nie miał dostępu.
Jeszcze.
Erwin był zdeterminowany, by poznać każdą myśl, każde uczucie, każde wspomnienie, które chowało się w szarobrązowych oczach o sile przyciągania zgoła większej od grawitacji Ziemi, po której stąpali. Uśmiechnął się szeroko, wbrew sobie i wbrew wszystkiemu, czego nauczył go jego ojciec. Może jednak miał jeszcze trochę zaufania, którym mógł poszastać.
– Więc zobaczysz poród młodych, przywitasz je, nadasz im imiona i dasz się zamknąć, jak porządny człowiek – dodał, a jego rysy zmiękły nieznacznie, ale wystarczająco, by dodać mu jeszcze więcej uroku, przez który Erwin chciał zakląć.
Pokusił się o pytanie, trochę nawiązujące do piosenki, która brzmiała jak obietnica, a może przepowiednia całej jego przyszłości.
– A dasz mi wtedy zadzwonić?
Gregory pociągnął go w swoją stronę, usiłując wyrwać go z objęć Crown Victorii, która nie widziała jeszcze zupełnie nic. Ale Erwin nie martwił się zbytnio, jeszcze moment, jeszcze chwila i zamierzał ją ochrzcić. Montanha nie spodziewał się tego, jaki huragan idzie wprost na niego. Trzymał się stabilnie w środku, jak na ironię, chcąc zostać na jeszcze chwilę w środku.
– To zależy, panie Knuckles.
P a n i e K n u c k l e s.
– Już nie jesteśmy na ty? – zapytał, nie wiedząc do końca, co z tym począć.
Gregory Montanha był żywą, oddychającą zagadką z gatunku tych, które pozostawały w pamięci na długo po tym, jak został rozwiązany. Irytująco atrakcyjny, stworzony idealnie w guście Erwina, zawsze głodnego tego, na co nie było go stać i co było dla niego niemożliwe. Łatwo byłoby mu się w nim zakochać. Niemal widział pożogę, jaką zostawiłby po sobie w chwili, gdy wszystko po królewsku się rozpierdoli.
Zawsze się rozpierdalało.
Patrzyli na siebie, idiotycznie zafascynowani tym, co ich czekało, gdyby tylko na to pozwolili. Musieli tylko zacząć, postawić pierwszy krok i s p r ó b o w a ć.
Czym było wybrukowane piekło? Erwin nie mógł sobie przypomnieć, tonąc w niezwykłym cieple Gregory’ego, człowieka, którego wcale nie znał, ale pierwszy raz naprawdę tego chciał. Przerażało go, jak bardzo tego chciał. Nie powinien.
Ale chciał.
– Dam panu jeszcze jedną szansę, proszę jej nie spierdolić – odparł cicho, niemal zadziwiony tym, jak łatwo przyszło mu to wypowiedzieć.
Erwin wpatrywał się w niego, jakby sam urodził się przed chwilą. Nogami wystawał z radiowozu, jego ręka była połączona z ręką Montanhy, a ich spojrzenia nie potrafiły się rozłączyć. Kolejna porcja elektryczności przepłynęła między nimi.
Kiedy człowiek wiedział, że się zakochiwał? Skąd to wiedział? Jakie przesłanki były tymi… Ostatecznymi? Erwin nie miał odpowiedzi na żadne z tych pytań, bo chyba nie istniały.
Ale wiedział. Tam pod palącym słońcem pamiętliwego Teksasu był zupełnie bezbronny wobec człowieka, który od nowa definiował grawitację, w którą obydwaj wpadli. Przyjął to z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo nie przechodziło się obok tego typu daru obojętnie.
Wyskoczył z radiowozu i podarował mu najjaśniejszy uśmiech pod tym samym słońcem, które ich spalało. Przez chwilę udawał, że trzymali się za ręce. Przez chwilę samotność wcale mu nie doskwierała.
– Nazwę go pańskim imieniem, oficerze Montanha. W ten sposób już zawsze będę pamiętał o tym akcie dobroci.
I tak przypieczętował swój żałosny los. Zakochał się pod tą samą bramą, przez którą przeniósł go jego ojciec, oddając go ziemi, która miała go za nic. Pozostało mu mieć nadzieję, że przynajmniej ten człowiek nie uczyni z nim podobnie.
*
– I tyle? – Emily parsknęła zadziwiona. – Myślałam, że coś więcej się tam wydarzyło. Że przespaliście się na sianie, a potem był potajemny ślub.
Erwin spoglądał na nią, posmutniały i zmęczony. Gdyby miał cokolwiek do powiedzenia, być może tak właśnie by było. Może mieliby szansę na szczęśliwe zakończenie.
– Niestety Gregory Montanha nie należy ani do zbyt ckliwych, ani zbyt romantycznych – odparł. Świat na zewnątrz zdawał się zatrzymać przez nocną porę, ale nic w naturze nie było stałe. Bezruch był zaledwie pozorny, jak i jego nadzieja, że któraś z jego decyzji mogła wywołać inne zakończenie.
