Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2025-09-23
Words:
5,137
Chapters:
1/1
Comments:
2
Kudos:
6
Hits:
81

Pan Szeptucha

Summary:

W wyniku splotu niefortunnych zdarzeń mała Magda trafia pod opiekę najmniej prawdopodobnej niani pod słońcem. Ku zaskoczeniu wszystkich nie okazuje się to kompletną katastrofą.

Work Text:

Gdzieś za nim rozległ się trzask, ale ponieważ nie towarzyszył mu krzyk, Feliks postanowił na razie to zignorować. Przez myśl przemknęło mu, że cisza zwykle także nie zwiastuje niczego dobrego, ale miał teraz na głowie inne zmartwienia.

Rzucił spojrzeniem przez okno.

Słońce coraz szybciej zmierzało na spotkanie horyzontu, a on powinien być wolny już od co najmniej godziny. Tymczasem w słuchawce wciąż odpowiadał mu jedynie monotonny sygnał oczekiwania na połączenie.

Wreszcie, po kolejnej chwili, która zdawała się trwać całą wieczność, Jakub raczył odebrać i natychmiast zaczął się tłumaczyć.

— Wiem, miałem być już dawno temu.

— No i gdzie jesteś?

— Ciągle w klinice. Trafił nam się nagły przypadek, trzeba operować natychmiast, naprawdę nie mogliśmy…

— Więc kiedy będziesz? — Feliks przerwał mu niecierpliwie.

— Nie wiem. Nie wyrwę się teraz, zostań z nią jeszcze trochę.

— A co jeśli ja też muszę iść do pracy?

— A musisz?

Nie musiał, ale w każdej chwili mogło się to przecież zmienić. Przez moment poważnie rozważał czy nie uprzedzić faktów, ale jego zawahanie musiało powiedzieć Jakubowi wszystko, co trzeba.

— Wymyślę coś, jak przyjdzie co do czego. Jeszcze raz dzięki!

— Czekaj, przecież…

Ale w słuchawce na powrót zapadła cisza.

Feliks jeszcze przez chwilę trzymał telefon przy uchu. Dopiero po sekundzie powoli odsunął go od twarzy i spojrzał na ekran.

Jakub się rozłączył.

Po prostu się rozłączył.

Feliks zacisnął szczękę. Nie tak się umawiali. To miały być dwie, najwyżej trzy godziny. Jakub obiecał pojawić się zanim zrobi się późno — zanim Feliks będzie musiał zająć się własnymi sprawami. Tymczasem właśnie oznajmił mu mimochodem, że nie ma pojęcia kiedy przyjedzie, jakby to była drobna zmiana planów, a nie jego problem, który bez skrupułów przerzucił na Feliksa.

A na koniec po prostu się rozłączył.

Feliks już gotów był oddzwonić, choćby tylko po to, żeby bardzo dokładnie wyjaśnić Jakubowi, co myśli o takim kończeniu rozmowy, gdy telefon znów się odezwał.

Spojrzał na ekran i jego złość tylko się pogłębiła, bo pojawiło się na nim nazwisko osoby, która nie dzwoniłaby, gdyby absolutnie nie musiała.

— Jestem zajęty — oznajmił od razu.

— Jakbyś był, to byś nie odebrał — odburknął Waldemar. — A tutaj na cmentarzu czeka na ciebie upiór.

— Nie mogę teraz. Zadzwoń do kogoś innego.

— Myślisz, że jesteś moim pierwszym wyborem? Dzwoniłem już do dwóch innych osób. Jedna teraz nie żyje, a druga nie odbiera.

— Do trzeciej też nie masz szczęścia.

W słuchawce na moment zapadła cisza. Waldemar najwyraźniej zapowietrzył się z oburzenia.

— Może powiem ci to samo jak następnym razem przyczołgasz się do mnie pogryziony, pokaleczony albo… Albo w ogóle ci nie otworzę!

Feliks skwitował to wzruszeniem ramion, choć Waldemar nie mógł tego przecież zobaczyć.

— Wtedy będziesz się tłumaczył z trupa na swoim progu.

— Wtedy zawinę cię w dywan i wrzucę do rzeki.

— I jak by ci to niby pomogło?

— Wystarczy! — Waldemar podniósł głos, zaczynając wyraźnie tracić nad sobą panowanie. — Muszę ci przypominać, że w przypadku upiora liczy się każda sekunda? Jeśli kogoś dorwie, to nie będzie ratunku, więc nie obchodzi mnie czym niby jesteś zajęty. Przyjeżdżaj tu robić, co do ciebie należy!

— Dobra, zajmę się tym! — odciął się Feliks, również podnosząc głos.

Dopiero po chwili przypomniał sobie, że nie jest tu sam i rzucił spojrzeniem w głąb domu, w którym nadal panowała cisza, która teraz wydała mu się już trochę podejrzana.

— Niedługo będę — dodał już ciszej i rozłączył się, nie czekając na odpowiedź.

Ponownie wybrał numer Jakuba, ale ten tym razem już nie odebrał. Zignorował także drugie i trzecie połączenie, a Feliks zaczął zastanawiać się co takiego sprawiło, że Jakub miał go za tak godnego zaufania. Będzie musiał jak najszybciej wyprowadzić go z błędu. Dla ich wspólnego dobra.

A przede wszystkim własnego spokoju.

Kilka razy stuknął telefonem w otwartą dłoń. Nie było sensu dzwonić do Emilii. Odwiedzała chorą babcię i tkwiąc w mieście oddalonym o kilkaset kilometrów i tak nic by nie poradziła.

