Work Text:
Wiatr był tak silny, że trudno było utrzymać się na nogach, a co dopiero walczyć. Wył, jakby sami bogowie go zaklęli... A, wróć, przecież dokładnie tak było. No dobrze, dla jasności to był jeden bóg. I to w dodatku upadły. Nadal się liczył.
Morgan osłonił twarz rękawem, starając się dojrzeć w tej niezmordowanej wichurze swoje towarzyszki. Nigdy nie przypuszczali, że upadły bóg żniw okaże się tak silny... Nie. On nie powinien taki być. Ustalali to wiele razy wcześniej. Coś było nie tak.
Bardzo nie tak.
Zmrużył oczy, intensywnie wypatrując. Gala była obok, dzielnie stojąc i podtrzymując swoją magię. Niesamowite, że tak długo wytrzymała. Zdecydowanie jej wcześniej nie doceniał.
- Morgan, co się dzieje?! - usłyszał jej pytający krzyk – Mówiliście, że to będzie łatwe!
- Bo miało być! - odkrzyknął, znowu zaczynając się nad tym zastanawiać. Ale nie było teraz na to czasu. Walka wciąż trwała, a oni nie mieli zamiaru się wycofywać.
W ostatnim momencie odbił promień mocy tego tchórza i odpowiedział na niego kontratakiem. Wściekły bóg uniósł się jeszcze bardziej, świecąc swoimi krwiście czerwonymi oczami.
Morgan zerknął kątem oka na Merlin. Stała kilkanaście kroków dalej, nieustannie posyłając w stronę Sarathiela złote fale energii. Złapał jej wzrok i oboje spojrzeli na siebie pytająco. Żadne z nich nie miało odpowiedzi na to, co się teraz działo.
Ale ponownie, nie było czasu na rozmyślania. Spaczony bóg, wykorzystując ich chwilowe rozproszenie, wysłał na nich swojego równie obdartego wierzchowca. Jak dla Morgana, dawniej miłościwy bóg ojciec i tak wyglądał, jakby właśnie wstał z grobu. Równie dobrze mógłby już do niego wrócić.
Szybciej niż on czy Merlin zdążyli zareagować, oszalałym dzikiem zajęła się Gala. Z zadziwiającym jak na nią zdecydowaniem, stanowczo wyciągnęła ręce przed siebie, tworząc przed dzikiem potężne, szpiczaste skały. Gdyby stworzenie nie wyhamowało w ostatniej chwili z mrożącym krew w żyłach kwikiem, zdecydowanie polałaby się krew.
Ale jak mówił, dzik zdążył się zatrzymać. Jednak Gala wyglądała, jakby tylko na to czekała. Podczas gdy dzik gniewnie charczał, ona ponownie wyciągnęła ręce naprzód, tym razem jednocześnie z wyraźnym wysiłkiem zbliżając je do siebie. Skały zaczęły przesuwać się, w błyskawicznym tempie okrążając rozszalałą bestię, tworząc coś na kształt... Klatki? Zwierz chyba zaczął przeczuwać, co się święci i desperacko rzucił się na otaczające go z każdej strony kamienne kolce. Ale nadaremno. Morgan widział wibrującą na palcach dziewczynki złocistą magię. Drobinki tego samego koloru wniknęły w wielkie głazy i otoczyły dookoła całą konstrukcję.
Łał. Tego się nie spodziewał. Poziom jej magii był naprawdę imponujący. Spojrzał na nią z czymś na kształt... Dumy? Ehh, do czego to doszło... Jednak samodzielnie uwięziła oszalałego wierzchowca równie oszalałego boga. Mógł spojrzeć na nią z niemą pochwałą, w końcu on też ją uczył, więc miał w tym swój udział.
Gala złowiła wzrok jego i Merlin i spojrzała na nich nagląco. No tak. To nie był moment na roztkliwianie się nad jej umiejętnościami. Widział, jak drżą jej ręce i jak złota magia zaczyna niebezpiecznie migotać. Owszem, to był wielki sukces. Ale ona wciąż była dzieckiem, które stosunkowo niedawno odkryło, że coś takiego jak magia istnieje właśnie w niej. Nie mogła przecież trzymać takiego zaklęcia w nieskończoność. Nikt nie mógł.
