Work Text:
Tej nocy niebo było niemalże czarne. Księżyc był całkowicie przysłonięty przez gęste chmury, a blask gwiazd również nie dał rady się przez nie w żaden sposób przebić. Drogi nie oświetlało nic prócz małej, słabej latarki na głowie Diegtiariowa. Widział on kawałek wysokich źdźbeł trawy, która z biegiem czasu zdążyła urosnąć do ogromnych wręcz rozmiarów. Porównując ją oczywiście do tej, która rośnie na Dużej Ziemi. Poza nią widział również swoje nogi i ręce oraz niewyraźne sylwetki drzew kołyszące się niepokojąco wraz z każdym powiewem wiatru.
Był już tak zmęczony. Jedyne na co miał ochotę, to położyć się na starym, niewygodnym materacu ułożonym gdzieś w zimnym kącie. Choć właściwie to nie powinien narzekać, bo i tak, nie ważne jak paskudny był, przynajmniej był jego. Jego własny, na którym nikt inny nie śpi, między innymi przez te warunki, i na którym gdy on sam leży, to trzęsie się z zimna. No i teraz na myśl o tym aż zrobiło mu się chłodno. Zaczęły go nawet przechodzić ciarki. Jak już dotrze do Janowa, to koniecznie musi sobie kupić coś rozgrzewającego. Pytanie tylko czy mu pieniędzy starczy. W razie czego będzie musiał coś wykombinować.
W oddali usłyszał wycie psów i przyspieszył kroku jednocześnie zaciskając mocniej ręce na broni. Jego palce powoli zbliżały się do spustu. Podświadomie wiedział, że dzięki temu będzie czuł się bezpiecznie i jego ręce pragnęły go ścisnąć będąc gotowym do pociągnięcia w każdym momencie.
W końcu jednak ujrzał ledwo widoczne przebijające się przez mgłę światło dobiegające z Janowa. Użył resztki swoich sił, aby jeszcze bardziej przyspieszyć marsz i znaleźć się w cieplejszym miejscu szybciej niż znalazłby się początkowo, gdyby wciąż szedł jednakowym krokiem. Cały czas starał się iść coraz szybszym tempem i do drzwi już niemalże dobiegł. Zapomniał nawet o rzucaniu mutry przed siebie, aby sprawdzić czy nie wejdzie prosto w anomalie. Najwyraźniej miał ogromne szczęście. Słyszał wiele historii o znajomym, który nie zwracał uwagi na otoczenie i ostatecznie, w ramach nauczki, wszedł prosto w karuzelę. Szkoda tylko, że nic już z tej lekcji nie wyciągnął. Diegtiariow za to zawsze z uwagą i z pełnym skupieniem przysłuchiwał się każdej pijackiej rozmowie przy ognisku zapamiętując najmniejsze szczegóły wiedząc, że może mu się to przydać. Natomiast, gdy przychodzi co do czego i narastające poczucie zagrożenia zaczyna władać całym jego ciałem, a nagły strach spowodowany tak na prawdę nie wiadomo czym przeszywa go od stóp do głów, to kompletnie zapomina o wszystkich zasadach. No i oczywiście o przesądach, z których często te zasady wynikają. Tak więc i tak na nic mu się to nie zda.
Szarpnął drzwiami tak mocno, że z boku ktoś mógł mieć wrażenie, że miały one zostać wyrwane, ale w trakcie coś poszło nie tak. Nie przejmował się tym jednak. Tak samo jak nie przejmował się trzasku za jego plecami, gdy narobiły one hałasu wracając na swoje miejsce.
Kroki Diegtiariowa były ciężkie, ale powolne. Zmniejszył tempo wraz z wejściem na stację. Teraz za to odczuwał zmęczenie dwa razy bardziej niż jeszcze chwilę temu. Na szczęście ujrzał kawałek wolnego miejsca przy jednym ze stołów i niemalże od razu podniosło go to na duchu. To znaczy, że już zaraz będzie mógł stanąć z butelką, oprzeć ręce na stole i już ledwo przytomny, co jakiś czas brać łyka prosto z gwinta.