Przeanalizował swoje opcje, których było zatrważająco niewiele i po raz kolejny tej nocy przeklął Jakuba.

— Wymyślę coś, akurat…

 

***

 

W ciągu ostatniej godziny pukanie rozlegało się już dwukrotnie i za każdym razem Waldemar zdążył poczuć ulgę, myśląc, że wreszcie doczekał się tego przeklętego żniwiarza.

Potem otwierał drzwi i okazywało się, że odwiedził go jedynie kibol pokrzywdzony w pijackiej bójce oraz prawdopodobnie aspirujący złodziej torebek, któremu niedoszła ofiara sprawiła paskudnie wyglądającą szramę na środku czoła. Wykorzystał przynajmniej okazję, by ostrzec ich, żeby na razie trzymali się jak najdalej od cmentarza.

Teraz znów ktoś stał pod drzwiami i Waldemar przysiągł sobie, że jeśli to kolejna ofiara losu, która boi się normalnego pogotowia, to policzy sobie podwójnie za usługę.

Jednak tym razem jego oczom ukazał się wreszcie Feliks, nie kryjący swojego niezadowolenia z faktu, że musiał się tu pojawić. Waldemar już miał oznajmić, że on też wolałby go nie oglądać, najlepiej ujmując to w kilku dosadnych słowach, kiedy jego wzrok padł na kilkuletnią dziewczynkę uczepioną ramienia żniwiarza.

Całe szczęście, że w tych nerwach zapomniał chwycić za pogrzebacz.

Zanim zdołał zdecydować o co zapytać najpierw — kim jest to dziecko czy co tutaj robi — Feliks pochylił się, zbliżając swoją twarz do jego.

— Jesteś pijany? — zapytał wprost, nie zawracając sobie głowy powitaniami.

— Nic ci do tego! — odwarknął Waldemar.

Żniwiarz jeszcze przez chwilę przyglądał mu się uważnie, nim w końcu odsunął się, najwyraźniej zadowolony z wyników swojej inspekcji.

Musiał nie wyczuć w jego oddechu alkoholu, którego Waldemar rzeczywiście na razie sobie odmawiał. Postanowił, że nie będzie sobie żałować, dopiero gdy sprawa z upiorem będzie już załatwiona. Ostały się w nim jeszcze resztki zawodowego instynktu; wolał nie ryzykować, że pozwoli sobie na o jeden kieliszek za dużo, podczas gdy mógł być dziś jeszcze potrzebny.

Nie oferując żadnych wyjaśnień Feliks wyminął wciąż zmieszanego lekarza, prowadząc dziewczynkę za sobą. W salonie zgarnął z wersalki stertę brudnych ubrań i bezceremonialnie cisnął je za oparcie, by zrobić dla niej miejsce. Waldemar zacisnął usta, gdy kolejne ostre słowa walczyły, by wyrwać się z jego gardła.

Tymczasem dziewczynka odrzuciła kaptur puszystej bluzy z uszami misia i powiodła wokół zaciekawionym spojrzeniem. Jakimś cudem sprawiała wrażenie, jakby nigdy w życiu nie bawiła się lepiej.

Waldemar wodził spojrzeniem między nią a Feliksem, wciąż nie mogąc zorientować się w sytuacji.

— To twoje? — zapytał w końcu.

Żniwiarz odwrócił się do niego, a widząc, że lekarz znacząco patrzy na dziewczynkę, zmarszczył brwi.

— Gorzej ci? To moja bratanica.

— A co robi tutaj?

— Musisz z nią zostać.

Waldemar zachłysnął się powietrzem i przez chwilę zabrakło mu słów. Wyciągnął oskarżycielsko palec, ale nie mógł się zdecydować w kogo właściwie go wycelować. Sam nie wiedział czy bardziej obraża go bezczelność Feliksa czy sam fakt, że to dziecko w ogóle znalazło się w jego domu.

— To tobie chyba odbiło! Nie będę twoją niańką!

— Będziesz. W ramach zapłaty za załatwienie upiora.

Zdecydowany ton Feliksa wskazywał, że przygotował się uprzednio do tej dyskusji, a Waldemara z miejsca ogarnęło jeszcze większe oburzenie.

— Na razie nic jeszcze nie załatwiłeś — wytknął.

— Właśnie próbuję — syknął Feliks.

Rzucił przelotne spojrzenie w stronę dziewczynki, która nie kryła, że z zainteresowaniem przysłuchuje się ich rozmowie. Podszedł bliżej Waldemara i ściszył głos.

— Nie zabiorę jej przecież na cmentarz.

— Ale zabrałeś ją tutaj? — zapytał Waldemar z niedowierzaniem.

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że zabrzmiało to tak, jak gdyby sam uważał swój dom za równie niebezpieczny dla życia i zdrowia jak cmentarz, po którym grasuje morderczy upiór. Całym sobą musiał walczyć, by zdusić chęć sięgnięcia po butelkę, której zbawienna zawartość odwróciłaby jego uwagę od roztrząsania jak to o nim świadczy.

Zmienił temat.

— Zwykle w ramach zapłaty też nie wołam pieniędzy, kiedy cię opatruję — zauważył z przekąsem.

— Może tym razem nie będę cię potrzebował.

— A jeśli tak?

— To będę ci winny przysługę.