Musieli więc działać szybko. Chociaż trudno było się do tego przyznawać, to dała im cenny czas i znacznie osłabiła wroga, gdzie z dwóch zrobił się tylko jeden.
On i Merlin spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
Jednocześnie ruszyli do ataku, na przemian posyłając w stronę upadłego bóstwa fale energii. Wreszcie zaczął wyglądać na naprawdę zmęczonego.
I już szykowali się do ostatecznego ciosu.... Kiedy z Sarathielem zaczęło dziać się coś dziwnego. Chociaż dosłownie chwilę wcześniej wyglądał na prawie pokonanego, teraz jego oczy rozbłysły nagłą, jaskrawoczerwoną barwą, a on sam uniósł się, jakby prostując.
Morgan miał złe przeczucia.
Otworzył usta, żeby ostrzec pozostałych, ale nie zdążył. Bóg żniw bowiem uniósł się jeszcze wyżej, po czym z dzikim, kompletnie nie pasującym do bóstwa rykiem posłał w ich stronę ogromną falę energii.
Na szczęście, Merlin zareagowała szybciej niż zdążył mrugnąć. Uderzyła laską o ziemię, a momentalnie otoczyła ich świetlista bariera. Ale... Ponownie, coś było nie tak. Tarcza w kompletnie nie przypominała tych wcześniej tworzonych przez nią. Potrafił dostrzec delikatne, chaotyczne migotanie. Czasem przygasające, czasem rozświetlające się mocniej. Dla zwykłego oka niemal niewidoczne, ale Morgan widział je bardzo wyraźnie. Rzucił czujnym okiem na Merlin i uniósł własny kij, gotowy jej pomóc.
Merlin zacisnęła mocniej palce na swoim kosturze, walcząc ze wzmagającym się cały czas wiatrem. Knykcie aż jej zbielały. To nie było normalne. Spojrzała z mocą na Sarathiela, starając się nie pokazywać, jak bardzo ją ta moc zaskoczyła. Widziała kątem oka, jak Gala cały czas ze wszystkich sił stara się utrzymać jego wierzchowca wewnątrz świetlistej kuli wspomaganej przez skały i jak Morgan szykuje się do rzucenia zaklęcia tarczy.
Nie, to nie powinno być tak trudne.
Zgromadziła całą moc, która w niej pulsowała i ze zdecydowaniem uniosła laskę, ponownie wbijając ją w ziemię. Energia przepłynęła przez nią jak wezbrana rzeka tak mocno, że aż zahuczała jej w uszach. Ale efekt osiągnęła zamierzony. Sarathiel został odrzucony kilkadziesiąt kroków dalej i uderzył całym swoim ciężarem o skały za jego plecami. To był ten moment.
Odwróciła się ze zdecydowaniem i już miała zamiar zadać ostateczny cios, kiedy nagle zakręciło się jej w głowie. Z zaskoczeniem wciągnęła gwałtownie powietrze i oparła się na swoim kosturze, zaciskając powieki. Nie, nie. Co się działo? To nie było zbyt wymagające jak na nią. Zmusiła się do otwarcia oczu i stanięcia prosto. Potem będzie się nad tym zastanawiała. Na ten moment najważniejsze było zakończenie ciągu katastrof trawiących Halię, wywołanych przez tego stojącego naprzeciw niej. Cierpienie ludzi tam mieszkających skończy się wraz z jego śmiercią. Nie miała teraz czasu na rozwlekanie się nad jakimiś niespodziewanymi zawrotami głowy. Miną wkrótce.
Złapawszy lekko zaniepokojony wzrok Morgana tylko uśmiechnęła się uspokajająco i zrobiła krok naprzód, przybierając zdecydowany wyraz twarzy.
Ta walka zakończy się dzisiaj.
Uniosła laskę, pozwalając mocy płynąć. Złocisty blask spowił ją całą, oczy rozświetliły się miękkim światłem. Jak przez świetlistą mgłę ogarnęła wzrokiem pole bitwy. Gala nieustannie trzymała w ryzach wielkiego dzika, a Morgan przykuł do skały szarpiącego się Sarathiela. Po raz ostatni spojrzała na boga, który niegdyś błogosławił Halian. Teraz był cieniem samego siebie, obdarty, oszalały z płonącym nienaturalną wściekłością wzrokiem.
