Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Categories:
Fandoms:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2016-06-29
Updated:
2016-07-31
Words:
6,429
Chapters:
2/11
Comments:
4
Kudos:
11
Bookmarks:
1
Hits:
189

Drapieżca

Summary:

Jim zostaje postrzelony i nie odzyskuje pełnej sprawności. Odchodzi z policji, opuszcza wraz z Blairem Cascade i przenosi się na prowincję, gdzie zostaje szeryfem, a Blair jednym z jego zastępców. Kiedy w jego okręgu seryjny zabójca popełnia swoją kolejną zbrodnię, na miejscu zjawia się ekipa BAU, na której zgryźliwy szeryf i jego nieco nadpobudliwy partner robią co najmniej dziwne, żeby nie powiedzieć podejrzane, wrażenie.

Notes:

Tłumaczenie z języka angielskiego, za zgodą autorki.

Chapter Text

Siedzący na krześle za biurkiem szeryf Jim Ellison z departamentu policji okręgu Madison rozmyślał nad swoim biurem. Za drzwiami niewielkiego gabinetu trzej jego zastępcy zajmowali się robotą papierkową (Kaiden Connor), czytali gazetę (Jeffrey Stillson) i ponownie czytali powieść fantasy (Isak Kiln).

Znajdował się setki kilometrów od Cascade i doskonale mu to odpowiadało.

Nigdy nie sądził, że w wieku pięćdziesięciu lat będzie szeryfem niewielkiego miasteczka. Jeśli w ogóle myślał o swojej przyszłości, Jim zwykle widział się albo zabitego podczas pełnienia obowiązków służbowych, albo wiercącego się za biurkiem kapitana.

Wszystko to zmieniła jedna sprawa z zakładnikami.

Jim nie był wtedy nawet na służbie; chciał tylko odprężyć się w jeden ze swoich nielicznych dni wolnych. Może zjeść jakiegoś Wonderburgera, kiedy nie widział go jego zwariowany na punkcie zdrowej żywności współlokator. Zaraz po wyjściu z mieszkania do jego wrażliwych uszu dotarł zwykle spokojny głos dzieciaka z college'u, który pracował na stacji benzynowej dwie przecznice dalej. Tym razem łagodny tenor daleki był od spokoju.

- No ej - mówił dwudziestolatek drżącym głosem. - Nikomu nie musi stać się krzywda, pozwól dziewczynie odejść.

- Gdzie jest reszta? Gdzie reszta pieniędzy? Są mi potrzebne, człowieku. - Ten głos był nerwowy i się trząsł.

Jim nie miał pewności, ale przypuszczał, że niedoszły złodziej nie jest na głodzie, który najpewniej sprawi, że facet pęknie.

- Trzymamy w kasie tylko sto dolców, człowieku, a w sejfie jest zamek czasowy. Nie otworzy się dla nikogo aż do północy; nie ma żadnych więcej pieniędzy. Proszę, puść ją, ona ci nic nie zrobiła.

Dotychczas spokojna i zrelaksowana twarz Jima przybrała wyraz pełnego skupienia drapieżnika, kiedy zaczął biec ulicą. Dotarcie do stacji benzynowej zajęło mu tylko minutę albo coś koło tego, nawet piechotą, ale jeśli nie chciał jeszcze bardziej wystraszyć już teraz wyraźnie przerażonego dzieciaka, musiał wejść do środka przez zaplecze.

Wyjął z kieszeni telefon i szybko wybrał numer policji, a potem podał funkcjonariuszowi dyżurującemu wszystkie informacje, jakie znał. Nie chcąc ryzykować, że coś stanie się zakładnikom, jeśli będzie czekał, Jim zignorował rozkaz nie mieszania się do tej sprawy.

Im dłużej trwał impas, tym bardziej zestresowany był złodziej, więc gdyby Jim wkrótce nie odwrócił jego uwagi, najpewniej niebawem ktoś by zginął.

