Chapter Text
W kościele było zimno. Mateusz nigdy się do tego nie przyzwyczaił. Siedział sam, w trzecim rzędzie ławek. Wpatrywał się w krzyż przy ołtarzu.
Sprawa, o pomoc z którą zwrócił się do niego ostatnio Mietek, nie dawała mu spokoju. Sandomierska komenda pracowała nad nią już od ponad tygodnia lecz zdawało się, że utknęli w miejscu.
Komendant z Kielc przyjechał odwiedzić rodzinę w Sandomierzu, po czym padł martwy na rynku w biały dzień. Sekcja zwłok wykazała, że został otruty cyjankiem. Jego rodzina i znajomi nie mieli pojęcia, jak mogło do tego dojść, a wszyscy przestępcy, którzy mogli chcieć zemsty mieli alibi.
Wieści o śmierci Kieleckiego komendanta szybko się rozeszły, a Sandomierska policja wyszła na tym fatalnie, nie będąc w stanie rozwiązać sprawy.
Ustalono, że zatrucie nie było przypadkowe. Szukali więc mordercy. Podobne afery były częste w Sandomierzu, lecz nadal należało zachować ostrożność.
Mateusz wstał powoli, nie odrywając wzroku od krzyża.
- Proszę księdza, obiad na stole! - rozbrzmiał znajomy głos.
- Już idę, Natalio - odpowiedział Mateusz, po czym wzdychając cicho się obrócił.
Ostatnie, czego teraz potrzebował, to zasmakować gotowania Natalii, ale zdecydował się zostawić ten komentarz dla siebie.
***
Możejko podniósł słuchawkę telefonu, który stał na jego biurku. Po wybraniu numeru widział zza szyby, jak Nocul odbiera.
- Aspirant Nocul, słucham - przedstawił się.
- Mietek, chodź tu - odpowiedział Orest i odłożył słuchawkę.
Aspirant szybko pojawił się w gabinecie szefa.
- Słuchaj, Mietek, dostałem telefon z Kielc.
Mina policjanta natychmiastowo zrzedła.
- Nie.
Orest przytaknął.
- Naczelnik Morus zjawi się dzisiaj w związku ze sprawą śmierci komendanta.
- Kiedy? - Zapytał Mietek.
Zanim Orest zdążył odpowiedzieć, drzwi gabinetu znowu się otworzyły.
- Teraz.
Naczelnik Morus był szczególnym człowiekiem, co znaczy, że Możejko go szczególnie nie lubił. Miał nawyk pojawiania się w Sandomierzu w najgorszym momencie, paplania o statystykach i przeszkadzania w śledztwie.
- Dzień dobry, panie naczelniku - powiedział dyplomatycznie Możejko. - Herbatki? Kawki?
- Nocul może zrobić kawę, my musimy porozmawiać, inspektorze - stwierdził Morus.
Mietek natychmiastowo się ulotnił - Orest prawie mu zazdrościł. Tymczasem naczelnik rozsiadł się w fotelu.
- Zdecydowałem się tutaj przyjechać, bo założyłem, że pańska komenda nie poradzi sobie z tą sprawą ani jej delikatną polityką.
Orest spojrzał za okno, próbując się uspokoić. W takich momentach na myśl przychodził mu inny mężczyzna, który też był niesamowicie irytujący, lecz w kompletnie inny sposób.
Ojciec Mateusz był dla Oresta jednym z najbliższych przyjaciół. Jednocześnie był gorszy niż nieodcięta metka od koszulki - bez przerwy go uwierał, był natarczywy, wiecznie wtrącał się nie w swoje sprawy, narażał się na niebezpieczeństwo i podsuwał Mietkowi rozwiązania spraw, który potem usiłował przekonać Oresta, że sam na to wpadł. W skrócie był nie do zniesienia.
A jednak…
Coś w błysku oczu Mateusza, w jego szczerym uśmiechu, po paru latach przekonało do niego Oresta. Chociaż nie przeszli na “ty” i nie widywali się poza miejscami zbrodni, byli sobie bliscy.
- Ja wiem że pan jest podatny na rozproszenia, ale to nowy rekord.
Ostry głos Morusa wyrwał Możejkę z zamyślenia.
- Ach… tak, panie naczelniku, zapewniam pana, że ze wszystkim sobie radzimy.
- Czyżby? Od śmierci komendanta minął już ponad tydzień, a wy nie macie nawet podejrzanego!
- To przez to, proszę pana, że pięć dni temu pojawiło się kolejne ciało - powiedział Orest.
- Słucham?
- Niezwiązane z komendantem, ale musieliśmy poświęcić parę dni na-
- Oczywiście, bo to tak ważne w porównaniu z komendantem! - Przerwał Morus. - Oczywiście, że kolejny człowiek umarł, czego ja się spodziewałem! Statystyki pańskiej komendy są fatalne. Dlaczego w ogóle dalej tu ludzie mieszkają? Przecież tu co tydzień kolejne morderstwo! - Jego twarz zaczerwieniła się do niepokojącego poziomu.
- Sprawa została rozwiązana, więc możemy się zająć śmiercią komendanta - stwierdził Orest.
- Nie możecie, tylko musicie - powiedział Morus. - Jutro chce usłyszeć, że macie podejrzanego.
