Actions

Work Header

Do-o-koooła

Summary:

W pewnym momencie to już nic więcej, tylko bieganie w kółko i w kółko. Możesz sobie wyobrażać, że kogoś gonisz albo czuć podskórnie, że komuś uciekasz: ale tak naprawdę poza tobą nie ma nikogo, tylko żarząca się w słońcu ścieżka faluje pod naciskiem twoich stóp. A jednak Daiki ma dopiero piętnaście lat i byłoby cholernie dobrze wpaść jeszcze po drodze na coś jakkolwiek interesującego. I w końcu, na obozie lekkoatletycznym w Nagaokade, rzeczywiście wpada na kogoś interesującego. A, i Kise Ryouta też tam jest.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Chapter Text

Jeszcze raz przebiegnijmy pamięcią przez to, jak to było pierwszego dnia: jezioro mruga spomiędzy zielonych gałęzi, na jego spokojnej tafli tli się słońce. W krzakach coś szeleści, okoń kręci się na płyciźnie. Z koron drzew podrywają się ptaki, razem z Daikim wydostają się z lasu na otwartą przestrzeń. Pod jego stopami ubita ziemia, zasypana liśćmi, kończy się i rozsypuje w złocisty pasek. Za zakrętem koło się domknie. Pierwsze okrążenie zawsze jest najlepsze. Za pierwszym razem biegniesz do przodu, potem tylko w kółko. Z porannym upałem skwierczącym mu na policzkach, z równym oddechem i podrygującymi ramionami Daiki leci po ścieżce. Wystawia twarz do nieba i oddycha chciwie, z otwartą piersią. Gdyby nie buty do biegania, oderwałby się od ziemi.
Dwadzieścia dziewięć minut, trzydzieści dwie!, rzuca trener, gdy Daiki kończy drugie okrążenie. Dobiega jako pierwszy.

***

 

Trzy dni później też dobiegł pierwszy. Przed Kise, przed kimkolwiek innym. Usłyszał swój czas i kopnął w ziemię, wzbijając chmurę piasku. Kise wpadł parę sekund za nim, oparł rozgrzane dłonie na udach i ciężko oddychał. Po minucie wyglądał jak wyjęty z pierdolonej reklamy płynu pod prysznic czy innego antyperspirantu, z włosami atrakcyjnie przyklejonymi do czoła, i oznajmił, że idzie kupić sobie mojito, żeby wyglądać jeszcze bardziej jak z pierdolonej reklamy. Daiki powlókł się pod płot i usiadł w cieniu krzewu. Sztachetki wbijały mu się w plecy, a inni nadbiegali metodycznie i gromadzili się wokół niego, jakby zakładali wspólnie osadę, a on pierwszy sklecił chatę z desek.

Półleżąc z przymkniętymi powiekami, rozważał znalezienie sobie jakiegoś własnego drzewa, zwłaszcza że słońce podniosło się i cień zdołał już uciec mu z twarzy, kiedy nagle usłyszał:

– To wy przed chwilą biegaliście, prawda?

– Owszem, biegaliśmy – wymamrotał, zastanawiając się, czemu dwunastolatek pyta akurat jego. Zmrużył oczy w słońcu i doszedł
do wniosku, że to jednak nie był dwunastolatek. Miał spokojne, majestatyczne prawie rysy twarzy. – A co? – dorzucił, podnosząc się.

Wtedy chłopak o posągowych rysach twarzy i spojrzeniu prześwietlającym jak promieniowanie rentgenowskie ukucnął przed nim. Jego dłoń wylądowała w trawie nieopodal nogi Daikiego w znoszonych najkach. Z tej odległości nieznajomy musiał czuć, jak Daiki śmierdzi, a już zwłaszcza jego buty. Nie ma nic gorszego, niż rozmawiać z kimś, gdy od ciebie jebie, jedyne, co go ratowało, to że wszyscy dookoła byli równie jak on spoceni (co po niektóre cherlaki znacznie bardziej, niż on), a Kise, który pocił się atrakcyjnie i bezzapachowo, nie było w pobliżu, bo w pobliskim barku na plaży usiłował pewnie wmówić gościowi, że ma osiemnastkę.