Jak na razie dziewczyna się nie odezwała, ale kiedy znalazł się bliżej stacji benzynowej Jim zaczął wyłapywać słuchem jej płacz i desperacko łapane oddechy. Wiedział, że próbowała się nie ruszać, będąc zakładnikiem mężczyzny posługującego się jakiegoś rodzaju bronią. Kilka kroków dalej do jego uszu dotarło czwarte, bardzo szybkie bicie serca.

Zaklął pod nosem, a potem zaczął biec szybciej; kobieta była w ciąży.

Po dotarciu do tylnego wejścia do budynku stacji Jim po cichu wsunął się do środka przez niezamknięte na klucz drzwi i znalazł się w niewielkim pomieszczeniu gospodarczym, gdzie trzymane były środki czyszczące oraz śmieci.

Wyszedłszy z magazynku na tylną część sklepu, zaczął bezszelestnie prześlizgiwać się między półkami. Poruszał się nisko na nogach, w przysiadzie, żeby głowa nie wystawała mu nad regałami, i trzymał się z daleka od wypukłego lustra. Musiał dostać się tak blisko, jak to możliwe, tylko nie dać się zauważyć.

Pierwszy rzut oka Jima na złodzieja trafił na jego wąskie plecy. W odstępnie między ramieniem wysokiego mężczyzny a drżącą głową młodej kobiety dostrzegł błysk metalu.

To jedno spojrzenie wystarczyło Jimowi do rozpoznania niewielkiego pistoletu, ale jednocześnie oczy pracownika stacji benzynowej otworzyły się szeroko, kiedy chłopak zauważył mężczyznę, którego znał jako mieszkającego parę ulic dalej gliniarza.

Jim sprintem rzucił się na obcego z bronią.

Widząc zmianę wyrazu twarzy swojego rozmówcy, mężczyzna odwrócił się na pięcie w samą porę, żeby oberwać w podbródek z twardej jak kamień pięści Jima. Uderzenie było na tyle gwałtowne, że niedoszły złodziej wypuścił z i tak już rozluźnionego uścisku młodą kobietę w zaawansowanej ciąży. Która zachowała wystarczająco dużo przytomności umysłu, żeby wydostać się z budynku tak szybko, jak była w stanie; pracownik stacji paliw praktycznie deptał jej po piętach.

Jim miał nadzieję, że oboje oddalą się od tego miejsca najdalej, jak to tylko możliwe, bo oszołomiony czy nie, dzieciak przed nim miał tak wysoki poziom adrenaliny, że cios nie pozbawił go przytomności, a jego dłoń wciąż mocno trzymała kolbę małego pistoletu. Gdyby udało mu się zabić Jima, trudno było powiedzieć, co zrobiłby dalej.

Trzęsąc obolałą głową jak ogłuszony grizzly, mężczyzna próbował dojść do siebie. Jim nie zamierzał mu na to pozwolić. Runął na niego, dzięki czemu zdołał go przewrócić, a potem obaj mocowali się na podłodze przez kilka pełnych napięcia chwil. Jim desperacko sięgał po broń, jego palce ślizgały się na mokrym od potu metalu, on sam starał się utrzymać pod sobą wściekle miotającego się człowieka.

Udało mu się nie pozwolić, żeby pistolet został wycelowany w jego głowę, ale kiedy złapał chudy nadgarstek w desperackiej próbie wykręcenia go z ręki złodzieja, palec mężczyzny spazmatycznie nacisnął na spust i broń wypaliła z suchym trzaskiem.

Prosto w prawą rzepkę Jima.

Jimowi zrobiło się prawie zupełnie czarno przed oczami, kiedy ból postrzału uderzył w niego jak błyskawica. Dzieciak zdołał się wyślizgnąć spod Jima, który skręcał się z bólu niezdolny do jakiejkolwiek innej reakcji. Młody złodziej patrzył na niego szeroko otwartymi oczami; był przerażony widokiem spowodowanej przez siebie rany.

