Actions

Work Header

The Gayverment

Summary:

Pod osłoną nocy do miasta przybywa tajemniczy człowiek i od razu wpada w ramiona panującego władcy.

Aka mam wolną wolę i właśnie napisałam to dzieło.
The Gayverment is real!

Notes:

To jakby pisałam przez pół roku i trochę watpię, że jest spójne ze samym sobą, ale let's go I guess xD

Dedykowane dla wszystkich członków kultu The Gayverment :3

(See the end of the work for more notes.)

Chapter Text

Deszcz lał się strugami, zmywając krew cieknącą z ramienia Zahy. Nie zwracał na to uwagi. Od jakiegoś czasu wszystko, co odczuwał, zlewało się w jeden nieustający ból. Zdał sobie sprawę, że przestał odczuwać już nawet chłód, co było bardzo niepokojące, bo noc nie należała do najcieplejszych. Jego najbliższa przyszłość nie jawiła się w kolorowych barwach.

Robił, co mógł, ale spodziewał się, że tak to się skończy. Nie został wygnany; został dosłownie wyrzucony z jedynego miejsca, w którym był w stanie przetrwać. Podążał przez dzicz, nękany przez potwory, pogodę i dzikie zwierzęta. Kiedy wydawało mu się, że gorzej już nie będzie, natrafił na wioskę bandytów. Zaatakowali go, i choć próbował uciekać, jego kondycja pozostawiała wiele do życzenia, więc oberwał. Jeden z bandytów ciął go w lewe ramię, co jeszcze bardziej utrudniło przedzieranie się przez ulewę.

Coraz bardziej opadał z sił. Zaczął się potykać. Czuł, że jego nogi już nie dają rady, ale bał się zatrzymać. Gdyby to zrobił, mógłby już nie dać rady ruszyć ponownie. To było jedyne, co go pchało do przodu.

Gdy już pogadzał się z myślą, że niedługo już zakończy swój żywot, zauważył, że coś mu przesłania pole widzenia. Było ciemno, deszczowo, jego okulary były potłuczone, a on sam był przemęczony, więc nie zdziwił by się, gdyby dotarł gdzieś i tego nawet nie zauważył. Wydawało mu się, że stoi przed jakąś bramą. Chciał zapukać, ale okazało się, że wcale nie była zamknięta. Nikt jej nie pilnował. Nie widząc żadnej innej opcji przeszedł przed nią.

Z powodu ciemności z początku nie dostrzegł żadnej różnicy w krajobrazie, ale po chwili zauważył światło okien w oddali przed sobą. Musiało tam być jakieś wzgórze. Poczuł, jak nieśmiało wzbiera w nim nadzieja. Światło oznaczało ludzi. Nie wiadomo, czy ci ludzie chcieliby mu pomóc, jednak była to jego jedyna szansa. Wykrzesał w sobie ostatnią resztkę sił i zaczął wspinać się na wzgórze.

***

Król CTSG oparł się na ramieniu i przymknął oczy. Przysłuchiwał się rozmowie, w której jedyne słowa, jakie rozumiał, to spójniki. Wcześniej tego dnia Graf i Kaopej przyszli do niego do zamku z powodu dwóch absolutnie niezwiązanych ze sobą spraw, o których już chyba zapomnieli. Potem rozpętała się ulewa, więc pozwolił im zostać, dopóki się nie skończy. Nadeszła noc, deszcz jedynie przybierał na sile, a jego goście sami zajęli się swoim towarzystwem, toteż mógł pozwolić sobie na to, żeby siedzieć bezczynnie przy oknie i odpoczywać.

W pewnym momencie coś go wybudziło z tego transu. Wydawało mu się, że usłyszał jakieś kroki. Wciąż widział Grafa i Kao siedzących obok siebie na krzesłach, więc to nie mogli być oni. Spojrzał przez okno. Dostrzeżenie czegokolwiek było ciężkie, jednak mógłby przysiąc, że widzi jakiś cień podążający po schodach do zamku. Wciąż nie był pewien, czy mu się nie zdaje, i postanowił na wszelki wypadek sprawdzić.