To nie była gra komputerowa. To nie była nawet gra.
– Były setki momentów, kiedy widziałem, że tego chciał.
Ciche spojrzenia z daleka. Nieznaczne skinięcia głową. Nic nachalnego, nic zbyt oczywistego, nic, co mogło zdradzić, że znają się lepiej, niż tylko z widzenia.
Erwin umierał w środku, za każdym razem łaknąc bliskości, którą Gregory darował mu jedynie w ukryciu. Nie chciał się chować, czuł się żałośnie za każdym razem, gdy Monte wciągał go do szafy, zbyt przerażony nieistniejącymi homofobami, którzy mieli polować na nich w momencie, gdyby się ujawnili. Gregory kilkukrotnie prawie zrobił coming out, zawsze jednak istniała jakaś przeszkoda i żadna ilość wsparcia Erwina nie pomagała.
Kiedy zaczął sabotować to, co mieli, Montanha reagował kompletnie na odwrót, zamykając się w sobie. Nie zamierzał walczyć, co tylko wpędzało Erwina w głębszą rozpacz. Obydwaj w końcu byli tylko produktem swojego otoczenia, ludźmi pokrzywdzonymi brakiem edukacji, brakiem świadomości. Nikt nie nauczył ich żyć razem, nikt nie podarował im wiedzy, jak kochać.
Więc robili to na swój sposób, szybko odkryli, że głównie ranili się. Omijali słowa, które powinny paść, a nie padały, bo obawiali się swoich reakcji. Walczyli o wszystko, ciągle, zawsze, bez pierdolonego końca.
Miłość w nieumiejętnych rękach szybko stawała się bronią.
– A czego pan chciał? – zapytała, oczywiście zapewne o wiele bardziej obyta w inteligencji emocjonalnej, która dla Erwina była zaledwie zwrotem, który słyszał w przelocie.
Nie wiedział, czego chciał. Chyba wszystkiego po trochu. Więcej otwartości, więcej zaufania, więcej nadziei.
Więcej cierpliwości i więcej siły.
Więcej pragnienia i więcej wspólnoty.
Więcej bycia razem i więcej wiary, że dokądś zmierzają.
– Chciałem, żeby Gregory Montanha mnie pokochał – powiedział, bezpowrotnie oddając prawdę, przed którą się chował.
Środek ich relacji niewart był wspomnienia, przepełniony był żalem i frustracją, której żadne wielkie zakochanie nie mogło zgnieść. Zakochanie było marną namiastką tego, czym mogli być, gdyby pozwolili sobie na pokochanie się realnie. Zawsze jednak coś stało im na drodze.
Głównie oni sami.
– Jak rozumiem, nie zaszliście aż tak daleko – wywnioskowała.
Erwin zaśmiał się gorzko, szybko poczuł łzy pod powiekami i chyba niezdolny był je już zgnieść.
– O nie, proszę panienki – wydusił, siląc się na spokój, którego nie czuł od czterech lat. – Zaszliśmy o wiele dalej.
*
Równo rok od poznania się, Erwin i Gregory byli nie do poznania.
Ciemność w rysach Knucklesa rozjaśniła się nieco, a chmury w spojrzeniu Montanhy zdawały się nieco rozejść. Czerpali ze swojej bliskości mnóstwo, szukali się w każdej chwili, ale wciąż skrywali się w cieniu sadu farmy, zamykali się w czterech ścianach ogromnej posiadłości, zupełnie wyludnionej właśnie dlatego, że Gregory był przerażony do kości tym, że ktoś mógłby się o nich dowiedzieć.
Nigdy nie przyjeżdżał spontanicznie. Zawsze czekał na znak, że nikt już nie kręci się po ziemiach Vanilli, dopiero wtedy wyruszał do niego, spiesząc się, ale nie na tyle, by prześcignąć rosnące lęki Erwina.
Czy tak wszystko miało wyglądać już zawsze?
Nienawidził tego, że kompromisem było sprzeniewierzenie się wszystkiemu, w co Erwin wierzył. Obiecał sobie dawno, że nie będzie się ukrywać ani wstydzić tego, kim jest i kogo mógłby pokochać. Czuł, jak każdego dnia, kiedy chowa swoje uczucia do Gregory’ego, zdradza samego siebie. Było coś okrutnego w tym, jak pilnować musiał własnej twarzy, gdy widywał go w mieście, gdy spotykali się na festynach i świętach, jak długo zmuszony był czekać z podarowaniem mu prezentu bożonarodzeniowego i że nie miał szansy zobaczyć jego reakcji.
Rozumiał pobudki Gregory’ego, znał je doskonale z autopsji, nie chciał jednak wiecznie uciekać przed wizją zagrożenia, które – jak na razie – nie wydawało się być realne. Ludzie w miasteczku znali go i wiedzieli, że nie był hetero. Nikt dotąd nie okazał mu ani trochę pogardy w związku z tym.