Posadzka wokół upstrzona była krwią i chrząstką, kolano Jima stanowiło kompletną ruinę. Dzieciak puścił pistolet, jakby broń go ugryzła, po czym znów się odwrócił, choć to, czy chciał po prostu uciec, czy może zawołać o pomoc, miało pozostać tajemnicą. Wybiegł przez frontowe drzwi prosto w ramiona dwóch czekających na niego umundurowanych gliniarzy.

Zaraz po tym, jak został złapany, zaczął coś bełkotliwie mówić, ale policjanci wydzieli wystarczająco dużo przez okna stacji benzynowej, żeby wiedzieć, że muszą natychmiast wezwać karetkę.

Podczas gdy jego partner zakładał kajdanki szlochającemu teraz złodziejowi, drugi gliniarz wbiegł do budynku, mając nadzieję, że przynajmniej będzie mógł spowolnić krwawienie do czasu przyjazdu karetki.

Policjant w średnim wieku ukląkł przy boku leżącego i starał się dojrzeć, gdzie kula trafiła w ciało. Kiedy jego wzrok padł na pobladłą z bólu twarz, oczy wyszły mu na wierzch, bo rozpoznał rannego.

- Jezu Chryste. Ellison?

Na dźwięk mgliście znajomego głosu Jim usiłował wyprostować się z pozycji płodowej, ale okazało się, że nagłe przybycie odsieczy to dla niego zbyt wiele, i w rezultacie stracił przytomność, dzięki czemu zyskał ulgę w otaczającej go teraz czerni.

Pierwszym, co usłyszał po odzyskaniu przytomności, było powolne pikanie maszyny monitorującej bicie serca. Szybko jednak odsunął ten dźwięk na dalszy plan, żeby otulić wszystkie zmysły, jakie był w stanie z siebie wykrzesać, wokół najbardziej kojącego odgłosu, jaki istniał na całym świecie.

Jego partner spał na sprawiającym wrażenie niewygodnego krześle obok jego łóżka. Długie, kręcone włosy w brudnych kosmykach okalały ukochaną twarz, nawet we śnie pełną napięcia. Jim pomyślał, że nigdy wcześniej widok twarzy Blaira nie ucieszył go tak bardzo.

Jezu, jak długo był nieprzytomny? Przesunął ciężar ciała, żeby spróbować dostać się bliżej do swojego śpiącego współlokatora, i poczuł interesujące odrętwienie całego ciała, co znaczyło, że podano mu silnie działające środki przeciwbólowe.

Spanikowany otworzył szeroko oczy, a potem sztywnymi palcami ściągnął koce z nóg. Widok, jaki zobaczył, wywołał u niego niekontrolowane chlipnięcie.

Przynajmniej nadal miał nogę, lekarze nie byli zmuszeni jej amputować, ale poprzez całe centymetry bandaży i gipsu, które spowijały jego nogę, Jim widział, że jego rzepka kolanowa nie była cała. Poczuł, jak pustka ogarnia jego duszę. Nie mógł dalej wykonywać swojej pracy; nie był w stanie podołać obowiązkom strażnika Wielkiego Miasta.

Jedyny powód, dla którego nie strzelił sobie w łeb zaraz po opuszczeniu szpitala, właśnie wpadł w podskokach do jego biura.

Blair Sandburg prowadził życie, które wymagało od niego wysokiej tolerancji na zmiany oraz szybkiego podejmowania decyzji. Kiedy wszedł do mieszkania i zobaczył swojego przyjaciela z lufą pistoletu w ustach, Blair podjął najszybszą w całym swoim życiu.

Nie zaczął krzyczeć ani próbować wyszarpnąć broni z ręki Jima, zamiast tego...

Delikatnie zamknął za sobą drzwi. Nie podszedł ani o krok bliżej wyczerpanego nerwowo partnera, tylko bezszelestnie usiadł na podłodze po turecku, co nie dałoby mu wystarczającej ilości czasu, gdyby Jim nacisnął na spust.

