Work Text:
— Jesteś gotowy, panie Anderson? — W pustym holu rozbrzmiał rozchodzący się echem głos Pana McAllistera. Jego kroki również niosły się echem, gdy kierował się w stronę drzwi wyjściowych.
Todd podniósł głowę na nagły dźwięk, który wyrwał go z zamyśleń. Z niewielkim opóźnieniem pokiwał głową, przytakując na zadane przez nauczyciela pytanie.
Kłamstwo. Todd nie był gotowy i nie uważał, że kiedykolwiek będzie gotowy na to, co miało nastąpić. Był jednak świadomy, że dłuższe zwlekanie jedynie pogorszyłoby sprawę. Dlatego też widząc, że nauczyciel zamierza opuścić pomieszczenie, Todd niezwłocznie zerwał się ze schodów, na których spędził kilkanaście ostatnich minut. Zabrał ze sobą torbę i w pośpiechu poprawił szalik, doganiając nauczyciela na dziedzińcu.
To było listopadowe późne popołudnie. Wszystkie lekcje w akademii Welton zakończyły się, ale uczniowie wciąż byli zobligowani do spędzenia nieco czasu na świetlicy pod czujnym okiem dyrektora Nolana. Todd również powinien był tam się udać i odrabiać zadane ćwiczenia z chemii, ale zamiast tego podążał za profesorem McAlisterem w stronę jego samochodu. Zajął miejsce na tylnym siedzeniu, przyciągając torbę do klatki piersiowej i oplatając ją rękami, jak gdyby szukając jakiegokolwiek wsparcia.
Bez zbędnych rozmów, nauczyciel odpalił auto i pojechał w stronę bramy. Todd był zwrócony ku szybie, oglądając, jak budynek stopniowo się oddala, a światła w oknach akademii maleją, stając się jedynie punkcikami w oddali, aż zniknęły całkowicie, gdy opuścili teren akademii.
Podróż nie miała zająć wiele czasu, ale była wystarczająco długa, aby pozwolić obu mężczyznom odczuć jej ciężar. Jechali w ciszy, McAlister nie włączył nawet radia, jedynie od czasu do czasu zerkał w tylne lusterko, aby sprawdzić co u chłopca siedzącego w tyle. Todd wyglądał na zdenerwowanego jednak prawdziwa waga tego stanu pozostała ukryta. Nauczyciel nie mógł dostrzec, jak kurczowo jego ramiona były owinięte dookoła torby czy też jak długo wstrzymywał oddech. Todd sam nie był świadomy, że go wstrzymywał, dopóki nie usłyszał głośnego wydechu profesora. Spróbował tego samego, ale nie było to zbyt pomocne. Jego usta zaczęły się poruszać niemal niezauważalnie, aby bezgłośnie wypowiadać liczby od dziesięciu do zera, licząc, że to przyniesie efekt. Niestety mylił się.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił pan McAllister, przerywając ciężką ciszę. Zgasił samochód i spojrzał przez ramię, czekając na reakcję ucznia.
Todd nie był w stanie nic wykrztusić, chociaż dobre wychowanie wymagało od niego, przynajmniej słowa podziękowania. Zamiast tego jedynie pokiwał głową, a następnie zmusił się do wyjścia z samochodu. Zrobił to szybko, bez zbędnego myślenia i podejmowania decyzji, bo wiedział, że gdyby opóźnił wyjście choćby o sekundę, mógłby zostać sparaliżowany i nie wyszedłby już nigdy.
Czekając na nauczyciela, rozejrzał się po miejscu. Był to niewielki parking pod cmentarzem w Welton. Wydawał się być zupełnie nieznajomy, pomimo tego, że Todd już był tam kiedyś, ale było to prawie rok wcześniej — wtedy było jaśniej i wszystko pokryte było śniegiem. Jedyne co zdawało się znane, była ozdobna brama prowadząca na teren cmentarza. Tego dnia cmentarz zdawał się być jeszcze bardziej pogrążony w zadumie niż zwykle.
Wraz z nauczycielem, Todd przekroczył bramę cmentarną, oświetloną jedynie przez światło padające z pojedynczej słabej latarni. Listopad przyniósł nie tylko chłód i deszcz, ale również krótsze dni. Słońce zaszło już prawie całkowicie, a ciemność była jedynie kwestia kilku, bądź kilkunastu minut.