Jego czas nadszedł.
Uniosła się nad ziemię, pozwalając boskiej mocy się uwolnić. Jej wzrok stwardniał, kiedy napotkał ten Sarathiela. Bóg żniw jednak, zamiast się zlęknąć, wbił w nią wzrok pełen szaleństwa.
- Może i pokonacie mnie dzisiaj, ale nie zdołacie uratować tych żałosnych ludzi! - warknął, wreszcie przestając się szarpać. Przekierował spojrzenie na Galę, wciąż więżącą jego wierzchowca – Przerwij zaklęcie, futrzaku.
Gala ze złością położyła po sobie uszy.
- Nie. - Syknęła, ścieśniając przestrzeń pozostałą stworzeniu. Nawet przez tą mgłę, Merlin widziała, jak drżą jej ręce z wysiłku. Na szczęście, wierzchowiec powinien stracić swoją moc razem ze śmiercią jego pana. Już nie długo, Gala. Wytrzymaj jeszcze chwilę, proszę cię.
- A ty... - odwrócił się w jej stronę, patrząc na nią z czystą furią, na wskroś przesiąkniętą nienawiścią - Pożałujesz, że kiedykolwiek wtrącałaś się w sprawy między mną a moimi wyznawcami! Przysięgam! Przysięgam ci to na te ziemie, że...
Uniosła laskę, uwalniając całą energię, jaką miała. Ramiona ośmiowierzchołkowych gwiazd spadły na niego jak lawina, nie dając chwili wytchnienia. Nie mieli czasu na pogawędki. Prawdopodobnie zaczerpnęła takie sformułowanie od Morgana, ale taka była prawda. Halianie na nich liczyli. Dzikonarodzeni również. Gala ledwo trzymała się na nogach. Nie mogła wymagać większej ilości czasu. Przy takiej ilości magii, liczyła się każda sekunda.
W milczeniu obserwowała, jak bóg żniw rozpada się na jej oczach. Może i była bezduszna. Jednak Sarathiel nie zasłużył na żadną litość, a ona nie zamierzała mu jej w żadnym wypadku dawać.
Ostatnia gwiazda spadła na niego, przebijając pierś. Ryknął z bólu i po raz ostatni spojrzał nienawistnie na Merlin. A potem... Stało się coś dziwnego. Uśmiechnął się złośliwie ostatkiem sił i bez ostrzeżenia wypuścił w jej stronę falę spaczonej energii.
Przez ułamek sekundy poczuła, jakby jednocześnie przeszył ją palący ogień i lodowaty podmuch. Jej magia zadrżała jak jesienny liść na wietrze. Ziemia zaczęła zbliżać się w niebezpiecznie szybkim tempie, ostatkiem sił wyhamowała tuż nad powierzchnią. Z trudem złapała powietrze, obracając głowę w stronę miejsca, gdzie przed chwilą znajdował się upadły bóg żniw. Teraz jego ciało rozsypało się w złociste drobinki, ulatniające się w stronę zachmurzonego nieba.
Uśmiechnęła się pod nosem. Udało się. Ludzie byli wolni.
Nagły ból przeszył jej głowę, a ona aż się skrzywiła. Potem. Potem odpocznie, teraz miała jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Nie mogła tak po prostu zostawić Morgana i Gali samych z tym całym bałaganem. Właśnie. Gala, dzik. Podniosła wzrok, mając jakieś dziwne wrażenie, że jest jakby rozmyty. Czy dzik znikł? Powinien był...
Zrobiła krok do przodu, ale zaraz się zatrzymała, czując, że kręci jej się w głowie. Podparła się laską, oddychając ciężko. Nie, nie. Powiedziała nie teraz, prawda?
- Merlin, dobrze się czujesz?
Podniosła lekko zamglony wzrok, patrząc na ciemną sylwetkę przed nią.
- Wybornie. - odparła dziwnie słabo.