Łzy popłynęły po twarzy Jima, kiedy zrozumiał, że jeśli chce odebrać sobie życie, będzie to musiał zrobić na oczach człowieka, którego kochał, jak mu się zdawało, całą wieczność.

Blair patrzył na niego spokojnie przez prawie minutę i dopiero wtedy się odezwał:

- Nigdy nie sądziłem, że jesteś tchórzem.

Jim wzdrygnął się gwałtownie, ale wciąż nie mógł się zmusić do spojrzenia w niebieskie oczy swojego partnera i nie wyjął lufy z ust.

- Myślę, że jesteś najodważniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałem. Zawsze gotowym ryzykować własnym życiem w obronie innych ludzi. Samo to, że nie możesz dłużej wykonywać obowiązków oficera policji Cascade, nie oznacza, że jesteś już całkiem nieprzydatny. Nadal jesteś strażnikiem.

To oświadczenie sprawiło wreszcie, że Jim wyjął lufę z ust, choć broń wciąż wymierzona była w jego głowę.

- I tak cholernie dobrze na tym wyszedłem, co, Blair? Ja, strażnik Wielkiego Miasta, dałem się postrzelić w kolano, kiedy próbowałem pokonać wystraszonego dzieciaka z bronią. Powinien był strzelić mi w łeb, ostateczny rezultat byłby pewnie taki sam.

- Gówno prawda, człowieku. Nie wiem, czy zauważyłeś, czy nie, ale to, że nadal oddychasz, oznacza, że ten dzieciak nadal oddycha, bo gdyby cię tam zabił, nie sądzę, żeby wyszedł z tej sytuacji żywy. Jedynym sposobem pomagania ludziom, ratowania ich, jest dalsze życie. Jeśli to nie wystarczy, żeby cię powstrzymać, może powstrzyma cię to, że jeśli się zabijesz, ja tego nie przeżyję.

- Blair...

- NIE, Jim, posłuchaj mnie, ja tego nie przeżyję! Nie będę chciał tego przeżyć, nigdy nie byłem tak odważny, tak silny jak ty.

Blair ukrył twarz w dłoniach, a jego stłumiony płacz uderzył we wrażliwe uszy Jima jak wystrzał z pistoletu.

Jim odłożył wreszcie broń na koniec stołu, choć jego dłoń niechętnie rozstała się z kolbą, a potem zwlókł się z wózka inwalidzkiego, do którego miał być przykuty jeszcze co najmniej przez kolejne sześć miesięcy, zanim w ogóle będzie mógł podjąć jakiekolwiek próby chodzenia.

Z bólem ciągnąc za sobą niesprawną nogę, dotarł w końcu do swojego przewodnika.

Nie zdążył go nawet dotknąć, a już leżał płasko na plecach, podczas gdy Blair siedział okrakiem na jego biodrach i z wściekłością parskał mu w twarz.

- Nie możesz mnie zostawić. Nie możesz. Nie wcześniej niż... niż ci powiem...

- Co chcesz mi powiedzieć, Blair?

Całe ciało Jima trzęsło się zarówno z bólu, jak i z szoku przeżytego z powodu tak nagłego przerwania apatii, w której tkwił, ale jeśli ktokolwiek mógł go wyrwać z jego własnego egoizmu, był to właśnie ten mniejszy od niego mężczyzna przyciskający go w tej chwili do ziemi.

Wystarczyłby jeden cios i Jim wiedział, że uwolniłby się z desperackiego uchwytu, miał jednak wrażenie, że wystarczająco skrzywdził już Blaira w ciągu minionych kilku miesięcy. Najwyższy czas skończyć wyżywać się na człowieku, który potrafił rozjaśnić nawet najgorsze z jego dni jednym uśmiechem i wymruczanym pod nosem słowem pociechy.

Blair nachylił się, żeby wsunąć głowę pod brodę Jima. Wciągnął głęboko powietrze, desperacko starając się utrwalić sobie w pamięci ciepły drzewny zapach.