Dużo w ich relacji było dziur po wyznaniach, do których nigdy nie doszło, Erwin respektował granice Gregory’ego tak cierpliwie, jak potrafił, ale odkrył, że trafił na swoje własne.
Nie mógł błagać o miłość.
Ojciec przekląłby go z nieba, gdyby ujrzał swojego syna w tak upokarzającej pozycji. Zrzuciłby na niego wszystkie plagi nieurodzaju, dając mu srogą nauczkę za zdradę nazwiska i odpowiedzialności, która za nim szła.
Tego lipcowego popołudnia deszcz padał uparcie i długo. To było niespotykane, ale jakże potrzebne jego uprawom. Obserwował, jak ostatni z jego ludzi, Ace, spędza konie do stadniny, nie musiał mu nawet mówić, że po zakończeniu pracy ma się zmyć, stało się to już rutyną, za którą jego pracownicy byli niezwykle wdzięczni, nawet jeśli nie mieli pojęcia, jak bardzo nieszlachetne są jego pobudki. Erwin skinął mu, a Ace złapał koniuszek kapelusza, bezdźwięcznie żegnając się.
Knuckles miał wielki plan na to popołudnie. Taki, który wreszcie miał zbliżyć go do Gregory’ego i sprawić, że coś między nimi się zmieni. Nosił w sobie ogrom nadziei, że tylko na lepsze.
Schował pudełko do kieszeni i napisał do Monte krótkiego SMS-a, gdy minęło odpowiednio dużo czasu, by Ace opuścił farmę. Każdego dnia, jak w zegarku, wyjeżdżał z posiadłości swoim pick-upem o piątej. W przeciągu dwudziestu minut prywatny samochód Gregory’ego Montanhy podjechał z drugiej strony, zatrzymując się tuż przy szerokiej werandzie. Erwin czekał już na zewnątrz, oparty o jeden z drewnianych filarów, który podtrzymywał balkon u góry.
Ten facet olśniewał go za każdym razem od nowa.
Jego szeroki uśmiech był wart niepewności, a piękne oczy w jakiś pokręcony sposób zadośćuczynić potrafiły przedłużające się chwile samotności i zimno opuszczanego przed świtem łóżka. To samo przyciąganie, które czuł w trakcie ich pierwszego spotkania, wciąż było w sile, być może nawet większej, niż wtedy.
Było bardziej realne. Namacalne. Żywe.
Gregory wysiadł z samochodu i w kilku krokach znalazł się na schodach, tylko jeden stopień niżej od Erwina, ich twarze znajdowały się na tej samej wysokości, ich nosy zetknęły się czubkami, gdy zbliżyli się tak bardzo, jak tylko mogli. To było właśnie to, co sprawiało, że łatwo im było w sobie przepaść.
Upijali się sobą i zapominali o całym świecie wokół.
Szkoda, że świat nie mógł zapomnieć o nich.
– Ten dzień był tak koszmarny, że cieszę się, że po prostu jestem już w domu – wyznał cicho Gregory. Jego ton niemal ginął w szumie deszczu, był spokojny i znajomy, tak cholernie znajomy, że serce Erwina znowu zadrżało.
W domu.
Gregory Montanha był w domu.
– Przygotowałem obiad – odpowiedział Erwin, udając, że jego serce nie podskoczyło jak szalone na dźwięk tych prostych słów. – Opowiesz mi wszystko.
Monte skinął, dając się wciągnąć do środka, gdzie unosił się zapach pieczonej dziczyzny. Knuckles był cholernie z siebie zadowolony, nie dość bowiem, że sam ją upolował, to jeszcze przygotował ją wedle receptury, na którą sam wpadł. Tworzył ten dom coraz bardziej samodzielnie, wiedziony cichymi słowami wsparcia i zadowolenia Gregory’ego i szło mu coraz lepiej.
Odkrył wielką radość w tym, że w ogóle chciał.
Jedli być może od piętnastu minut, gdy drzwi domu otworzyły się gwałtownie. Gregory podskoczył, łapiąc natychmiast za broń, która leżała nieopodal, a Erwin wstał od stołu, spoglądając w kierunku przejścia, w którym zaraz stanął Ace, zmoknięty i zatroskany.
– Wybacz, szefie, ale… – Zatrzymał się, marszcząc brwi na widok Montanhy w zupełnie domowym ubiorze, dwóch talerzy z napoczętym jedzeniem i Knucklesa, który zdawał się być trochę mnie zblazowany, niż zwykle. Szybko jednak otrząsnął się. Odchrząknął. – Monte upadł. Nie chce się podnieść.
I czyż to nie była zapowiedź katastrofy.