Todd podążał za nauczycielem, który prowadził ich przez alejki cmentarne wyłożone liśćmi. Jesienny liściasty dywan pod stopami chłopca był zawilgły i miękki, nasiąknięty przez wiele deszczowych dni, jakich Welton ostatnio doświadczyło.
Ten wieczór był chłodny, ale suchy. Powietrze było ostre, szorstko uderzając w twarz Todda. Jego wargi były wyschnięte, a mimo to wciąż rozchylone, aby mogły z nich uchodzić ciche litanie miarowego odliczania. Zupełnie niesłyszalne w szumie wiatru.
Nauczyciel parł do przodu, manewrując między nagrobkami, szukając jednego konkretnego, a przy tym nie zwracał uwagi na chłopca podążającego za nim. Todd nie miał nic przeciwko, ale jednocześnie był wdzięczny, że ktoś jednak był tam z nim, bo sam by sobie nie poradził.
Todd musiał, choć z żalem, przyznać, że nie pamiętał, gdzie znajdował się grób Neila. Jednakże przede wszystkim wolałby w ogóle nie musieć pamiętać o jego grobie.
Pan McAllister przyspieszył, chcąc skorzystać z ostatnich chwil światła, aby odnaleźć prawidłowy nagrobek. Jego głowa poruszała się z prawej do lewej i odwrotnie, czytając wszystkie nazwiska po drodze. Najwyraźniej on również nie wiedział, gdzie dokładnie znajdowało się to miejsce. Todd podążał wzrokiem za nim, jednak wszystkie napisy zlewały mu się w jedną, bezkształtną masę, dopóki jego oczy nie zahaczyły o znajomy napis.
Perry.
Todd zatrzymał się tam, gdzie stał, w pewnej odległości od nagrobka, czując, jak całe jego ciało odmawia mu resztek posłuszeństwa. W gardle stanęła mu gula, której nie mógł przełknąć; dławił się nią. Jego wzrok utknął na napisie, czytając go nieskończenie wielokrotnie, jak gdyby za którymś razem miał przeczytać to inaczej i uświadomić sobie, że był to błąd. Ale nie był to błąd, a on widział bardzo dobrze. Chociaż światło było słabe, złoty napis wygrawerowany na czarnym kamieniu był czytelny i nie przynosił żadnych złudzeń. Neil Perry.
W jego głowie wielokrotnie rozbrzmiewało to imię, szybko i nagminnie. Todd starał się przypomnieć sobie jego dźwięk. Uświadomił sobie, że zapomniał.
Todd podjął próbę wydobycia z siebie tego krótkiego słowa, ale dźwięk umarł w jego ustach.
Zachęta Pana McAllistera do podejścia bliżej uświadomiła Toddowi, w jakim stopniu stracił władzę w swoim ciele. Jego nogi były słabe, a każdy mały krok zdawał się być wykonywany pomimo jego woli. Jego ręce odrętwiały mu przez zbyt długie napięcie mięśni. One z kolei wydawały się ważyć tonę, sprawiając mu ból przy każdym poruszeniu, gdy wyciągał z torby znicz oraz zapałki. Cały drżąc, uklęknął przy nagrobku, aby zapalić znicz, jednak nie był w stanie odpalić zapałki. Każda, jedna po drugiej gasła przez trzęsące się ręce, zanim zdążył zbliżyć ją do znicza, co sprawiło, że stresował się jeszcze bardziej.
Nauczyciel zaoferował mu pomoc, zabierając od niego zarówno zapałki jak i znicz. Todd, ponownie, powinien był wykrztusić z siebie, chociaż słowo podziękowań, ale wtedy również nie był w stanie. Wstał z kolan, wsuwając ręce do kieszeni płaszcza, dobrze wiedząc, że to również przeczyło kulturalnemu zachowaniu. Nie mógł postąpić inaczej. Zacisnął palce, poszukując ulgi. Miał wrażenie, że jedynie kilka sekund dzieliło go od absolutnej utraty kontroli.