Jim powoli rozluźnił się w słabnącym uścisku Blaira, uścisku, który z krępującego przerodził się w opiekuńczy.

- Kocham cię, Jim.

Tylko strażnik byłby w stanie usłyszeć przyśpieszone bicie serca Blaira, kiedy ten wyjawiał tajemnicę ukrywaną w sercu przez ostatnie pół roku, podczas gdy uczył się, jak zachowywać równowagę między wszystkimi aspektami jego życia.

Przestał pracować nad swoją dysertacją, a teraz, skoro Jim miał być już do końca życia nie całkiem sprawny fizycznie, Blair jak najbardziej miał zamiar zostawić Rainier za sobą.

Nie robił tego, bo było mu żal Jima, ale z powodu narastającego w nim pragnienia, żeby chronić tego człowieka przed wszystkim, co mogłoby mu zrobić krzywdę. Choć potrafił przyznać, że czasami sama jego obecność wystarczała, żeby wielkolud został postrzelony.

Przedmiot jego badań, jego Święty Graal, był tylko człowiekiem i niczym więcej. Jasne, potrafił też być bardzo żywotny, ale nie był nieśmiertelny ani niezwyciężony. Był po prostu Jimem.

Człowiekiem, który głęboko wierzył, że żywność przechowywana w plastikowych pojemnikach powinna być zakodowana kolorami ze względu na termin przydatności do spożycia. Człowiekiem, który rozpaczliwie potrzebował uciec od tego miasta, które wszystko mu odebrało, podczas gdy on tak bardzo się starał wspierać jego obronę w niekończącej się walce.

Jim sądził, że dawno minęły już czasy, kiedy jego partner był w stanie oszołomić go do tego stopnia, że brakowało mu słów, i po prawdzie tylko trzydziestu sekund potrzebował na wymyślenie właściwej odpowiedzi.

- ...do diabła? Blair?

No cóż, możliwe, że właściwej było całkiem mocno przesadzonym określeniem. Na szczęście Blair znał kilka języków, w tym ellisoński, i był w stanie odczytać nadzieję pogrzebaną pod otępiałym wstrząsem, dlatego odpowiedział na pytanie, które wciąż tkwiło na nieruchomym języku Jima.

- Kocham cię, Jimie Ellisonie, bo jesteś dla mnie idealny. Ty jesteś maniakiem porządku; ja jestem flejtuchem. Ty trzymasz emocje zamknięte na klucz, dopóki nie wybuchną. - Znacząco spojrzał na porzuconą broń. - Podczas gdy ja, jak sam wcześniej powiedziałeś, absolutnie nie mam wstydu i jestem znany w jawnego okazywania nieodpowiednich uczuć na pogrzebach. Doskonale się równoważymy. Nie możesz mi powiedzieć, że nie jesteśmy dla siebie idealni, bo ja to wiem.

Po tych ostatnich słowach wpił się ustami w wargi Jima. Przez jedną przerażającą chwilę Jim był kompletnie osłupiały, podczas gdy jego umysł walczył o ogarnięcie się po ostatnim szoku, jakiego doznał jego organizm. Potem ze zduszonym warknięciem przylgnął dłońmi do włosów Blaira i wsunął palce między jedwabiste kosmyki na głowie jego partnera.

Zapomniał o pistolecie, zapomniał o swojej nodze, do diabła, na następne dwadzieścia minut zapomniał nawet, jak się nazywa. Ale cały czas pamiętał Blaira Sandburga. Jego przewodnika.

Z głębokim westchnieniem Jim porzucił wspomnienia i uśmiechnął się pobudliwego ukochanego.

Mężczyzny, który wszystko dla niego poświęcił, który zasługiwał na coś znacznie lepszego, ale wybrał Jima.

Nawet teraz blask zdawał się bić z jego oczu, choć Blair mówił właśnie o jednym ze swoich uczniów z ostatniej klasy liceum.

Atmosfera drastycznie się zmieniła, kiedy tętno Connora podskoczyło nagle. Jim znalazł się za drzwiami biura jeszcze zanim jego zastępca odłożył słuchawkę, a Sandburg deptał mu po piętach.