Waldemar zazgrzytał zębami, ale przystał na to bez większych protestów. Wciąż był dość nowy w całym tym świecie demonów, ale zdążył się już przekonać, że dług wdzięczności u żniwiarza może się okazać na wagę złota. Poza tym, ciągnięcie tej dyskusji nie miało sensu. Oboje dobrze wiedzieli, że Feliks nie daje mu wyboru. Ultimatum nie zostało wypowiedziane na głos, ale mimo to wybrzmiało wyraźnie — albo się nią zajmiesz, albo nie zostanę.

— Niech cię szlag… — Waldemar warknął zrezygnowany, przeczesując palcami włosy. — A co jak nie wrócisz?

— To zadzwonisz do jej rodziców. — Feliks chwycił walające się po stole pudełko po pizzy i zapisał dwa rzędy cyfr. — Jak usłyszą, że ja nie żyję, a ona siedzi z kimś obcym, to pojawią się tu w sekundę.

— I zamordują cię, jak tylko znajdziesz nowe ciało.

— Brzmi uczciwie. — Żniwiarz westchnął, sam niezbyt zadowolony, że postawił na swoim. Widząc minę lekarza dodał jeszcze, jakby starając się przekonać ich obu: — Jest po północy i tak zaraz zaśnie. Poza tym jest bardzo spo… Odłóż to!

Waldemar odruchowo odwrócił głowę, a zanim zdążył zorientować się, co właściwie się dzieje, Feliks już dopadł do dziewczynki i przechwycił długi żelazny gwóźdź, który obracała właśnie w dłoniach. Jednocześnie przyciągnął do siebie torbę, którą nieopatrznie zostawił przy jej boku.

— Miałaś tam nie grzebać.

— Szukałam mojej książki — wyjaśniła obrażonym tonem.

— Oczywiście, że tak — Feliks mruknął ironicznie, dając do zrozumienia, że nie daje się już nabierać na jej fałszywą niewinność. Wyciągnął z torby podniszczoną książkę w twardej oprawie i podał ją dziewczynce. — Posiedzisz tu, a ja niedługo wrócę.

Odebrany jej gwóźdź wsunął do kieszeni. Dziewczynka uważnie śledziła każdy jego ruch, gdy się zbroił i zrobiła niezadowoloną minę, gdy wyjął z jej dłoni także kawałek wisielczego sznura.

— Mówiłeś, że jedziemy na polowanie — rzuciła oskarżycielsko, podkreślając, że „jedziemy” padło przecież w liczbie mnogiej.

— Nie, mówiłem, że jedziemy na wycieczkę.

— I to ta wycieczka?

— Nigdy nie powiedziałem, że będzie fajna.

Zamknął torbę i odłożył ją poza zasięg jej rąk. Powiódł wokoło krytycznym spojrzeniem, jakby raz jeszcze rozważając czy naprawdę jest gotów zostawić tu bratanicę.

— Staraj się niczego nie dotykać — szepnął do niej konspiracyjnie.

Zachichotała, a Waldemar zmrużył oczy.

— Pospiesz się — mruknął, gdy żniwiarz mijał go w drodze do drzwi.

— Wierz mi, ja też nie chcę, żeby siedziała z tobą dłużej, niż to konieczne — odparł Feliks i już miał wyjść, ale zawahał się jeszcze na moment. — Jeśli coś jej się stanie…

— Będę jej pilnował! — Waldemar syknął urażony. — To nie ja jestem na tyle głupi, żeby ciągnąć ją na polowanie.

Feliks zacisnął usta, ale nie kłócił się dalej.

Drzwi zatrzasnęły się za nim, a dziewczynka natychmiast zerwała się z wersalki i podbiegła do najbliższego okna, żeby odprowadzić go wzrokiem.

Boże, tylko nie płacz, przeraził się Waldemar.

Ale w jej oczach nie było strachu, jedynie ciekawość i coś na kształt tęsknoty — nawet nie za samym Feliksem, a raczej starciem z demonem, które wkrótce miało stać się jego udziałem, a które ją ominie.

Strach udzielił się raczej Waldemarowi.

Owszem, pracując na ostrym dyżurze zdarzało mu się zajmować dziećmi, mimo że nie był pediatrą. Ale nie w takim sensie. Nigdy nie musiał niańczyć żadnego dziecka. I szczerze mówiąc, nie bardzo wiedział, jak miałby się do tego zabrać.

A powoli docierało do niego, że ta dziewczynka naprawdę jest teraz pod jego opieką i kto wie, kiedy Feliks po nią wróci. Istniała całkiem realna możliwość, że coś pójdzie nie tak i nie wróci wcale.

Co mnie podkusiło, żeby zadzwonić akurat po niego? — wyrzucał sobie. Założyłby się, że żaden inny żniwiarz nie wyciąłby mu takiego numeru.

Tymczasem dziewczynka nadal stała z nosem przyklejonym do szyby. Powinien jej pewnie uświadomić, że cmentarz znajduje się zbyt daleko, by miała szansę dojrzeć stąd poczynania wujka, ale z drugiej strony — przynajmniej czymś się zajęła.

— Nie jesteś śpiąca? — zagadnął z ledwie skrywaną nadzieją, która szybko prysnęła, gdy dziewczynka pokręciła głową. Odwróciła się w jego stronę i wbiła w niego tak intensywne spojrzenie, że zaczął żałować, że zwrócił na siebie jej uwagę. — Jak ci w ogóle na imię?

— Magda — odparła, ostatecznie odrywając się od okna.

Powoli okrążyła pokój, zaglądając w każdy kąt, jakby była przekonana, że prędzej czy później znajdzie coś ciekawego. Co chwilę zatrzymywała się przy jakimś przedmiocie, oglądała go z namysłem, po czym ruszała dalej.

