Actions

Work Header

The ten-dollar Founding Father without a father // PL

Summary:

Aleksander poznał wielu rodziców zastępczych, ale nigdy nie stali się prawdziwą rodziną. Od braku troski po jawną przemoc – widział już wszystko. Jego pracownik socjalny powiedział, że się starzeje i że jego odejście z systemu opieki jest teraz bardziej prawdopodobne. Nie wie, czy boi się samotności w dorosłym życiu, czy też się jej spodziewa.

Work Text:

Aleksander wciąż pamięta dzień, w którym odszedł jego ojciec. Był zaledwie dziesięcioletnim chłopcem – tak małym, że ludzie często mylili go z młodszym. Wszedł do kuchni i zastał matkę płaczącą nad notatką, której nie mógł odczytać.

„Mamo? Co się stało?” zapytał cicho. Nieczęsto się tak odzywał. Zazwyczaj był jak ogień, pełen energii. Odwróciła się do niego – z twarzą zmęczoną i smutną. Alex chciał jej pomóc, pocieszyć ją, ale nie wiedział jak.

„Twój ojciec… odszedł” – mruknęła.

Od tamtego dnia życie stało się jeszcze gorsze. Matka starała się nim opiekować, ale z trudem wiązali koniec z końcem. Minęły dwa lata, zanim oboje zachorowali – śmiertelnie. Stracił wtedy poczucie czasu. Każdy dzień był taki sam: leżał w łóżku, pocił się, płakał, modlił się.

Kiedy pewnego ranka obudził się i zobaczył matkę obok siebie, lodowatą, już wiedział. Był zbyt zmęczony, żeby krzyczeć czy płakać. Leżał tam po prostu, a w głowie dźwięczała mu tylko jedna myśl: Ona nie żyje.

Wyzdrowiał – przynajmniej fizycznie. Pracownik socjalny powiedział mu, że zamieszka ze swoim kuzynem, Peterem, w Stanach Zjednoczonych. Nie znał Petera, ale skoro zaproponował, że go przygarnie, nie mógł być aż tak zły… prawda?

Peter był smutny – nawet bardziej niż matka Alexa po odejściu ojca. Był zdystansowany, dawał jedzenie i ubrania, ale nie pocieszał, nie dawał opieki. Może gdyby Alex był starszy, rozpoznałby te znaki.

Pewnego dnia, po szkole, Alex znalazł liścik. Peter przeprosił, powiedział, że to nie jego wina, poprosił Alexa, żeby nie wchodził do jego pokoju – i zamiast tego zadzwonił na policję.

Po tym Alex trafił do rodziny zastępczej. Tam jego nadzieja ostatecznie umarła. Zawsze było tak samo. Na wszystko były warunki, kary za złamanie zasad. Jeśli miał szczęście, zasady były jasne i niezmienne; jeśli nie, musiał sam je rozgryźć.

Trzy lata. Dziewięć domów. Kolejna wizyta w szpitalu.

„Naprawdę nie potrafisz się dobrze zachowywać, prawda?” westchnęła pracownica socjalna. Alex chciał krzyknąć, że to nie jego wina. Ale nie mógł.

„Masz szczęście” – kontynuował mężczyzna. „Z pomocą znajomych udało mi się znaleźć ci mieszkanie. Nie zepsuj tego”.

I z tym odszedł.

Alex nic nie wiedział o swoich nowych rodzicach zastępczych. Nie obchodziło go to. Następnego dnia wziął torbę i wsiadł do samochodu.

Podjechali pod dom i Alex pomyślał, że musiała nastąpić jakaś pomyłka. Miejsce było ogromne – wyższe, jaśniejsze i czystsze niż gdziekolwiek, gdzie kiedykolwiek mieszkał. Rozejrzał się, szukając czegoś znajomego, czegoś zepsutego lub zużytego, jak we wszystkich innych miejscach. Ale nic nie znalazł.

Po raz pierwszy od lat poczuł, jak coś dziwnego w nim migocze – coś, co przypominało niemal nadzieję.

Samochód się zatrzymał i pierwsza wysiadła pracownica socjalna. Alex zawahał się, zanim poszedł za nim. Powietrze pachniało czystością – zbyt czystością – jakby tutejszy świat nie znał walki. Drzwi wejściowe otworzyły się, zanim jeszcze do nich dotarli.

W drzwiach stała kobieta, z ciepłym, lecz niepewnym uśmiechem. Była wysoka, z siwymi pasemkami w brązowych włosach i życzliwymi oczami, które patrzyły na niego, jakby zapamiętała już każdą bliznę na jego twarzy.

„Pewnie jesteś Alexander” – powiedziała cicho.