- Szeryfie, chłopak Sylwii Summers został właśnie znaleziony w rowie naprzeciwko Jadłodajny Mary. Nie żyje.

Uwaga Kilna i Stillsona w jednej chwili skupiła się na ich szefie - czekali teraz na rozkazy.

- W porządku. Connor, jedź od razu na miejsce zbrodni, żeby odgrodzić je taśmą w promieniu jakichś stu metrów od ciała, we wszystkich kierunkach. Samo miejsce zostaw w spokoju do czasu mojego przyjazdu. Kiln, chcę, żebyś powiedział pani Summers, co się stało z jej synem; ciało będzie mogła zidentyfikować później. Postaraj się, żeby zachowała spokój, i dowiedz się, jakich wrogów mogli mieć. Jeśli będzie się wystarczająco dobrze czuła, sprowadź ją na posterunek. Stillson, ty masz przesłuchać osobę, która znalazła zwłoki oraz z wszystkimi klientami jadłodajni, a potem pomóc Connorowi zabezpieczyć miejsce zbrodni.

W trakcie, kiedy spokojnie wydawał swoich zastępcą rozkazy, wydawał się urosnąć o dobrych kilka centymetrów, a jego głos zyskał na sile. Dało to tym mężczyznom rzadką okazję zobaczenia go takim, jaki był przed postrzałem, który go zniszczył. Nawet kiedy pośpiesznie opuszczali posterunek, wszyscy trzej przypomnieli sobie mężczyznę, którego spotkali przed dwoma laty.

Poprzedni szeryf był stałym elementem wystroju miasteczka przez całe swoje życie. Urodzony i wychowany w Madison odszedł wreszcie po pięćdziesięciu latach służby w policji z powodu zawału serca. Rada miasta uznała, że najlepiej będzie sprowadzić do departamentu policji trochę świeżej krwi i pomimo kalectwa Jima była zachwycona, kiedy dostała jego życiorys.

Wszyscy trzej zastępcy przygotowali się na znoszenie aroganckiego gliniarza z wielkiego miasta, który będzie lekceważył ich pomysły i traktował ich jak kretynów. Spodziewali się kogoś, kto nie był w stanie dać sobie rady z wielkomiejskimi przestępstwami, więc uciekł w ich strony. Zamiast tego dostali Jima Ellisona.

Zanim przeszedł przez drzwi, usłyszeli nierówny odgłos dwóch ciężkich, wojskowych butów i laski. Oraz o wiele lżejsze kroki dorównujące tempem tym pierwszym. Ponieważ miał za plecami słońce, w pierwszej chwili zobaczyli tylko sylwetkę wysokiego mężczyzny o szerokich ramionach, który mocno opierał się na lasce.

Po tym, jak znalazł się w budynku, widać było też, że ma wychudłą twarz o szczerym wyrazie, lekko cofającą się linię włosów, wstrząsająco niebieskie oczy i głębokie bruzdy na twarzy spowodowane długotrwałym cierpieniem.

Choć posturę wciąż miał potężną, jasne było, że stracił co najmniej dwadzieścia pięć kilogramów, jeśli sądzić po tym, jak leżała na nim za duża teraz koszula.

Ledwie mieli szansę skupić uwagę na ich nowym szeryfie, kiedy do pomieszczenia wpadło tornado w ludzkiej postaci, które porwało zza biurka szeryfa najwygodniejsze krzesło i ustawiło je za Ellisonem, a potem delikatnie pchnęło na nie znacznie większego mężczyznę.

Ten skrzywił się, ale tak naprawdę wcale nie zaprotestował na takie traktowanie, zupełnie jakby się go spodziewał, nawet jeśli go bawiło.

Równie szybko, jak pojawił się w pokoju, mężczyzna o kręconych włosach wypadł z niego, zatrzymawszy się tylko na sekundę, żeby zaakceptować lekkie klepnięcie szeryfa.