Montanha stracił rezon, walcząc z własnymi demonami. Erwin spojrzał na niego rozdarty, zagryzł wargę w namyśle trwającym zaledwie ułamek sekundy, po czym złapał z wieszaka w kuchni płaszcz i wybiegł wraz z Acem na zewnątrz, gdzie panował istny Armagedon. Wiatr szamotał nimi, gdy podążali do stadniny, walił w stabilne ściany budynku, jak gdyby dawał im znak, że powinni uciekać w zupełnie innym kierunku.
W środku natychmiast znaleźli się przy rocznym ogierze, ulubieńcu Erwina, nie tylko ze względu na imię, które koń nosił, ale też dlatego, że stworzenie zaskarbiało sobie sympatię z ogromną łatwością. Ojciec Erwina mawiał, że człowiek dogadać może się z każdym koniem, ale tylko z jednym zwiąże się na zawsze i ten właśnie dla Knucklesa był bratnią duszą.
A teraz położył się, wydając z siebie dźwięki, które dreszczem lęku przepływały po skórze jego właściciela i zdawał się niewymownie cierpieć.
Erwin natychmiast wezwał na miejsce weterynarza, zapominając o Gregorym i pudełku w swojej kieszeni. Wiedział, że czeka go piekło, gdy sytuacja Monte się uspokoi, nie miał jednak energii na nic, co jeszcze nawet nie nadeszło.
Kiedy lekarz upewnił się, że koń mniej już cierpi, podał mu dodatkową dawkę leków, a Erwina pocieszał jedynie tym, że być może to tylko zakażenie. Knuckles nie wiedział, czy powinien mieć nadzieję, czy przygotować się na najgorsze.
Niespełna godzinę później wiedział już, że oba były prawidłowe i fałszywe zarazem, gdy dostrzegł Gregory’ego opartego o samochód z walizką u nogi i smutkiem wykrzywiającym jego piękne rysy. Był cały mokry, deszcz zalewał jego twarz i Erwin w jakiś pokręcony sposób miał nadzieję, że Monte dopadnie grypa stulecia. Wiedział bowiem, co zaraz miało nastąpić.
– Miałem ci się oświadczyć – odezwał się, przecinając walkę na spojrzenia, którą prowadzili. – Ale teraz już wiem, że nie ma to sensu.
Kilka prostych słów pogłębiło tylko cienie na twarzy Gregory’ego. Rozgrzało też jego wściekłość.
– Nie wiem, czego się spodziewałeś, Erwin – powiedział Montanha, kręcąc głową. Beznadzieja ich sytuacji wydawała się teraz boleśnie oczywista.
– Czegokolwiek! – wrzasnął. Nie potrafił już bawić się w omijanie niewidzialnych przeszkód, które zostawiał mu lęk Gregory’ego. – Kazałeś mi zasłużyć na ciebie, zrobiłem to. Kazałeś mi nie spierdolić, zrobiłem to. Kazałeś mi poczekać i czekałem cierpliwie.
Patrzył na niego z… Sam nie wiedział, czym. Jego serce biło żałośnie, a włosy na głowie jeżyły się. Czuł w nasadzie nosa zaczątki słabości, której nie zamierzał dać wygrać. Nie w tamtej chwili. Nie, kiedy wszystko, co wreszcie zdawało się być możliwe, okazywało się jedynie igraszką.
Chciał być kimś, dla kogo warto się poświęcić.
Kimś, dla kogo potencjalne cierpienie było możliwe do zniesienia.
Kimś, kto sprawiał, że lęk przestawał istnieć.
Patrzył w bezdenne szarobrązowe oczy człowieka, któremu oddał serce i wiedział, że nigdy nie będzie mu dane trzymać go za rękę, kiedy odważy się być sobą. Cholera, zapewne Gregory Montanha nigdy nie będzie gotów być autentyczną wersją siebie, tą pozbawioną strachu przed życiem, które mógł wieść.
Musiał pogodzić się z tym, że nie był wart pokochania tak, jak myślał, że na to zasługiwał. Ta samotność, z którą żył do tej pory, była chyba jedynym, czego był wart. Jeśli Gregory nie chciał podjąć dla niego ryzyka, nikt inny też by tego nie zrobił.
– Chciałem tylko, żebyś mnie pokochał – wypowiedział, żałując natychmiast swojej słabości, głupiego zdradzieckiego serca, które wybijało rytm melodii prześladującej go od roku, idiotycznej nagle, im jaśniejsze było dla niego to, że stał się podobny do jej bohatera.
Samotny, żałosny, porzucony.
Odważył się i upadł. Miał cierpieć, ale po wszystkim mógł być silniejszy.
Gregory Montanha za to już na zawsze miał pozostać słaby. Tego jednego Erwin nigdy nie zamierzał mu zazdrościć.