– Wyjdę na chwilkę - powiedział do swoich gości. – Muszę coś sprawdzić.

Kao odwrócił się, spojrzał na króla i skinął głową, po czym wrócił do słuchania Grafa. CTSG pchnął drzwi wyjściowe i wyszedł na deszcz. Wzdrygnął się. To była noc, w którą nie wychodzi się z domu.

Oczy go nie okłamały, rzeczywiście zauważył kogoś wchodzącego z trudem po schodach. Zaintrygowało go to. Wyszedł dalej, próbując dostrzeć przybysza wyraźniej. Tamten wchodził ze zwieszoną głową, widać było, że nie daje rady. Pokonywał już ostatni etap schodów, lecz na przedostatnim stopniu poślizgnął się. Stracił równowagę i wpadł prosto w ramiona CTSG.

Król instynktownie uratował przybysza od upadku, lecz zaraz sam musiał usiąść na ziemi, żeby się nie przewrócić. Przyjrzał się dokładniej nieprzytomnemu mężczyźnie, którego wciąż trzymał. Był wyższy od CTSG, a jednak niepokojąco lekki. Oddychał, lecz jego dłonie były zimne, a odcień skóry blady. Widać było, że wymagał natychmiastowej opieki. CTSG zaczął się głowić, jak go przenieść samemu do środka.

Wybawił go Kaopej, który wyszedł sprawdzić, co się stało z królem. Zdziwił się, ujrzawszy go z obcym człowiekiem na ramionach, ale nie zdążył nic powiedzieć.

– Kao, zawołaj tu Grafa. On jest najsilniejszy z naszej trójki. Trzeba przenieść tego człowieka do środka zamku. Jest w kiepskim stanie.

Kao posłusznie wrócił się do zamku.

– Graf! - krzyknął. - Jesteś potrzebny. Nie pilnowaliśmy króla przez krótką chwilę, a on już siedzi z jakimś obcym chłopem w ramionach. Mówi, że jest w złym stanie. To znaczy ten mężczyzna, król ma się dobrze.

Z pomocą Grafa udało się przenieść nieprzytomnego do środka i posadzić go na ławie. Trójka mężczyzn wpatrywała się w przybysza, próbując odgadnąć, kim jest i co powinni z nim zrobić.

– Trzeba go osuszyć – odezwał się Graf. – I ogrzać. Nie wiadomo, ile czasu spędził już na chłodzie. Zajmę się tym.

CTSG przyglądnął się dokładniej mężczyźnie. Na oko był w jego wieku. Okrywał go ciemny, zużyty płaszcz, z pod którego wystawała podarta koszula. Przyjrzał się twarzy. Była blada i biło od niej przemęczenie, jednak pomyślał, że jest piękna. Zdjął z jego nosa potłuczone okulary. W obecnym stanie nie nadawały się do niczego.

Kiedy Graf przyszedł z ręcznikiem, CTSG zauważył dziwne plamy na lewej ręce nieznajomego. Podwinął rękaw jego płaszcza i dostrzegł strużkę krwi powoli spływającą w dół po łokciu. Zdjął okrycie na tyle, na ile był w stanie, i zamarł.

– Krew... Tyle krwi...

Na widok zmasakrowanego ramienia zrobiło mu się słabo. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech, zanim otworzył je znowu. Rana w normalnych warunkach nie byłaby wielkim zagrożeniem, gdyby byłaby odpowiednio potraktowana. Tutaj jednak została jedynie prowizorycznie owinięta w kawał materiału oderwany od koszuli. Niewiele to dało, a zanim rana zdążyła się zasklepić, ciągle otwierała się na nowo, przez co stanowiła bardzo nieprzyjemny widok oraz zagrożenie zakażeniem.