- Jestem Jim Ellison, wasz nowy szeryf. Tamten to był Huragan Blair, zwany również Blairem Sandburgiem. Będzie zastępcą na część etatu i nauczycielem w liceum na pełen.

Ich twarze zaczęły tężeć z gniewu, ale potem on mówił dalej:

- Nigdy nie dowodziłem oddziałem ani nie mieszkałem w małym mieście. Dlatego uważam, że mam dużo do nauczenia się. Uczcie mnie.

W ciągu następnych miesięcy wszyscy trzej patrzyli, jak ich szef nabiera wagi i mięśni, ale na jego stale skrzywionej twarzy pojawiało się jakiekolwiek szczęście albo humor tylko wtedy, kiedy w pobliżu miał swojego partnera.

Coraz rzadziej używał laski, a jego zastępcy zaczęli dostrzegać również samą fizyczną obecność swojego nowego dowódcy.

Wszedł w sam środek bójki w barze i stuknął o siebie głowami dwóch jej uczestników, co momentalnie przerwało bijatykę. Większość walczących usiłowała wyślizgnąć się na ulicę, kiedy posłał im rozgniewane spojrzenie. Żaden z jego zastępców nie miał nigdy zapomnieć widoku sześciu najbardziej gwałtownych mężczyzn w miasteczku, którzy w nierównym szeregu podążali za szeryfem do aresztu.

Connor wywołał u dwóch pozostałych napad zduszonego śmiechu, mówiąc:

- Stadko najbrzydszych kacząt, jakie w życiu widziałem.

Sandburg był równie utalentowany, jeśli chodzi o kontrolowanie dowolnej sytuacji, jaka mogła się pojawić; zawsze wydawał się być w samym centrum zdarzeń w najbardziej spektakularnych momentach.

O dwanaście centymetrów niższy od swojego partnera, na swój sposób Sandburg był bardziej intensywny niż Ellison. Kiedy coś zyskało jego całkowitą uwagę, niewiele mogło go odwieść od osiągnięcia zamierzonego celu.

Jego oczy potrafiły przykuwać do podłoża zarówno źle zachowujących się mieszkańców miasteczka, jak i uczniów, a on w tym czasie koncentrował całą swoją inteligencję na wykroczeniu, w jakim właśnie brali udział.

Choć parę często rozdzielały ich zajęcia, to kiedy byli razem i dążyli do tego samego celu, góry unosiły się w powietrze i odsuwały na bok, żeby zrobić im przejście.

Kiedy wyruszali na wycieczkę, trzej zastępcy niecierpliwie czekali na powrót ich szefa, bo gdyby Ellison nie podzielił się z nimi wszystkimi klapami, to Blair na pewno to zrobi.

Ale nawet po tym, jak miesiące przerodziły się w lata, o życiu osobistym tych dwóch zastępcy nie wiedzieli prawie nic. Jim łagodnie odmawiał ich propozycjom wspólnego zjedzenia czegoś i napicia się piwa, a Blair, choć był przyjacielski i doskonale zdolny do gadania całymi godzinami, na swój sposób zachowywał prywatność swoją i swojego partnera.

Trzej zastępcy spotkali się na kolacji, żeby porozmawiać o dwójce przybyszy, kiedy ci mieszkali w miasteczku już od kilku miesięcy i nie wykazywali ochoty do wyniesienia się.

Podczas posiłku w Jadalni Mary zastępcy żuli w milczeniu - wiśniowy placek Mary zasługiwał na chwilę ciszy. Kiedy skończyli, to Kiln pierwszy przerwał ciszę.

- Czy każdy z nas przeczytał jego akta?

Pozostali skinęli głowami.

- I co o tym sądzicie?

Tym razem odezwał się Connor:

- On i Blair byli w Cascade miejscowymi bohaterami, dopóki postrzał odniesiony przez Ellisona nie zmusił go do odejścia z jednostki spraw poważnych.