— Wujek mówił, że jest pan lekarzem.

— To by się zgadzało — potwierdził Waldemar, zastanawiając się co dokładnie Feliks jej o nim naopowiadał. Mógłby się odwdzięczyć i też powiedzieć kilka słów na jego temat, choć mógłby napotkać pewne trudności, skoro musiał powstrzymywać się od używania niecenzuralnych wyrazów.

— I pracuje pan w szpitalu?

— Raczej prowadzę własny — odparł z przekąsem.

Magda zatrzymała się i spojrzała na niego z jeszcze większym zainteresowaniem.

— Dla żniwiarzy?

— Nie tylko — odpowiedział wymijająco, ale dziewczynka nie przestawała wpatrywać się w niego z wyczekiwaniem. Uznał, że lepiej będzie pominąć tę mniej szczytną część dotyczącą kiboli i złodziei, dodał więc jedynie: — Dla każdego, kto miał niezbyt szczęśliwe spotkanie z demonem.

Magda pokiwała głową ze zrozumieniem.

— Jest pan tak jakby szeptuchą — stwierdziła.

— Co proszę?

Ale dziewczynka nie rozwinęła tematu i straciła już zainteresowanie jego osobą.

— Ja jak dorosnę, to zostanę żniwiarzem. Jak wujek — oznajmiła z dumą.

Waldemar prychnął.

Nie wiedział dokładnie w jaki sposób ludzie stawali się żniwiarzami. Zapytał o to kiedyś Feliksa, ale ten tylko wymamrotał coś pod nosem i zaraz uciął temat. Jedno było pewne — wiązało się to ze śmiercią.

Był ciekaw czy rodzice Magdy wiedzieli, że ich córka wymarzyła sobie profesję, która nie wymaga by najpierw wybrać się na studia, tylko położyć do grobu.

On za nic nie życzyłby sobie takiego losu, ale cóż się dziwić, ta dziewczynka nie wiedziała tego co on. Na pewno zmuszała Feliksa, by opowiadał jej o swoich polowaniach, a on karmił ją złagodzoną wersją skupiającą się na bohaterskim ratowaniu ludzkich żyć, a krew, połamane kości i konanie w agonii zostawiał już dla siebie.

Jak dorośniesz, to zmądrzejesz, miał ochotę odpowiedzieć, ale ugryzł się w język. Był jej opiekunem tylko na tę noc, niech jej rodzice się tym martwią. Magda nie czekała zresztą aż wyrazi swoją opinię.

— Spotkał pan kiedyś jakiegoś demona? — dociekała.

Na dźwięk jej słów przed oczami natychmiast stanął mu obrzydliwy potwór o czerwonej, zdeformowanej twarzy, a w nozdrzach niemal poczuł duszący smród rozkładu. Jego umysł zawsze z wyjątkową łatwością przenosił go do tamtej chwili, gdy od śmierci dzieliło go kilka uderzeń serca.

Mrugnął i obraz zniknął.

Spojrzał w zaciekawione oczy dziewczynki.

— Nie — skłamał. — Bo nie pcham się tam, gdzie nie moje miejsce. Tobie też to radzę.

Magda pokręciła głową, jakby zupełnie nic nie rozumiał.

— Przecież ktoś musi. Inaczej wszyscy bylibyśmy zgubieni — odparła z dziecięcą powagą. Brzmiała jakby powtarzała coś, co słyszała już wiele razy, lecz nie do końca rozumiała. — Ja tam bym mogła…

Znów zbliżyła się do okna z tęsknym spojrzeniem.

— Nie bałabyś się? — zapytał przekornie, a ona odwróciła się natychmiast z miną świadczącą, że nikt jeszcze nigdy tak jej nie obraził. — Widziałaś w ogóle kiedyś jakiegoś demona?

— Widziałam zmorę w butelce — pochwaliła się.

Waldemar powstrzymał się przed pogardliwym prychnięciem.

On też taką widział. Ten mały obłok zamknięty w szkle nijak miał się do bladego potwora, który mignął mu przed oczami zaledwie kilka tygodni temu, kiedy dręczył jego sąsiada.

Wyglądało na to, że rodzina Magdy na razie trzymała ją od tego wszystkiego z daleka, ale może dobrze byłoby ją uświadomić, że nie wie o czym mówi. Zanim któregoś dnia okaże się, że jest już za późno.

Westchnął, nagle zmęczony tą rozmową.

— Na pewno nie chciałabyś się położyć?

— Może — Magda zamyśliła się, nieświadoma tego jak gra na jego emocjach, dając mu złudną nadzieję. — Ale jestem głodna.

Waldemar zacisnął zęby. Więc nie dość, że Feliks wcisnął mu ją pod opiekę, to nawet jej wcześniej nie nakarmił. Za to, że dziewczynka wcale nie sprawiała wrażenia wyjątkowo spokojnej, a była za to głodna, znudzona i pełna energii, powinna mu się należeć nie jedna, ale trzy przysługi. Co najmniej.

Przyjrzał się swojej kuchni tak krytycznie jak nigdy dotąd.

Nie trzymał w domu wiele jedzenia, robiąc zakupy zwykle skupiał się na artykułach płynnych, którymi zresztą i tak nie mógłby jej uraczyć.

Na kuchennym blacie nie znalazł nic poza kilkoma kromkami trochę sczerstwiałego już chleba, a najbardziej wartą uwagi rzeczą jaką udało mu się wydobyć z odmętów szafek było opakowanie zupki chińskiej.

