Work Text:
Nie wiadomo kiedy minął kolejny rok — dosłownie, ponieważ w biurach N.I.E.B.O. czasu nie odczuwa się tak samo jak na Ziemi, a raczej nie czuje się go wcale. Wszyscy pracowali normalnie i dopiero Basi przypomniało się, gdy spojrzała na kalendarz, że zbliżają się nie tyle święta, co urodziny Jezusa, syna szefa.
– Rafał? Nie zapomniałeś może o czymś? – zagaiła, gdy minęli się we wspólnej kuchni. Użyła tego samego tonu co zawsze, kiedy szef miał o czymś pamiętać, a ona próbowała mu o tym przypomnieć, co zdarzało się niesłychanie często.
– Nie, nie wydaje mi się – odpowiedział ze zmarszczonymi z zastanowienia brwiami.
– Jesteś pewien?
– Tak…? Nie…? Nie wiem…? – zakłopotał się Bóg.
– No, przemyśl to – drążyła dalej Basia.
– Przemyśl… dobra nazwa dla miasta. A nie, chwila, już takie jest – na jego twarzy pojawił się wyraz refleksji, ale nadal nie pamiętał, o czym zapomniał. – Skoro tak dopytujesz, musiałem zapomnieć, więc powiedz, o co ci chodzi.
Basia westchnęła, niedowierzając w zapominalstwo swojego szefa. Naprawdę chyba tylko ona jakkolwiek ogarniała w tej firmie. Bez niej ten zakład naprawdę by upadł.
– A jaki mamy miesiąc? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
– Grudzień…? GRUDZIEŃ. O kurde… – wreszcie Rafał zrozumiał, co go ominęło.
Na szczęście do 25. były jeszcze prawie dwa tygodnie, więc dało się coś przygotować. Wtedy do głowy przyszedł Rafałowi genialny — w jego mniemaniu — pomysł: ludzki zwyczaj organizowania wspólnej kolacji w wieczór przed narodzinami Jezusa.
– Basiu, zwołaj wszystkich. Robimy wigilię.
Już mogła sobie wyobrazić miny reszty grupy i ich niezbyt pochlebne opinie o „kolejnym niepotrzebnym zebraniu”. Najlepsza pewnie będzie reakcja Sławka… A tak, on się przecież zwolnił. Jak mogła zapomnieć?
– Adolfa też…? – zapytała, mając nadzieję, że odpowiedzią będzie „nie”. Nikt w biurze nie dogadywał się z nowym szatanem. Kiedyś w tym miejscu był Sławek, a z nim — jakkolwiek chłodne nie były relacje reszty zespołu — istniała choć krzta dawnej przyjaźni.
– Też. Wszystkich.
– Teraz?
– Jeśli możesz, to teraz. A jeśli nie — jak najszybciej.
---
W przeciągu pół godziny Basia wysłała do całego zespołu informacje o spotkaniu. Nie wspomniała jednak o jego powodzie, żeby ich nie denerwować.
– Kochani. Robimy wigilię – oznajmił Rafał z pełnym przekonaniem, że pomysł spodoba się wszystkim.
Jak bardzo się mylił.
Już chwilę później po sali rozeszły się pomruki niezadowolenia.
– Po co? – zapytał Hades, któremu ewidentnie nie chciało się być ani tutaj, ani na planowanym wydarzeniu.
– Bo są urodziny Jezusa i wypada… – Rafał nie zdążył dokończyć, bo Hades mu przerwał.
– Ale to twój syn. Nie możecie zrobić sobie wigilii we dwóch? Po co my tam?
– To zintegruje grupę. A zdecydowanie by się nam to przydało.
– Rafał… ta grupa nie była zintegrowana od czasu C.H.A.O.S.-u. Czego ty oczekujesz…? – zapytała tym razem Aneta, znaczy Atena.
– Już postanowiłem. Wszyscy mają coś przynieść. Widzimy się 24. – Bóg zdawał się nie słyszeć albo przynajmniej ignorować niezadowolenie grupy. – Możecie wracać do swoich zajęć. A, i byłoby miło, gdyby ktoś przyniósł coś dla Jezusa.
– Powtórzę: to jest twój syn – skomentował wychodząc Hades.