– Nie pokocham cię tak, jak na to zasługujesz – odpowiedział w końcu Monte. Rozpacz dostrzegalna na jego twarzy łamała serce Erwina raz po raz. Głupie, zdradzieckie, łatwe serce. – Nie pokocham cię głośno i na przekór wszystkim.
Deszcz ulewą rozdzielał ich od siebie, ale stali tam, niezdolni do rozdzielenia się, a przynajmniej jeszcze nie. Erwin bez Gregory’ego był niczym, nie działało to jednak w drugą stronę. W tej relacji tylko jedno z nich miało zostać zniszczone.
– Gregory, przyznaj się przynajmniej do jednej rzeczy – mruknął Knuckles. Patrzył na Montanhę twardo, udawał nieco, by zdławić gdzieś w środku ból. – Nigdy nie próbowałeś. Nigdy nie odważyłeś się na tyle, by dać mi to, na co zasługuję.
Szatyn nie odpowiedział od razu, przyjął jedynie oskarżenie, któremu nie dało się zaprzeczyć. Był tchórzem, a naciski Knucklesa nigdy nie pomagały. Nie tak naprawdę.
– Zapomnij, że istniałem – powiedział cicho, ale pewnie. – Zapomnij, że byłem twój, a ja zapomnę, że byłeś mój. Tylko w ten sposób wydaje się to jakkolwiek sprawiedliwe. Dajmy sobie odejść.
Erwin parsknął bez humoru, spoglądając w pochmurne niebo, dokładnie takie samo, jak oczy, którym dał się omamić i za które sprzedał swoją duszę. Nie miał już i najwyraźniej nie miał już nikogo. Gregory się o to postarał.
– Jeśli zejdziesz mi z oczu, może przynajmniej spróbuję – warknął, karmiąc się wściekłością i żalem, byle tylko nie dać się stłamsić trzeciej, tej najokrutniejszej emocji. – Jeśli wyjedziesz z tego miasta, może nawet mi się uda. – Podszedł do niego na tyle blisko, że stykali się nosami. Deszcz zalewał ich bez litości, zmywając z nich cały poprzedni rok, każdy uśmiech, każdy dotyk, każde ciepłe słowo i każdą obietnicę, której nie mogli dotrzymać. – Jeśli nigdy nie wrócisz, może kiedyś zaznam znowu spokoju. Ale wiedz, że nie ma w tym nic ze sprawiedliwości. To tylko moja wola przetrwania, pomimo tego, że mnie zniszczyłeś.
– Nie chciałem tego – zapewnił go z mocą, jakiej Erwin się już po nim nie spodziewał. – Chcę dla ciebie tylko tego, na co zasługujesz.
Erwin uśmiechnął się do niego szeroko, tak szeroko, że zabolały go policzki.
– Dziękuję, Gregory – odpowiedział z humorem, którego zabrakło dla jego oczu. – Cieszę się, że wiesz najlepiej, że nie zasługuję na zupełnie nic.
– Nie to miałem na my…
– Wypierdalaj, Gregory – przerwał mu Erwin, nie chcąc słyszeć nawet słowa więcej z ust, które pokochał i które pozwoliły uzewnętrznić wszystkie najgorsze myśli w postaci rujnujących go zdań. – Chcę, żebyś przestał nadużywać hojności mojego miasta i z niego zniknął. Jeśli kiedykolwiek się tu pojawisz, przysięgam, zrobię wszystko, by cię zniszczyć.
Nie mówił tego naprawdę i nigdy nie zamierzał spełnić tej obietnicy, ale brzmiał wystarczająco przekonująco, by Montanha skinął posłusznie, łapiąc za klamkę drzwi do samochodu. Erwin wpatrywał się w niego bez wyrazu i przyglądał się temu, jak niespełniona miłość jego życia opuszcza go, jak wszyscy przed nim.
I tak, jak przyszedł na ten świat, trwał w nim w tamtej chwili w strugach deszczu, niezdolnych zmazać z niego cierpienia i żalu.
Zupełnie i nieodwołalnie sam.
*
Erwin płakał po cichu, pociągając nosem.
Nie był sam.
Emily Brown, oficer trzeciego stopnia, numer odznaki 423 również szlochała, zatrzymawszy się wcześniej na poboczu niezbyt ruchliwej drogi. Szum policyjnego radia zdawał się koić ich zszargane nerwy, kiedy trwali w tym dziwnym nastroju. Melancholia wydostawała się z każdego poru Knucklesa, żegnając się z nim, kiedy wyparowywała w atmosferę.
Wkrótce policjantka ruszyła radiowozem na powrót, kierując ich w stronę, którą Erwin znał aż za dobrze. Tym razem miał trafić do celi, tym razem nie miał asa, którym miałby się wywinąć i w jakiś pokręcony sposób ucieszył się z tego, bowiem wyglądało na to, że naprawdę miał zamknąć za sobą ten konkretny etap życia.