Nie odpowiedział. Nienawidził, gdy ktoś używał jego pełnego imienia – czuł się, jakby nauczyciele mówili mu to tuż przed karą.

Pracownik socjalny odchrząknął. „To pani Washington” – powiedział. „Będziesz mieszkać z nią i jej mężem”.

Pani Washington znów się uśmiechnęła, nie tym wymuszonym uśmiechem, do którego był przyzwyczajony, lecz łagodnym. „Możesz mówić mi Martha, jeśli chcesz” – powiedziała. „Wejdź, kochanie. Pewnie jesteś zmęczony”.

Kochanie. Słowo to wydało mu się ciężkie, obce. Nikt go tak nie nazywał od lat. I tak wszedł za nią do środka, ściskając torbę jak tarczę.

Dom był jeszcze większy w środku – drewniane podłogi, które nie skrzypiały, białe ściany bez pęknięć, w powietrzu unosił się delikatny zapach cynamonu i kawy.

Następnie pojawił się pan Washington – wysoki, muskularny, cichy, wydawał się wręcz przerażający, gdyby nie jego łagodne oczy. „Cześć, kolego” – powiedział. „Bardzo się cieszymy, że tu jesteś”.

Alex skinął głową, ale nie odezwał się. Słyszał już tę kwestię. „Cieszymy się, że cię mamy”. Nigdy nie trwała długo.

Pracownik socjalny zamienił kilka słów z Washingtonami, podpisano dokumenty, złożono obietnice, a potem – zniknął. Tak po prostu.

Alex stał w holu, wpatrując się w zamknięte drzwi. Znów był sam, ale tym razem czuł się inaczej – ciszej, ciężej.

„Twój pokój jest na górze” – powiedziała delikatnie Martha. „To ten z niebieskimi drzwiami. Możesz się rozpakować, kiedy tylko zechcesz”.

Wszedł na górę bez słowa. Zanim dotarł do swojego pokoju, zobaczył chłopca mniej więcej w swoim wieku. Był wysoki i miał kręcone czarne włosy.

„Cześć, jestem Lafayette. Ale wszyscy mówią na mnie po prostu Laf”.

Alex zamrugał. Imię brzmiało dziwnie, obco, jak z bajki. „…Alex” – powiedział cicho.

„Super” – powiedział Laf swobodnie, jakby znali się od lat. „Twój pokój jest obok mojego. Niebieskie drzwi. Spodoba ci się – ma najlepszy widok”.

Alex skinął głową, niepewny, co powiedzieć. Nie spodziewał się kolejnego dziecka. Nikt o nim nie wspominał – ani pracownik socjalny, ani Washingtonowie.

„Czy ty…” – zaczął, ale urwał.

Laff przechylił głowę. „Foster też?” – dokończył za niego.

Alex ponownie skinął głową.

„Tak” – powiedział Laff, wzruszając ramionami. „Jestem tu prawie rok. Są… inni”.

Inni. Alex nie wiedział, czy to dobrze, czy źle.

„Zobaczysz” – dodał Laff, uśmiechając się przelotnie, zanim odsunął się na bok. „Obiad jest zazwyczaj o szóstej. Martha panikuje, jeśli się spóźnisz, więc wiesz… nie bądź.”

„Dobrze.”

Laff ruszył korytarzem, a potem się odwrócił. „Och – i niech cię nie przestraszy twarz Georgesa. Wygląda, jakby mógł rozwalić ścianę, ale w zasadzie to pluszowy miś.”

Cień uśmiechu zagościł na ustach Alexa. „Jasne”.

Kiedy w końcu dotarł do swojego pokoju, zrozumiał, co miał na myśli Laf – widok naprawdę robił wrażenie. Okno wychodziło na pasmo drzew ciągnące się aż po horyzont. Ściany były jasnoniebieskie, łóżko starannie pościelone. Na biurku leżał mały notes z jego imieniem na okładce, zapisanym starannym pismem.

Witaj, Aleksandrze.

Długo się w niego wpatrywał. Nikt nigdy wcześniej nie przygotował dla niego pokoju. Nie w taki sposób. Nie żeby był dla niego ważny.

Po raz pierwszy od dawna Alex usiadł na brzegu łóżka i pozwolił sobie na oddech.

W głębi korytarza usłyszał śmiech – głos Lafa, cichą odpowiedź pana Washingtona, cichy brzęk naczyń. Brzmiało to… normalnie.

Nie był pewien, czy pamięta, jak to jest być normalnym.

Mimo to coś w nim – coś, co, jak sądził, umarło dawno temu – znów zadrżało. Małe, kruche, ale prawdziwe.

Może, tylko może, to miejsce będzie inne.

Series this work belongs to: