Chapter Text
Pierwszego grudnia na londyńskim Soho znowu padał deszcz. Nie była to zwyczajna brytyjska mżawka, ale potężna ulewa, która być może w innych okolicznościach geograficznych zamieniłaby się w śnieżycę, ale - jak wszem i wobec wiadomo - Anglia była krajem, do którego słońce nie zaglądało często w obawie o zbyt dobre nastroje swoich mieszkańców.
- A ciebie co ugryzło, mój drogi? - Aziraphale korzystał z zalet wolnej niedzieli i siedział rozkokoszony w miękkim fotelu w kącie księgarni. Zmierzył wzrokiem wysoką postać, która wpadła jak burza do sklepu, zostawiając za sobą kałużę wody - Przeziębisz się! - odrzucił na bok czytaną książkę i pognał przez hol do przeklinającego siarczyście mężczyzny
- Cholerna ulewa!.. - warknął Crowley, przyjmując od Aziraphale’a puchaty ręcznik. Przez ułamek sekundy zawahał się przed użyciem go, jakby miał zarazić się jego bawełnianą miękkością - Demony nie chorują, aniele - dodał kąśliwie
Aziraphale uniósł jedną brew, obserwując, jak Crowley próbuje doprowadzić się do porządku. Najwidoczniej na zewnątrz było istne oberwanie chmury.
-Nie zaszkodzi profilaktycznie napić się herbatki z czymś mocniejszym - skwitował pogodnie mimo zawieruchy i zniknął na jakiś czas w kuchni, po czym wrócił z dwoma pękatymi kubkami z parującą zawartością - Trzymaj - włożył wciąż poprawiającemu włosy Crowleyowi kubek w dłonie, a ten powąchał jego zawartość.
- Czyżbym wyczuł dodatek brandy? - uśmiechnął się pod nosem i wychylił zawartość kubka dwoma wielkimi haustami - Chyba dodatkiem była tu herbata, aniele - zaczkał lekko, na co Aziraphale zachichotał.
- Tak więc… Co cię dzisiaj sprowadza? - zaczął nieśmiało Aziraphale, wskazując demonowi drugi fotel, by usiadł (chociaż dobrze wiedział, że nie było takiej siły we Wszechświecie, która kazałaby Crowleyowi po prostu siedzieć) - To znaczy możesz zawsze się tutaj sprowadzać. Kiedy chcesz. W sensie przychodzić - wydukał, a na jego policzki wpełzł niewielki rumieniec, oczywiście od brandy.
Crowley przewrócił oczami i na - aż dwie minuty - rozsiadł się na wymoszczonym fotelu z nogą założoną na nogę. Na szkłach okularów dalej miał kilka kropli świadczących o dzisiejszej ulewie.
- Czy ty wiesz… - zaczął, ale emocje nie pozwoliły mu łatwo dokończyć - Czy ty wiesz, że ludzie już porozwieszali bożonarodzeniowe ozdoby?! - wypluł z siebie ostatnie słowa z najwyższą pogardą, czekając na reakcję przyjaciela
Na te rewelacje Aziraphale mógł tylko się głośno roześmiać.
- I…? Przecież tak jest co roku, od jakichś kilkunastu lat - musiał aż złapać się za brzuch, tak go rozbawiła urocza nieświadomość Crowleya co do ludzkich zwyczajów. Aziraphale zawsze twierdził, że Crowley był jednym z najlepiej zasymilowanych demonów, jednak w każdym przystosowaniu muszą być pewne dziury.
Crowley się żachnął, nerwowo tupiąc w miejscu nogą.
- W tym roku porozwieszali się zdecydowanie wcześniej!
Anioł postanowił zignorować ewidentną zaczepkę ze strony Crowleya, zerkając na wiszący na przeciwległej ścianie kalendarz. Znad daty pierwszego grudnia uśmiechały się do niego białe niedźwiadki polarne. Lubił niedźwiadki.
- Nie chcę… Burzyć twoich teorii - zaczął asekuracyjnie - Ale mamy pierwszy dzień grudnia. Zaczął się oficjalnie adwent, to normalne, że ludzie wpadli w szał… Szał wszystkiego - wierzył, że mimo mało świątecznej pogody cały naród, niezależnie od posiadanej wiary, zafiksował się na świątecznych dekoracjach i prezentach - I kupują te wszystkie kolorowe… No… Bambetle - Aziraphale wypiął dumnie pierś, rad, że znalazł odpowiednie słowo
Crowley postukał niecierpliwie palcami w stosik książęk.
- Nie kupuję tego - odparł krótko - Może większą rozrywką byłoby podpalenie choinki koło pałacu?
Aziraphale westchnął, kładąc dłoń na wciąż postukującej nerwowo dłoni przyjaciela. Była lodowato zimna, w kontraście do jego, rozpalonej od panującego w księgarni ciepła. Gdy Crowley przestał gorączkowo pukać palcami, zauważył, że trzyma swoją dłoń na dłoni demona o kilkanaście chwil za długo i szybko zabrał rękę. Wnętrze dłoni i palców zdawały się go palić, pewnie od ognia piekielnego.
- A gdybyś raz jeden… Poczuł magię świąt? - wypalił, zanim pomyślał. Cholerna brandy, niepotrzebnie jej tyle wlał do herbaty.
Crowley spojrzał na niego zza szkieł okularów, wyraźnie czekając.
- Gdybyś… Może byś po prostu spróbował pocieszyć się Bożym Narodzeniem - wyjąkał Aziraphale, plącząc się w kolejnych zdaniach, na co tym razem to Crowley wybuchnął śmiechem
- Pytasz demona… Czy jest w stanie poczuć magię Bożego Narodzenia…? - otarł z oczu łzy spowodowane zbyt nagłym chichotem, po czym spoważniał - Ty mówisz serio.
Aziraphale z obrażoną miną zacisnął palce na opróżnionym kubku. Wzór w szkocką kratę lekko się przetarł, musi go naprawić, w końcu to jego ulubiony zestaw.
- Każdego dnia zrobiłbyś coś, co przybliży cię do magii świąt - kontynuował poważnym tonem Aziraphale - Coś jak kalendarz adwentowy, ale z zadaniami do wykonania. Jeśli byś wykonał je wszystkie, ale nadal nie poczuł świątecznej atmosfery, to… Spełnię twoje jedno życzenie - przekrzywił głowę, zerkając nieśmiało na zastygłego w fotelu przyjaciela. Który dalej siedział w miejscu.
Między nimi zapadła na moment cisza. Aziraphale przeklnął samego siebie w myślach, jakby jego propozycja była co najmniej niemoralna.
- Oczywiście każde zadanie oraz potencjalne życzenie byłoby w granicach dobrego smaku - dodał szybko, zanim Crowley otworzył usta, by odpowiedzieć.
Kolejną minutę wzajemnego milczenia przerwał gromki śmiech demona.
- A niech cię, Aziraphale! Wchodzę w to, do diaska - podał mu rękę na znak zawarcia między nimi umowy - Ale żebym tego nie żałował.
Gdy Aziraphale ściskał szorstką rękę demona na znak zawartego zakładu, zaczął zastanawiać się, co do diabła właśnie zrobił.