Sceptycznie przebiegł wzrokiem po wypisanym na opakowaniu składzie.

Może i nie był najlepszym opiekunem, ale jako lekarz doskonale wiedział, że to nieodpowiednie jedzenie dla dzieci. Nie miał jednak nic innego do zaoferowania, lodówka świeciła pustkami, a kto wie ile ta mała jeszcze tu zostanie? Musiał ją nakarmić.

Z braku innych opcji wrzucił makaron do miski i zalał wrzątkiem. Ostatecznie to jednorazowa sytuacja.

Na szczęście Magda nie okazała się wybredna.

— Serowa — ucieszyła się, zgarniając z blatu porzucone opakowanie. — Moja ulubiona.

— Ulubiona? — Waldemar uniósł brew. — Rodzice też ci takie dają?

— Rodzice nie. Wujek.

Wzniósł oczy do nieba.

Może to i lepiej, że Feliks nie zostawił mu żadnych instrukcji co do opieki nad Magdą. Strach pomyśleć, co by było, gdyby się do nich zastosował. I niech tylko spróbuje mieć jakieś zastrzeżenia co do jakości opieki Waldemara.

Tymczasem Magda rozsiadła się przy stole ze swoją książką, oczekując na zaserwowanie jej kolacji i bardziej przypominała mu rozpieszczoną księżniczkę niż łowczynię demonów, do której aspirowała.

To tylko jedna noc, powtórzył sobie po raz kolejny i powstrzymał się od komentarzy, podając jej talerz. Spojrzał przy tym ponad jej ramieniem na rozłożoną przed nią książkę. Zmrużył oczy na widok gęsto zapisanych drobnym drukiem stron, ale nie udało mu się nic odczytać. Nie była po polsku, nie rozpoznał języka i szczerze wątpił, że Magda cokolwiek rozumiała. Nie stanowiło to jednak problemu — książka pełna była ilustracji.

A konkretnie rysunków przedstawiających rogate bestie, upiory i inne stworzenia, które nawet dorosłego przyprawiłyby o nocne koszmary. Waldemar uniósł brew.

— Niech zgadnę. Prezent od wujka?

— Od mamy — odparła Magda. — Pracuje w bibliotece i czasem przynosi mi takie różne książki…

Waldemar spojrzał na nią z ukosa.

Miał mgliste wspomnienie, że kiedyś lekko wstawiony i czymś rozsierdzony, oznajmił Feliksowi, że bardzo mu żal jego rodziny, która będzie musiała się z nim użerać przez całą wieczność. Teraz jednak oficjalnie wycofał swoje wyrazy współczucia.

Kto daje coś takiego dziecku? Cała ta rodzina musiała być nienormalna.

Zaczynała go już od tego wszystkiego nieco boleć głowa, gdy prowadzony przez Magdę wykład i prezentację makabrycznych rysunków, przerwało nagle pukanie do drzwi.

Waldemar natychmiast stał się czujny.

Nawet się nie łudził, że to Feliks. Wizja jego tak szybkiego powrotu była zbyt piękna, aby mogła być prawdziwa.

Dyskretnie sięgnął po leżący na szafce w korytarzu pogrzebacz i ruszył w stronę drzwi.

Nie mylił się, na progu nie było Feliksa, na którego widok Waldemar ucieszyłby się prawdopodobnie po raz pierwszy i ostatni w życiu.

Za drzwiami stało dwóch typów, wyglądających jakby właśnie uszli z jakiejś ulicznej bójki. Jeden mrużył oczy spod rozciętego łuku brwiowego, drugi przyciskał do siebie owiniętą bluzą rękę. Na jasnoszarym materiale uformowała się już pokaźna karmazynowa plama.

Jak tłumaczyli, wszystko to było wynikiem „małego nieporozumienia”.

— Czekajcie tu — powiedział Waldemar i zatrzasnął im drzwi przed nosem.

Szybkim krokiem wrócił do kuchni.

— Chodź — powiedział, zaganiając Magdę na górę. — Skoro zjadłaś, to teraz możesz już iść spać.

Zaprowadził ją do pokoju, w którym zwykle lokował pacjentów, których musiał zatrzymać na „obserwację” i dziękował losowi, że ostatni z nich zakrwawił pościel, zmuszając go, by ją w końcu przebrał. Nie zważając na obrażoną minę dziewczynki, nakazał jej kategorycznie się stamtąd nie ruszać i wrócił na dół.

Otworzył drzwi, lecz zanim wpuścił nieproszonych gości, zapytał:

— Skąd idziecie?

Trupi jad zabijał w kilka minut — gdyby natknęli się na upiora, to już byłoby po nich. Ale ostrożności nigdy za wiele. Nie mógł dopuścić, by któryś z nich wyzionął ducha w jego domu, zwłaszcza, gdyby miała na to patrzeć kilkuletnia dziewczynka.

Ta sama dziewczynka, która właśnie ostrożnie przycupnęła na schodach.

Waldemar rzucił Magdzie ostrzegawcze spojrzenie, mając nadzieję, że zrozumie, że nawet jeśli nie zamierza iść spać, to nie wolno jej jeszcze wracać na dół.

Dopiero wtedy przyjrzał się ranie.

Z ulgą ocenił, że nie była tak poważna, jak mogłaby wskazywać na to ilość krwi. Nie tracąc czasu, zabrał się do pracy, nie siląc się na delikatność, z której w końcu nawet będąc w najlepszym humorze nie był znany.

— Jak wygoiła się druga ręka? — zagadnął.

Jego pacjent jakiś czas temu miał wątpliwy zaszczyt dołączenia do grona osób „widzących” po spotkaniu z brzeginią, a cała sprawa od początku wydawała się Waldemarowi trochę dziwna.

Mężczyzna już wtedy, gdy stanął pod jego drzwiami odprowadzany przez żniwiarza, który uratował mu życie, był bardzo zmieszany i właściwie wybiegł z jego domu, nie prosząc nawet o kieliszek wódki, bez którego nie mogła się obyć większość nowo uświadomionych. A i tym razem na samo wspomnienie demona zaczerwienił się po czubki uszu.

— Bez problemu. Prawie nie został ślad — wymamrotał.

Waldemar kiwnął głową i zanotował w pamięci, by później doczytać co nieco o brzeginiach.

Przez głowę przemknęła mu myśli, że Magda na pewno z wielką radością podzieliłaby się z nim swoją wiedzą, ale już i tak ze zbyt wielkimi, jak na jego gust, wypiekami na twarzy opowiadała o demonach. Na pewno nie zamierzał jej dodatkowo zachęcać.

Nie wspominając już o tym, że uczenie się od kilkulatki byłoby poniżające.

Założył ostatni szew. Po krótkiej inspekcji ocenił, że rana na skroni drugiego z mężczyzn, to właściwie zadrapanie i nie wymaga zabiegów większych niż naklejenie plastra.

Wyrzucił zakrwawiony gazik do kosza i skinieniem głowy dał im do zrozumienia, że to wszystko.

Pacjent podziękował i wymienił spojrzenie z kolegą. Odchrząknął niepewnie, a Waldemar obserwował te objawy już tak wiele razy, że doskonale wiedział dokąd to zmierza.

— Jeśli chodzi o pieniądze, to…

Machnął ręką, trochę wbrew sobie. W tej chwili zależało mu jednak jedynie na tym, by jak najszybciej się ich stąd pozbyć.

Poprowadził ich do wyjścia, ale przystanął jeszcze na chwilę w otwartych drzwiach.

— Zróbcie mi przysługę — powiedział. — Jak spotkacie jakichś kolegów, to powiedzcie im, żeby dzisiaj nie przechodzili obok…

Nagle nocną ciszę przedarł wysoki krzyk.

Waldemar zesztywniał w progu. Jego pacjenci również zamilkli i odruchowo obejrzeli się przez ramię, jakby spodziewali się zobaczyć kogoś pędzącego za nimi z nożem.

Chwilę później furtka, z naoliwieniem której Waldemar nosił się już od jakichś trzech lat, zaskrzypiała nieprzyjemnie i z brzękiem uderzyła o ogrodzenie, gdy ktoś z impetem torował sobie drogę naprzód.

Pomimo mroku Waldemar bez problemu rozpoznał czerwoną twarz i rozgorączkowany głos swojego najmniej lubianego sąsiada. Poły niezawiązanego szlafroka powiewały za nim jak skrzydła.

— Ona wróciła! — wrzeszczał, wymachując rękami jak opętany.

Nie czekając na zaproszenie, wyminął Waldemara i zniknął w głębi domu, nie przestając pokrzykiwać:

— Wróciła! Wróciła!

Waldemar przeklął swój spóźniony refleks, który nie pozwolił mu w porę zatrzasnąć drzwi. Będzie musiał nad tym popracować. Ruszył za mężczyzną, który znalazł się już w salonie i jakby mając szósty zmysł natychmiast namierzył stojącą za fotelem butelkę wódki, którą Waldemar ukrył tam przed wzrokiem Magdy. Pociągnął spory łyk, krzywiąc się okropnie.

— Zmora! — oznajmił nie wiadomo komu. Oczy miał rozbiegane, niespokojnie omiatał wzrokiem każdy kąt. — Wróciła po mnie!

Od strony schodów rozległ się stłumiony, podekscytowany okrzyk.

Waldemar rzucił Magdzie przez ramię karcące spojrzenie. Mogłaby mieć chociaż na tyle przyzwoitości, by udawać, że zastosowała się do jego poleceń.

— A ja zgubiłem gdzieś numer do tego faceta… Ty musisz do niego zadzwonić! — mówił dalej sąsiad, zupełnie nieświadomy obecności dziewczynki. Załapał Waldemara za ramiona i mocno nim potrząsnął. — Powiedz mu, że wcale nie zabił tej zmory!

— Zabił na pewno! — Waldemar również podniósł głos, próbując oderwać od siebie jego ręce.

Kilka tygodni temu sam także miał okazję zobaczyć nękającego sąsiada nawiego i doskonale pamiętał butelkę z uwięzionym w środku demonem, którą pokazał mu Feliks.

— Przecież wiem, co widziałem!

Waldemar wzniósł oczy do nieba i westchnął ciężko. A więc ta noc będzie jeszcze dłuższa niż się spodziewał.

— Będziesz mógł wnieść reklamację osobiście — oznajmił, wreszcie uwalniając się z uścisku. — On niedługo powinien tu być.

Przynajmniej taką mam nadzieję, dodał już w myślach.

— Dobrze, to dobrze… — Sąsiad opadł na fotel z ulgą, która ostała się zaledwie parę sekund. Niemal natychmiast poderwał się jak oparzony. — Zaraz… Niedługo? Więc już tu jedzie? Dlaczego?