- Daj spokój, takie udawanie to moja działka. - usłyszała w odpowiedzi. Chciała przewrócić oczami, ale one jakoś nie miały ochoty się ruszyć.
Zrobiła kolejny krok do przodu... A przynajmniej próbowała. Ziemia uciekła jej spod stóp w zaskakująco szybkim tempie.
Słyszała jeszcze okrzyk Morgana, a potem powieki same jej opadły.
- Merlin! - wyrwało mu się, po czym szybciej niż pomyślał złapał ją, zanim zdążyła uderzyć o ziemię.
- Ej. Ej, nie zasypiaj mi tu! Hej, Merlin, mówię do ciebie!
Sennie uchyliła powieki, po czym natychmiast je zamknęła.
- Przecież to ty zawsze powtarzasz, że dobra drzemka jest lekarstwem na wszystko - wymamrotała łagodnie, z całkowitym spokojem.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Serio? Merlin, to nie czas na żarty.
Wysiliła się na tyle, żeby spojrzeć na niego ze skruchą.
- Masz rację. Przepraszam. Starałam się tylko trochę rozładować atmosferę, jak ty to robisz.
- Co? Ja nie... - Nie słuchała go. Znowu. - Ugh, dobra, tylko nie odpływaj. Gala już i tak ma załamanie nerwowe – nie wiedział, czy ty to do końca prawda. Rozejrzał się szybko. A jednak prawda. Stała kilka kroków dalej, wpatrując się w nich z przerażeniem, cały czas ciężko oddychając, jakby właśnie przebiegła cały las wzdłuż i wszerz. Spróbował posłać jej uspokajającą miną a la Merlin, ale zamiast się uspokoić, wyglądała na jeszcze bardziej zaniepokojoną. Hm, dziwne. Naprawdę się postarał w jej przypadku.
- Ekhem, powiedziałem coś, czyż nie? - powiedział, zwracając się z powrotem do Merlin. Nawet na niego nie spojrzała.
- Ale to tylko krótka drzemka...
- Merlin, bredzisz.
- Jestem absolutnie poważna. Potrzebuję tylko chwili snu i zaraz...
- Dobra, wytrzymaj jeszcze trochę.
Rozejrzał się za Galą. Cały czas stała w tym samym miejscu, jak wrośnięta w ziemię. Niecierpliwym machnięciem ręki przywołał ją do siebie.
- Chodź, dzieciaku. Zabieramy się z tej dziury.
Kiedy tylko podeszła bliżej, uderzył laską o ziemię i teleportował ich prosto pod drzwi Zacisza Blasku.
***
Trzy dni. Tyle dokładnie minęło, od kiedy wrócili z tego przeklętego pustkowia. Przynajmniej upadłym bogiem żniw nie musiał się martwić. Jeśli można to było uznać za pozytyw, biorąc pod uwagę ich obecną sytuację.
Gala zaskakująco szybko doszła do siebie, to też dawało mu odetchnąć. Naprawdę myślał, że będzie miał tu dwie Merlin. A jednak nie. Naprawdę jej nie doceniał. Na swoją obronę mógł tylko powiedzieć, że nie spotkał jeszcze tak zdolnego i wytrzymałego dziecka.
Nadal przerażał go widok śpiącej Merlin. Chociaż... “Śpiąca” chyba nie była najlepszym określeniem. Bardziej... Jakby zapadła w śpiączkę.
Naprawdę, nie powinien się tym aż tak przejmować. W końcu była boginią, nieprawdaż?
Eh, no właśnie.
- Czy ona?... - odwrócił się w stronę drzwi. Na progu stała Gala, znowu z tą swoją miną zbitego kociaka. Szczerze mówiąc, nawet nie umiał jej winić.
- Nie - westchnął, zamykając z cichym trzaskiem jedną z kolejnych, grubych ksiąg, które ostatnio przeglądał. Potarł zmęczone oczy. Która była godzina? Chyba późna.
Powinien odpocząć. W końcu na nic się nie przyda, jeśli też zemdleje. Nie, żeby nie ufał małej, ale trudno mu było wyobrazić sobie, żeby ogarnęła ich nieprzytomną dwójkę.