Kiedy dotarli na miejsce, wydobyła go ze środka, pociągając jeszcze czasem nosem, przekuła jego kajdanki z przodu ciała Erwina, po czym poprowadziła go do środka ogromnego budynku.
– Jesteś na niego wściekły? – zapytała nagle, wyciągając go z zamyślenia, w którym utknął jakiś czas wcześniej.
Knuckles pokręcił głową.
– Dawno już nie. Myślę, że z czasem zrozumiałem, że tego nie dało się przyspieszyć. Czas nigdy nie był moim sprzymierzeńcem.
Emily przez chwilę była cicho, wprowadziła mężczyznę przez główne drzwi, gdzie inny policjant przeszukał go jeszcze raz. Patrzył na kobietę, kiedy ta układała sobie wszystko w głowie.
– Wybaczyłeś mu?
Erwin uśmiechnął się smutno.
– Nie mam czego. Miał swoją prawdę, którą powinienem był uszanować, nawet jeśli jej nie akceptowałem. – Był wściekły, oczywiście, ale wyłącznie na siebie. Nie potrafił sobie wybaczyć reakcji, którą wtedy zaserwował człowiekowi, który tak bardzo się bał. Każde co, jeśli? obijało się od jego wnętrza, jak zwykle żałośnie zmęczonego. – Być może czekało nas coś więcej, ale dzisiaj już się tego nie dowiem.
Ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy.
Emily kiwnęła głową, przyjmując to, co Erwin jej powiedział. Nie komentowała tego więcej, prowadząc go do sali, gdzie znajdowały się rzędy cel. Knuckles westchnął, trochę niedowierzając, że po tych wszystkich latach rzeczywiście dotarł w miejsce, o którym słyszał wyłącznie z opowieści. Zasiadł na pojedynczej pryczy, a drzwi celi zamknęły się z trzaskiem.
– Przysługuje panu jeden telefon – poinformowała go Emily z niewielkim uśmiechem, z oczyma błyszczącymi igraszką, której Erwin nie rozumiał. Przekręciła klucz w zamku. – W pańskiej kartotece znalazłam numer telefonu osoby, z którą należy się kontaktować w sprawach pilnych.
Knuckles przymknął powieki w nieznajomym uczuciu. Alkohol wciąż buzował między jego skroniami, zapowiadając ból głowy stulecia.
– Chce pan skorzystać z tej opcji?
Nie wiedział, że coś takiego jeszcze funkcjonuje, przez chwilę się wahał.
Czy gdyby dostał jeszcze jedną szansę, skorzystałby z niej?
Czy gdyby mógł przeprosić, zrobiłby to?
Czy gdyby życzenia się spełniałby, poprosiłby o więcej odwagi?
Wypuścił z ust powietrze, sięgając po jedyne, co wydawało mu się racjonalne w tamtej sytuacji. Chciał zamknąć za sobą etap żałości, smutku i żalu, chciał zacząć od nowa.
Skinął głową, nim odwaga opuściła go zupełnie, na razie jeszcze wiedziona resztkami upojenia alkoholowego i nostalgii do czasu, w którym nie walczył o kolejny oddech i nie bił się w barach za honor człowieka, który bez słowa wyjechał, zostawiając za sobą pył, niedokończone sprawy i tak dużo plotek, że mogłyby swoją energią zasilić całe miasto.
Wstał i zbliżył się ku prętom celi, gdzie Emily z ekscytacją niecodzienną dla pory nocy – czy raczej może dnia – wykręcała numer do Gregory’ego Montanhy.
W rogu sali dostrzegł trzech innych policjantów przyglądających się sytuacji z jawną ciekawością. Nic dziwnego, o tej porze najpewniej nie działo się nic innego, nawet przestępcy musieli przecież kiedyś spać.
Nie spodziewał się, że po raptem trzech sygnałach ktoś odbierze. Bał się, że numer ten nie należał już do Montanhy. Jego lęk okazał się być nieuzasadniony, bowiem natychmiast usłyszał głęboki głos, zaspany nieco, ale należący do człowieka, którego…
Boże, kochał go ponad życie, zwłaszcza tak pijany.
– Tak słucham?
Erwin zaniemówił, Emily oczekująco uniosła brwi, a gestem ręki zdawała się go zachęcać do odezwania się. Knuckles nie potrafił. Oddychał tylko cicho.
– Kimkolwiek jesteś, słyszę, jak oddychasz. Halo?
Erwin przymknął oczy, niezdolny do wydania z siebie dźwięku. Był taki żałosny.
– Erwin? – zapytał niespodziewanie, a włosy na karku Knucklesa uniosły się, niemal jakby były posłuszne chrapliwemu głosowi prosto z piekieł.
Emily dźgnęła go palcem przez kraty.
Erwin rzucił jej mordercze spojrzenie.
Odchrząknął.
– Śmieszna sprawa, jestem sobie w celi, aresztowany jak zwykły chuligan, a moim jedynym kontaktem okazujesz się ty – silił się na lekki ton, chociaż w środku czuł się mniej więcej tak, jakby wnętrzności zalane miał stopem ołowiu. – Wyobraź sobie moje zaskoczenie, kiedy policjantka wybiera numer i po prostu podaje mi telefon, każąc mi z tobą rozmawiać. Śmieszna sprawa – powtórzył.
Cisza po drugiej stronie była zachętą, której potrzebował, żeby kontynuować. I kiedy zaczął już mówić, nie potrafił przestać.
– Zgarnęli mnie spod Kapelusza kilka godzin temu za bójkę. Uwierzysz? Ja, wdający się w pijacką bójkę. Jakby na to nie spojrzeć, to twoja wina – mruknął, nawet nie filtrując myśli, które natychmiast werbalizował. – Boże, Gregory, odkąd wyjechałeś i posłuchałeś mnie, jak pierdolony piesek, wszystko się posypało. Moi ludzie pracują wspaniale, a farma kwitnie, ale wszystko inne umarło. Mijałem ostatnią kawiarnię, z której przywoziłeś sernik i zrobiło mi się smutno. Czasem sypiam w namiocie, który kiedyś rozkładałeś w lecie i zrobiło mi się smutno. Oddałem do naprawy Crown Victorię, bo znowu za tobą zatęskniłem i nie potrafię się pozbierać. Chodzę do barów i szukam kogoś, kto cię przypomina, ale nikt nie jest tobą. Próbowałem się kilka razy zakochać, znaleźć to, na co zasługuję… – wysyczał niemal z naciskiem i złością. – Ale albo nie zasługuję na nikogo, albo jestem skazany na ciebie, a ty mnie nawet nie chcesz i przysięgam, staram się, robię wszystko, jak trzeba, ale nie czuję już nic, poza pustką. Nie zakochałem się więcej, bo chyba ty byłeś… Tym ostatnim. Rozumiesz, jakie to niesprawiedliwe? Zostawiłeś mnie tu, zostawiłeś mnie samego, bo wydawało ci się, że robisz dobrze, ale wybrałeś najgorszą możliwą opcję i teraz ja za nią płacę, a ty sobie żyjesz gdzieś szczęśliwie, pewnie znalazłeś sobie jakąś kobietę, z którą możesz udawać, że jesteś normalny i zwyczajny, i w ogóle nie taki, jak pewnie chciałbyś być. Nienawidzę cię za to, bo mogłem cię mieć, a ty wybrałeś coś innego, a ja utknąłem z koniem, który, póki żyje, jest przypomnieniem wszystkiego, co miałem, a co straciłem. Monte ma się dobrze, wiesz? Jakby poczuł, że zostałem już całkiem sam i postanowił, że wyliże się z tego, co mu doskwierało. Jakby postanowił, że przynajmniej on nie zostawi mojej żałosnej dupy samej sobie, bez celu, bez nadziei, bez chłopaka, bez szczęścia, bez… Kurwa, bez życia. – Zatrzymał się na chwilę, gdy zdradziecka łza spływała po jego policzku. Starł ją wściekłym ruchem. – Tak więc tkwię sobie w celi i pomyślałem, że przynajmniej wreszcie cię pożegnam, bo może chociaż to pomoże mi przestać cierpieć tak bardzo, jak cierpię. Cztery lata już tak boli i nie przestaje, a ja powinienem dać ci odejść, ale jak to zrobić? Powiedz, jak ty to zrobiłeś, jak przeżyłeś beze mnie? – Dał Gregory’emu dokładnie pół sekundy, zanim kontynuował ze śmiechem. – A nie, przecież ty mnie nigdy nie potrzebowałeś. Nie tak naprawdę. Nie kochałeś mnie. Nie powiedziałem ci tego wtedy, ale dziękuję, że nie odjechałeś bez słowa, że miałeś jaja na tyle, by powiedzieć mi prawdę. Chcę, żebyś wiedział, że nigdy cię nie zapomnę, ale muszę dać ci odejść. Nie mogę się ciebie trzymać i liczyć, że któregoś dnia obudzisz się i dasz mi szansę, bo znam lęk, z którym żyjesz. Jesteś tchórzem, a ja muszę się z tym pogodzić. Więc wiedz, że ci wybaczam, Gregory Montanha. Nie mówiłem poważnie, kiedy ci groziłem, że cię poskładam, jak wjedziesz do mojego miasta. Nie zrobiłbym ci krzywdy. Nie tak, jak ty zrobiłeś mi. Jestem inaczej zbudowany i… Tak po prostu się nie robi. Ale wybaczam ci, bo wiem, dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś.
Cisza była głucha, z drugiej strony nie dochodził do niego nawet oddech. Może Gregory zasnął? A może zatrzymał połączenie?
– Nie przestanę cię kochać, Gregory. Ale dam ci odejść, bo jestem sobie winny dokładnie tę samą miłość.