Z bojaźnią rozejrzał się wokół, jakby spodziewał się, że zaraz coś skoczy na niego z szafy albo wciągnie go pod wersalkę. Waldemar usadził go z powrotem, upewniając się, że wciąż obserwująca ich ze schodów Magda, nie znajdzie się przypadkiem w zasięgu jego wzroku.

Nie wiedział co robić. Ten wariat nie da się przecież wysłać teraz do domu. Może powinien zajmować go rozmową, aż upije się i padnie nieprzytomny?

— Więc jak to było z tą zmorą? — zapytał, zmieniając temat.

Mężczyzna przeżegnał się i wziął kolejny łyk alkoholu.

— No tak jak ostatnio. Obudziłem się nagle i poczułem jakby coś siedziało mi na piersi. Nie mogłem złapać tchu, już myślałem, że się uduszę… Zerwałem się z łóżka i przybiegłem prosto tutaj.

— Czekaj. Czyli tak naprawdę nic nie widziałeś? — dopytał Waldemar, mrużąc oczy.

Sąsiad kilkukrotnie otwierał i zamykał usta, zanim w końcu wybuchnął:

— Jakie to ma znaczenie?! Czułem ją! Czułem jak mnie dusi! — złapał się za gardło, jakby chcąc zademonstrować horror, jaki właśnie przeszedł. — Nie mogłem oddychać… W klatce czułem ucisk i takie dziwne pieczenie… A w gardle to zaczęło mnie palić…

— Człowieku! Przecież to zwykły refluks!

Waldemar poczuł tak przemożną ulgę, że jakoś udało mu się pohamować gniew. Miał ochotę z miejsca wyrzucić mężczyznę za drzwi, ale dobrze byłoby najpierw upewnić się, że nie będzie próbował wrócić.

Zaciągnął go do kuchni. Otworzył szafkę, w której trzymał swoje zioła i sięgnął po słoik rumianku. Zwykła herbata w torebkach w zupełności by wystarczyła, ale nie miał w domu takich specjałów. Przesypał nieco ziół do plastikowego woreczka.

— Z tego zrób napar, powinno złagodzić objawy. I nie pij więcej. — Wyrwał mu z rąk butelkę wódki. — To na pewno nie pomoże.

Do drugiego worka wsypał jeszcze po garści najpowszechniejszych ziół odstraszających nawich, by zminimalizować ryzyko, że zaraz będzie musiał użerać się z kolejnym napadem paniki.

— A jutro idź do lekarza — powiedział parafrazując to, co naprawdę cisnęło mu się na usta: lecz się.

— Ale jesteś pewien…

Waldemar spojrzał groźnie, a zawstydzony sąsiad uciekał równie szybko, jak tu przybiegł.

Drzwi zatrzasnęły się za ostatnim — jak miał nadzieję — nieproszonym gościem i przez chwilę rozkoszował się głuchą ciszą, która wreszcie zapadła w domu. Potem od strony schodów rozległ się odgłos kroków.

Westchnął i nie miał nawet siły strofować Magdy za to, że nie została w łóżku.

Dziewczynka zatrzymała się na ostatnim stopniu schodów i przez chwilę wpatrywała się w niego z nieodgadnioną miną, po czym zapytała:

— Co trzeba zrobić, żeby zostać szeptuchą?

— Nie jestem żadną… — zaczął, ale po chwili namysłu machnął na to ręką.

To tylko dziecko, poza tym pewnie już nigdy więcej jej nie spotka — wątpił, by po dzisiejszej nocy rodzice Magdy jeszcze kiedykolwiek zostawili ją pod opieką Feliksa. Niech nazywa go sobie jak chce.

Podszedł do niedomkniętej szafki z ziołami.

— Chodź tutaj — rzucił przez ramię.

Magda zjawiła się bez słowa i nieco zaskoczyło go skupienie i powaga w jej oczach — wyglądała, jakby naprawdę chciała się czegoś od niego nauczyć.

— Wiesz co to? — zapytał, podając jej słoik, z którego chwilę wcześniej odsypał nieco ziół.

Dziewczynka odkręciła zakrętkę i powąchała zawartość.

— Rumianek.

— Dokładnie. Pomaga na zgagę i przydaje się przy oczyszczaniu ran. Działa też na histeryków. — Podał jej kolejny słoik. — A to poznajesz?

Obejrzała dokładnie zawartość, zaciągnęła się zapachem, ale ostatecznie pokręciła głową.

— To, chciałabyś mieć pod ręką, gdyby kiedyś użarł cię…

 

***

 

— Więc… Czego byś użyła gdyby twój pacjent został ugryziony przez brzeginię, miał mdłości i zaczął panikować?

Magda w skupieniu pochyliła się nad stołem zastawionym każdym rodzajem ziół jakie posiadał. Po prawie dwóch godzinach takiej zabawy odpowiadała już niemal bezbłędnie i wciąż domagała się, by Waldemar rzucał jej kolejne wyzwania. Musiał przyznać, że powoli zaczynały kończyć mu się pomysły. Nie odpuściła nawet, kiedy w końcu dołączył do nich Feliks — koniecznie musiała pochwalić mu się nowo zdobytą wiedzą.

— Ranę trzeba przemyć wodą świętego Jana — wyrecytowała. — Na mdłości dobry jest imbir i mięta, a rumianek i kozłek uspokajają.

— Bardzo dobrze — pochwalił ją wujek, jakby sam miał pojęcie czym leczyć mdłości i histerię.