Pan McAllister mrucząc pod nosem, odmówił modlitwę, ale Todd puścił ją mimo uszu. Nie miał najmniejszej ochoty czy też zamiaru dołączyć do niego. Nawet gdyby chciał, jego głos był temu całkowicie przeciwny. Skupił się na światełku, które w końcu zagościło w szklanym zniczu.
Todd stał nieruchomo i zupełnie bez celu, dopóki nauczyciel nie postanowił odejść. Chłopiec został sam pośród cmentarnej ciszy i mroku rozdzieranego jedynie słabym skaczącym blaskiem świeczki. Ale ta samotność była wskazana. Nie czuł się osamotniony, poczuł, że ma chwilę wytchnienia. Po raz pierwszy od momentu, w którym pożegnał Neila.
Chłopak z bólem przełknął ślinę, która zebrała mu się w gardle; wcześniej wręcz paliła go w strachu i dyskomforcie, ale gdy został sam, mógł zdobyć się na, choć odrobinę odwagi, aby zabrać głos.
Mimo kłębiących się wcześniej myśli w jego głowie, stojąc przy grobie, nie miał bladego pojęcia, od czego zacząć. Teraz miał w głowie jedynie pustkę. Pewne było tylko to, że chciał porozmawiać. Nie wiedział tylko jak.
— Hej, Neil — zaczął cicho Todd. Jego głos był ochrypły i niepewny, niemalże niesłyszalny dla niego samego do tego stopnia, że zastanawiał się, czy jego struny głosowe wciąż były zdolne do wydawania dźwięków.
Wspiął się nieznacznie na palce, balansując ciałem, szukając jakiegoś ujścia napięcia. Zwilżył spierzchnięte usta, starając się dobrać kolejne słowa, ale myślenie nie przynosiło efektów. Im dłużej myślał, tym bardziej nie wiedział jakie słowa powinien dobrać.
Todd wziął wdech, zamykając oczy na krótką chwilę. Odgonił skrępowanie i strach. Wyzbył się wszystkiego, co na co dzień sprawiało mu trudność w rozmowie. W końcu zaczął mówić, wiedząc, że tutaj nie zostanie oceniony.
— Od kiedy cię nie ma... Zmieniło się dużo, a jednocześnie tak niewiele. Szczerze mówiąc, nie wiem, która opcja jest lepsza. — Wzrok Todda utkwił jeszcze raz na wygrawerowanym imieniu, próbując przywołać twarz związaną z tym imieniem. Starał się jak mógł. — Twoje łóżko stało puste do końca roku szkolnego. Zabrali wszystkie twoje rzeczy. Tak, jakby nigdy cię tam nie było. A ja mimo wszystko czasami łudziłem się, że któregoś dnia wrócisz, wiesz? Jestem głupi, wiem. — Todd pozwolił, aby cichy śmiech wyszedł z jego ust, czując, jak drżał mu głos. — Miałem nadzieję, że któregoś dnia wpadniesz przez drzwi i powiesz, że zagrasz kolejną rolę. Że znowu będziemy siedzieć do później nocy, powtarzając scenariusz przy świeczkach. Miałem nadzieję, że budząc się w nocy, usłyszę twój oddech i uświadomię sobie, że to był tylko okropny koszmar. Ale przyszli i zerwali tabliczkę z twoim imieniem z drzwi, ostatnią rzeczą, która sprawiała, że to był także twój pokój. Od nowej klasy mam nowego współlokatora. Nie znam go.
Todd wyznał szczerze. Nie znał nowego chłopca, który co wieczór zasypiał w łóżku obok, a co ranek razem myli zęby. Nie znał, nie chciał poznać i nie zamierzał chcieć. Zdawał sobie sprawę, że brzmiało to okrutnie i samolubnie. Nie dbał o to. Nie był w stanie się przełamać, widząc nowego ucznia zajmującego miejsce Neila, znoszącego swoje rzeczy, całkowicie czyszcząc przestrzeń. Pod tą warstwą nowych rzeczy, Todd wciąż starał się dostrzec cząstkę swojego przyjaciela. Z każdym dniem stawało się to coraz trudniejsze.
Przemilczał tę część wyznania, uważając ją za zbyt żenującą nawet jak na wypuszczenie słów w eter. Brzmiały wystarczająco wstydliwie w jego głowie, aby w ogóle próbować je ubrać w realne słowa.