I kiedy czekał tak na odpowiedź, a ona nie nadchodziła… Po prostu pogodził się ze sobą. Miał nadzieję, ale nie był głupcem.
Połączenie się przerwało.
Erwin Knuckles zaśmiał się tylko, jak zwykle przygotowany na odrzucenie. Pokiwał głową w stronę posmutniałej Emily i oddał jej telefon.
– Nie spodziewałem się niczego innego.
– Powinien ci przynajmniej odpowiedzieć. To podłe, nie zareagować w żaden sposób i olać drugiego człowieka.
Jednocześnie zgadzał się z nią i nie zgadzał. Przestał już walczyć z rozdwojeniem jaźni, które było w pakiecie z Gregorym Montanhą. Pożegnał go i mówił to poważnie. Gotów był na nowe, nawet jeśli wszystko miało być tysiąckroć trudniejsze. Chciał wrócić do siebie i żyć.
Usiadł na pryczy i spojrzał w sufit, szary dokładnie tak samo, jak oczy człowieka, za którym tęsknił, ale pierwszy raz od lat nie bolało. Emily nie odchodziła, przysiadła z drugiej strony celi i nie udawała nawet profesjonalizmu, gdy wyciągnęła z kieszeni karty do gry.
Rozmawiali cicho i grali, Erwin trzeźwiał powoli i odzyskiwał rezon.
– Gdzie on jest? – dotarło gdzieś z oddali. Znajomy głos, znajomy ton, obce zupełnie słowa. – Zaprowadźcie mnie do Knucklesa. W tej chwili.
Erwin uniósł wzrok w stronę drzwi, zza których wyłonił się Gregory Montanha, jakby wyrwany ze snu, ubrany byle jak, cały roztrzepany i anielsko piękny, jak zresztą zwykle. Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, pokręcił wściekle głową i po prostu podszedł do celi, ignorując zupełnie Emily, szybko znikającą z potencjalnego miejsca zbrodni.
– Jesteś skończonym idiotą. Ja jestem skończonym idiotą. Boże, jacy my jesteśmy głupi – wymamrotał ni do siebie, ni do Erwina. Złapał go za koszulkę i przyciągnął do kraty. – Nie znoszę cię, Erwinie Knucklesie. Tak bardzo, jak tylko można nie znosić drugiego człowieka. Cztery lata ciszy w eterze i dzwonisz do mnie z aresztu, czy ciebie kompletnie pojebało?
– Co ty tu robisz? – zapytał Erwin, zbity kompletnie z tropu, z twarzą między prętami celi.
Monte pokręcił głową.
– Wyciągam cię stąd w tej chwili – poinformował go bezceremonialnie, skupiony wyłącznie na jego ustach. Jego pociemniałe spojrzenie było zapowiedzią czegoś, czego Erwin nie rozumiał za grosz, ale chciał za tym podążać.
To nie tak, że niespełna piętnaście minut wcześniej zdążył go pożegnać.
– Nigdzie nie idę – odpowiedział, odnajdując w sobie wolę walki. Znikąd ona przyszła i postanowił, że tym razem niczego Gregory’emu nie ułatwi. – Zaczynam lubić tę celę. Może to mój nowy dom?
Gregory patrzył tylko na niego, dokładnie tak samo, jak przed laty, jak gdyby nic między nimi nie uległo zmianie. Miał tę samą dewastację w rysach i zmęczenie na ustach, co wtedy, gdy żegnał się z Erwinem ostatnio. Tym razem Knuckles odnalazł w nim także trochę zacięcia.
Determinacja była zupełnie nowa, ale mile widziana.
Monte przyjął słowa Erwina ze spokojem, pokiwał głową i przysiadł na podłodze, przyglądając się rozłożonym wokół kartom.
– No dobrze – przystał. Patrzył oczekująco na Erwina. – Zagrajmy zatem, skoro mamy cały czas tego świata, aż zmądrzejesz, panie Knuckles.
Erwin nie rozumiał tej sytuacji, ale nie kłócił się z nią. Może jego pijacki umysł wymyślił sobie Montanhę, a może wpadł w śpiączkę i miał trwać w tym wesołym miejscu już na zawsze. Nie zamierzał wybrzydzać.
Usiadł po swojej stronie i zaczął tasować karty, które chwilę później rozłożył między nimi w zupełnie nowej grze. Patrzył na mężczyznę przed sobą i miał milion pytań, postanowił jednak zatrzymać je wszystkie w sobie. Nie naciskał, nie teraz i nie zamierzał już nigdy. Może to była głupia decyzja, a Knuckles miał pożałować.
Nigdy jednak nie odmówił przyjaznego pokera. Grali zatem do rana, a gdy słońce przebiło się przez szyby, oświetlając rysy Gregory’ego Montanhy, Erwin Knuckles pozwolił sobie zacząć od nowa.
Tym razem nie zamierzał kończyć.