Nie, nie był tak okrutny,
- Idź się połóż - poradził jej. Na bogów, zaczynał brzmieć jak Merlin. Niedobrze. Spojrzała na niego z wahaniem.
- Morgan... Jest południe.
Mrugnął ze zdziwieniem. Dziwne, oczy kleiły mu się, jakby była północ.
- Nigdy nie marnuj czasu na dobry sen, jeśli go masz - poradził jej bez cienia ironii w głosie. Święta zasada. Szkoda, że ostatnio niezbyt ją respektował.
- A mogę ci jakoś pomóc? - zapytała - Zrobić... Cokolwiek?
Potrząsnął głową.
- Nie sądzę. Trzeba tylko czekać.
Myślał, że sobie pójdzie, zaszyje się gdzieś w jakimś kącie. Ale nie. Przemknęła cicho przez pokój i usiadła na drugim krześle, obok niego.
Przez chwilę milczeli, każde zatopione we własnych myślach. W końcu, ponownie, ciszę przerwała Gala.
- Czy to wpłynie na nią jakoś... No wiesz, w przyszłości?
Spojrzał na nią ze znużeniem.
- Nie powinno. Zregeneruje się, a potem będzie tak, jak było.
Ciekawe, jak łatwo było to wypowiedzieć na głos. Brzmiał naprawdę pewnie, był pod wrażeniem samym sobą. Zostańmy przy takim myśleniu. Nie zamierzał snuć czarnych scenariuszy.
Nie, nie zamierzał.
Milczeli przez chwilę, aż w końcu Gala znowu przerwała ciszę. Ciekawe, niektórzy mówili, że była cichym dzieckiem.
- Morgan... Ja naprawdę chcę ci pomóc. I Merlin. I... Musi być coś, co możemy zrobić!
Potrząsnął głową, przenosząc na nią wzrok.
- Czasem po prostu... Zwyczajnie się nie da. Tak jak teraz. Czekanie jest tu jedyną opcją.
Krzesło gwałtownie zgrzytnęło o podłogę, aż się wzdrygnął. Stanęła przed nim, z jakimś upartym, zbuntowanym błyskiem w oczach.
- Myślałam, że ty się nigdy nie poddajesz! - zawołała ze złością - Że zawsze próbujesz!
- No to nie wiem, kto ci takich bzdur nagadał, ale ja nie jestem żadnym cudotwórcą.
Zaczynała go już irytować. Co, myślała, że miał rozwiązanie na każdy problem? Życie nie było takie proste. Niestety.
Nie no, nie. Tylko nie te wielkie, czerwone oczy, które wpatrywały się w niego bezradnie i zaczynały lekko błyszczeć.
- Hej, w porządku - zaczął szybko. - Wszystko będzie dobrze. Nic się nie stało.
Nie pomogło. Tylko zagryzła z całej siły wargi i spuściła wzrok, zaciskając dłonie w piątki. Uszy jej opadły, jakby cała złość w jednej chwili z niej uleciała.
- Przepraszam - mruknęła żałośnie. - Nie chciałam, żeby to tak wyszło. Ja... Myślałam...
- Okej - rzucił tylko, ucinając temat. Nie zamierzał się z nią teraz kłócić. Żadne z nich nie miało na to siły, co tu się oszukiwać.
Zamiast tego, podniósł się ostrożnie z krzesła, czując, jak ból głowy zaczyna się nasilać. Taa, siedzenie tyle czasu nad zwojami zdecydowanie mu nie służyło.
Spojrzał na Galę, starając się wyglądać możliwie jak najłagodniej. Ale Merlin była tylko jedna, a wbrew pozorom ta jej uspokajająca mina była dość skomplikowana do odtworzenia. Przynajmniej się starał, prawda?
- Chodź, należy nam się chwila odpoczynku od tego wszystkiego - zarządził, starając się brzmieć możliwie jak najwyrozumialej.
Spojrzała na niego ze sprzeciwem, zdecydowanie niepocieszona.
- Odpoczywałam już wystarczająco długo - stwierdziła uparcie.
- Nigdy nie wiesz, kiedy będzie do tego kolejna okazja - odparł Morgan, ruszając w stronę drzwi. Sądząc po tupocie łapek, dreptała tuż za nim, chociaż zdecydowanie się z nim nie zgadzała.