Chłopak pochylający się ku Daikiemu sam wyglądał miękko i czysto, w nieprzepuszczającym powietrza, błękitnym polo spływającym mu z ramion i klapkach nie zszarzałych nawet od piasku. Miał parę gojących się już zadrapań na nogach, a białą szyję pewnie psikał fiołkową wodą kolońską albo czymś takim, ale Daiki nie mógł tego poczuć, bo odchylił się, żeby być jak najdalej od niego.

– Będziecie biegać też jutro?

Daiki odpowiedział, że tak. Własne kolana zasłaniały mu prawie widok na twarz, z której, pochylonej ku niemu, wyglądało prześwietlające spojrzenie. Poprawił spodenki, które zawinęły mu się na udzie.

– Mógłbym się może przyłączyć?

– Nikt ci przecież nie zabroni. Jak się tu stawisz o dziewiątej, to możesz biec z nami, czemu nie. A co, dobrze biegasz?

– Jestem przeciętny.

Daiki odkleił plecy od płotu i oparł przedramię na kolanie.

– To jak większość tutaj – mruknął. Obrzucił chłopaka jeszcze raz spojrzeniem. Był właściwie w każdym calu taki jak większość. Daiki uznał, że nie było co się niepotrzebnie jarać i wstał. – No to widzimy się jutro, czy coś – rzucił i, zgarnąwszy pusty bidon, skierował się do ośrodka, więcej już za siebie nie patrząc, bardziej znudzony niż rozczarowany.

***

Chłopak pojawił się następnego dnia i miał nawet strój. Z czoła spływały mu kropelki potu jeszcze zanim zaczęli biegać. Ale – miał ten strój, co dawało nadzieję, że go już kiedyś nosił. Daiki widział, że chłopak próbował dać o sobie znać trenerowi, ale trener, ten chuj, nie zwrócił na niego w ogóle uwagi.

– Łał, przyjechał ktoś nowy? – zainteresował się z kolei Kise. Chciał już iść „się przywitać”, ale Daiki pociągnął go za koszulkę.

– To tylko jakiś miejscowy. Chodź się rozgrzać.

– A, tak. Rzeczywiście widziałem go wczoraj, jak stał i się na nas gapił. Mega dziwne, co?

Daiki odpowiedział, że nie ma w tym nic dziwnego, chyba że twarz Kise, i że trzeba się rozgrzać.

– Od kiedy obchodzi cię rozgrzewka?

– Od kiedy prawie skręciłem kostkę o pierdolony korzeń wystający z ziemi.

– Łał, korzenie wystają z ziemi. Ale nowość – skomentował Kise tym samym co zwykle, wkurwiającym tonem głosu.

Stanęli nad brzegiem jeziora i zaczęli się rozciągać. Daiki włożył palce w trawę, wyschniętą już z rosy, nagrzewającą się powoli od słońca. Kise przyciągnął kolano do piersi i w białej koszulce na tle jeziora wyglądał jak jedna z sunących po nim żaglówek albo czapla. Daiki – spośród tych wszystkich, którzy tutaj przyjechali – stety czy niestety, ale nie mógł wybrać lepiej. Pierwszego dnia podjął decyzję, a raczej jego mózg zrobił to za niego, że będzie się trzymał akurat z Kise. Mogło się to okazać strzałem w kolano i wtedy Daiki gryzłby się przez dwa tygodnie z nowy wrogiem, taki urok obozów czy, generalnie, nawiązywania znajomości.

Póki co było spoko. Kise szybko biegał, nie pierdolił się w tańcu, miał ciekawe rzeczy do powiedzenia, jego największą wadą było to, jak bardzo był wkurwiający. Daikiego codziennie nachodziła obezwładniająca ochota, żeby wypierdolić go przez okno ich pokoju, nie chodziło nawet o to, co Kise mówił, ale o ten – wspomniany już – wkurwiający ton głosu. Ta, Kise nie był świetnym kolegą, ale spośród oferm tutaj… jak wyżej, szybko biegał.

Nikt nie docenia, jak realnie ważny jest ten faktor przy zawieraniu znajomości… no ale, kurwa, sorry, byli na obozie lekkoatletycznym. Jeżeli znajdziesz sobie kolegę, nawet najbardziej zajebistego, którego średnie tempo to siedem kilometrów na godzinę – gratulacje, wykopałeś sobie mogiłę. Jasne, może wam się świetnie rozmawiać przy kolacji, na ognisku, możecie wspólnie żartować i przeżywać jedyne w swoim rodzaju połączenie, ale potem musicie stanąć jeden obok drugiego na linii startu. A za nią już nic nie jest takie samo.

