Actions

Work Header

Polski Sklep Zoologiczny

Summary:

Rafał i Karol w jednej siedzieli klateczce ...

Chapter Text

Odkąd tylko trzasnęły opatrzone kolorową podobizną biało-brązowej świnki morskiej drzwi do sklepu zoologicznego Kaczor Donald, rzeczony Donald, właściciel i główny sprzedawca, wiedział, że za chwilę zobaczy pana Jarosława. Dało się to łatwo poznać po fakcie, że bojownik Adrian, pływający w akwarium na lewo od lady, demonstracyjnie pofalował majestatycznym błękitno-czerwonym ogonem i schował się pomiędzy wodorosty, jakby chcąc okazać gościowi najwyższą pogardę. 

Szynszyla Madzia, stojąca naprzeciwko niego, dała nura do swojego domku, kopiąc w kierunku drzwi wiórkami. Robiła to za każdym razem, gdy pan Jarosław wchodził, ale ze względu na szklaną szybę, która odgradzała ją od klientów, miała niewielką sprawczość  - wiórki trafiały w szkło.

Szymon, piesek Donalda, którego zabierał do pracy, by nie nudził się w domu i urabiał dzieci klientów, wyskoczył ze swojego legowiska i zaczął wesoło obszczekiwać starszego pana, domagając się atencji i drapania po brzuchu.

Słysząc ujadanie chihuahuy, Sławek, niebieska papużka falista, zaczął skrzeczeć, zapewne dając Szymonowi do zrozumienia, że powinien zamilknąć. To z kolei spowodowało, że stary kakadu Grzesiu zaczął podskakiwać na swojej żerdzi, nastroszył pióra na czubku głowy i zaświergotał:

– Żydzi do gazu!

Tylko Joasia, stara żółwica czerwonolica, która przez swój długi żywot zdążyła już owdowieć po swoich właścicielach i wrócić na półkę w sklepie, pozostała na miejscu. Nadal ze stoickim spokojem żuła swoją sałatę, tylko jakoś z większą antypatią taksując wzrokiem wejście.

Wizyta nie była jednak pozbawiona elementu zaskoczenia. Chociaż pan Jarosław był już stałym klientem, Donald zdziwił się bardzo, widząc go wchodzącego do sklepu w środę - w odróżnieniu od zwyczajowej co drugiej niedzieli, kiedy to przychodził by kupić karmę dla kotów - i do tego z pudełkiem po butach pod pachą.

– Dzień dobry, panie Donaldzie – przywitał się pan Jarosław, ignorując każde ze zwierząt i kładąc pudełko na ladę bez szczególnej ostrożności.

– Dzień dobry, panie Jarku – odparł Donald z przyjemnym, profesjonalnym uśmiechem.

Pan Jarek był osobą nad wyraz niesympatyczną, ale stanowił główne koło napędowe gospodarki, jeśli chodziło o akcesoria dla kotów. Gdyby nie on, Donald na pewno nie mógłby dawać wnuczce pieniędzy na lekcje jazdy konnej, którą tak uwielbiała.

– Jak tam u Fionki i Czarusia? – zagadnął Donald, zgadując, że jeden z kotów zapewne miał urodziny i pan Jarosław chciał mu kupić prezent.

Pan Jarosław skrzywił się niemiłosiernie.

– Niestety nie najlepiej. Ja właśnie w tej sprawie. – Nadal krzywiąc się, jakby właśnie zjadł cytrynę, pan Jarek otworzył pudełko i gestem pokazał Donaldowi, żeby do niego zajrzał.

W środku znajdowała się najbrzydsza świnka morska, jaką Donald kiedykolwiek widział. A dużo to mówiło, bo zajmował się zwierzętami całe swoje życie no i przecież je kochał, co znaczyło, że raczej unikał myślenia o nich źle.

Tutaj jednak na próżno było szukać innych epitetów. Świnka należała do rasy skinny, co znaczyło, że prawie nie miała włosów. Była prawie cała czarna z jedną dużą różową łatką na przednich łapkach. Siedziała zestresowana w pudełku, które nawet nie było wyściełane żadnymi trocinami.

Donald zmarszczył brwi, przyglądając się jej bliżej. Zwierzątko miało naderwane jedno ucho i biorąc pod uwagę krew, była to świeża rana.

– O, znalazł ją pan gdzieś? – zapytał, czując nagły przypływ sympatii do pana Jarka za uratowanie takiej zabiedzonej świnki morskiej.

– Jego. I nigdzie go nie znalazłem, jest mój – odparł z wyraźnym obrzydzeniem.

Donald zmarszczył brwi. Skąd pan Jarek miał tę świnkę? Na pewno nie z Kaczora Donalda. I nigdy też nie kupował żadnych akcesoriów dla świnek morskich, nawet karmy.