Waldemar zmierzył go spojrzeniem, by upewnić się, że wszystko ma na swoim miejscu i przypadkiem nie straumatyzuje czymś Magdy, chociaż zaczynał wątpić, że cokolwiek jest w stanie tego dokonać. Wyglądało jednak na to, że jeśli nie liczyć kilku zadrapań na dłoniach i niedokładnie startych z twarzy smug ziemi, to polowanie zakończyło się dla żniwiarza szczęśliwie.

— Zaraz zaśnie, akurat! — syknął ściszonym tonem. — Nie zmrużyła oka.

Feliks obrzucił Magdę równie uważnym spojrzeniem i wzruszył bezradnie ramionami.

— Powinna przecież być już zmęczona. Nie wiem, dlaczego taka jest.

Waldemar już miał machnąć na to ręką, w końcu nie było to już jego zmartwienie, gdy nagle coś przyszło mu do głowy.

— Dawałeś jej wieczorem jakieś słodycze?

— Nie — odparł Feliks, a jego defensywny ton wskazywał, że szczera odpowiedź na to pytanie brzmiałaby raczej: dzisiaj nie.

— A jakieś soczki, czy nie wiem… Coś takiego?

Żniwiarz spojrzał na niego kątem oka.

— To nie słodycze.

— Ale w takich rzeczach też jest tona cukru — Waldemar wyjaśnił powoli. — A cukier sprawia, że dzieciakom odbija.

Feliks już na niego nie patrzył.

— To wiele wyjaśnia — mruknął.

— Boże, biedne dziecko — wymamrotał pod nosem Waldemar. — Co z niej wyrośnie skoro faszerujesz ją zupkami chińskimi i cukrem?

Feliks udał, że go nie słyszy, prawdopodobnie nie mając nic na swoją obronę. Przeniósł uwagę na dzwoniący telefon i prychnął z pogardą.

— Patrz, twój tata chyba sobie o nas przypomniał — rzucił w stronę Magdy.

Dziewczynka nie zareagowała, zajęta odgrywaniem najstarszej sztuczki na świecie — udawała, że zasnęła, żeby wujek musiał ją nieść.

— Teraz? — wyrzucał swojemu rozmówcy Feliks. — Teraz to Magda już śpi, przyjedź po nią rano. I tak musimy sobie porozmawiać.

Rozłączył się i stanął nad rozłożoną na wersalce bratanicą, która ani na chwilę nie wypadała z roli. Westchnął, ale bez słowa wziął ją na ręce, co częściowo wyjaśniało dlaczego była tak rozpieszczona — nic dziwnego skoro nawet wujek żniwiarz ustępował jej we wszystkim.

— Zamierzasz przyznać się jej ojcu, że zostawiłeś ją pod opieką alkoholika? — zapytał sceptycznie Waldemar.

— Przecież nic nie piłeś. — Feliks zmrużył oczy dając mu do zrozumienia, że lepiej dla niego, żeby była to prawda.

— Mimo wszystko.

Żniwiarz wzruszył ramionami.

— Ostatecznie, wszystko dobrze się skończyło. Prawda? — Potrząsnął opartą na jego ramieniu Magdą. — Śpisz czy zemdlałaś?

— Zemdlałam — wymamrotała, nie otwierając zaciśniętych oczu.

Feliks schylił się po ukrytą uprzednio przed ciekawskimi dłońmi dziewczynki torbę i zarzucił ją na ramię. Coś sprawiło, że Waldemar omal nie kazał mu uważać — Magda nie wydawała się na tyle mała, by mógł swobodnie unieść ją jedną ręką. Feliks trzymał ją jednak pewnie, nieświadomie obnosząc się ze swoją żniwiarską siłą. Waldemar przeklął go jeszcze raz, dla zasady.

— Następnym razem, gdy będziesz potrzebować żniwiarza — rzucił jeszcze Feliks. — Przesuń mnie w dół listy.

— Z przyjemnością — odparł Waldemar sztucznie uprzejmym tonem, przytrzymując dla niego drzwi, aby przekaz był jeszcze wyraźniejszy.

Zaskoczony odkrył, że nie odczuł aż takiej ulgi, jakiej się spodziewał. Cieszył się oczywiście, że został wreszcie uwolniony od ciężaru odpowiedzialności za cudze dziecko, ale… ta mała nie była taka zła. Rozpieszczona i wygadana, to na pewno. Ale nie tak uciążliwa jak początkowo zakładał.

Zanim zamknął za nimi drzwi, zdążył jeszcze usłyszeć, jak Magda oznajmia wujkowi:

— Już nie chcę zostać żniwiarzem.

— Dobrze to słyszeć.

— Będę szeptuchą.

Nie dosłyszał odpowiedzi Feliksa, nie zwlekając dłużej z zatrzaśnięciem drzwi. Oparł się o nie na moment, wsłuchując się w błogą ciszę, jaka wreszcie na powrót zapanowała w jego domu.

A gdzieś w środku poczuł dziwne ciepło. Nie przyznałby się do tego głośno, nawet przed samym sobą, ale to, że Magda w swojej dziecięcej szczerości dostrzegła w jego zajęciu coś wartościowego sprawiło mu niemałą przyjemność. I pomyśleć, że uważał, że znalazł się na dnie.

Proszę bardzo, parę godzin i poszła po rozum do głowy, myślał z satysfakcją. Mogło jej to wyjść tylko na dobre.

A jemu… jemu też wcale nie przeszkadzało, że choć raz ktoś spojrzał na niego i pomyślał: „też tak chcę.”