Dlatego też Daiki nie chciał, aby Kise podchodził do nowego, który już zapowiedział, że jest przeciętny i zresztą po dokładniejszych oględzinach, na takiego właśnie wyglądał. Może nałożył dobre buty, może łydki też miał niezłe, ale był przy tym niski i jakiś taki… Po prostu lepiej, by Kise trzymał się z daleka. Zaczniesz z takim rozmawiać, a potem głupio jest go wyprzedzić, urwać wątek w połowie, a Daiki nie zapisał się na obóz nordic walking.

Zresztą widział już to. Chociażby tutaj, pierwszego dnia. Na początku chłopaki usiłują ze sobą rozmawiać jak gdyby nigdy nic. Jednak w miarę upływu czasu, gdy ziemia kurzy ci się pod nogami, z ciała paruje woda, przypominasz sobie, że tu nie chodzi o rozmowę, kolegę, tylko o bieganie. Rozmowa przestaje mieć znaczenie, słowa w gardle się zresztą kończą, wysychają w nim.
Głupio jest kogoś zostawić za sobą, ale jeśli już zdecydowałeś się biec, to jeszcze głupiej jest dobrowolnie dać się spowolnić. W tym temacie on i Kise rozumieli się – nic dziwnego, skoro, jak już zostało powiedziane, Kise też był szybki. Daiki miał w zasadzie wszelkie powody, aby sądzić, że Kise bez problemu zostawiłby za sobą kogokolwiek. Może więc nie było sensu pruć się o tego nowego.

***

Wystartowali. Daiki biegł w czołówce, któryś z kolei. Póki wszyscy mieli siłę, trzymał się grupy. Jeśli biegniesz w pojedynkę, mijający cię plażowicze gapią się na ciebie z niedowierzaniem, jakby nie ruszali nigdy dupy dalej niż z domku letniskowego na plażę przed tym domkiem i z powrotem – nie można im nawet pokazać języka, żeby go sobie przypadkiem nie odgryźć. Daiki wolał spoglądać w bok, na jezioro, w którym na płyciźnie taplały się dzieci, a dalej czarne główki wynurzały i się i zanurzały pulsującym ruchem, parą ramion odgarniając przestworza wód. Potem wracał wzrokiem na pylącą się ścieżkę albo mokre plamy rosnące na plecach gości przed nim. Dzisiaj było dużo goręcej niż wczoraj. Chuj trener przebił samego siebie z tą dziewiątą, był koniec lipca, jeśli chciał uzyskać efekt czterdziestu dziecięcych udarów, mógł ich wypierdolić na Saharę.

Gdy zobaczył, że odstępy między biegaczami zaczynają powiększać się, odwrócił się przez ramię i krzyknął:

– Kise, mógłbyś przestać opierdalać się i przyjść tutaj?

Kise – krótko przed startem – poszedł zaczepić nowego. Daiki stał kilkanaście metrów dalej pod drzewem i obserwował ich spod przymrużonych powiek, rozgrzewając kostki. Kise obrzucił chłopaka pytaniami i energicznie kiwał głową, gdy tamten odpowiadał, i co jakiś czas podnosił głos, żeby wykrzykiwać głupoty. Wyglądało na to, że rozmowa toczy się wartko, ale w tym przypadku to gówno znaczyło. Kise tak samo rozmawiał z dyrektorem ośrodka czy koniem, którego znaleźli na pastwisku za budynkiem. Konwersacje z jego udziałem nie umierały śmiercią naturalną do tego stopnia, że w oczach rozmówcy Kise było widać, jak zaczyna popierać eutanazję – sam Kise też zresztą nie mógł mieć przyjemności z takiego jałowego pierdolenia, ale był mocny, nie przestawał.

Daiki pamiętał, jak pierwszego dnia przy kolacji pomyślał: ten to musi mieć naprawdę trudne życie. Kise cały wieczór zdzierał sobie gardło, czemu trzeba było się mimowolnie przysłuchiwać. Na stołówce odbywały się poza śniadaniem i kolacją niesławne wieczorki karaoke, więc akustykę miała dobrą i do wyboru było to albo głodówka. Niestety okazało się, że głośne mlaskanie nie jest w stanie zagłuszyć dźwięków z zewnątrz, nawet jeśli Kise emitował je dwa stoliki dalej. Daikiemu nie mieściło się w głowie, że można rozmawiać z tyloma osobami naraz, wszystkich słuchać i za wszystkim nadążać. Dopiero potem odkrył, że Kise nikogo nie słucha i za niczym tak naprawdę nie nadąża. W pierwszej chwili Daiki miał ochotę go zamordować.