Przy progu odwrócił się raz jeszcze, obrzucając spojrzeniem leżącą sylwetkę. Absolutnie nie wyglądała, jakby nie było z nią kontaktu przez blisko trzy dobry. Zanim wyszedł, wpatrywał się w nią chwilę dłużej, jakby samym spojrzeniem próbując ją wybudzić.
No weź, Merlin, nie wygłupiaj się.
***
Kolejna nieprzespana noc. Powoli już zaczynał mieć tego dość. Dochodziła... No dobrze, tak na dobrą sprawę, nie widział, która to była godzina. Ale że późna, to na pewno. Oczy kleiły mu się niemiłosiernie, głowa co chwilę opadała mu na biurko... A jednocześnie nie mógł przestać. To było idiotyczne. Merlin jest boginią, wybudzi się niedługo i bez żadnego uszczerbku na czymkolwiek, a on zachowywał się, jakby mogła w każdej chwili zejść z tego świata.
I był paskudnym hipokrytą. Gali cały czas papla o odpoczynku i drzemkach, a sam co? Kolejna nieprzespana noc, kolejne dnie spędzone na czuwaniu i przekopywaniu stosów zwojów z ich archiwów.
Naprawdę powinien zacząć słuchać własnych rad.
Wstał i zaczął krążyć po pokoju, chwytając się za włosy.
Świetnie. Teraz jeszcze zachowuje się jak Mira. Krytykował ją za takie łażenie w tę i w tamtą bez sensu, prawda? Więc gdzie się to teraz podziało?
Na bogów. Przystanął i podszedł do Merlin, wpatrując się w nią czujnie. Oddychała. To dobrze.
No jasne, że tak. Dlaczego w ogóle nie miałaby?
Przetarł ręką twarz, ze zmęczeniem przenosząc wzrok na chwiejny płomyk magicznego światła jarzącego się na biurku. Ugh, dlaczego nie mógł po prostu paść na łóżko i wyrzucić to wszystko z głowy? Tak po prostu przestać myśleć?
Myślenie było naprawdę problematyczne.
Padł wyczerpany na krzesło, w pakiecie z głośnym westchnięciem.
- Było się tak nie wykańczać, Merlin - rzucił w przestrzeń, nawet nie wiedząc konkretnie do kogo. Nowa myśl przyszła mu do głowy, jakby w odpowiedzi – Teraz to zaczynam gadać jak Merlin. Nie, ona tak nie mówi. Prawdopodobnie myśli.
Chwila, on gadał do siebie na głos? Wydawało mu się, że myślał. Świetnie, teraz jeszcze zaczynał mieć jakieś omamy. Przesłyszenia. Jakkolwiek by się to nazywało.
No to nieźle go wpakowała.
- Słyszysz? - zapytał oskarżycielsko, gapiąc się bezmyślnie w ścianę jak idiota - Wpakowałaś mnie w to bagno. Ty.
Przynajmniej tym razem nikt mu nie odpowiedział.
***
Nad ranem dopiero coś zaczęło się dziać. Skąd wiedział, że to rano? Cóż, tak na dobrą sprawę, to zorientował się dopiero później.
Cały czas siedział przy biurku, nie udając już nawet, że czyta. I tak nic nie zostawało mu w głowie na tyle, żeby w ogóle zdążył zrozumieć, na co właśnie patrzył. Po prostu siedział, z zesztywniałym karkiem i lekko zamglonym wzrokiem od braku snu.
Świetnie, teraz to on czuł się jak trup.
Tkwił tak od paru dobrych godzin, nie wiedząc właściwie, na co czeka. Dla niej i tak to było bez różnicy. Nic nie zdziała, nic nie pomoże, nic nie zmieni... Zachowywał się, jakby sama jego obecność mogła coś zmienić.
Nie mogła. Ale... Jakoś tak czuł, że nie potrafiłby inaczej. Zresztą, próbował. Nie udało się. Co on będzie się ze sobą spierał?
I w tamtym momencie kątem oka zarejestrował jakiś ruch. Drgnął, wyrywając się z tego dziwnego otępienia i obrócił głowę w tamtą stronę tak szybko, że aż coś strzyknęło mu w szyi.