Graf odgadł, co skonsternowało króla, i odsunął go delikatnie na bok. - Znam się na udzielaniu pomocy, królu. Nie musisz się martwić o tego człowieka, zajmiemy się nim. Odpocznij sobie. A ty, Kao, idź po bandaże...

CTSG oklapł na ławie. Przyglądał się, jak nieznajomy zostaje osuszony i opatrzony. Dobrze, że Graf tu akurat był, pomyślał. Nie istniały rzeczy, których nie potrafił, i dzięki niemu właśnie ratowali komuś życie.

– Bardzo wam dziękuję – powiedział, wstając. – Kiedy skończycie go opatrywać, połóżcie go w moim łóżku.

– Na pewno? – spytał się Kao z powątpiewaniem. – Ale gdzie król będzie spał? CTSG wzruszył ramionami.

– To mój zamek, mogę spać sobie, gdzie chcę, nawet na podłodze, nikt mi nie zabroni. – Po chwili przerwy dodał: – Choć i tak wątpię, że będę w stanie usnąć.

***

Światło poranka wpadało do zamku, oświetlając pokój króla, w którym leżał Zaha. W końcu go obudziło.

Otworzył oczy, ale widział jedynie rozmazane plamy. Było mu ciepło i sucho. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie umarł i nie trafił do nieba. Czy na pewno sobie na to zasłużył? Spróbował ruszyć ręką i przeszła go fala bólu. Czyli jednak jeszcze żyje...

Nagle poczuł niesamowite pragnienie. Kiedy ostatnim razem coś pił? Musiało minąć chyba kilka dni. Na bank był odwodniony.

Jakby czytając w jego myślach ktoś przyłożył mu do ust szklankę z wodą.

– Napij się. – Usłyszał ciepły i miły dla ucha męski głos. Bez oporu wypił całą zawartość szklanki. Poczuł, jak zimna woda przynosi ulgę jego spierzchniętym ustom. 

Próbował przyjrzeć się nieznajomemu, który go napoił, lecz wciąż wszystko rozmazywało mu się przed oczami. Bez swoich okularów był jak dziecko we mgle. Tajemnicza postać zauważyła, jak Zaha bezskutecznie próbuje skupić na niej wzrok.

– Oj, biedaku... – usłyszał. – Nic nie widzisz. Rzeczywiście, te szkła były grube... Mocno się popękały, ale już załatwiłem u kowala, żeby zrobił ci nowe. Na razie tyle musi wystarczyć.

Poczuł, jak nieznajomy delikatnie odgarnął jego grzywkę i włożył mu na nos okulary.

Zamrugał, przytłoczony natłokiem informacji. Chciał się zorientować, gdzie się znajdował, lecz jego wzrok ciągle przyciągała postać stojąca przy nim, zajmująca większość jego pola widzenia.

Być może to przez poświatę powodowaną przez słońce świecące od tyłu, ale wydawało mu się, że stoi przed nim nie człowiek, a bóstwo. Miał na sobie jedynie koszulę i czarne spodnie, jednak było w nim coś władczego. Miedziane loki okalały twarz stworzoną wyłącznie do tego, by prezentować uśmiech. Błękitne oczy jegomościa zresztą też wydawały się uśmiechnięte, choć jednocześnie uważnie obserwowały mimikę twarzy Zahy.

– Masz niesamowicie piękne oczy, ale proszę, nie patrz się nimi tak na mnie, jakbym miał cię zjeść – powiedział w końcu, widząc jego osłupienie. – Nic ci nie zrobię, spokojnie.

Kucnął przy nim, teraz ich oczy znajdowaly się na tym samym poziomie.

– Jak się czujesz? – spytał go. W jego głosie słychać było troskę.

Zaha zastanowił się. Było to dość trudne pytanie. Owszem, był przymulony, bolała go lewa ręka i z pewnością nie byłby w stanie wstać, gdyby chciał, ale nie było porównania z tym, co było przed jego utratą przytomności. Szedł przez życie, wiedząc, że na każde pytanie da się odpowiedzieć dobrze albo źle. Próbował zgadnąć prawidłową odpowiedź.

– Dobrze? – zaryzykował. Nie brzmiało to przekonująco, bo jego głos był cichy i słaby. Tym razem chyba nie trafił.

Wpatrujący się w niego mężczyzna zaśmiał się, jakby usłyszał dobry żart.

– To ja się ciebie pytam, nie ty mnie! Tak czy siak będziesz musiał tu jeszcze jakiś czas leżeć, żeby dojść do siebie. Masz szczęście, że akurat tam wyszłem, żeby cię złapać, bo mógłbyś nie przeżyć tego upadku.

Zaha pamiętał, że gdy wchodził na wzgórze po tych przeklętych schodach, kiedy już prawie doszedł na szczyt, stracił równowagę, noga musiała powinąć mu się ze zmęczenia. Ku swojemu zaskoczeniu, zamiast rozbić głowę o bruk, wylądował u kogoś w ramionach. Zaraz po tym film mu się urwał.

– Udało nam się przenieść cię do środka i osuszyć. Twoje ramię było w masakrycznym stanie, kowal ci je opatrzył.

Rzeczywiście, jego lewa ręka była obandażowana. Zauważył przy okazji, że pozbawiono go jego poprzednich ubrań, miał na sobie jedynie jakąś koszulę nocną. Nie było mu zimno, bo był przykryty grubą pierzyną.

– A, tak, twoje ubrania. – Jak ten człowiek to robi? Wiedział, o co mu chodzi, mimo że Zaha nic nie mówił. – Były przemoczone, teraz się suszą. Zmarzłbyś, gdybyś w nich został.

Mężczyzna tłumaczył się, ale Zaszce chodziły po głowie zupełnie inne kwestie. Pokój, w którym leżał, urządzony był w prostym stylu, lecz widać było, że należał do kogoś, kto nie musi martwić się o cenę. W takim razie gdzie się znajdował? Kim był ten jegomość? Dlaczego się nim opiekował... dlaczego był dla niego taki miły? On przecież nie znał nawet jego imienia, a traktował go, jakby był dla niego ważny. Czy był tu gdzieś jakiś haczyk? 

Tamten kontynuował, nie zważając na jego zamyślenie.

– Spróbuję ci uprać płaszcz, ale koszula jest do wyrzucenia. A tak w ogóle to masz tu bułeczki, zjedz sobie, jak będziesz miał ochotę! Są naprawdę pyszne, musisz mi uwierzyć. Nie robiłem ich ja, więc raczej się nie zatrujesz. Będę tu cały czas, jakbyś czegoś potrzebował...

– Przepraszam – przerwał mu nieśmiało Zaha. – Czy... czy... – zaczął coś mówić, ale w połowie się rozmyślił. Nie pomagały mu oczy nieznajomego przewiercające się przez jego duszę. – Gdzie ja jestem...?

Nie wiedzieć czemu poczuł się głupio, bo wytrącił tamtego z rytmu. Zaraz jednak mężczyzna uśmiechnął się przepraszająco.

– Mój błąd, rzeczy ciągle wylatują mi z głowy. Jestem CTSG. Gościsz właśnie w zamku królewskim. Romantycznie by było, gdybym powiedział, że w jego sercu, ale prędzej znajdujemy się w jego wątrobie.

Zaha pokiwał głową i pomyślał: Zdajesz sobie sprawę, jak niewiele to wyjaśnia? Nic jednak nie powiedział. Czy to takie ważne, gdzie był? Było mu ciepło i ktoś się nim opiekował – to mu wystarczyło. Niewiele mógł teraz zrobić, żeby wyrazić swoją wdzięczność, więc wyciągnął jedynie zdrową rękę w kierunku CTSG. Przedstawił się, łamiąc prawdopodobnie wszelkie zasady etykiety czy czegoś w tym stylu. Nie spodobało mu się, jak słabo i żałośnie brzmiał. Jednak mężczyzna przed nim zdawał się tego nie zauważać.

– Zaszka! Jak miło! – zawołał, uroczo zdrabniając jego imię. Nie był świadomy, że był pierwszą osobą, która kiedykolwiek to zrobiła. Na dodatek, jakby jeszcze mu było mało, pogłaskał go po głowie, tarmosząc jego włosy. – Nie martw się, nie potrzebuję w tym momencie wiedzieć więcej. Najważniejsze, żebyś doszedł do siebie, bo wyglądasz niemrawo, choć i tak lepiej niż wczoraj.

Wycofał się do drzwi.

– Będę tu cały czas się kręcił – powiedział. – Paru ludzi wcześniej chciało ze mną rozmawiać, nie mogę ich dłużej trzymać w niecierpliwości...

Wyszedł. Nie wiedzieć czemu Zaszce zrobiło się smutno. Znał tego człowieka ledwie chwilę, a już go polubił. Czy był w aż tak złym stanie?

Sięgnął po bułeczkę, którą zostawił mu CTSG. Uświadomiła mu, że nie wiedział nawet, jak długo był nieprzytomny, ale rzeczywiście czuł się głodny. Była całkiem dobra, choć sprawiała wrażenie zrobionej przez osobę niezrównoważoną psychicznie, która ma nieograniczony dostęp do przypraw. Po zjedzeniu zawinął się z powrotem w kołdrę i z powrotem zasnął.

CTSG zszedł na dół i zastał tam dokładnie to, czego się spodziewał. Kaopej przyszedł do zamku na odwiedziny, a razem z nim Graf. Król zauważył, że ostatnio wszędzie pojawiali się jako zestaw.

– Witajcie, co was do mnie sprowadza?

– My... w zasadzie to tylko chcieliśmy spytać się o tego człowieka – powiedział Kaopej.

– Wprost do sedna, jak widzę.

– No tak, królu, to ważne! Czy udało dowiedzieć ci się, kim jest i jakie ma zamiary? To może być szpieg działający przeciwko naszemu królestwu!

– Doceniam twój zapał, Kao, ale nie ma co się tym teraz zajmować – ostudził go CTSG. – Zanim dojdzie do siebie, nie będziemy drążyć, skąd tu się wziął. Wciąż jest w słabym stanie. Jak przyjdzie odpowiedni czas, to go spróbuję spytać, może ma trudne przeżycia, po co go męczyć?

– No dobra... – mruknął chłop. – Ale i tak, królu, proszę na siebie uważać.

– Jasne, jasne – odparł z roztargnieniem król. Po chwili dla pewności machnął jeszcze ręką, bo odpłynął trochę myślami do swojego gościa, który wyglądał, jakby się go bał. Czy naprawdę nie zdołał go do siebie przekonać? No dobra, być może potrafił być trochę przytłaczający i uparty, ale ten tutaj wpatrywał się w niego oczami wielkości spodków. Może rzeczywiście powinienem być bardziej delikatny, pomyślał.

– A czy król w ogóle zapytał go o imię? – spytał się milczący dotąd Graf, sprowadzając go na ziemię.

– Nie jestem aż tak niedołężny, jak myślicie. Przedstawił mi się jako Zaha. I jeżeli nie macie nic przeciwko temu, to już wróciłbym tam do niego na górę. Biorę za niego pełną odpowiedzialność, więc nikt z was nie musi się nim przejmować. Nie pozwólcie mi was zatrzymywać.

Graf pojął, że jest to bardziej dyplomatyczna forma prośby o to, żeby już sobie poszli, toteż pociągnął Kao w stronę wyjścia, choć ten wciąż patrzył się przenikliwie na króla. Gdy przekraczał próg, zaczął mówić coś na głos, lecz szybko został uciszony. CTSG nie był w stanie odgadnąć, o co im chodziło.

Wzruszył ramionami. Z uśmiechem powrócił do gościa zajmującego jego komnatę. Czy znał tego człowieka? Absolutnie nie, lecz mimo to i tak chciał sprawić, by uśmiech zagościł na jego zasmuconej twarzy. Pomaganie ludziom było jego powołaniem.

Otworzył drzwi i zorientował się, że leżący w łóżku zasnął, toteż delikatnie zamknął je za sobą. Usiadł na podłodze obok i podświadomie zaczął wpatrywać się w Zahę, który leżał na boku. Jego twarz była zmęczona życiem, choć nie wydawała się stara. Oddech miał spokojny.

CTSG podniósł rękę, i zanim zdążył się powstrzymać, zanurzył dłoń w jego czarnych włosach. Pomimo rozczocharnia (które zresztą osobiście wcześniej spowodował) były zaskakująco miłe w dotyku. Czuł się tak, jakby głaskał jakieś zwierzę futerkowe. Najlepiej kota. CTSG lubił koty.

Brunet nie sprawiał wrażenia obudzonego, jednak król mimo wszystko wycofał się szybko i cicho przeprosił. Wiedział, że w królestwie były takie osoby, które mogłyby odgryźć komuś palce za taki czyn. Ten tu może by i nie odgryzł, lecz jakieś granice trzeba zachować, zwłaszcza że królowi nikt nigdy nie powie, jeśli je przekroczy.

Tu było tak spokojnie... najchętniej olał by wszystkie sprawy królestwa i czuwał w tym pokoju, aż mężczyzna się nie obudzi. Wiedział jednak, że ciągle ktoś go potrzebował. Fajnie by było, gdyby ktoś go mógł zastąpić na jakiś czas. Siedzenie i nic nie robienie wydawało się bardzo kuszącą opcją. W zasadzie to nic by się nie stało, gdyby został by tu jeszcze na chwilkę...

***

Zaha znowu przebudził się wieczorem. Pierwszym, co zauważył, były pukle znajomych włosów. Podniósł się, żeby zobaczyć, skąd tam się wzięły. Okazało się, że jego gospodarz siedział oparty o brzeg łóżka i spał. Był to całkiem uroczy widok, choć zastanawiało go, czemu wybrał sobie akurat to miejsce.

Mężczyzna odrzucił kołdrę i usiadł. Nie podobał mu się fakt, że tak długo tu leży i marnuje tlen. Odkąd tu jest jeszcze nikt go nie okrzyczał, zwyzywał czy też próbował zabić, co było niesamowitą poprawą w stosunku do wcześniejszych dni. Trzeba by okazać tajemniczemu przystojniakowi wdzięczność za utrzymanie go przy życiu... problem w tym, że jedyne, co mógł zaoferować, to swoją dobrą wolę i poczet mało przydatnych talentów.

Rozejrzał się po pokoju i jego wzrok padł na kredens ustawiony tuż obok łóżka, wskazujący na to, że lokator był człowiekiem pracowitym. Na blacie leżało mnóstwo czystych kartek oraz kałamarz i pióro. Gdy je zauważył, wpadł na pewien pomysł. Korzystanie z cudzych rzeczy bez zgody nie było powszechnie akceptowalną rzeczą, ale chyba przez wykorzystanie jednej kartki nie utną mu głowy...?

Sięgnął po pióro. Zamoczył je w kałamarzu i niby od niechcenia zaczął kreślić na kartce kształty. Z biegiem czasu zaczęły się układać w sylwetkę postaci siedzącej przy nim. Brunet czuł się jak w transie. Pierwszy raz od dawna mógł pozwolić sobie na taką beztroskę. Zmrużył oczy i ocenił efekty. Całkiem nieźle.

Dodawał już ostatnie szlify, gdy poczuł jakieś poruszenie. Ku swemu przerażeniu zauważył, że jego model otworzył oczy i wpatrywał się w niego ze zdziwieniem. Spojrzał na pióro trzymane w dłoni Zahy, a następnie znów na jego oczy rozszerzone ze strachu.

– Przepraszam... – wyszeptał, czym zaskoczył niezmiernie króla. "Ale o co mu chodzi? Za co on przeprasza?" CTSG podniósł się i usiadł na łóżku obok niego. Zauważył przy tym, że jest nieco niższy od mężczyzny, tak, że mógłby oprzeć swoją głowę na jego ramieniu. Zamiast tego rzucił okiem na kartkę i oczy mu się zaświeciły, gdy ujrzał na niej samego siebie.

– To jest śliczne – zachwycił się. – Piękne.

– To tylko tak na szybko było... – odparł Zaha, rozluźniając się nieco. – Przepraszam, nie powinienem był brać nie swoich rzeczy.

A więc o to chodziło! CTSG się roześmiał.

– Nie martw się tym w ogóle! Nawet jakbyś zużył wszystko, co tu jest, to nie minie nawet chwila, zanim to zostanie uzupełnione. Niektórzy mieszkańcy mogliby nawet dopłacić, żeby sprzedać coś do gabinetu królewskiego. Choć patrząc na to z dystansu, niby szacunek i tak dalej, ale nie jestem w stanie pojąć takiego uwielbienia...

CTSG przerwał, gdy zauważył, jak diametralnie zmienił się wyraz twarzy Zahy. Najpierw był nieco zdziwiony, jakby nie rozumiał do końca wszystkiego, co mówił król, ale w pewnym momencie otworzył szerzej oczy, jakby uderzył w niego piorun. Odsunął się pod ścianę, byle dalej od niego. Przez wspomnienie o gabinecie królewskim zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje i kim był jegomość, który przysunął się z powrotem do niego i złapał za rękę.

– Wszystko dobrze?

– Gabinet królewski...? To oznacza, że... – Zaszce odebrało głos. – Wasza wysokość... – wyszeptał, pochylając głowę.

Wyglądał na jeszcze bardziej przerażonego niż wcześniej. Widać było, że autentycznie boi się CTSG. Ten z kolei był zaniepokojony jego strachem. Owszem, jego ludzie mieli jakiś tam istniejący poziom respektu dla korony, ale nigdy nie spotkał się z przypadkiem, gdzie ktoś tak bał się z tego powodu, że o mało co nie przygotowywał się na śmierć z jego ręki. Nie wiedział, skąd wzięła się taka reakcja. Naprawdę bał się tego, że siedzi przed nim król?

– Trochę mi się to wymsknęło z ust – odpowiedział – masz rację, rozmawiasz z monarchą, rzeczywiście, tyle że to nic nie zmienia! Po co mi nosić na głowie ten kawał żeliwa, skoro on tylko sprawia, że ludzie traktują mnie w inny sposób? Nie chcę tego. Czyż nie możemy rozmawiać jak na jednym poziomie? Możesz mnie nawet zwyzywać, jeśli działam ci na nerwy!

– Ale... – Zaha odchrząknął, odzyskując głos. – Okazywanie należytego szacunku władzy to obowiązek, którego nie można zaniedbywać. Łamanie tej zasady w choćby najmniejszy sposób świadczy o próbie buntu mającego zaburzyć porządek społeczny, toteż jest surowo karane. – Brzmiał tak, jakby cytował fragment z jakiegoś kodeksu. Nie wierzył w słuszność tych słów, ale z całą pewnością wierzył w ich moc. Tłumaczyło to, dlaczego tak panicznie się bał.

– Kto tak powiedział? – spytał CTSG.

– Tak mówi Prawo.

– To nie jest dobre prawo. Pachnie jak tyrania.

– Być może – odparł Zaha. – Widziałem, co się działo, gdy uznano, że ktoś je łamie. A jak Wasza Wysokość myśli, dlaczego się tu znalazłem?

CTSG milczał. Spojrzał w błękitne oczy Zahy, które od razu uciekły gdzieś na bok. "O mój boże, on naprawdę się mnie boi", pomyślał zdumiony. Nie wiedząc, co zrobić, ścisnął jego rękę jeszcze mocniej. Skarcił się za to w myślach, bo wywołał efekt odwrotny od zamierzonego.

– Jeżeli myślisz, że to ci pomoże... możesz wyrzucić z siebie wszystko, co leży ci na sercu. Widzę, że jest tego sporo. – Zastanowił się nad tym, co próbował powiedzieć. Wiedział, że gdyby był na miejscu Zahy, to na pewno nie zaufał by takim słowom. – Możesz mi zaufać, naprawdę. Chcę ci pomóc.

Jego łagodny ton głosu sprawił, że Zaha wreszcie się przełamał. Nie miał do stracenia – nic oprócz życia, które ostatnimi czasy i tak było mało warte. Cichym głosem opowiedział mniej więcej, co i jak, starając się nie myśleć o co bardziej nieprzyjemnych szczegółach. Takich jak ostry koniec włóczni karający go za niedostatecznie szybką ucieczkę.

Czuł się dziwnie, zwierzając się komuś zupełnie obcemu ze swoich wspomnień, jednak słuchający go człowiek naprawdę wydawał się zatroskany. Nieważne, czy naprawdę go to obchodziło, czy tylko udawał, jego obecność poprawiała trochę Zasze samopoczucie. 

W pewnym momencie król mu przerwał.

– Stop. Ciągle opowiadasz tak, jakby wszystko złego, co cię spotkało, było konsekwencją jakiś przewinień, ale co ty właściwie takiego robiłeś?

Mężczyzna spuścił wzrok, lekko zakłopotany.

– Wielkie głupstwo – odpowiedział. – Kwestionowanie autorytetów, których nie powinno się kwestionować, w sprawach, którymi nie powinno się zajmować. Krytyka władzy nie kończy się dobrze...

– A dlaczego właściwie "nie powinno"?

– To czysta herezja, każdy powinien zajmować się tym, co powierzyło mu przeznaczenie.

Widząc, że taka odpowiedź nie nasyciła CTSG, brunet westchnął.

– Przez takie kwestionowanie ludziom często głowa odłącza się od reszty ciała.

Król pogłaskał go po głowie.

– Nieważne. Zapomnij o tym, że pytałem. Pogadajmy o czymś milszym. Twój rysunek... Jest prześliczny. Dużo ładniejszy niż oryginał.

– Bzdura. Mógłby być lepszy – powiedział Zaha, ale pomyślawszy, że to mogło być trochę niemiłe dla modela, dodał:

– To znaczy chodzi mi o to, że królewskie oblicze ma naprawdę dużo wdzięku i nie może porównywać się z moim rysunkiem.

Zawstydził się. Poczuł, że jeszcze bardziej się pogrąża. Na dodatek złego CTSG nie zamierzał opuścić takiej idealnej okazji do przekręcenia znaczenia jego słów. Parsknął śmiechem.

– Jeżeli chcesz powiedzieć, że ci się podobam, to powiedz to wprost!

Wprawił go tym w wielkie zakłopotanie.

– Nie o to mi...

– Przecież wiem – zaśmiał się król. – To był taki żart. Rozumiem, o co ci chodziło.

"Ale spójrz" – pomyślał – "dzięki mnie myślisz o czymś zupełnie innym niż przed chwilą."

– Jest już dość późna pora, powinienem już stąd iść – powiedział, zmieniając nagle temat. – Zobaczę, czy ktoś jeszcze czegoś ode mnie nie chce. Wszystko, co tu się znajduje, jest moje. Możesz sobie dowolnie z tego używać, nie krępuj się. A jeśli poczujesz się lepiej, to możesz zejść jutro posiedzieć na dole. Zobaczysz, to tu wszystko działa.

– Chciałbym się na coś przydać...

– Coś się wymyśli.

Po tych słowach opuścił pomieszczenie, w którym jakby zrobiło się ciemniej. Jedyne źródło światła dawał płomień świecy postawionej na biurku. Zaha wpatrywał się w jego migotanie.

– Zobaczyć, jak to działa...

Notes:

Rozdział 2 może kiedyś będzie.