---
Jak się dwa tygodnie później okazało, na zaplanowanej kolacji nie pojawił się prawie nikt. Do stołu zasiedli w czwórkę, a każdy — zgodnie z planem — coś przyniósł od siebie: Rafał zrobił sałatkę (w której z jakiegoś powodu pominął jabłko), Basia upiekła sernik dzień wcześniej po pracy, Światowid ulepił chyba dwieście pierogów, a Jezus, który o niczym nie wiedział, na szybko zamienił w wino całą bańkę wody.
Rozmowa zdecydowanie się nie kleiła — przynajmniej do momentu, gdy usłyszeli dźwięk teleportacji w głównym węźle komunikacyjnym. Do pomieszczenia wszedł Sławek.
– Mamy i niezapowiedzianego gościa – skomentował Światowid.
– Co ty tutaj robisz? – zapytał zaskoczony Rafał. – Nie powinno cię tu być i nie powinieneś używać głównego węzła. W końcu odszedłeś.
– Tak, pamiętam. Ale… – zaczął się tłumaczyć były szatan, z gorzką nutą w głosie.
Nie było mu jednak dane dokończyć, ponieważ niespodziewanie Basia wstała ze swojego miejsca.
– Ja go zaprosiłam. Święta to w końcu czas pojednania.
– Ale… – próbował zaprotestować Rafał.
– Ale co? Pogódźcie się wreszcie i przestańcie zachowywać jak dzieci! Te wasze wielkie konflikty przyprawiają wszystkich o ból głowy! – kobieta niemal tupnęła, zwracając uwagę obu.
Mówiła szczerą prawdę, ale obaj panowie byli zbyt dumni albo zbyt uparci, by przyznać, że spór tak naprawdę jest o nic.
– Nie, Basiu… – odezwał się po chwili Sławek, cicho wzdychając. – To nie ma sensu. Wracam na Ziemię i tak nie mogę tu być. Wesołych świąt. Pa. A i, Młody — wszystkiego najlepszego.
Gdy tylko skończył mówić, zniknął w chmurze ognia, a w pokoju zapadła niekomfortowa cisza.
Siedzieli więc w milczeniu, mając jeszcze mniej tematów do rozmów. Finalnie spotkanie zakończyło się w połowie przewidzianego czasu. Jezus wyszedł wcześniej, bo — jak to ujął — „ma plany na jutro i musi wyjść, zanim wypije więcej wina”. Światowid natomiast siedział tak długo, jak mógł, prawdopodobnie z braku lepszej opcji.
Koniec końców Rafał został sam z Basią, usilnie unikając kontaktu wzrokowego.
– To było niepotrzebne. Wiesz o tym? – rzucił, zbierając nieużyte papierowe talerzyki.
– Ciągle powtarzasz, że podstawą twojej wiary jest przebaczenie. A jakoś od wieczności nie możesz mi wybaczyć.
– To co innego…
– Jak? W którym miejscu to się różni od ludzi, którym wybaczyłeś, bo żałowali?
– On nie żałuje.
– Skąd możesz wiedzieć?
– Zwyczajnie wiem i tyle. Przecież jestem wszechwiedzący. Nie drąż tematu…
Basia znała ten ton aż za dobrze. Rezygnację w głosie szefa dało się usłyszeć z kilometra. Zgodnie z jego prośbą nie ciągnęła rozmowy i w ciszy pomogła sprzątać.
Parę minut później sala konferencyjna wyglądała tak, jakby nic się nigdy nie wydarzyło.
– Jutro całe biuro ma wolne. Skorzystaj z okazji i odpocznij… – rzucił Rafał, wychodząc.
Basia została sama ze swoimi myślami. Z tego, co słyszała, ludzka Wigilia nie może się odbyć bez jakiejś awantury. Idąc tym tokiem, mieli tu prawdziwe Święta Bożego Narodzenia, na jakie liczyli.
Z zamyślenia wyrwała ją przychodząca wiadomość:
„Hej, jeśli już skończyliście i masz ochotę, to wpadnij. Znasz adres ;)”
Stał za nią nie kto inny jak Sławek. Myśl o spędzeniu z nim reszty wieczoru wydawała się lepsza niż powrót do pracowniczej kwatery. Mimo woli uśmiechnęła się do siebie i ruszyła do głównego węzła, by teleportować się na Ziemię.
Może nawet zostanie dłużej — w końcu jutro mają wolne.