Podszedł do handlarza i niezbyt wyraźnie mówiąc, poprosił o butelkę wódki. W tym stanie już nawet trudno było mu wypowiadać słowa i formułować zdania. Jego organizm domagał się snu, a język plątał mu się od jego braku, który wcześniej kompletnie zignorował wciąż maszerując przed siebie nie zważając na swoje własne zdrowie. Choć, co miał niby zrobić skoro był w Zonie. Tutaj tak na prawdę wszystko może doprowadzić do śmierci. Ale dobra, dość tego. Napije się wódki i trochę się rozbudzi.
Już zamierzał iść w kierunku wcześniej wypatrzonego miejsca, ale przechodząc usłyszał jak jeden z mężczyzn obok pociaga nosem. Tak właściwie nie zdziwiło go to, bo jednak był to dosyć częsty widok. Jedni wzruszają się na myśl o dawnych czasach, drudzy na myśl o tym, jak wygląda ich bieżąca sytuacja, a jeszcze inni mają zwyczajnie katar. Mimo tego i tak kątem oka spojrzał w stronę mężczyzny. Z niedowierzania aż musiał się zatrzymać, aby się dokładnie przyjrzeć.
Był to Włóczęga ze spuszczoną głową w dół i opróżnionym już kieliszkiem obok. Z jakiegoś powodu Diegtiariow poczuł wobec niego współczucie i nawet zapomniał o własnej butelce, którą wciąż trzyma w ręku. Na wszelki wypadek schował ją do głębokiej kieszeni swojej kurtki.
Podszedł do mężczyzny i stanął obok. Przez chwilę nie wiedział, co zrobić. Bał się, że Włóczęga w każdej chwili się odwróci i zobaczy jak ktoś stoi nad nim przyglądając mu się. Zapewne jeszcze bardziej by go to przygnębiło, bo wyglądało to tak, jakby Diegtiariow patrzył na niego z góry. Włóczęga jednak kompletnie nie zwracał uwagi ani na niego, ani na nic, co dzieje się wokół. Był skupiony na swoich sprawach i własnych przemyśleniach. Diegtiariow poklepał go więc przyjacielsko po plecach okazując mu wsparcie i zrozumienie. Mężczyzna obrócił się w jego stronę. Oczy miał załzawione, ale po twarzy nie spływała mu nawet jedna łza.
– Cześć – powiedział Włóczęga nawet nie próbując wymuszać uśmiechu. Przecież Diegtiariow i tak już zdążył go zobaczyć, jak płacze, więc jaki sens mialoby ukrywanie tego?
– Cześć – zatrzymał się w tym momencie nie wiedząc dokładnie co jeszcze powiedzieć. W końcu jednak wpadł na pomysł i zadał typowe pytanie, które każdy zadaje widząc, że ktoś płacze. – Coś się stało?
– Tak właściwie to nie... – otarł rękami łzy z oczu, które zostały mu na palcach, przez co teraz się one błyszczały. – Po prostu czasem tak jest, że łzy zaczynają lecieć tak o. Ale się ich nie powstrzymuje i daje się taki upust swoim emocjom, rozumiesz?
– Rozumiem. – Włóczędze strasznie plątał się język. Doskonale widać i słychać po nim było, że jest ostro napity.
Obaj milczeli przez chwilę pogrążeni w swoich własnych myślach. Diegtiariow za wszelką cenę chciał jeszcze zostać z mężczyzną i spróbować w jakiś sposób mu pomóc. Nie chciał tak zwyczajnie odejść i starać się nigdy do tego myślami nie wracać. Dlatego intensywnie zastanawiał się nad tym, co powiedzieć. Teraz już nawet zmęczenie mu w niczym nie przeszkadzało. Zaczęło się ulatniać w momencie, gdy podszedł do przygnębionego mężczyzny. Za to aktualnie nie było go już kompletnie. Tak jakby cały czas był wypoczęty.
W końcu jednak Włóczęga widząc, że Diegtiariow nie odchodzi, a wręcz przeciwnie – stoi nawet bliżej niż wcześniej, przesunął się trochę w prawo robiąc mu miejsce obok. Teraz już stali obok siebie, ale wciąż nie mówili kompletnie nic. Włóczęga schował głowę w swoje ręce wciąż pociągając nosem. W końcu odezwał się cicho, tak aby jedyną osobą, która to usłyszy był Diegtiariow, ale nawet dla niego mówił zbyt cicho. Jego głos został przytłumiony przez gwar wokół oraz schowaną w dłoniach twarz.
– Co? – dopytał chcąc dowiedzieć się, o czym mężczyzna próbował mu powiedzieć. Ten podniosl głowę i powtórzył.
– No... Mówię, że czuję się taki wyobcowany. Taki odizolowany od reszty. – Tutaj przerwał na chwilę, ale niemalże od razu kontynuował. – Czuję na sobie taki złowrogi wzrok. Rozumiesz, no nie?
– Rozumiem. – Diegtiariow ponownie poklepał go po plecach nie wiedząc, co ma więcej powiedzieć.
– Mam wrażenie, że wszyscy wiedzą, jaki byłem wcześniej i mnie unikają. Nie wiem czy się boją, czy bardziej się mnie brzydzą. – Mówiąc to wbijał wzrok w swoje ręce.
– Mnie się tam wydaję, że masz tylko takie wrażenie. – Włóczęga delikatnie kręcił głową, jakby nie zgadzając się z tym, co mówi drugi mężczyzna.– Nikt na ciebie nie patrzy. Większość osób tutaj pewnie nawet nie wie, że jesteś byłym członkiem Monolitu. Ba, Większość nawet nie wie, że tacy w ogóle istnieją.
– Może i racja – odpowiedział smętnym głosem.
– Nawet nie nosisz kombinezonu Monolitu. Skąd ktokolwiek miałby wiedzieć, że w nim byłeś?
– Ano nie wiem...
– No właśnie.
Na twarzy Włóczęgi nagle pojawił się delikatny uśmiech, gdy spojrzał na Diegtiariowa.
– Wiesz, poszedłbym się juz położyć, ale jak odejdę od stołu, to się przewrócę.
Diegtiariow zrozumiał, że jest to prośba o pomoc. Nie mógł więc zostawić swojego towarzysza samego. Wziął jego rękę i założył ją sobie na ramię, tak aby Włóczęga miał jakieś oparcie. Oboje zaczęli mozolnie iść po skrzypiącej podłodze. Diegtiariow rozejrzał się dookoła, ale dosłownie ani jedna osoba na nich nie patrzyła. Włóczędze musi się tylko wydawać. Na prawdę nikt na niego nie zwraca uwagi.
Diegtiariow przejął inicjatywę i to on decydował, gdzie pójdą. Włóczęga mu zaufał i pozwolił się doprowadzić gdziekolwiek, byleby nie zostać w tym samym miejscu. Problem był jednak taki, że za dużego wyboru nie mieli. Większość miejsc do spania była pozajmowana. Zostały jedynie zniszczone i śmierdzące materace, przez które przechodził chłód z podłogi. No ale czy mieli inne wyjście? Materac Diegtiariowa nie był przez nikogo zajęty. Za to jeśli chodzi o miejsce, gdzie śpi Włóczęga... Tego to nie wie. Nigdy go tak właściwie nie interesowało jak mężczyzna spędza noc. Tylko to, że wciąż tu jest. W dzień wciąż widzi go szwędającego się po stacji, więc nic mu nie jest. I tylko to się liczy. A reszta nie ma dla niego większego znaczenia. Choć teraz pewnie by mu się ta wiedza przydała.
Diegtiariow pomógł Włóczędze położyć się na jego własnym materacu i zrezygnowany usiadł obok na małym skrawku. Jeszcze niedawno planował, że to on będzie na miejscu mężczyzny. A tymczasem siedzi oparty plecami o lodowatą wręcz ścianę, czuje ciągnący z piwnicy pod spodem chłód i na dodatek jest głodny, spragniony i wyczerpany. Oczy mu się same zamykają, ale momentalnie zrywa się, gdy czuje kolejną falę przeszywającego go chłodu. W ten sposób na pewno nie zaśnie.
Sięgnął ręką do kieszeni, w której znajdowała się mała buteleczka wódki. Odkręcił ją i przekonany, że ukoi jego nerwy oraz zniweluje wszystkie dokuczliwe czynniki, wziął łyka.