Merlin otworzyła oczy. Nawet nie zorientował się, że nagle odetchnął głębiej.
- Merlin! - wyrwało mu się, zanim zdążył to przemyśleć. Bogowie, nareszcie! Zerwał się z krzesła zdecydowanie zbyt entuzjastycznie i odetchnął ulgą.
Wróciła. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak się z czegoś cieszył.
Podniosła się do pozycji siedzącej, spuszczając stopy na kamienną posadzkę. Mrugnęła raz oczami i uśmiechnęła się lekko.
- Morgan! - Zabawne. Wcale nie wyglądała, jakby przez ostatnie dni nie było z nią kontaktu. Bardziej jakby właśnie obudziła się z krótkiej drzemki.
- Ile spałam?
Zamarł. Głos na ułamek sekundy gdzieś mu uciekł, ale zaraz przywołał go do porządku. Po chwili odparł nienaturalnie spokojnie:
- Cztery dni - Nawet on był świadomy, jak dziwnie brzmiał.
Nagle poczuł na nią irracjonalną złość. Siedziała i patrzyła na niego tym swoim absolutnie spokojnym spojrzeniem. U niej przynajmniej było prawdziwe, ale on nie o tym. Miał ochotę nią potrząsnąć, chociaż nigdy w życiu tego nie robił. Byleby tylko przestała na niego patrzeć tak, jakby wcale nie zapadła jakiś dziwny stan senny na bite cztery dni, podczas gdy on sobie włosy z głowy rwał. Zacisnął zabandażowaną dłoń na swojej szacie, ale zaraz ją rozluźnił.
Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że tak właściwie to ona miała tu rację. Nic by jej się nie stało. Ale to nie zmieniało tego, że przez ten cały czas ani razu nie zmrużył oka. Należało się mu za to porządne spanie... Teraz, kiedy wreszcie wróciła do żywych, przynajmniej będzie mógł zasnąć.
- Cóż, już jestem - stwierdziła lekko, patrząc na niego tym swoim wszechwiedzącym wzrokiem. Wiedziała. Oczywiście, że wiedziała.
Przełknął ślinę czując, że jeszcze chwila, a zrobi coś, czego potem będzie bardzo żałować. Zamiast tego rzucił więc:
- Świetnie. Mam nadzieję, że to ostatni raz – tak właściwie, mówił samą prawdą, jakby się tak nad tym zastanowić. Naprawdę nie zamierzał tego powtarzać. Niestety, Merlin nie wyglądała, jakby rozumiała powagę tych słów. Dla pewności odezwał się jeszcze raz, mając nadzieję, że tylko w jego głowie brzmiało to dość żałośnie z błagalną nutką:
- Sama mówiłaś, że głupie pomysły to moja specjalność, pamiętasz?
Spojrzała na niego łagodnie.
- Nic się nie stało, Morgan. - Stwierdziła spokojnie, jakby tłumaczyła mu coś oczywistego.
Prychnął, nie mogąc się powstrzymać.
- Oczywiście. A ja musiałem uspokajać małą i jeszcze pilnować, żebyś nie odleciała.
No dobra, drugie się nie udało. Niestety.
Nagle spojrzała na niego poważnie, bez cienia rozbawienia, jakie widział u niej wcześniej. Albo to on sobie wmawiał, że je widział. Nie do końca ufał swoim zmysłom po czterech nieprzespanych nocach.
- Dziękuję, Morgan.
Zamrugał, mając wrażenie, że się przesłyszał.
- Słucham?
- Dziękuję - powtórzyła mocniej, patrząc na niego życzliwie. - Za to, co zrobiłeś.
- Najlepszym podziękowaniem będzie, jeśli już nigdy nie będę musiał robić tego po raz drugi.
Spojrzała na niego z namysłem, jakby naprawdę było to coś do rozważenia.
- Cóż, nie mogę chyba tego obiecać... Ale następnym razem wezmę to pod uwagę.
Aha, super. Więc już zakładała, że będzie kolejny raz?
- Cudownie. Jestem usatysfakcjonowany.
- Naprawdę?
- Nie.
Może był nieco zbyt ostry, ale na litość boską! Miał wrażenie, że zaraz zaśnie na stojąco. Widział, że chciała go uspokoić i denerwowało go, że w ogóle widziała taką potrzebę. Ale cieszył się, że już jest i miał nadzieję, że ona to wiedziała. Chyba tak, bo nie wyglądała na urażoną. Zresztą, czy ona kiedykolwiek była?
Zanim którekolwiek z nich zdążyło na głos sformułować jakieś sensowne wnioski, do pokoju wpadła Gala. No dobrze, może to nie było odpowiednie słowo. Wpadła jak na nią.
- Merlin! - pisnęła z uśmiechem pełnym ulgi - Martwiłam się o ciebie!
Merlin spojrzała na nią ciepło.
- Przecież mówiłam, że nic mi nie będzie - odparła spokojnie, jakby nic się nie stało.
- Tak, a sekundę później dramatycznie zemdlałaś - sarknął Morgan, nie mogąc się powstrzymać. - Trochę odebrało to wiarygodności twoim słowom.
Udawała, czy zwyczajnie nie widziała, jakie zamieszanie wywołała? Naprawdę miał nadzieję, że to nigdy się już nie powtórzy. Niestety, nikt nie mógł mu tego zagwarantować.
Więc po prostu patrzył, jak Gala dalej coś tam trajkocze, a Merlin siedzi z tym swoim spokojnym uśmiechem, który jednocześnie doprowadzał go do szału... I, no właśnie, uspokajał. Aż dziwne, jak niewiele mu było trzeba. Świetnie, i znowu plótł jakieś głupoty.
- Morgan, jesteś jakiś zamyślony.
Podniósł wzrok. Merlin wpatrywała się w niego ciepło, ale i z tą uważnością typową tylko dla niej. Oj, dobrze wiedział, o co jej chodziło. Chciała coś od niego wyciągnąć.
Ha. Dobre sobie, nie wpadnie tak łatwo.
- Naprawdę? Oh, przepraszam. Pochłonęły mnie fascynujące plany mojego wielogodzinnego snu.
Kątem oka widział, jak Gala patrzy na niego z pobłażliwym niedowierzaniem. Bogowie, jakie to było denerwujące. Przynajmniej była cicho, chociaż tyle dobrego.
Merlin natomiast odparła spokojnie, bez cienia wahania:
- W takim razie nikt nie będzie cię zatrzymywać. Prawda, Gala?
Mała zmrużyła podejrzliwie oczy, ale pokręciła przecząco głową. Jakiś irracjonalny jego ułamek chciał zrobić to samo, ale się powstrzymał. Nie będzie schodzić na taki poziom. Nie był w końcu jakimś obrażalskim dzieciakiem.
No, może tak by jej nie określił. Mimo wszystko, była najlepszą osobą, jaka mogłaby do nich dołączyć. Nawet, jeśli tego często nie przyznawał.
A wracając do Merlin... Znowu miała rację. Nikt go tu na siłę nie trzymał. Eh, zawsze umiała go zagiąć. Nawet po kilkudniowym śnie, który bardziej przypominał mieszaninę śpiączki i zamienienia się w oddychający posąg.
- W takim razie, idę spać. Niech nikt mnie nie budzi, chyba, że świat się wali. Albo nawet wtedy nie. Dacie radę, prawda? Świetnie.
- Nie martw się, żaden koniec świata nie jest zaplanowany na najbliższe dni - usłyszał jeszcze odpowiedź Merlin za jego plecami.
- Wspaniale - sarknął. - Tym lepiej.
Wychodząc, już słyszał, jak Gala nabiera powietrza. Zapewne zamierzała zdradzić Merlin wszystkie szczegóły ostatnich dni. Machnął ręką. Niech mówi.
Może Merlin następnym razem faktycznie zastanowi się dwa razy?
Przystanął, z nieznanego mu powodu wgapiając się w ścianę, po czym głośno westchnął.
Nie, znowu się oszukiwał. Oczywiście, że nie pomyśli. Dziwne, z tego co pamiętał, kiedyś była ostrożniejsza.
Chyba miał na nią zły wpływ.