– Rozumiem – odparł Donald. – Cóż, wydaje mi się, że powinien go obejrzeć weterynarz. Przydałoby się też trochę więcej karmy, jest za chudy.

– Świetnie. Niech się pan więc tym zajmie.

– Proszę?

– Nie chcę go. Ugryzł mojego kota.

– Nie mogę go od pana wziąć.

– Nie chcę pieniędzy.

– To nie o to chodzi. To nie jest schronisko.

– To nie jest schronisko! – zawtórował z żerdzi Grzegorz. – Wyrzucić migrantów! Wielka biała Polska! 

– Z nim nie miał pan podobnych problemów – stwierdził pan Jarosław, zerkając kątem oka na papugę. 

Donald westchnął. 

– To była inna sytuacja. Jego właściciel umarł i jego wnuki przyniosły go tutaj, bo nie było co z nim zrobić. Myślałem, że szybko znajdzie właściciela. Nie miałem pojęcia, że nieboszczyk jako nastolatek był w ONR-ze…

– Hitler miał rację! Hitler miał rację! – Kakadu załopotała skrzydłami.

– … Sam pan widzi.

– Cóż, ja go trzymać nie zamierzam – oznajmił kategorycznie pan Jarosław.

Donald posłał mu zbolałą minę, ale klient był nieugięty. Spojrzał jeszcze raz do pudełka. Poczuł dziwne współczucie dla zwierzaka. Nie dość, że był brzydki jak grzech, to jeszcze jego właściciel najwyraźniej miał kompletnie gdzieś, co się z nim stanie.

Donald nie zdziwiłby się, gdyby pan Jarek w obliczu ostatecznej odmowy po prostu wyrzucił świnkę na najbliższy śmietnik.

– W porządku, wezmę go – zgodził się.

– Świetnie – pan Jarek nie spojrzał nawet na świnkę drugi raz, zanim ruszył do drzwi. – Do zobaczenia w niedzielę.

Trzasnął drzwiami na odchodne. Szymon, zawiedziony tym, że nie dostał swojej porcji głaskania, wrócił na legowisko. Sławek jakby cieszył się z jego cierpienia, bo zaczął sobie czyścić piórka. Grzesiu chyba zasnął. Adrian i Madzia wyszli z ukrycia, a Joasia znów skupiła się tylko na sałacie.

Donald sięgnął do pudełka i wziął nową świnkę na ręce. Pogłaskał ją delikatnie po łysym łebku. Jakaż ona była brzydka. Kto ją zechce?

Cóż, przynajmniej nie będzie jedynym zwierzakiem, który trochę posiedzi w sklepie.

– Chyba zostaniesz z nami na jakiś czas – przemówił do świnki. – Potrzebne ci imię.

Donald nigdy nie był kreatywnym człowiekiem. Nazywanie zwierząt po fikcyjnych postaciach, ulubionych muzykach czy w obcych językach zostawiał swoim klientom. On je po prostu nazywał ludzkimi imionami. Prosto i bez problemu.

– Od dzisiaj będziesz Karol – zadecydował Donald.

Świnka nie protestowała.

Zadowolony, że osiągnęli konsensus w sprawie imienia, Donald obszedł ladę i podszedł do ściany na prawo, gdzie stały klatki z gryzoniami. 

– No, mały, trzeba pomyśleć, co z tobą zrobić.

– Do gazu! – usłużnie podpowiedział Grzegorz, który jak się okazało jednak nie spał.

– Cicho, przeklęte ptaszysko! – syknął Donald, lustrując wzrokiem klatki. 

Miał akurat trzy dla świnek morskich, dwie, gdzie trzymał po kilka zwierzątek i jedną, gdzie siedział Rafał, jego ulubieniec i najładniejsza świnka morska w całym sklepie.

Donald już miał włożyć Karola do klatki z innymi pospolitymi świnkami, ale tknięty nagłym przeczuciem popatrzył na jednoosobową (jednoświnkową?) willę Rafała. Nie, głupi pomysł, Karol to przecież agresywna świnka, pogryzł kota, mógł też pogryźć Rafała i co by się wtedy stało? Rafał był piękną świnką peruwiańską, z długim błyszczącym futerkiem. Gdyby Karol go okaleczył, byłaby to ogromna szkoda.

Z drugiej strony, sam Karol był ranny, więc powinien mieć trochę świętego spokoju.

– Niech będzie – powiedział Donald i włożył Karola do klateczki Rafała. – Tylko mi się nie bić.

Pogroził obu świnkom palcem i poszedł zadzwonić do weterynarza, żeby umówić wizytę z Karolem.