Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationships:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2025-12-16
Words:
745
Chapters:
1/1
Comments:
8
Kudos:
2
Hits:
30

absolutnie, absolutnie

Summary:

Obiecał, sobie i jemu, że to był jedyny i ostatni raz.

— Wiem, że pewnie potrzebujesz czasu — odparł łagodnie Roy. — To nic. Poczekam na ciebie, przecież wiesz.

Mógł się spodziewać takiej odpowiedzi. Po prostu taki był Roy, dobry, cierpliwy i lojalny aż do bólu, jak pies. Gdy się smucił, też przypominał psa, nieszczęśliwego szczeniaczka, którego chciało się pocieszyć. Może to właśnie dlatego Devon zawsze mu się w końcu poddawał, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wyrzutom sumienia.

Notes:

Inspirowane tytułową piosenką od Sorry Boys.

Work Text:

Devon wziął głęboki wdech, czekając, aż bicie serca nieznacznie mu się uspokoi. Tuż obok siebie słyszał nierówny oddech Roya. Mógł w tej chwili wtulić się w ten ciepły tors, pozwolić objąć silnymi, czułymi ramionami i zatopić dłoń w aksamitnych włosach. Wiedział, że sprawiłby tym Royowi przyjemność, a nawet powinien, ale jakoś nie mógł się do tego przemóc. Po prostu nie czuł się komfortowo w jego ramionach; były zbyt muskularne, zupełnie nieprzypominające tych, do których tęsknił.

Zawsze więc od razu się odsuwał, wyślizgiwał z łóżka i pospiesznie ubierał, a Roy rzucał mu tylko smutne spojrzenie, którego Devon uparcie unikał.

Nie dzisiaj. Podczas gdy Devon zakładał spodnie, Roy odezwał się cicho:

— Devon.

A Devon zastygł. Wiedział, co by zobaczył, gdyby się odwrócił—smutne, czarne oczy. Nie był gotowy w nie spojrzeć.

— Wróć do łóżka — mówił Roy. — Powinieneś chwilę odpocząć.

— Powinienem wrócić do pracy.

— Za dużo pracujesz. — Devon dalej milczał, Roy dodał więc: — To niezdrowe, wiesz? Nie jest jeszcze późno, moglibyśmy gdzieś wyjść.

Mówił teraz zwyczajnym głosem kumpla, który próbuje wyciągnąć gdzieś kolegę z pracy. Po nieszczęśliwym kochanku, mogłoby się zdawać, nie został ślad. Devon odzyskał czucie w ciele, sięgnął po koszulkę i pospiesznie ją założył.

— Innym razem, Roy.

Tak przywykł do tej odpowiedzi, że przeszła mu przez gardło niemal automatycznie.

*

Zaczęło się niedługo po rozstaniu z Jasonem. Devon był załamany, a Roy, jak dobry przyjaciel, zaoferował mu wsparcie. W tamtym momencie wszystko w nim wydawało się Devonowi idealne, ciepłe i kojące (Jason zawsze był taki zimny). Zatopił się w tym cieple, bo tego właśnie potrzebował, a Roy zawsze dawał mu to, czego potrzebował (nie zatrzymał się, żeby pomyśleć, czego potrzebował Roy).

Tamtej nocy Roy tulił go do siebie, jakby nie miał zamiaru już nigdy go wypuścić ze swojego uścisku, a Devon z przerażeniem zdał sobie sprawę, że dla Roya to nie był żaden jednorazowy wybryk, o którym oboje mogli zapomnieć.  Chciał więcej, ale Devon nie był w stanie dać mu więcej.

Obiecał, sobie i jemu, że to był jedyny i ostatni raz. 

— Wiem, że pewnie potrzebujesz czasu — odparł łagodnie Roy. — To nic. Poczekam na ciebie, przecież wiesz.

Mógł się spodziewać takiej odpowiedzi. Po prostu taki był Roy, dobry, cierpliwy i lojalny aż do bólu, jak pies. Gdy się smucił, też przypominał psa, nieszczęśliwego szczeniaczka, którego chciało się pocieszyć. Może to właśnie dlatego Devon zawsze mu się w końcu poddawał, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wyrzutom sumienia.

*

Roy rzeczywiście nie nalegał. W biurze zachowywał się po prostu przyjacielsko, a gdy spotykali się poza biurem, pozornie wszystko było tak, jak wcześniej. Ale gdy już Devon zaczynał mieć nadzieję, że ta bezpodstawna obsesja jego osobą minęła…

— Wyglądasz dziś gorzej. — Jedna ręka Roya na jego ramieniu, druga przyłożona do czoła. — Jesteś chory, prawda?

— Tylko trochę — przyznał Devon, a sam zachrypnięty głos go zdradził. Dłoń Roya zsunęła się niżej, dotknęła wierzchem policzka.

— I zamiast zostać w domu… — Roy westchnął. — Przecież wiesz, że wszystko bym za ciebie ogarnął.

Wiedział, wiedział dobrze.

— Roy, przecież cię z tym wszystkim nie zostawię. Zaraz mi przejdzie. Nie musisz się mną martwić.

— Ta, jasne. — W końcu Roy się cofnął, a Devon w tej samej milisekundzie zatęsknił za jego ciepłem. — Przyniosę ci dzisiaj rosołu.

Devon uśmiechnął się kącikiem ust. Domowej roboty rosół—Jason co najwyżej przyniósłby mu ibuprofen. I wyśmiał zasmarkany nos i wory pod oczami. Cholera wie, czemu tak tęsknił do tych złośliwości, gdy miał obok siebie ich kompletne przeciwieństwo. 

*

Musiał przyznać, rosół był dobry i rozgrzewający. “Bo zrobiony z miłością,” zażartowałby kiedyś lekko Roy, ale teraz milczał, spięty, zupełnie niepodobny do siebie. Znowu znajdowali się gdzieś na granicy, którą Devon bał się przekroczyć. 

— Dzięki, Roy — powiedział, siląc się na neutralny ton. — Już czuję się lepiej.

— Dalej o nim myślisz, prawda? — spytał z kolei Roy.

I nagle odebrało mu apetyt. Devon odstawił miskę na ławę i zaryzykował spojrzenie w stronę Roya, który patrzył jednak gdzieś w podłogę, w zamyśleniu bawiąc się kosmykiem włosów.

— Myślę — przyznał cicho Devon. — Wolałbym nie, ale nie mam na to wpływu.

— I nigdy nie przestaniesz.

— Ja… nie wiem.

Znów te smutne oczy. Na sam widok Devona ściskało serce. Jak miał odsunąć od siebie Roya, gdy patrzył na niego w ten sposób?

Ostrożnie położył mu dłoń na ramieniu.

— Ty też jesteś dla mnie ważny.

— Niewystarczająco — odparł Roy.

— Wystarczająco — skłamał Devon. — Więcej, niż wystarczająco. Naprawdę.

Przytulił do siebie Roya, ukrył twarz w miękkich, jedwabnych włosach. Odgonił od siebie myśl, która mówiła, że wcale nie robi tego dla niego, ale po to, by samolubnie zaspokoić własną samotność.

Zignorował wilgoć na koszuli w miejscu, gdzie znajdowała się twarz Roya.