— A z drugiej strony... — wstrzymał się, zastanawiając się, czy faktycznie chce powiedzieć to, co cisnęło mu się na język.
W rzeczywistości był świadomy, że nie rozmawiał ze swoim zmarłym przyjacielem. Wbrew rozsianym plotkom, nie zwariował; on jedynie próbował uporać się ze śmiercią bliskiej mu osoby, a wyznanie tego, co leżało my na sercu od dłuższego czasu, wydawało się być rozsądnym pomysłem w tym wszystkim. Neil zawsze był otwarty na rozmowę, gotów pomóc Toddowi, zawsze oferował swoje wsparcie. Wyobrażał sobie, że Neil mógłby go wysłuchać, ale dobrze wiedział również, że była to szczera rozmowa z samym sobą. Powiedzenie głośno tego, co siedziało mu w głowie, oznaczało oficjalne pogodzenie się z tymi myślami. Była to spowiedź przed samym sobą. Musiał ważyć swoje słowa i zdawać sobie sprawę z ich wartości.
— Ja natomiast... Nie zmieniłem się w ogóle. — Powiedział to w zgodzie ze swoim sercem i rozumem, chociaż czuł rozczarowanie. — Przepraszam...
Łzy zebrały mu się w oczach, ale za wszelką cenę próbował je odgonić, chociaż to nie sprawiło, że myślał mniej o swoich słowach. Nie był jedynie pewny, kogo przepraszał — siebie czy Neila? Rozczarowanie, które w niego uderzyło, również nie było jednoznaczne. Czuł, że zawiódł na każdej możliwej linii.
— Starałem się, naprawdę. Myślałem, że nauczyłem się czegoś, że się zmieniłem. Ale to wszystko jest trudne. Ja nie dam rady. Przepraszam. — Zdania były krótkie, wypowiedziane pospiesznie, jak gdyby bał się, że załamie się lada moment. — Naprawdę tak myślałem. Ale to mnie przerosło. Uświadomiłem sobie, że nie dam rady. Ciągle stoję w miejscu.
Nie potrafił zebrać słów i powietrza, aby móc wyrazić się w odpowiedni sposób. Czuł się zamknięty, ograniczony przez samego siebie. Był sfrustrowany, bo nie potrafił dobrać słów, które najlepiej opisałyby jego stan. Jego głowa ciągle kłębiła te myśli, język nie potrafi ich rozplątać.
Poddał się także w tej kwestii.
Poczuł, jak coś spływa z nosa. Starał się wmówić sobie, że to przez wieczorny chłód, który przeszywał całe jego ciało. Jego policzki oraz nos były czerwone, palce skostniałe nawet pomimo trzymania ich w kieszeniach, a całe ciało drżało. W rzeczywistości powstrzymywał się od łez. Mimo że był sam w środku ciemności, wciąż miał opory przed rozklejeniem się, chociaż byłoby to całkowicie uzasadnione. Mimo wszystko bał się to zrobić przed Neilem. Bał się przynieść rozczarowanie kolejnej osobie.
Todd kucnął, chowając twarz w ramionach, starając się ukryć gorzkie, wstydliwe łzy. Wielokrotnie cisnęły mu się do oczu przez ten miniony rok, ale nigdy nie miał odosobnionego miejsca, w którym mógłby pozwolić łzom po prostu płynąć. Zawsze był z kimś, czy to w pokoju, czy łazience. Otoczony masą osób, które wystarczająco często rzucały mu oceniające spojrzenia, a on grał, że wszystko jest dobrze. Jednak Todd nie był dobrym aktorem. Jego maska nie była w stanie zasłonić grymasu, który mimowolnie malował się na jego twarzy. Ale nigdy nie wybuchnął płaczem, chociaż wielokrotnie tego potrzebował.
Głośny szloch wyrwał się z jego płuc, wstrząsając jego ciałem. Tym razem bezwątpliwie nie była to wina temperatury. Jego skostniałe palce wbiły się w drżące ramiona, szukając jakiejkolwiek ulgi, ale łzy nie przestawały płynąć.
Dopiero gdy poczuł, że wykorzystał całe pokłady łez, podniósł głowę. Jego dolna warga drżała, a w mokre ścieżki na jego policzkach uderzył przeszywający wiatr. Nawet nie drgnął, chociaż uczucie szczypania było bolesne. W pewnym sensie przynosiło to ukojenie.
— Dzisiaj są moje urodziny, wiesz? — jego głos był niestabilny, ledwo słyszalny, ale wciąż podjął próbę dalszej rozmowy.— Nigdy nie zgadniesz, co dostałem na urodziny. — Todd wybuchnął śmiechem, ocierając łzy, a później zamilkł.
W swojej głowie starał się odtworzyć urodziny z poprzedniego roku — zimno, które go przeszywało przez materiał cienkiej koszuli, a później nagłe ciepło, które wypełniło go całego. Widok Neila, jego uśmiech i dźwięk jego głosu. Żywe i realne jak gdyby stało się to wczoraj i trwało do tego momentu. Nigdy nieodebrane w brutalny sposób, nieuduszone i pozbawione nadziei. Sama myśl o tych wydarzeniach napełniła Todda przyjemnym uczuciem, tak bardzo obcym w obecnej sytuacji.
— Czasami boję się, że któregoś dnia zapomnę o tobie — Todd wyznał niemalże bezgłośnie, przerażony własnym wyznaniem. — Boję się, że zapomnę, jak brzmiał twój głos, twój śmiech. Nie chcę zapomnieć, chociaż niektórzy twierdzą, że tak byłoby lepiej. Ale dopóki pamiętam twój śmiech, dopóty nie umrzesz.
Jego wargi ułożyły się w wąską linię, aby wstrzymać je od drżenia. Czuł, że powinien już wracać, dlatego nie w smak była mu kolejna fala płaczu, która mogła być jeszcze gorsza niż poprzednia.
Prawie tracąc równowagę, Todd podniósł się z kolan i jeszcze na chwilę wbił wzrok w słaby płomień migoczący pod wpływem wiatru, aczkolwiek dzielnie walczący o przetrwanie. W kieszeni płaszcza odnalazł kawałek papieru, który zaczął obracać w palcach, rozważając coś.
— Napisałem wiersz — oznajmił głośniej niż dotychczas. — Pomyślałem, że może chciałbyś go usłyszeć.
Wydobył kawałek papieru z kieszeni i rozłożył go. Kartka była złożona równie niedbale, jak niedbale była wyrwana z notatnika. Nie było na niej ani krztyny wolnego miejsca, każdą przestrzeń wypełniały słowa lub przekreślenia i linie, które wyglądały jak labirynt, w którym tylko Todd potrafił się poruszać. Tekst był ledwie widoczny w świetle znicza, a literki z trudem układały się w sensowne słowa, ale mimo to, Todd zaczął czytać:
szum wiatru szept niesie
wśród drzew pieśń martwą,
w grocie płaczącej echem się staje
poległych w bitwie słaby głos niknie
i uschną pąki ich marzeń kwiatów.
we śnie rozmyte nadzieje
by jutro nowe nadeszło,
toń bezmierną pochłonęło
mrok rozstąpiło
i co bolesne zabrało.
Jego wiersz został cichym świadectwem. Świadkiem był im księżyc, a widownią drzewa. Szum targanych przez wiatr liści był gromkimi oklaskami, a cisza nieprzerwana ludzkim głosem — śmiechem, wytknięciem, jego porażką.
On również nie odważył się zabrać głosu. Zamiast tego, podniósł wieko znicza i strzępek po strzępku obserwował, jak kartka z rękopisem staje w płomieniach, skazując świadectwo na zapomnienie.
Jeszcze przed chwilę przyglądał się wątłej smudze dymu, jaką stał się jego poemat. Wkrótce rozpłynął się w ciemności, a on nie miał już dłużej powodu, by pozostać w tamtym miejscu.
Todd ułożył dłoń na nagrobku, jak gdyby chciał poklepać kogoś po ramieniu na pożegnanie, ale zanim zdążył coś powiedzieć, zauważył płatki śniegu spadające na jego dłoń. Uniósł głowę, patrząc w niebo i na tle ciemności dojrzał drobne płatki śniegu skrzące się w bladym świetle księżyca. Uśmiechnął się, delikatnie, ale szczerze, choć łza mimowolnie spłynęła po jego policzku po raz kolejny.
— Dobranoc, Neil.