- Tylko że to Sandburg rozpoczął to całe dojście do chwały. Ellison był dobry, ale razem z Sandburgiem stali się najlepsi.

- Co takiego niesamowitego zrobił Sandburg? - spytał Kiln.

- Najwyraźniej nikt nie był w stanie do tego dojść. We dwóch mieli prawie stuprocentową skuteczność, ale kiedy Sandburg pomagał innym wydziałom, one mimo to nigdy nie były w stanie dorównać im dwóm. Prawdę mówiąc, jeśli ktoś inny niż Ellison zabierał go w teren, było prawie pewne, że stanie się coś szalonego. Akta tego człowieka są pełne ostrzeżeń, na litość boską!

- Tak, cóż, wszyscy tu widzieliśmy, jak Blair przyciąga kłopoty - dodał Stillson. - Słyszeliście, co się stało w zeszłym tygodniu. Wystarczyło, że poszedł sam do piekarni, żeby jakimś cudem skończyć na dachu szkoły z cocker spanielem w objęciach, próbując nie dać się zabić byłemu przestępcy uzbrojonemu w mrożonego łososia.

- Jak się ma Urwis?

- Świetnie. Moja siostrzenica naprawdę za nim przepada.

Connor przypomniał pozostałym, o czym właściwie rozmawiają:

- W porządku, ale poza tym, co jest w ich aktach, co jeszcze wiemy?

- Nic - prychnął Stillson. - Zaczynasz rozmowę z Blairem pełen determinacji, żeby dowiedzieć się od niego, gdzie się wychował, a pięć minut później przyłapujesz się na tłumaczeniu mu, dlaczego twoja własna matka wymalowała ci sypialnię w "tureckie" wzory.

- Co?!

- Przykład z życia. - Skrzywił się Stillson.

- A kto jest wystarczająco odważny, żeby zadać szeryfowi pytanie natury osobistej... poza Blairem?

Wszyscy zgodnie wzdrygnęli się, wyobraziwszy sobie reakcję ich nowego szeryfa na ich wścibstwo.

Kiedy już kierowali się ku drzwiom, Kiln zapytał ze zdumieniem:

- Jak właściwie twoja matka wymalowała te "tureckie" wzory?

Choć żaden z dwójki przybyszy nigdy niczego nie powiedział na głos, zastępcy szeryfa i inni mieszkańcy miasteczka przypuszczali, że są oni partnerami w każdym sensie tego słowa.

Podczas wydarzeń publicznych wiele osób świetnie się bawiło słuchaniem ich rozmów, bo zwykle małomówny szeryf prawie zawsze żartował sobie wtedy ze swojego partnera.

W końcu zastępcy skierowali się swoich do domów; ich pytania pozostały bez odpowiedzi i zapewne miało tak pozostać również w najbliższej przyszłości.

Teraz ta sama trójka rozeszła się każdy w innym kierunku, a każdy z nich był pewny, że wszyscy idą tam, gdzie najbardziej się przydadzą.

Kiedy opuścili parking, Jim odwrócił się do swojego cierpliwie czekającego ukochanego, próbując ukryć gorączkowe podniecenie, które go ogarnęło; uznał, że łatwiej będzie to ukryć niż wyjaśnić.

Ale przy Blairze nie był w stanie zrobić pierwszego i nie musiał robić drugiego.

Blair poszedł przodem do samochodu, gdzie bez ceregieli zaoferował swoje ramię, żeby Jim mógł się go chwycić i z łatwością wciągnąć się na siedzenie, nie nadwyrężywszy nogi.

Oczywiste było, że w obliczu tak poważnej zbrodni częściowy etat Blaira na stanowisku zastępcy szeryfa automatycznie staje się pełnym etatem. Fakt, że miał teraz wolne z okazji zbliżającego się Święta Dziękczynienia, oznaczał tylko, że nie musiał prosić w pracy o udzielenie mu urlopu, ale będzie musiał przerwać pisanie kilku artykułów, które planował oddać do publikacji od paru minionych miesięcy.