W każdym razie Kise z nowym dalej rozmawiali, gdy wszyscy już zaczęli biec. A teraz – byli bliżej jego pleców, niż zakładał odwrócony tyłem do nich.

Blada twarz chłopaka na doczepkę zdążyła zaróżowieć, krew zebrała się w jego policzkach w postaci nierównomiernych plam i jego usta, rozchylone wydychanym ciężko powietrzem, też zrobiły się mocno różowe. Koszulka zaczynała kleić mu się do piersi.

– Co, zmęczony? – Wyszczerzył się Daiki do niego.

– Jeszcze nie – odpowiedział chłopak. Sapał. Daiki zwątpił, czy w ogóle da sobie radę. Niektórzy przy drugim okrążeniu zaczynali iść – Daiki dublował ich wtedy i trzepał w głowę, chyba że to były dzieciaki, wtedy dostawały w dupę albo je oszczędzał. Po pierwszym dniu znudziło mu się to. Był raczej zażenowany, i nimi, i sobą.

Kise w końcu, tak jak należało, dołączył do Daikiego i wypuścili się w przód. „Jeszcze nie” zmęczony. Dobrze jest znać swoje granice, ale dlaczego granice wszystkich muszą być tak cholernie blisko, a równocześnie tak daleko od niego? Daiki zapytał Kise, czy się czegoś ciekawego o tamtym dowiedział i czy to pierwszy raz, jak tamten biega.

– Hm… Nie… chyba nic ciekawego… – Przyciśnięty, Kise powiedział, że on i tamten chłopak noszą takie same buty, tylko tamten chłopak w jakimś śmiesznie małym rozmiarze, chyba trzydzieści siedem? To już Kise na pewno zmyślił. Daiki znowu miał ochotę go zamordować. Jakie to, kurwa straszne, że można spokojnie żyć i nagle natknąć się na takiego dupka, który zmusi cię do strzępienia sobie języka, bo tak, a potem nie pamięta niczego, co mu powiedziałeś. Na chuj się w takim razie kiedykolwiek odzywać?

Daiki nigdy nie rozpatrywał swoich beznadziejnych umiejętności społecznych w kategorii zalet, ale może jednak beznadziejne umiejętności społeczne było jego zaletą. A w każdym razie jakimś rodzajem tarczy.

Świetnie, że Kise go wkurwił, bo dzięki temu Daiki miał więcej pary. To się nazywa kolega na dobre i na złe. Na razie Daiki zostawił go z tyłu. Gdy odwracał się przez ramię, żeby go zwyzywać, nie widział nieznajomego chłopaka. Musiał jeszcze nawet nie wybiec zza zakrętu.

Daiki przestał o tym myśleć. Jego pierś wypełniało na zmianę powietrze i upał. Wiatr znad jeziora muskał go po twarzy. Ale gdy skończył jedno okrążenie i nie zdublował chłopaka, zdziwił się. Musiał zemdleć i wpaść do rowu. Daiki po raz drugi wybiegł z lasku i jego buty zapadły się w piasek. Na plaże nadciągały bachory ze spalonymi od słońca rodzicami. Może przewrócił się o korzeń i nie wie, gdzie jest apteczka. Nie żeby Daiki wiedział, ale jemu to nie było potrzebne.

Kise miał dzisiaj problem z utrzymaniem tempa. Daiki mógł się przesłyszeć, ale zdało mu się, że gdzieś za plecami słyszy pytanie o godzinę. On i bez zegarka był w stanie Kise powiedzieć, że czas mieli do dupy, a na mecie jego przypuszczenia potwierdziły się. Dwanaście sekund gorzej. Uderzył w drzewo, a potem strząsnął buty ze stóp i cały wszedł do jeziora. Miał zamiar w nim siedzieć, aż zmarznie albo utonie.

Zanurzył się po czoło, poczuł przyjemny chłód. A jednak nie zdublował tamtego chłopaka.

Mokry opadł na trawę przy ścieżce i zapatrzył się w lewo z sercem tłukącym mu w ramieniu. Po kolei na plażę wbiegały kolejne osoby, które miał w dupie. Kise położył się na trawie obok kogoś innego. Jeśli utrzymywał stabilne tempo, była szansa, że ten chłopak zaskoczy jeszcze Daikiego. Ale kolejne osoby pojawiały się na końcu ścieżki i Daiki w końcu poczuł tę samą gorzkość, co zawsze.

Położył się na trawie z przymkniętymi oczami i minęło dobrych kilka minut, nim poczuł przy sobie kogoś.

– No i udało mu się – odezwał się nad nim Kise. – Nie zemdlał wcale w rowie.

Daiki podniósł się na łokciach.

– Ale wygląda, no, wygląda, jakby było mu do tego blisko. – Gdy tylko Kise to powiedział, przecinający plażę chłopak nagle zatoczył się nienaturalnie na bok, jakby ciało odmówiło mu posłuszeństwo.

– Co on, biegnie z zamkniętymi oczami? – wymamrotał Daiki. Jakie to, kurwa, zabawne. Ale wtedy, o dziwo, to przestało być zabawne, bo Daiki spostrzegł, że chłopak naprawdę miał opuszczone powieki. Sunąc przez plażę przypominał widmo, drżący w białym upale majak.

Na ścieżce, w cieniu, gwałtownie otworzył oczy. Dodał gazu. Teraz Daiki widział, że jego klatka piersiowa nabrzmiewa powietrzem i zapada się we wklęsłą dziurę, jakby nie miał w środku żeber. Dyszał jak pies wyrzucony latem na ulicę. Od linii mokrych włosów po czerwonym czole spływał pot. Chłopak oblizał usta. Już wszystkie mięśnie pracowały w nim machinalnie, mógł tylko oblizać usta i przechylić głowę lekko do tyłu, łamiąc sztywność karku, podczas gdy ramiona i nogi napędzała odrętwiała siła wahadłowa. Ostatnim wysiłkiem chłopak spiął każdy mięsień swojego ciała i z głębokim westchnięciem rzucił się w desperackiej próbie, by wyminąć gościa tuż przed nim.

– Trzydzieści pięć. Trzydzieści pięć sześćdziesiąt. – Trener automatycznie podał obydwa czasy.

Chłopak zatrzymał się i zgiął w pół. Po chwili – kolana w piach. Obydwiema dłońmi opierał się o ziemię, oddychając łapczywie, prawie błagalnie, twarz miał czerwoną aż po szyję i bliski był zwymiotowania. Daiki wiedział, jak to jest. Tamten wziął haust powietrza i chwiejnie uniósł się w górę. Zapytał trenera, czy mógłby powtórzyć jego czas, bo nie usłyszał. Trzeba zapamiętać swój wynik za pierwszym razem, odpowiedział mu na to trener, ten chuj.

– Nie tak źle jak na pierwszy raz – rzucił Kise.

Daiki gapił się bezmyślnie. Trzydzieści pięć minut! No, żeby mieć znowu taki rekord, który z taką łatwością da się pobić. A zresztą, nie trzeba go nawet pobijać. Wystarczy sama, czysta myśl, że jeszcze tyle jest przed tobą. Daiki myślał o tym, chociaż wiedział, że nie wystarcza. Tymczasem widok przesłoniła mu spora grupka, jakaś koalicja rodzin, matki, wózki, dziewczyny w kostiumach kąpielowych. Spomiędzy ich jasnych włosów i opalonych ciał Daiki nadal widział zaczerwienionego chłopaka.

***

To jest pierwsza zasada, którą słyszysz na lekkoatletyce, gdy się starasz. Jeżeli już nie masz siły, jeżeli czujesz, że wyplujesz sobie płuca z krwią, jeżeli czujesz, że czoło rozpęknie ci się na pół, jak rozgrzana blacha metalu uderzona piłą mechaniczną, nie biegnij dalej. Zatrzymaj się i napij wody. Daiki się do tego nie stosował. Nie stosowałby się do tego nawet, gdyby potrafił. Najwyraźniej tamten chłopak pod tym względem był jak on.

Daiki podrzucił w dłoni bidon z wodą. Dzieciaki nadal wbiegały na metę. Już się zdecydował, żeby podchodzi, ale chłopak był przy nich pierwszy. Może w czymś musiał być pierwszy.

– Czy będziecie biegali też jutro? – zapytał wciąż oddychając z trudem. Miał zeschnięte usta i Daiki mógł sobie wyobrazić, że równie suche, wyłożone krwią jest w tym momencie dno jego gardła.

Powiedzieli mu, że nie, będą biegali dopiero pojutrze, dodał Kise, nim Daiki zdążył to zrobić. Chłopak podziękował, napił się z bidonu Kise i rozejrzwaszy się dookoła nieobecnym wzrokiem, wrócił na ścieżkę. Gdy się od nich odwracał, stróżka potu spłynęła mu po szyi.

Daiki wyciągnął się na trawie z zamkniętymi oczami i zaczekał, aż Kise znudzi się mówieniem do niego. Długo to nie trwało. Gdy mu się chciało, Daiki potrafił być zajebiście nudny. Zostawiony w spokoju podniósł się i potruchtał ścieżką, machając ręką na zaskoczone: „Aomine, chce ci się jeszcze biegać?” i tego typu pizdowate okrzyki. A wam ile chce się leżeć? Na jaki obóz pojechaliście, co?

Dogonił chłopaka na końcu lasu, tuż przed miasteczkiem. Cwaniak może i wolno biegał, ale z pewnością szybko chodził. Daiki nie chciał tak po prostu wyjść zza niego, bo, jak się ostatnio okazało, ludzie się go wtedy bali. Wykorzystywał to każdego dnia po zmierzchu. Zawołał na chłopaka, ale tamtemu i tak podskoczyły ramiona. Jednak gdy się odwrócił, twarz miał absolutnie bez wyrazu.

– Słuchaj, biegać będziemy dopiero pojutrze, ale ja na przykład idę też jutro. Tylko że zaczynam o siódmej. Co ty na to?

– A może przyłączyłbym się do ciebie? – zapytał chłopak po chwili ciszy, do tego takim tonem, jakby to on wpadł na ten pomysł.

Był jakiś opóźniony czy co? A zresztą, niech będzie, Daiki mógł odstąpić zaszczyt wpadania na tak chujowe pomysły.

– Jasne. Jak chcesz.

– Tylko że… Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

Daikiemu stężały ramiona. Nie mógł sobie wyobrazić odmowy.

– A czemu nie?

– Odniosłem wrażenie, że jesteś ode mnie znacznie szybszy. Nie sądzę, abym potrafił nadążyć. – Wykorzystując chwilową ciszę ze strony Daikiego chłopak powiedział coś jeszcze o tym, że zna swoje możliwości.

– No ta, ale to będzie taka tylko przebieżka, a nie wyścig na śmierć i życie – odpowiedział Daiki trochę urażony. Ten mały nie sądził chyba, że Daiki przy takiej pogodzie daje popis swoich prawdziwych umiejętności. – Zaczekam na ciebie.

– Jeśli ja pobiegnę trochę szybciej niż zazwyczaj, a ty trochę wolniej, powinniśmy spotkać się gdzieś pośrodku. – Chłopak uśmiechnął się do niego.

Taaak.

– Co to w ogóle za popierdolony pomysł, żeby biegać o dziewiątej. Przy dwudziestu pięciu stopniach, w pełnym słońcu. – Wszystko ustalone, ale głupio było tak po prostu odwrócić się i odbiec, więc Daiki zaczął mówić o czymkolwiek. Chłopak przyjrzał się mu.

– To czemu tak robisz?

– Muszę się dostosować do planu.

– Aha. – Minęli dziką plażę. Z wzrokiem wbitym w piasek chłopak powiedział: – To rzeczywiście nie wydaje się rozsądne, ale ja lubię biegać, nawet gdy jest mi za ciepło. Nie mogę się powstrzymać…

– Widziałem – powiedział Daiki pod nosem. Na policzkach chłopak miał nadal różowe plamy. Spojrzeli sobie przypadkiem w oczy. – Pamiętaj, jutro siódma – powtórzył mu Daiki. Poruszył się i odbiegł w stronę lasu, gdzie biegł powoli, z głową opuszczoną w dół, skanując wzrokiem ściółkę.

Notes:

Nie jestem pewien, czy akurat do tego uniwersum powstanie kolejny rozdział, ale to, co napisałem, podobało mi się i szkoda się było nie podzielić:) Z TYM JEDNYM AKTYWNYM FANEM KNB Z POLSKI (poza mną i moją siostrą).

Dziękuję za przeczytanie i zachęcam do zostawienia komentarza!